Pucharowa środa: w tym szaleństwie jest metoda, czyli Legia w Lidze Mistrzów 2016/2017

Czas czytania: 11 m.

W ostatnich minutach spotkania Vadis podaje do Michała Kucharczyka, ten wpada rozpędzony w pole karne rywala i mocnym strzałem pokonuje bramkarza. Na stadionie wybucha euforia, Kucharczyk tonie w objęciach kolegów, sędzia chwilę po wznowieniu kończy spotkanie. Legia Warszawa po 20 latach przerywa passę i jako pierwszy polski klub po Widzewie awansuje do Ligi Mistrzów. Decydujący cios zadaje Michał Kucharczyk, ten sam który tak krytykowany przez kibiców zasłynął nieco wcześniej z „fatalnego” wywiadu. Teraz to on może ze wzruszeniem odpowiedzieć na pytanie „To kto przepraszam, jest w fazie grupowej Ligi Mistrzów?”

Polub nasz profil na Facebooku

Madryt, 4 grudnia 1996 roku. Widzew Łódź przegrywa 0:1 z Atletico Madryt w ramach ostatniego meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów. W składzie Widzewa znajdują się między innymi Maciej Szczęsny, Marek Citko czy Mirosław Szymkowiak. Na ławce Łodzian zasiada Franciszek Smuda, muszący uznać wyższość Atletico, prowadzonego przez Radomira Anticia, mającego w swojej drużynie np. Diego Simeone.

PRZECZYTAJ TEŻ:

W Polsce w tym czasie prezydentem jest Aleksander Kwaśniewski, z taśm montażowych nadal zjeżdżają Polonezy, trenerem kadry jest Antoni Piechniczek, a PZPN niepodzielnie rządzi Marian Dziurowicz. Dla całego pokolenia kibiców to wspomnienie Widzewa grającego na Vincente Calderon będzie ostatnim zapamiętanym obrazkiem polskiego klubu w Lidze Mistrzów. Polska zapisze się w niechlubnej historii jako kraj, któremu najdłużej przyjdzie czekać na powrót do tych elitarnych rozgrywek. Passę tę przerwą dopiero bohaterowie tego tekstu.

REKLAMA 2
Pucharowa środa: w tym szaleństwie jest metoda, czyli Legia w Lidze Mistrzów 2016/2017 8

Przerwać złą passę

Warszawa, początek lipca 2016 roku. Kadra narodowa Adama Nawałki wraca do kraju po niezwykle udanych mistrzostwach Europy. Na lotnisku piłkarze witani są jak zdobywcy trofeum, od Krakowa po Gdańsk, Polskę porywa piłkarska euforia porównywalna do tej panującej podczas Euro 2012.

Ale entuzjazm po chwili opada, kibice wracają do rzeczywistości, w której ma czekać na nich ligowa szarzyzna i przeciętne wyniki w pucharach. Co prawda mistrzem jest Legia Warszawa, która po raz kolejny zapowiada bój o Ligę Mistrzów. Jednak niewielu fanów bierze te słowa na poważnie. Wszak od 20 lat słyszą dokładnie to samo z ust działaczy Legii, Wisły, Lecha, a nawet Śląska i innych, którzy zdobywali w tym czasie mistrzostwa. Zapowiada się zatem kolejny szybki start w eliminacjach i maksymalnie występ w Lidze Europy.

Optymizmem nie napawa kibiców również fakt, że dotychczasowy trener Legii nie przedłuża kontraktu. Mowa tutaj oczywiście o znanym i niezwykle lubianym Stanisławie Czerczesowie. Ten wąsaty Rosjanin, choć sterował drużyną z Łazienkowskiej niecały sezon, zdążył zaskarbić sobie ogromną sympatię większości warszawskich kibiców.

Czerczesow przejął Legię w październiku 2015 roku gdy drużyna nie prezentowała się najlepiej i doprowadził ją do zdobycia dubletu. Niestety zarząd klubu nie mógł porozumieć się ze Stanisławem Sałamanowiczem, co do wizji drużyny i w efekcie ten pożegnał się z klubem w czerwcu 2016 roku.

W Warszawie zaczęto poszukiwać szkoleniowca, który wprowadzi drużynę do europejskich pucharów, ale również będzie dysponował odpowiednią wizją oraz CV. Padło na Besnika Hasiego, Albańczyka prowadzącego Anderlecht oraz prywatnie znajomego dyrektora sportowego Michała Żewłakowa z czasów gry tymże Anderlechcie.

Besnik miał wnieść do Legii podobny profesjonalizm w prowadzeniu drużyny, jaki wnosił Heninng Berg. Ponadto miał stawiać na piłkarzy z akademii, czego brakowało Czerczesowowi, a na dodatek dać wyniki w pucharach. Wymarzony profil szkoleniowca dla stołecznego klubu.

Besnik Hasi 2016 2
Besnik Hasi, fot: Aleksandr Osipov /Wikipedia Commons

Legia szybko zaczęła przygotowania do sezonu oraz szukanie koniecznych wzmocnień. Latem z Legii odeszli bowiem: Ondrej Duda, Ivica Vrdoljak, Areil Borysiuk, Igor Lewczuk, Jakub Kosecki i Tomasz Brzyski. Skończyło się również wypożyczenie Artura Jędrzejczyka, który wrócił do Rosji. Drużyna potrzebowała załatać dziury na wielu pozycjach, co stanowiło niemałe wyzwanie dla zarządu.

Klub w obronie postawił na wzmocnienia z Ekstraklasy, pozyskując Jakuba Czerwińskiego i Maciej Dąbrowskiego. Z Belgradu do Warszawy wrócił syn marnotrawny – Miroslav Radović. Ponadto pozyskano Thibaulta Moulina, Stevena Langila, Vako Kazaichwilego. Najdziwniejszym jednak transferem miał być pozyskany w sierpniu za darmo Vadis Odidja-Ofoe.

Tak sukcesywnie wzmacniana Legia, pod wodzą nowego szkoleniowca przystąpiła do eliminacji Ligi Mistrzów. W drugiej rundzie zmierzyła się z bośniackim Zrinskim Mostarem. Pierwszy mecz zakończył się dosyć rozczarowującym remisem 1:1. W drugim spotkaniu Legia poradziła sobie, pokonując drużynę z Bałkanów 2:0. Godnym odnotowania faktem jest, że wszystkie bramki dla Legii w tym dwumeczu zdobył Nemanja Nikolić. Pojawiły się głosy, że ta nowa drużyna nie ma pomysłu na grę i opiera się tylko na snajperskim instynkcie Nikolicia. Co więcej, w kolejnym dwumeczu ze słowackim Trencinem, również Węgier zdobył jedyną bramkę.

Legia awansowała więc do trzeciej fazy po czterech golach tego samego zawodnika. Prezes Bogusław Leśnodorski uspokajał jednak opinię publiczną mówiąc w wywiadzie dla TOK FM:

Nie tak wyobrażaliśmy sobie ten początek. Występ naszych zawodników na Euro, nowy trener, a do tego kontuzje – w tym Guilherme, na którym planowaliśmy w najbliższych miesiącach opierać naszą grę – sprawiają, że optymalnie nie jest. Potrzebujemy jeszcze kilku tygodni, by wszystko się dotarło. Ale jesteśmy przekonani, że zatrudnienie Besnika Hasiego było dobrym posunięciem.

Leśnodorski dodał również, że projekt pt. „Besnik Hasi w Legii” to długofalowa wizja, a sztab trenera zarabia najwięcej w historii polskiej piłki. Były to jednoznaczne zapowiedzi dające pełne wsparcie nowemu szkoleniowcowi, nakładające jednocześnie dużą presję na jego sztab.

To kto przepraszam jest w fazie grupowej Ligi Mistrzów?”

W czwartej decydującej rundzie eliminacji los był nadzwyczaj życzliwy dla polskiego klubu. Drużyna trafiła na najsłabszego z możliwych rywali – irlandzki Dundalk FC. Ekipa z wysp była niemal dziesięciokrotnie mniej warta od Legii, nie miała w swoich szeregach znaczących na światowej arenie nazwisk oraz nigdy w swojej historii nie zagrała w fazie grupowej żadnych europejskich rozgrywek. Warszawski klub urastał więc do miana faworyta dwumeczu, stając przed ogromną szansą zakwalifikowania się do Ligi Mistrzów.

REKLAMA 2
Pucharowa środa: w tym szaleństwie jest metoda, czyli Legia w Lidze Mistrzów 2016/2017 9

Legioniści w pierwszy spotkaniu w Irlandii nie mogli potwierdzić swojej przewagi. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 0:0, co coraz bardziej niepokoiło polskich kibiców i zawodników. Na szczęście dla naszego zespołu w 56. minucie spotkania zawodnik Dundalk zagrał ręką w polu karnym, za co sędzia podyktował rzut karny.

Jedenastkę na bramkę zamienił nie kto inny jak Nemanja Nikolić. Kiedy wydawało się, że Legia wygra kolejny mecz tylko po bramkach Węgra, w 90. minucie spotkania na 2:0 trafił Prijović, zapewniając drużynie względny spokój przed rewanżem w Polsce.

Przed rozpoczęciem rewanżu stadion na Łazienkowskiej zapełnił się do ostatniego miejsca. Na trybunach zasiadało prawie 30 tysięcy kibiców chcących na własne oczy zobaczyć zakwalifikowanie się polskiego klubu do Ligi Mistrzów.

Spotkanie nie rozpoczęło się jednak najlepiej dla miejscowych. Wszsystko dlatego, że w 19. minucie Irlandczyk Robbie Benson strzelił bramkę. W szeregach Legionistów zaczęła panować coraz większa nerwowość. W drugiej połowie sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej kiedy w 67. minucie Adam Hlousek dostał drugą żółtą kartkę i musiał opuścić boisko.

Od tego momentu Legia cofnęła się do głębszej defensywy, a w głowach kibiców zaczęła pojawiać się myśl o potencjalnej dogrywce. Dopiero w 90. minucie ulgę wszystkim przyniósł piłkarz, po którym większość się tego nie spodziewała.

W ostatnich minutach spotkania Vadis podał do Michała Kucharczyka, ten wpadł rozpędzony w pole karne rywala i mocnym strzałem pokonał bramkarza. Na stadionie wybuchła euforia, Kucharczyk utonął w objęciach kolegów, a sędzia chwilę po wznowieniu zakończył spotkanie. Legia Warszawa po 20 latach przerwała passę i jako pierwszy polski klub po Widzewie awansowała do Ligi Mistrzów. Decydujący cios zadał Michał Kucharczyk, ten sam który tak krytykowany przez kibiców zasłynął nieco wcześniej z „fatalnego” wywiadu.

Teraz to on może ze wzruszeniem odpowiedzieć na pytanie „To kto przepraszam jest w fazie grupowej Ligi Mistrzów?”

Trudny powrót do elity

Po euforii wywołanej awansem przyszedł czas na losowanie. Legia trafia w nim do grupy ze Sportingiem, Borussią Dortmund i Realem Madryt. Grupa została okrzyknięta jedną z najtrudniejszych, jaką mogli wylosować Legioniści. Media nie dawały większych szans nawet na awans z trzeciego miejsca do Ligi Europy. Optymizmem nie napawała również postawa drużyny w lidze.

REKLAMA 2
Pucharowa środa: w tym szaleństwie jest metoda, czyli Legia w Lidze Mistrzów 2016/2017 10

Piłkarze do meczu z Borussią wygrali zaledwie dwa spotkania z ośmiu: z Ruchem oraz Wisłą Płock. Legia na cztery dni przed pierwszym spotkaniem w Champions League poległa nawet w Niecieczy, co było kompletnym blamażem.

Niemniej zainteresowanie spotkaniem z klubem z Dortmundu było ogromne. Bilety rozeszły się tak szybko, że w mediach pojawiały się nawet sugestie, aby spotkania domowe przenieść na Stadion Narodowy. Ostatecznie klub postawił na rozgrywanie meczów na stadionie im. Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Niestety zainteresowanie kibiców nie szło w parze z grą Legii, ledwo co na Łazienkowskiej skończył się hymn Ligi Mistrzów, a już polska drużyna przegrywała 0:1. Goście nie poprzestali na jednej i bramce i postanowili szybko rozstrzygnąć to spotkanie. W efekcie w 17. minucie było już 0:3, a po 90 minutach aż 0:6. Po tak dotkliwym ciosie kariera trenera Hasiego była już niemalże skończona. Nikt nie miał już złudzeń, że ten związek nie ma już sensu. Tak poczynania Hasiego opisywał „Przegląd Sportowy” po tym spotkaniu:

„Besnik Hasi oblał kolejny test i sens jego pracy przy Łazienkowskiej wydaje się być coraz mniejszy. Zaskoczył składem. O ile wystawienie Aleksandara Prijovicia można było zrozumieć, bo potrzebował napastnika, który umie utrzymać się przy piłce, to obecność Waleriego Kazaiszwilego dziwiła. Miał problemy z załatwieniem wizy, przyjechał do Polski kilka dni temu i od razu wskoczył do podstawowej jedenastki. Legia zaczęła zbyt odważnie i to ją zgubiło. Jeśli trener miał plan zaatakować Borussię pressingiem, to tylko pogratulować. Nie funkcjonowała druga linia. Niemcy łatwo, jednym czy dwoma podaniami ją mijali, a że odległość między pomocnikami a obrońcami była za duża, momentalnie to wykorzystywali i kreowali kolejne okazje do strzelenia gola.”

Najgorsza jednak nie była postawa piłkarzy, a warszawskich kiboli. Ci przy okazji meczu postanowili zdemolować trybunę, pobić się z policją i nawet rozpylić gaz pieprzowy. Jedynym czego kub mógł się teraz spodziewać, był kara zamknięcia stadionu przez UEFA. I rzeczywiście Europejska Federacja postanowiła wymierzyć karę w wysokości 80 tys. euro oraz zamknięcia stadionu na najbliższy mecz, którym niestety było spotkanie z Realem.

Pierwszy mecz po 20 latach w Lidze Mistrzów skończył się dla Legii karą finansową, zamkniętym stadionem i zwolnieniem trenera.

Swój człowiek

Klub po wyrzuceniu z pracy Besnika Hasiego postanowił zmienić swoją politykę. Działacze nie mieli czasu na szukanie kolejnego zagranicznego trenera z wizją. Postawiono więc na kogoś, kto Legię zna, rozumie i będzie potrafił szybko wejść do szatni i podbudować morale. Takim swoim człowiekiem miał być Jacek Magiera.

Było to o tyle ryzykowne, że o ile trener Magiera rzeczywiście z Legią był związany przez lata, to do tej pory prowadził drużyny na niższych szczeblach rozgrywek. Sprowadzony został do Warszawy po krótkim pobycie w pierwszoligowym Zagłębiu Sosnowiec i nagle miał zasiąść na ławce w meczach z Realem.

Pierwszym testem Magiery miał być mecz z rywalem, który przynajmniej teoretycznie miał być w zasięgu Legii. Sporting, bo to o nim mowa nie dał większych złudzeń polskiemu klubowi i dość gładko ograł Legię 2:0.

Drużyna Magiery dalej słabiutko radziła sobie w lidze, a na domiar złego zbliżał się mecz na Santiago Bernabeu.

Kolejna porażka

Chociaż porażka 1:5 nie powinna na to wskazywać, to trzeba przyznać, że Legia zagrała w Madrycie jedno z lepszych spotkań od dłuższego czasu. Warszawiacy grali zupełnie bez kompleksów i z wiarą w swoje umiejętności. Widok Radovicia kręcącego z piłką przy nodze Varanem czy Pepe pozostanie dla wielu czymś niezapomniany. To pierwsze spotkanie z Realem dawało nadzieje może nie na wielki wynik w tej edycji Ligi Mistrzów, ale na przynajmniej dobre widowiska z udziałem Legii.

REKLAMA 2
Pucharowa środa: w tym szaleństwie jest metoda, czyli Legia w Lidze Mistrzów 2016/2017 11

Po tym spotkaniu wielu pogodziło się z faktem, że Legia szybko zakończy swoją przygodę w pucharach, ale byli i ci wierzący często wyśmiewani jak np. prezes Leśnodorski, o którym tak mówił w „Stanie Futbolu” Paweł Zarzeczny:

„Boguś ma gorączkę chyba, bo wczoraj mówił w radiu, że wyjdą z trzeciego miejsca do Ligi Europy, więc ja bym się nie przyznawał do znajomości z Bogusiem”.

Echo radości

Od spotkania z Realem podopieczni Magiery wygrali dwa kolejne mecze w lidze, w tym ważny pojedynek z Lechem. Przyszedł jednak czas na rewanż z obrońcą tytułu LM w Warszawie. Niestety piłkarskie święto zepsute przez chuliganów, mogło śledzić tylko echo pustego stadionu zamkniętego przez UEFA.

REKLAMA 2
Pucharowa środa: w tym szaleństwie jest metoda, czyli Legia w Lidze Mistrzów 2016/2017 12

Nic nie zapowiadało, że ten mecz będzie w jakiś sposób wyjątkowy. Zaczął się bowiem niestety jak wszystkie poprzednie. Już w pierwszej minucie Bale strzelił przepięknego gola, przy którym trudno się było nie zachwycić. Po 35. minutach prób z jednej i z drugiej strony na listę strzelców wpisał się Karim Benzema. Wtedy już wszystko zapowiadało kolejną porażkę i brak jakichkolwiek złudzeń o grze na wiosnę w pucharach.

Sytuacja potoczyła się jednak nieco inaczej. Tuż przed przerwą Vadis Odidja-Ofoe postanowił nie być gorszy od Bale’a i zdobył równie piękną bramkę z dystansu co Walijczyk. Legia złapała kontakt, a w 58. minucie meczu wyrównała, czym wprawiła w osłupienie piłkarzy Królewskich. Drużyna skazywana na pożarcie zaczęła prowadzić grę.

Ponadto w 77. minucie meczu gola również z dystansu strzelił Moulin, wyprowadzając Legię na prowadzenie. Na pustym stadionie rozniosło się echo śpiewających VIPów, dziennikarzy, i kibiców zgromadzonych z w stadionowym barze. W transmisji telewizyjnej widać puste trybuny, które zdają się dopingować Legię. Niestety euforię złagodził nieco Kovacic, wyrównując w końcówce stan meczu na 3:3.

Niemniej stało się coś, co dla większości było do tej pory niewyobrażalne. Legia Warszawa zremisowała z niedawnym triumfatorem Ligi Mistrzów. To spotkanie stało się czymś na miarę zwycięstwa kadry Nawałki nad Niemcami. Było kamieniem węgielnym, z którego ta drużyna wyrosła. Nawałka miał więc swoje Niemcy, Magiera miał swój Real.

Szaleństwo i pragmatyzm

Po remisie z Królewskimi drużyna uwierzyła w swoje możliwości. Wygrała trzy kolejne mecze ligowe, zdobywając w nich aż 10 goli. Na gwiazdę zaczął wyrastać dotychczas niedoceniany Vadis Odidja-Ofoe. Belg z defensywnego pomocnika z nadwagą został kreatorem gry i gwiazdą całej ligi.

Jedno jest pewne, Legia w Lidze Mistrzów nudy nie przynosiła, ale mecz z Borussią w Dortmundzie jest czymś, co w zawodowym futbolu nigdy nie miało prawa się zdarzyć.

Spotkanie z Borussią zostało okrzyknięte najbardziej szalonym w historii Ligi Mistrzów i trudno się temu dziwić. Bo czy widzieliście kiedyś mecz piłkarski zakończony wynikiem 8:4? Legia w tym meczu objęła prowadzenie, by dać sobie zaraz wbić dwie bramki w minutę. Na bramce Radosław Cierzniak „grał w siatkówkę” – jak powiedziałby pewien trener. Jakub Rzeźniczak bywał skrzydłowym, a Aleksander Prijovic obrońcą, Roman Weidenfeller wybijał piłkę z linii przewrotką, a Dembele strzelał bramki jak z gry komputerowej.

To, co działo się podczas tego spotkania, można byłoby rozdzielić na co najmniej kilka meczów. Szaleństwo, brawura i niesamowita nieodpowiedzialność taktyczna dała nam widowisko, jakiego chyba już nigdy nie zobaczymy. Spotkanie w Dortmundzie jest do teraz meczem z największą liczbą goli w LM, a Legia pozostaje drużyną, która ich najwięcej straciła w jednym meczu. Jeśli jesteś kibicem Legii i twoje dziecko zapyta cię kiedyś o ten mecz, nie próbuj mu go opisywać, tylko włącz skrót albo całość.

Po tym szaleństwie Legia, co zadziwiające, nadal pozostawała w grze o Ligę Europy. Wystarczyło wygrać u siebie ze Sportingiem. Do tego meczu piłkarze po raz pierwszy od startu rozgrywek podchodzili obarczeni presją. Tu gra znów toczyła się o stawkę.

Po wesołych meczach z Realem i Borussią nagle okazało się, że w grze nadal jest pucharowa wiosna i kilka milionów euro potencjalnego zarobku. Podopieczni Magiery chyba zdawali sobie sprawę z tej odpowiedzialności i zagrali inaczej niż dotychczas. Byli bardziej pragmatyczni i zorganizowani w obronie, a zarazem skuteczni w ataku. Skuteczności starczyło co prawda na tylko jednego gola autorstwa Guilherme, ale i to wystarczyło.

Legia awansowała do 1/16 Ligi Europy z czterema punktami na koncie i rekordowym bilansem bramkowym -15. To, co po pierwszym spotkaniu w Warszawie zdawało się fikcją, nagle stało się realnym sukcesem.

Nowe twarze i starzy znajomi

Wiosna w pucharach jest czymś, o czym od jakiegoś czasu nasze kluby mogą tylko pomarzyć. Jednak w 2016 roku 1/16 LE nie była dla Legii niczym nadzwyczajnym. Warszawiacy grali w tej fazie już dwukrotnie ostatni raz w sezonie 2014/2015. Wówczas przyszło im się mierzyć z Ajaksem Amsterdam, z którym niestety odpadli po dwóch porażkach kolejno 0:1 i 0:3. Wiosna 2017 roku przywitała Legię również Ajaksem na tym samym etapie rozgrywek. Jednak teraz Legia jako spadkowicz w Ligi Mistrzów liczyła na zdecydowanie lepszy wynik niż dwa lata wcześniej.

REKLAMA 2
Pucharowa środa: w tym szaleństwie jest metoda, czyli Legia w Lidze Mistrzów 2016/2017 13

Przed dwumeczem niektóre media wskazywały nieśmiało Legię jako faworyta, pokazując, że ta drużyna dysponuje dużo lepszym składem niż przed dwoma laty. Jednak skład drużyny z Łazienkowskiej uległ niewielkim zmianom w stosunku do tego, w jakim prezentowała się Legia jesienią. Z klubu odeszli bowiem Bartosz Bereszyński, Nemanja Nikolić i Aleksandar Prijović. Legia straciła więc podstawowych piłkarzy w tym dwóch najlepszych strzelców drużyny.

W Warszawie zameldowali się Daniel Chima Chukwu, Tomas Necid, Artur Jędrzejczyk oraz Dominik Nagy. Jędrzejczyk i Nagy okazali się w ostatecznym rozrachunku ruchami udanymi. Tego samego nie można powiedzieć o dwóch pierwszych zawodnikach. Chukwu i Necid mieli zastąpić parę Prijović-Nikolić, efekt był zgoła odmienny. Necid rozegrał 8 spotkań i strzelił jednego gola, a Chukwu 6 spotkań i nie wpisał się na listę strzelców.

Potencjał ofensywny przed spotkaniem z Ajaksem był więc mocno ograniczony. Niemniej Legia postawiła twarde warunki i pierwsze spotkanie w Warszawie zakończyło się wynikiem 0:0. Dawało to nadzieje na dobry rezultat w Amsterdamie. W Holandii padł zaledwie jeden gol i na nieszczęście Legii był to gol dla Ajaksu. Mecz zakończył się wynikiem 1:0 dla gospodarzy i to Ajax pozostał w grze o trofeum.

Sukces?

Czy ta europejska batalia Legii była więc sukcesem? Cóż z jednej strony Legia często prezentowała futbol radosny i nieodpowiedzialny, traciła mnóstwo bramek i miała masę szczęścia, że w ogóle zakwalifikowała się do Ligi Mistrzów i jeszcze więcej, że grała w pucharach na wiosnę.

Z drugiej jednak strony zremisowała z Realem, czyli późniejszym zwycięzcą Ligi Mistrzów, dla którego była to jedyna strata punktów w tych rozgrywkach. W Lidze Europy natomiast odpadła po zaciętym boju z późniejszym finalistą. Tym bardziej jeśli spojrzy się na ówczesny skład Ajaksu, można nabrać respektu. Grali tam wówczas: Onana, Sanchez, Schone, Ziyech, Dolberg, Younes, Van de Beck, a wszystkimi zarządzał z ławki Peter Bosz. Zatem część z tych piłkarzy stanowiła o sile drużyny, która kilka lat później oczarowała Europę i doszła do półfinału LM.

Legia Warszawa z sezonu 2016/2017 jest zatem jedną z najbardziej utytułowanych drużyn w historii tego klubu i była projektem, który gdyby nie właścicielskie zawirowania miał szansę na regularną grę w pucharach.

MACIEJ BEDNARCZYK

Źródła
  • https://www.legia.sport.pl/legia/1,139320,21087323,liga-mistrzow-legia-sporting-1-0-mistrz-polski-oszukal-przeznaczenie.html
  • https://audycje.tokfm.pl/audycja/167,TOK-gra-Legia
  • https://www.legia.sport.pl/legia/1,139320,20477091,boguslaw-lesnodorski-zatrudnienie-besnika-hasiego-bylo-dobrym.html
  • https://www.transfermarkt.pl/
Maciej Bednarczyk
Maciej Bednarczyk
Wychowany na "pajacykach" Boruca. Fan Ekstraklasy i kibic wszystkich polskich drużyn w pucharach. Sympatyk reprezentacji Francji. W tygodniu student dziennikarstwa, a weekendami sędzia piłkarski.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Jan Woś – Legenda Odry Wodzisław

Przez ekstraklasę prześlizgnęło się w przeszłości wielu zawodników, którzy pozostali kompletnie anonimowi, niczym się nie wyróżniając. Nieraz narzekamy na brak dobrego poziomu, ale także...

Puchar Mistrzów 1964-65 – statystycznie

Zapraszamy do kolejnej części serii statystycznego podsumowania kolejnych edycji Pucharu Mistrzów. Tym razem sprawdzamy statystyki i ciekawostki związane z szóstą edycją tych rozgrywek, czyli sezonem 1964/64. Puchar Mistrzów...

Kultowe zdjęcia w historii piłki nożnej

Zdjęcie może zaciekawić równie mocno, co film. Zapraszamy do zestawienia kultowych piłkarskich fotografii.