Pucharowa środa: Ruch Chorzów Michala Vičana i ich dwa ćwierćfinały

Lata 70. to piękny czas dla polskiego futbolu. Reprezentacja grała jak równy z równym z najlepszymi ekipami na świecie. Zdobyliśmy złote medale na igrzyskach w Monachium i srebrne na mistrzostwach świata w RFN. Potrafiliśmy zdeklasować w Chorzowie Holendrów, a polscy piłkarze wzbudzali respekt i zyskali sobie szacunek w całym piłkarskim świecie. Nieco w cieniu sukcesów drużyny Kazimierza Górskiego kolejne złote rozdziały do swojej bogatej historii dopisywał chorzowski Ruch.

To właśnie zespół z Chorzowa był tym, który w 1968 r. przerwał wspaniałą serię Górnika Zabrze i zakończył pięcioletni okres dominacji lokalnego rywala w lidze. Później do głosu doszła też warszawska Legia, ale Ruch wcale nie odstawał.

W 1970 r. klub obchodził 50. rocznicę powstania. Jubileusz ten uświetniło zdobycie przez drużynę Tadeusz Forysia tytułów wicemistrzowskich. Jednak kiedy w następnym sezonie stało się jasne, że mistrzostwa nie uda się zdobyć, to trener ustąpił ze stanowiska jeszcze przed końcem rozgrywek.

Vičan wkracza na scenę

Działacze postanowili powierzyć zespół fachowcowi z zagranicy. Nie bez wpływu na tę decyzję były sukcesy, jakie Legia odnosiła pod wodzą Jaroslava Vejvody, a Górnik pod batutą Gézy Kalocsaya. Włodarze oddali drużynę w ręce Słowaka Michala Vičana.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Nie był to jednak pierwszy lepszy Słowak, lecz wielkiej klasy fachowiec. Miał za sobą występy w reprezentacji Czechosłowacji i był jednym z najbardziej znanych graczy Slovana Bratysława. To właśnie jako trener Slovana zdobył uznanie w Europie. W 1969 r. jego zespół jako pierwszy zza żelaznej kurtyny triumfował w europejskich rozgrywkach. 21 maja w finale Pucharu Zdobywców Pucharów na St. Jakob-Stadion w Bazylei pokonali 3:2 Barcelonę.

Słowak zaprowadził w klubie nowe porządki. Dzięki swoim znajomościom załatwił piłkarzom sprzęt najlepszej jakości od Pumy. Nie było też problemów ze znalezieniem klasowych sparingpartnerów. Od samego początku stawiał na bardzo ciężkie treningi i chciał wypracować u swoich podopiecznych automatyzmy, żeby nic ich nie mogło zaskoczyć na boisku.

Mieliśmy tylko biegać. Sto metrów, dwieście metrów, trzysta metrów. Ciężko było, a Vičan tylko popędzał: „szybciej, szybciej”. Potem wracaliśmy do ośrodka, wykąpaliśmy się i zjedliśmy śniadanie. Zaraz potem trener zrobił odprawę i wyjaśnił, jaka jest jego idea pracy – wspominał początki obozu treningowego w Trzyńcu Antoni Piechniczek.

Przez dwa tygodnie fundował swoim zawodnikom poranne biegowe treningi interwałowe, a popołudniami intensywne zajęcie z piłkami. Niektórzy, zwłaszcza starsi zawodnicy mieli problemy, żeby wytrzymać takie obciążenia. Szybko jednak okazało się, że jego metody są skuteczne i zdobył u swoich piłkarzy bardzo duży autorytet. Może trochę się go nawet bali, ale jednocześnie szanowali, a sam trener też zyskiwał przy bliższym poznaniu.

Dla niego nie istniało coś takiego jak życie rodzinne, tylko futbol. Był strasznie wymagającym, ale jednocześnie uczuciowym człowiekiem. Jak byliśmy na wyjeździe, to chodził po wszystkich pokojach i z każdym rozmawiał, ale był też bardzo wymagający. Jego treningi, które wprowadził były na ten czas rewelacyjne – wspominał Joachim Marx w wywiadzie dla naszego portalu.

Pierwszy sezon chorzowian w lidze pod wodzą Słowaka nie był imponujący. Ruch rozgrywki zakończył na czwartym miejscu, co stanowiło mały krok naprzód w porównaniu z poprzednią kampanią. W samym zespole nie doszło do żadnych rewolucyjnych zmian. Trener oceniał przydatność zawodników, których miał do dyspozycji w walce o odzyskanie tytułu. Niektórzy starsi piłkarze, tacy jak Antoni Nieroba czy Antoni Piechniczek przymierzali się powoli do zakończenia kariery i spróbowania swoich sił w roli szkoleniowców.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…