Santiago Bernabeu – wielka legenda Realu Madryt

Real Madryt świętował w tym roku, zresztą całkiem niedawno, 114 lat istnienia. Przez niemal 70 z nich był z nim (i w nim), na dobre i na złe jeden człowiek. Nikt inny nie poświęcił się klubowi tak bardzo i nikt inny nie wpłynął na klub tak, jak zrobił to Santiago Bernabeu. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że „Real to on”. Bo tak było, jest i będzie. Na zawsze.

Posiadał niesamowicie mocną osobowość, dzięki której osiągnął tak wiele. Ostre, czasem wręcz czarne poczucie humoru, ale często niezwykle trafne, którym potrafił rozładować napięcie. Był żywy, jowialny, wesoły, ale gdy trzeba było, potrafił zareagować ze złością. Zawsze szczery, mówiący prostym, bezpośrednim językiem. Nie cierpiał hipokryzji. Mówił to, co myślał. Bez wyjątków. Jego słowa nie pozostawiały możliwości błędnego odczytania. I to tym zyskiwał sobie zarówno fanów, jak i wrogów.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Był niepoprawny politycznie, kochał prawdę, z którą żył zawsze w zgodzie. Co najważniejsze, był ojcem dla wszystkich. Piłkarzy, współpracowników, trenerów… i klubu. Miał zasady, których nigdy nie łamał i wymagał – nie tylko od siebie – ich przestrzegania. Taki był Don Santiago.

Przeczytaj także: “Latający cyrk Jesusa Gila”

To tylko jedna z jego twarzy. Ta widoczna częściej, bo nią naznaczone było całe jego zawodowe życie, dzięki niej spełnił swe przeznaczenie i uczynił Real Madryt największym klubem XX wieku. Prywatnie był jednak dobrotliwy, pełen szacunku do wszystkich, którzy szanowali jego. Znał kilka języków, uwielbiał medycynę, której jednak nie było mu dane studiować.

Jego ulubionym zajęciem było czytanie dzieł niemieckich filozofów. W oryginale. Relaksował się wędkowaniem. Taki też był Don Santiago. A jego historia jest jedną z tych, które znać trzeba.

Santiago Bernabeu. Zakochanie

Urodził się, co charakterystyczne, w mieszczańskiej rodzinie. Nie pochodził więc z „ludu”, do którego często odwoływał się, gdy już zasiadał na stanowisku prezesa. Jego ojciec, José Bernabéu Ibánez był walenckim prawnikiem, a matka Antonia De Yeste Nunez pochodziła z Kuby.

Warto też wspomnieć, że człowiek, który związał swe życie z Madrytem, wcale nie przyszedł w nim na świat. W akcie urodzenia ma wpisane „Almansa”. Jest to wieś położona niedaleko Albacete i to tam, 8 czerwca 1895 roku, urodził się jeden z piątki braci.

Do Madrytu trafił szybko, z krótką „przerwą”, na powrót w rodzinne strony, gdy zmarła jego matka. To w stolicy Hiszpanii pobierał naukę – jego szkołą było Kolegium Augustynów i to tam rozpoczął swą przygodę z piłką. Jak sam przyznawał „To był najlepszy sposób na rozgrzanie się w zimne dni na podwórku”.

W wieku 14 lat spełniło się jedno z jego dziecięcych marzeń – trafił do juniorskiego zespołu Madrid CF, wtedy jeszcze bez „Realu” w nazwie. Sam chciał grać na bramce i w tej roli widzieli go trenerzy, ale odwiódł go od tego jego brat, który postawił sprawę jasno – albo Santiago będzie grać w ataku, albo wcale.

Kto wie, czy ta zdecydowana postawa Marcelo Bernabeu, nie była kluczem do wszystkiego, co stało się w kolejnych kilkudziesięciu latach. Jego brat faktycznie został przesunięty do przodu, co poskutkowało debiutem zaledwie cztery lata później. Zresztą strzelił wtedy bramkę, a na boisku znajdowali się również jego dwa bracia.

Warto wspomnieć, że mniej więcej w tym samym czasie Królewscy otworzyli swój własny stadion, O’Donnell. Młody Santiago od początku budowy pomagał przy malowaniu linii, wykańczaniu elementów czy malowaniu ogrodzenia. Nie wziął za to ani pesety, co sprawiło, że już wtedy zyskiwał sobie szacunek wśród pierwszych madridistas.

Niesamowita jest rozbieżność w danych, dotyczących liczby meczów, jakie rozegrał, gdy występował w białej koszulce i bramek, jakie w niej zdobył. Począwszy od liczb „kręcących” się w okolicach 70-80 goli, a skończywszy na… tysiącu. Najbardziej prawdopodobną wersją wydaje się ta mówiąca o trzystu trafieniach przyszłego prezesa.

Mimo świetnych wyników w klubie, z którym dziewięciokrotnie wygrywał mistrzostwo regionu, a raz (w roku 1917) Puchar Króla, nigdy nie zadebiutował w kadrze. Nie wynikało to z faktu, że rywale byli jeszcze lepsi (bo tak po prostu nie było), ale z jego politycznej niepoprawności. Bernabeu oficjalnie krytykował politykę ekonomiczną kraju i głośno mówił o swych prawicowych poglądach. Kosztowało go to utratę szansy na przygodę z reprezentacją, która zdobyła srebrny medal Igrzysk Olimpijskich w roku 1920. Kto wie, może z Santiago w składzie wygrałaby turniej?

Sam zainteresowany nigdy się tym specjalnie nie przejmował, jego serce biło głównie dla Królewskich. Nic dziwnego, że, gdy w roku 1927 zawiesił buty na kołku, niemal z miejsca zaczął pracować w klubie w innych rolach. Zresztą była to naturalna droga dla człowieka, który nie dość, że kapitanował zespołowi przez wiele lat (opaskę zaczął nosić już cztery lata po debiucie), to miał do tego znajomości, zyskane dzięki pracy w zawodzie prawnika.

W dużej mierze jego zasługą było to, że w latach, w których pełnił funkcję sekretarza generalnego (1929-1935), Real dwukrotnie zwyciężył w Primera División. Do tego jeszcze wrócimy.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz