Bela Guttmann – człowiek naznaczony

Niepokorny piłkarz wieszający szczury na drzwiach działaczom Federacji Piłkarskiej. Król nowojorskiego nocnego życia. Bankrut. Milioner. Poskramiacz dziennikarzy. Węgierski Żyd, który przetrwał Holokaust, zostawiając bliskich w obozie pracy. Odkrywca talentu Eusebio. „Wybitny trener bez, którego nie byłoby Złotej Jedenastki Węgier ani Wielkiej Brazylii” – tak mówił o nim Ferenc Puskas. To też człowiek naznaczony historią Europy XX wieku. Poznajcie Bela Guttmanna.

Piłkarz niepokorny

Guttmann od małego był związany ze sztuką, a konkretnie tańcem, ponieważ właśnie tym trudnili się jego rodzice. Młody Bela upodobał sobie jednak inny sport. Urodzony w 1899 roku Węgier zaczął bowiem grać w piłkę w klubach z Budapesztu. Na początku lat 20. po krótkiej przygodzie z drużyną Torekves SE przeniósł się do będącego własnością bogatych żydowskich rodzin – MTK Hungaria.

Z MTK wygrał dwa mistrzostwa, a następnie wyjechał ze stolicy Węgier. Niestety jego kolejny transfer nie był spowodowany wybitną grą młodego Beli, a w dużej mierze sytuacją polityczną. Na tym etapie życia po raz pierwszy (i nie ostatni) świat zaczął mu przypominać o jego żydowskim pochodzeniu. Więc z uwagi na rosnące nastroje antysemickie panującego na Węgrzech za rządów Admirała Horthego, Guttmann wyjechał do Wiednia.

W Austrii wstąpił do drużyny Hakoah Wiedeń największego wówczas żydowskiego klubu w Europie. Tam grał w latach 1922-1926 zdobywając jeden tytuł mistrzowski. Zadebiutował również w reprezentacji Węgier właśnie jako zawodnik Hakoah. Tylko jak to było z tą reprezentacyjną przygodą…

Bela Guttmann z czasów gry w Hakoah Wiedeń. fot. domena publiczna

Guttmann zagrał zaledwie w 4 meczach w biało-zielonych barwach, a wszystko nie przez brak talentu, ale swój dość problematyczny charakter. Młody pomocnik nigdy nie bał się mówić tego co myśli, przez co często popadał w konflikty. Najbardziej nie po drodze było mu z działaczami rodzimego związku piłkarskiego. Podczas pobytu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku, 25-letni reprezentant był bardzo niezadowolony z warunków pobytu oraz faktu, iż jak twierdził: „W ekipie jest więcej urzędników niż piłkarzy”. Swoje niezadowolenie zamanifestował jednak w bardziej dosadny sposób niż słownie. Bela na drzwiach każdego z działaczy powiesił martwego szczura. O dziwo nowe towarzystwo nie przypadło do gustu urzędnikom i zawodnik Hakoah musiał zakończyć karierę reprezentacyjną. Jego ostatni występ przypadł akurat na mecz z Polską, właśnie w Paryżu, rozegrany tuż przed „szczurzym manifestem”.

Amerykański sen

W 1926 roku piłkarz pojechał na amerykańskie tournée z drużyną z Wiednia, postanowił jednak, że z niego nie wróci. Bela zadomowił się w Nowym Jorku i grał w tamtejszych klubach. Nie miał jednak zamiaru marnować ostatnich lat kariery wyłącznie na kopaniu piłki. Węgier zarobił oraz zainwestował sporo pieniędzy, które skrupulatnie wydawał w nowojorskich barach i restauracjach, oczywiście w towarzystwie gwiazd ówczesnej muzyki oraz kina. Syn żydowskich tancerzy z Budapesztu stał się królem życia spełniającym swój amerykański sen.

Niestety pobyt w USA jak całe życie Guttmanna naznaczone jest kontrastami i ściśle związane z światową historią pierwszej połowy XX wieku. Nowojorską gwiazdę soccera dopadł kryzys finansowy spowodowany krachem na giełdzie w 1929 roku. Podobno w wyniku tych wydarzeń Guttmann stracił ok. pół miliona dolarów (dzisiaj byłoby to ponad 5 mln.) Po załamaniu finansowym, kluby nie były w stanie wypłacać piłkarzom tak dużych sum jak wcześniej, więc Węgier zdecydował się zakończyć karierę i w 1932 roku wrócił do Europy.

Pan Trener Bela Guttmann – akt pierwszy

Ze Stanów Bela wrócił do Wiednia, co prawda bez worka pieniędzy, ale za to z cennym bagażem piłkarskiego doświadczenia. W 1933 roku podjął się pierwszej pracy jako trener w dobrze mu znanym Hakoah, gdzie naturalnie długo miejsca nie zagrzał. Następnie wyjechał do Holandii, by przez dwa sezony trenować Twente Enschede. Dobra, miał trenować przez dwa sezony. Guttmann został zwolniony, bo osiągał wyniki… zbyt dobre. Na początku pracy wynegocjował bowiem absurdalnie wysoką premię w przypadku zdobycia mistrzostwa, należy zaznaczyć, że obejmował drużynę ze strefy spadkowej. Bez problemu utrzymał się w lidze, a następnie w kolejnym sezonie szło mu za dobrze. Zarząd klubu uświadomił sobie, że nie stać ich na mistrzostwo więc pożegnano się z Węgrem.

Z Holandii niedoszły mistrz wrócił oczywiście do pracy w drużynie Hakoah. Po kolejnej przygodzie wyjechał do Budapesztu, w którym to znalazł się po raz pierwszy od swojego wyjazdu ponad 15 lat wcześniej. W rodzinnym mieście osiągnął pierwszy sukces w pracy menadżera, zostając mistrzem z klubem Ujpest FC. Sprawy układały się fantastycznie, a kariera Guttmanna parła naprzód. Niestety na drodze stanął mu jeden mały problem – wybuch II wojny światowej, która zastała go w tak szczęśliwym dla niego czasie i tak znaczącym miejscu.

Wojenny antrakt w karierze

Przez dziesięciolecia nie było wiadomo, co dokładnie Guttmann robił w czasie wojny, a na pytania, jak przetrwał Holokaust ten odpowiadał: „Tylko Bóg mi pomógł”. Jednak po latach wyszło na jaw, że przetrwanie zawdzięczał nie tyle bożej pomocy, co odrobinie sprytu i pomocy szwagra. W biografii węgierskiego trenera napisał o tym David Bolchover. Okazało się, że gdy na Węgrzech zaczęła się masowa eksterminacja Żydów, Bela ukrywał się właśnie na strychu szwagra. Niestety w 1944 roku rodzina Guttmannów została przewieziona do obozu pracy, skąd Bela uciekł w grudniu 1944 roku tuż przed wywiezieniem do Auschwitz. Węgier wyrwał się z objęć śmierci wraz z innym trenerem Ernestem Erbstainem. Ojciec i siostra Guttmanna zostali zamordowani w Oświęcimiu, a sam Bela do końca życia nie mógł pogodzić się z tym, że ich wtedy opuścił.

PRZECZYTAJ TEŻ: FERENC PUSKAS

Trener lat powojennych

Po wojnie Guttmann wrócił do pracy jako trener, najpierw podejmując się pracy w rumuńskich klubach, gdzie jednak nie było łatwo. Podczas pobytu w Rumunii, zdarzało się, że Bela z powodu niedoborów prosił, aby kluby wypłacały mu pensję w żywności. Po tym niezbyt udanym epizodzie przyszedł czas na powrót do swojego kraju, gdzie po raz kolejny objął stery Ujpest FC, a następnie Kispest. To właśnie tam jego podopiecznym był słynny Ferenc Puskas. Największa gwiazda węgierskiej piłki miała, delikatnie mówiąc, nie najlepsze stosunki z nowym szkoleniowcem. Między innymi dlatego, iż posadę trenera Guttmann przejął od ojca Puskasa, z czym ten najwyraźniej nie chciał się pogodzić.

Bela nie zagrzał na dłużej miejsca w Kispest i pokłócony z kim tylko się da (łącznie z komunistycznymi władzami), wyjechał do Włoch. Co ciekawe wcześniej dostał propozycję objęcia reprezentacji Węgier, ale w obliczu konfliktu z Puskasem oraz swojej niechęci wobec ówczesnej władzy odmówił. Stracił tym samym szansę na zapisanie się w historii złotej jedenastki, choć to on był jednym z twórców systemu 1-4-2-4, którym grali podopieczni Gustava Sebsa. Poniekąd więc przyczynił się do ich późniejszych sukcesów.

Nie kryminalista, nie homoseksualista, a bezrobotny

We Włoszech najlepszą drużyną, jaką prowadził Guttmann, był wielki AC Milan. Rossonerii pod wodzą nowego menadżera spisywali się świetnie i pewnie zmierzali po mistrzostwo. Jak to jednak nasz bohater miał w zwyczaju, zanim sezon się skończył, zdążył się z kimś pokłócić. Tym razem na cel wybrał członków zarządu, przez co został natychmiast zwolniony. Wtedy Węgier niczym Jose Mourinho zwołał konferencję prasową, na której wypowiedział słynne słowa:

„Zostałem zwolniony, a nie jestem ani kryminalistą, ani homoseksualistą. Żegnajcie”

Wyszedł. Po wydarzeniach w Mediolanie Bela w każdym swoim kolejnym kontrakcie zamieszczał klauzulę, że nie może zostać zwolniony, jeśli jego drużyna będzie zajmowała pierwsze miejsce w tabeli.

W 1957 roku z Włoch wrócił do Budapesztu, gdzie ponownie objął Kispest, które zostało przez socjalistyczną władzę przemianowane na Honoved. Tam znalazł wspólny język z Puskasem i wydawało się, że będzie spokojnie pracować, niestety do głosu znów doszła historia. Podczas pucharowego starcia w Bilbao z tamtejszym Athletikiem, na Węgrzech wybuchła antykomunistyczna rewolucja. Drużyna nie wiedziała, czy i gdzie odbędzie się ewentualny rewanż, sami piłkarze natomiast, nie byli przekonani czy w ogóle wracać do kraju. Ostatecznie spotkanie odbyło się w Brukseli, a Honoved odpadł z rozgrywek. Niestety po Budapeszcie nadal jeździły sowieckie czołgi, więc Guttmann wraz z piłkarzami zdecydowali się nie wracać do kraju. Dostali kilka propozycji gry w różnych ligach, nawet w Meksyku. Ostatecznie cały team poleciał do Ameryki Południowej, gdzie rozegrał serię sparingów w Brazylii. Całe eldorado zakończyła FIFA, wykluczając Honoved ze swoich struktur.

Po dyskwalifikacji drużyny część jej członków wróciła do kraju, ale kilku piłkarzy rozjechało się po świecie. Wśród nich był również Bela, który zaczął pracę w Sao Paulo. W Brazylii mimo zaledwie rocznego pobytu zdążył wygrać stanowe mistrzostwo, a przede wszystkim spopularyzować swój styl gry. Nauczył piłkarzy i trenerów z kraju Pelego grać niezawodnym, w jego rękach systemem 1-4-2-4. Kiedy wyjeżdżał w 1958 roku, Brazylia zostawała mistrzem świata, stosując właśnie styl gry Guttmanna.

Portugalskie porządki

Kolejnym przystankiem w karierze była Portugalia, gdzie Węgier święcił największe triumfy w karierze. W 1958 roku wraz z drużyną FC Porto wygrał ligę, przeskakując w tabeli Benfikę. Wówczas Guttmann jeszcze nie wiedział, że stanie się legendą klubu, który właśnie pokonał.

Bela zmienił stronę barykady i od razu rozpoczął własne porządki. Zaczął od pozbycia się dwudziestu doświadczonych, lecz jak uważał, podstarzałych zawodników. W ich miejsce zatrudnił młodych adeptów futbolu mających stanowić o przyszłej sile Benfiki. Wśród nich znalazł się nikomu nieznany 17-latek z Mozambiku, niejaki Eusebio.

Złoty chłopiec

Historia związana ze sprowadzeniem Eusebio jest przestrogą przed łysiną. Fantastyczny młodzieniec został znaleziony dzięki wizycie u… fryzjera. Pewnego razu roku 1960 Guttmann udał się ściąć swoje włosy. Tam spotkał Jose Carlosa Bauera, byłego reprezentanta Brazylii, którego Bela znał z czasów pracy w tym kraju. Okazało się, że Bauer jest na wakacjach w Lizbonie i za parę dni leci do Mozambiku. Węgier na wieść o tym niejako w żartach rzucił: „Posłuchaj mnie, staruszku, jeśli widzisz utalentowanego zawodnika, kogoś, kto urodził się w Portugalii, pamiętaj o jego imieniu”. Po kilku miesiącach przyjaciele znów się spotkali, a Guttmann dowiedział się o istnieniu jednej z największych przyszłych gwiazd futbolu.

Już wtedy, jednak sprowadzenie utalentowanego zawodnika, nie należało do najprostszych zadań. O Eusebio wraz z Benfiką zabiegał lokalny rywal – Sporting. Guttmann postanowił nie odpuszczać i walczył o młodego gracza jak lew, aż wreszcie udało mu się dopiąć swego. Co ciekawe przed podpisaniem kontraktu złoty chłopiec był odizolowany od świata i pilnowany przez całą dobę przez pracowników Benfiki. Trwało to aż 12 dni, aby nikt ze Sportingu nie zdołał go przeciągnąć na swoją stronę. Eusebio wspominał jednak: „Dyrektor Sportingu dotarł do mnie położył pieniądze na stole i powiedział, że to moje, jeśli podpiszę kontrakt z nimi” Portugalczyk odparł: „Powiedziałem mu, że to niestosowne, że nie jestem zły, ale nie zamierzam podpisać dwóch kontraktów naraz”. Tak zaczęła się wspólna historia dwóch legend Benfiki.

Dwie legendy klubu z Lizbony: Eusebio i Bela Guttmann

Błogosławieństwo i przekleństwo w jednym

Guttmann stworzył w Lizbonie maszynę do wygrywania, czyniąc z Estadio da Luz twierdzę nie do zdobycia. Wygrał ligę oraz pierwszy Puchar Europy w 1961 roku. Wyniósł swój warsztat na wyżyny możliwości, będąc nie tylko najlepszym strategiem swoich czasów, ale przede wszystkim wybitnym psychologiem. Potrafił zarządzać drużyną, odpowiednio motywując swoich piłkarzy oraz świetnie ściągać z nich presję i wywierać ją na przeciwnikach. Guttmann już 50 lat temu wiedział, jak ważne w tej branży są media. Stosował manewry, jakich nie powstydziłby się Diego Simeone czy Jose Mourinho. Przed jednym ze spotkań w półfinale Pucharu Europy z Tottenhamem, Bela powtarzał dziennikarzom brytyjskim jak bardzo obawia się silnej, fizycznej gry Anglików. Oczywiście zadowoleni dziennikarze pisali tylko o tym. Sęk w tym, że prasę czytał przed meczem również sędzia główny tego spotkania. Przejęty arbiter z Danii nie pozwolił zawodnikom z Londynu na ostrą grę, na czym skorzystała grająca technicznie Benfika. Co więcej, w rewanżu na White Hart Lane Guttmann zabronił wychodzić swoim zawodnikom na murawę równo z drużyną gospodarzy. –Zamknąłem drzwi garderoby i pozwoliłem Benfice wyjść w ostatniej chwili, z sędzią i liniowymi– powiedział. –Gra rozpoczęła się, zanim dotarła do nas obecność publiczności. Efektem tych działań był występ Benfiki w drugim z rzędu finale Pucharu Europy.

W finale chłopcom Guttmanna przyszło się zmierzyć z piekielnie mocnym Realem Madryt. Królewscy mieli w składzie Alfredo Di Stefano oraz dobrego znajomego Guttmanna – Ferenca Puskasa. Bela widział siłę swojego zespołu nie w wielkich nazwiskach, a młodości. Przed meczem powtarzał jak mantrę, że gwiazdorzy Realu starzeją się i nie wytrzymają tempa, jakie narzucą im gracze ze stolicy Portugalii. Niestety do przerwy tablica wyników na stadionie w Amsterdamie wskazywała 3:2 na korzyść Realu. Węgier nie zmieniał jednak swojej taktyki, nadal wbijając do głowy swoim podopiecznym, by robili swoje.

W żartobliwy sposób opowiadał o tym po latach jeden z zawodników Benfiki Antonio Simoes:

Naprawdę wierzyliśmy, że możemy wygrać. Pamiętam Guttmanna krzątającego się po szatni i mówiącego w jego własnym języku, swego rodzaju mieszanką portugalskiego i włoskiego, mówiącego nam: Panie, siadaj, panie, siadaj, Real Madryt zmęczony, Real Madryt zmęczony, Real Madryt stary, stary, stary, nie mogą wygrać, Real Madryt nie może biec, Di Stéfano nie żyje.Ta chwila naprawdę nas uderzyła. Wierzyliśmy, że wygramy.

Po drugich 45 minutach było już 5:3 na korzyść drużyny z Estadio da Luz, a puchar po raz drugi z rzędu powędrował do Lizbony.

Po zdobyciu upragnionego trofeum Guttmann zaczął jeszcze bardziej cenić swoje umiejętności. Z tego powodu udał się do właścicieli Benfiki i zażądał podwyżki aż o 65% dotychczasowej pensji. Klub z Lizbony nie mógł przystać na takie warunki umowy i pożegnał się z Węgrem. Ten wpadł w szał i wypowiedział zdanie, które do teraz określane jest mianem klątwy Guttmanna:

„Przez najbliższe sto lat Benfika nie zostanie mistrzem w Europie”.

W Lizbonie do dziś czekają na międzynarodowe trofeum. Od tego czasu swoją szansę zaprzepaścili przegrywając w ośmiu finałach europejskich rozgrywek. Czy przyjdzie im czekać jeszcze ponad 40 lat?

MACIEJ BEDNARCZYK

Źródła:

  • „The Greatest Comeback, The Story of Bela Guttmann” David Bolchover
  • https://www.theguardian.com/football/2017/may/18/bela-guttmann-benfica-european-cup-eusebio
  • http://pilkanozna.pl/index.php/Wydarzenia/%C5%9Awiat/268602-przetrwany-holocaust-rewolucjonista-piki-genialny-strateg-czyli-bela-guttmann-19.html
  • https://www.jpost.com/Blogs/Oleh-Chadash-Chadash/Telling-the-Bela-Guttmann-story-518205

Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: rekrutacja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl