Retro Wywiad #17: Czesław Jakołcewicz

Zdjęcie główne: informacjelokalne.pl

To było straszne! Byliśmy już w samolocie i praktycznie ruszyliśmy, samolot zaczął startować i nagle się zatrzymał. Kapitan powiedział, że nie poleci. Potem, jak wychodziliśmy z samolotu, to było czuć paliwo, więc nie wiadomo, czy byśmy w ogóle tym samolotem dolecieli… – o historii tego lotu, legendarnych pojedynkach Lecha Poznań z Barceloną, czy słynnym pojedynku z Olympique Marsylią porozmawialiśmy w ramach cyklu Retro Wywiad z Czesławem Jakołcewiczem. Zapraszamy do lektury!

Jak to się stało, że wylądował Pan w Lechu Poznań?
Pamiętam, że miałem dobry sezon i byłem obserwowany przez inne kluby. Chciał mnie GKS Katowice i nawet rozmawiałem już z działaczami tego klubu. Praktycznie byłem już po słowie, ale któregoś dnia przyjechał do mnie Teodor Napierała i zwyczajnie mnie przekonał do gry w Lechu. Nie bez znaczenia było też to, że wraz z nim przyjechał Mirosław Okoński, wtedy najlepszy piłkarz Lecha. Początkowo myślałem, że łatwiej mi będzie w Katowicach, bo Lech był wtedy mistrzem Polski i będzie mi ciężko załapać się w pierwszym składzie, ale ostatecznie przyjechałem do Poznania, podpisałem kontrakt.

W Lechu już w pierwszym sezonie sięgnął Pan po dublet, więc okazało się, że to był dobry wybór.
Myślałem, że jak załapie się do osiemnastki, to będzie to mój sukces. Jednak na treningach ciężko pracowałem, grałem też w sparingach i trener Łazarek zdecydował się na mnie postawić. Widocznie pasowałem mu do koncepcji. Zaczynałem jako obrońca, a później poszedłem do pomocy i przez kilka lat grałem jako defensywny pomocnik. W tym sezonie mistrzowskim grałem prawie we wszystkich spotkaniach – na 30 spotkań 29 zagrałem w pełnym wymiarze.

Bardzo szybko trafił Pan też do reprezentacji Polski.
Potoczyło się to wszystko tak szybko, że sam byłem zaskoczony. Zbierałem dobre oceny od trenerów, dostawałem dobre noty w Przeglądzie Sportowym, utrzymywałem stabilną formę. Ważne było to, że grałem z bardzo dobrymi zawodnikami, a atmosfera w klubie była znakomita. Wejście do zespołu też było fantastyczne. Nie było tak, że młody przyszedł z niższej ligi, to niech sobie radzi sam. Ja byłem traktowany jak każdy inny. Pamiętam, że Józef Szewczyk cały czas mi podpowiadał na boisku, udzielał rad, tłumaczył jak się ustawiać, a ja to wszystko sobie kodowałem i wiele lat później, kiedy sam już byłem doświadczonym zawodnikiem, podpowiadałem innym. Dzięki temu łatwiej było wejść do tego Lecha i przyzwyczaić się do tego systemu.

Debiutował Pan na tournee w Indiach, gdzie Polska grała z gospodarzami, Argentyńczykami i dwa razy z Chińczykami…
To było coś wyjątkowego. W ogóle dzięki temu, że grałem w piłkę, mogłem wiele krajów zwiedzić, ale Indie robiły naprawdę niesamowite wrażenia. Te wszystkie miasta, przepych, bieda, slumsy, wille, pałace – coś niesamowitego. Ja do dziś pamiętam te nasze wyjścia na spacery, gdzie policja cały czas nas eskortowała w cywilu. Był taki film, „Slumdog. Milioner z ulicy” i te urywki dokładnie pokazują to, co my widzieliśmy – dzieci, które czekały, aby ktoś dał jakiś pieniądz – tak rzeczywiście było. Doceniliśmy wtedy to, choć u nas było, jak było, że żyliśmy wtedy w takim kraju jak Polska. Same stadiony też były niezwykłe, bo mieściło się na nich sto tysięcy ludzi. Grałem tam we wszystkich meczach, a trzeba pamiętać, że mierzyliśmy się jeszcze z ekipą Węgier, zestawioną z najlepszych piłkarzy klubów z Budapesztu, i Rumunii, w której grali z kolei najlepsi zawodnicy z Bukaresztu. To było takie podsumowanie mojego pierwszego i najlepszego sezonu w Lechu, taka nagroda za dobrą postawę, ale myślę, że duży wpływ miał fakt, że na to spotkanie nie mógł jechać Waldemar Matysik. Wiadomo, jaką Waldek miał chorobę, a ja grałem na jego pozycji i pełniłem podobną rolę do niego, więc Piechniczek postanowił mnie sprawdzić.

Wspomniał Pan wcześniej Wojciecha Łazarka, jak po latach wspomina Pan tego trenera?
To był mój taki pierwszy prawdziwy trener. Owszem, miałem dobrych trenerów w Szczecinie, ale trener Łazarek mnie nakierował. To był taki tatuś, jak to wszyscy mówili. Było trochę radości i trochę krzyku, ale to wszystko działo się z uśmiechami na twarzach. Te anegdotki, żarciki trenera też miały wpływ na nasze treningi. Zajęcia były dosyć długie, ale człowiek nawet się nie obejrzał, że ten trening trwał już dwie i pół godziny, nie tak jak dzisiaj – godzina i wszyscy uciekają. Dla nas trenowanie z trenerem Łazarkiem było przyjemnością.

Jak wspomina Pan mecze z Athletikiem Bilbao i legendarnego rzeźnika Goicoetxeę?
W pierwszym meczu mogliśmy wygrać nawet 5:0. To był mój debiut w europejskich pucharach, więc pamiętam go doskonale. Mieliśmy w tym spotkaniu wiele sytuacji, dosłownie jedna za drugą i mogliśmy wygrać znacznie wyżej. Pamiętam też mecz rewanżowy w Bilbao, przed którym odbyła się uroczystość wręczenia trofeum za tytuł mistrza Hiszpanii. Na stadionie było chyba około 60 tysięcy ludzi. Trzy dni wcześniej Goicoetxea złamał Maradonie nogę i media przez cały czas o tym mówiły, ale te 60 tysięcy ludzi podczas meczu cały czas go oklaskiwały. Przy każdej jego interwencji było bardzo głośno. Dla nich ten twardy, solidny obrońca był prawdziwym bohaterem.

Z meczem rewanżowym wiąże się tragiczna historia Józefa Szewczyka…
Tak, jego problemy zaczęły się chyba właśnie w meczu z Bilbao. Tam pojawiły się pierwsze oznaki tego, że są jakieś kłopoty ze wzrokiem. Od tego momentu z Józkiem zaczęło się coś dziać, a potem się okazało, że było tragicznie – rak gałki ocznej. On już po tym meczu nie zagrał. Dla mnie to była bardzo ważna postać, to on mnie uczył grać w Lechu na pozycji libero, czy środkowego obrońcy i te nauki pamiętam do dzisiaj. Bardzo dobrze mi się przy nim grało. Potem tak samo podchodziłem do innych zawodników, którzy przychodzili do Lecha, jak Kryger czy Jacek Bąk, więc to wszystko, co on przekazał mnie, było przekazywane dalej.

Przed meczem z Liverpoolem trener Łazarek mówił w swoim stylu, że czasem nawet raki fruwają. Wy nie pofrunęliście, a John Wark zapewne śnił wam się po nocach…
W Poznaniu byliśmy blisko tego, żeby nie przegrać, ale na Anflield Road, kiedy oni już włączyli tę swoją maszynę, to ciężko było nam wyjść z własnej połowy. Pamiętam, że trener mnie tam ustawił na prawej pomocy i była to dla mnie prawdziwa katastrofa. Zresztą, dla całego zespołu nie był to najlepszy mecz, bo przegraliśmy wysoko. Sam Wark strzelił nam trzy gole, ale ja byłem pod wrażeniem gry Kenny’ego Dalglisha. W pierwszym meczu go kryłem, tak samo na początku drugiego potkania i już nigdy więcej takiego zawodnika nie spotkałem. To, co grał Dalglish, jako taki podwieszony napastnik – wszystko z pierwszej piłki, wszystko celnie, każde zagranie otwierające do bramki – to była prawdziwa sztuka. My przy takim zawodnikach nie mieliśmy tam prawa cokolwiek zdziałać. Zresztą, chyba było coś takiego, że my trochę się tych pięknych stadionów baliśmy i gdyby było inaczej, to mogliśmy osiągnąć nieco lepsze wyniki. Brakowało wiary w to, że mogliśmy pokonać takie zespoły.

Borussii Moenchengladbach się nie przestraszyliście, bo na wyjeździe zremisowaliście 1:1 i dopiero mecz w Poznaniu rozstrzygnął o awansie niemieckiej drużyny.
Pierwszy mecz zremisowaliśmy i wcale nie byliśmy słabsi. Oni mieli przewagę, dłużej utrzymywali się przy piłce i ostrzeliwali naszą bramkę z dystansu. Był taki lewo nożny zawodnik, chyba Bruns się nazywał, który oddawał takie strzały z 30 metrów, że robiło się naprawdę niebezpiecznie. A my graliśmy z kontrataku i też mieliśmy swoje okazje. Bramkę po stałym fragmencie gry strzelił wtedy dla nas Damian Łukasik. To był taki mecz, w którym byliśmy blisko wygranej, a gdyby się to udało, to myślę, że moglibyśmy ich przejść. W rewanżu straciliśmy dość pechową bramkę samobójczą, ale to, co graliśmy po przerwie przez jakieś 20 minut, kiedy Niemcy mieli problem z wyjściem z własnej połowy, pokazało, że też możemy zrobić im krzywdę. Mieliśmy ze trzy, cztery sytuacje, które powinny się skończyć bramką, a potem Ewald Lienen poprzestawiał nas jak tyczki, padła bramka na 2:0 i było już po wszystkim. Straciliśmy wtedy szanse na awans, a szkoda, bo gdybyśmy przeszli Borussię, to trafilibyśmy na Real Madryt.

Pamiętam, że przed tym meczem w Niemczech zwracano na uwagę na Mirosława Okońskiego. Czy to prawda, że był to zdecydowanie najlepszy zawodnik, jaki grał w tych czasach w Lechu Poznań?
Miałem tę przyjemność z Mirkiem grać i mogę to potwierdzić. Grałem z nim i trenowałem co dzień, trenowaliśmy różne warianty, stałe fragmenty, gra jeden na jeden, jakieś małe gierki, pojedynki w siatkonogę i rzeczywiście mogę powiedzieć, że Mirek był ponad wszystkimi. I to nie tylko jeśli chodzi o technikę, ale też o wydolność i motorykę. Kiedy byliśmy na obozach przygotowawczych, to on zawsze był z przodu, nigdy nie biegał z tyłu. Sam jestem ciekawy, jak by to wyglądało, gdyby dzisiaj była taka technologia, która liczy przebiegnięte kilometry, bo on biegał naprawdę bardzo dużo. Zresztą, u nas było tak, że każda gierka, każdy trening polegał na tym, że ci najlepsi najwięcej biegali i najwięcej krzyczeli, dążyli do zwycięstwa, żeby zaszczepić to pragnienie zwyciężania. On robił różnicę. Kiedy graliśmy do niego do przodu, to wiedzieliśmy, że Mirek dostanie piłkę i ogra jednego, czy dwóch i będzie niebezpiecznie. Zdarzali się też zawodnicy, którzy mieli postawiony cel, aby wykluczyć Okońskiego, ale on i z takimi sobie często radził, choć czasami udawało im się go mocno pokopać.

Okoński sobie poradził za granicą, ale wydaje się, że mógł osiągnąć jeszcze więcej. Zresztą chyba wielu piłkarzy z pańskiego pokolenia może powiedzieć, że mogło być lepiej, gdyby było trochę mniej alkoholu…
Trudno powiedzieć. Dzisiaj też są takie sytuację, co potwierdza historia Wayne’a Rooneya, który gdzieś tam na weselu przed meczem pozwolił sobie na dużo. To działo się wtedy i dzieje się teraz, bo nikt nie będzie nikogo pilnował. Ja pamiętam, że kiedy Mirek odszedł, to jego nowy klub zaoferował nam 10-dniowy obóz w Hamburgu. Już wtedy było widać, że on jest tam w Niemczech wielką gwiazdą. A to, że miał takie, a nie inne nawyki, to już trudno. Wiadomo, że mógł osiągnąć więcej, ale myślę, że gdyby mógł się teraz wypowiedzieć, to powiedziałby, że nie żałuje tego.

Wyjazd do Vlory na mecz z Flamutari zapadł piłkarzom w pamięci, ale raczej nie ze względu na to, co działo się na boisku, a z powodu sytuacji, jaka panowała w tym kraju…
Sam kraj już był wyjątkowy. Jechaliśmy parę kilometrów brzegiem morza i widoki było wprost przepiękne. Sytuacja tam była taka, jaka była, ale my tego tak nie odczuliśmy. Jeżeli chodzi o inne rzeczy, to już było to dla nas troszkę zabawne, bo na tamte czasy ich dobre hotele były dla nas trochę śmieszne, ale te widoki były naprawdę niesamowite.

Po tym dwumeczu zagraliście ze słynną Barceloną, prowadzoną przez Johana Cruyffa, który trochę was chyba zlekceważył. Na Camp Nou rozegraliście fantastyczne spotkanie. Jakie to uczucie?
Sam fakt, że mogliśmy tam pojechać i zagrać z tą drużyną, czy odwiedzić muzeum na Camp Nou, było dla nas dużym wyróżnieniem. To było wielkie przeżycie. A my jeszcze osiągnęliśmy dobry wynik. W pierwszym meczu wyglądało to tak, że głównie się broniliśmy, ale jakoś wybijaliśmy tę piłkę z linii. W końcu dostaliśmy gola z karnego, choć Damianowi Łukasikowi spadła piłka na rękę i według mnie tego karnego być nie powinno.

W Poznaniu mogło być jeszcze lepiej, bo z tego, co wiem, zagraliście bardzo dobre spotkanie
Przede wszystkim musieliśmy grać mądrze, bo z nimi nie można było grać otwarcie. Rzeczywiście, było parę sytuacji, kiedy oni mieli poważne kłopoty, ale oni również mieli momenty, w których my się rozpaczliwie broniliśmy. Pamiętam, że wybijałem piłkę z piątki, dobiegałem do 20 metra, a piłka już z powrotem była pod naszym polem karnym, więc to wszystko działo się bardzo szybko. To była jednak najwyższa światowa piłka, a my sprawiliśmy, że oni do samego końca nie byli pewni awansu. Pamiętam jeszcze, że do Poznania przyjechali ludzie, którzy robili film „Droga do finału”, gdzie byli przedstawiani kolejni rywale Katalończyków w drodze do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Z każdego zespołu wybierali sobie trzech zawodników i robili z nimi wywiad. Ja zostałem wybrany i odpowiedziałem na kilka pytań. Potem, kiedy okazało się, że oni zdobyli ten puchar, materiał się ukazał i ci piłkarze mówili w nim, że to właśnie z nami mieli najtrudniejszą przeprawę.

Co Pan czuł w momencie, kiedy w serii rzutach karnych piłkarze Lecha nie zdołali pokonać Andoniego Zubizaretty i kiedy ostatecznie odpadliście z pucharów?
Najważniejszego karnego strzelał Bodek Pachelski. Jego strzał decydował, bo gdyby trafił, to nie byłoby Barcelony. My trenowaliśmy te karne przez cały tydzień i on strzelał bardzo dobrze, a w serii rzutów karnych zmienił róg i strzelił inaczej. Gdyby strzelił tak, jak to robił na treningach, to Barcelony już by wtedy w pucharach nie było. On sam nie wiedział dlaczego zmienił sposób uderzania jedenastki. Potem poszło już konsekwentnie, ale to też było spowodowane zimnem. Staliśmy na środku boiska, nie mogliśmy za bardzo biegać, ani się zbytnio ruszać, a było wtedy bardzo zimno i ci, co strzelali później byli już mocno zmarznięci.

Lech miał wtedy dziwną huśtawkę nastrojów, bo w pucharach potrafił zremisować z Barceloną, ale w lidze grał przeciętnie. Z czego to wynikało?
Trudno powiedzieć, ale czegoś nam rzeczywiście brakowało. Zapamiętałem natomiast taką sytuację, kiedy graliśmy z ŁKS Łódź po meczu z Borussią. Czytaliśmy gazetę i znaleźliśmy tam wypowiedź Jana Tomaszewskiego, mówiącego, że Lech jest zmęczony i oni spokojnie z nami wygrają. Trochę nas w ten sposób zmotywował. My się sprężyliśmy i zagraliśmy świetny mecz, pewnie wygrywając. Możliwe jednak, że rzeczywiście to zmęczenie i czasem brak motywacji rzeczywiście na nas wpływało. Możliwe, że zabrakło właśnie większej koncentracji i mobilizacji.

Z Panathinaikosem dwa razy pokonał Pan Józefa Wandzika. Jak Pan to wspomina?
To był jeden z lepszych meczów, strzeliłem w niej dwie bramki, choć pierwszą z karnego. Trzecią dorzucił Marek Rzepka, więc dwóch obrońców strzeliło trzy bramki. Graliśmy wtedy dobre spotkanie, a jeszcze lepiej zaprezentowaliśmy się w drugiej połowie meczu w Atenach, gdzie graliśmy bardzo mądrze. Przegrywaliśmy tam 1:0, ale podnieśliśmy się i wygraliśmy 2:1 przy pełnym stadionie. To chyba był najlepszy dwumecz, jaki Lech rozegrał w pucharach.

W rewanżu posłuszeństwa odmówił samolot, ale był nacisk, żeby i tak tym samolotem polecieć, pamięta Pan tę sytuację?
To było straszne! Byliśmy już w samolocie i praktycznie ruszyliśmy, samolot zaczął startować i nagle się zatrzymał. Kapitan powiedział, że nie poleci. Potem, jak wychodziliśmy z samolotu, to było czuć paliwo, więc nie wiadomo, czy byśmy w ogóle tym samolotem dolecieli. Później przylecieli mechanicy z Warszawy z częściami wymiennymi i naprawili usterkę, a kiedy z nami wracali do Polski tym samym samolotem, mówili, że jakiś kurek był nieszczelny. Nie było przyjemnie, wszyscy się denerwowali i pozwoliliśmy sobie na wypicie czegoś dla znieczulenia. Trener Kopa pozwolił nam wypić małego drinka, ale to znieczulenie starczyło chyba na jakieś pięć minut.

A jak się grało przeciwko Olympique Marsylia, gdzie grali m.in. Cantona czy Papin?
Tam było znacznie więcej znakomitych zawodników. Jeśli weźmiemy pod uwagę cały skład, to byli niemal sami reprezentanci poszczególnych krajów. Trener Kopa ustawił nas dość wysoko, mieliśmy ryzykować. Straciliśmy pierwszą bramkę i potem musieliśmy przestawić się na nieco inną grę. Wyszło nam to naprawdę dobrze, bo zmusiliśmy ich do wysiłku i wygraliśmy ten mecz, a przecież oni wcześniej w ogóle nie sądzili, że my jesteśmy w stanie z nimi wygrać. Przy takim składzie dla nich na pewno była to jakaś ujma, że przegrali z Lechem.

Rewanż przeszedł do historii. Przegraliście 1:6, ale pojawiły się też informacje o zatruciu pokarmowym. O co tam chodziło?
Ja myślę, że tak, bo Darek Skrzypczak czy Mirek Trzeciak byli najlepszymi zawodnikami w tamtym czasie, a w tym spotkaniu nie mogli zagrać, bo mieli problemy żołądkowe i praktycznie cały czas biegali do ubikacji. Ja też się dobrze nie czułem, jeżeli chodzi o bieganie, bo miałem takie momenty, że źle widziałem. Właściwie to widziałem podwójnie przy świetle, a jeszcze kilku zawodników miało różne problemy. Później, czytając o wydarzeniach, które miały miejsce w lidze francuskiej, okazało się, że nie tylko nam się takie coś przydarzyło. Tam każdy zespół jechał do Marsylii ze swoją wodą i swoim jedzeniem, bo wiedzieli, że w Marsylii dzieją się różne rzeczy. Pamiętam, że był taki moment, kiedy zrobiliśmy kilka akcji, a ja z karnego trafiłem na 3:1 i oni się przestraszyli. My nie wykorzystaliśmy tego momentu, być może właśnie dlatego, że nie czuliśmy się najlepiej i nie mieliśmy dwóch najważniejszych zawodników. Potem wszedł Stojković i poszło, strzelili nam czwartą bramkę, a my już stanęliśmy.

Był Pan jednym z pierwszych Polaków, którzy wyjechali do Turcji. Jak się mieszkało w Stambule i grało w Fenerbahce?
Jeżeli miałbym jeszcze raz wybrać, to też bym pojechał. Bardzo miło wspominam ten czas i żałuję, że nie zostałem na kolejny rok, bo miałem kontrakt na dwa lata, a po roku zdecydowałem się odejść. To była wielka piłka, wielki klub i wielcy kibice, ale oczywiście tylko kiedy się wygrywa, bo jak się przegrywa, to już nie jest tak wesoło. To był jeden z lepszych moich okresów. Tam człowiek czuł, że jest piłkarzem, o nic się nie martwił, miał tylko grać.

Chyba że komuś przeszkadzają poranne modlitwy, wtedy trudno się skupić na spokojnym odpoczynku…
Ja miałem minarecik obok siebie i zawsze o piątek rano miałem śpiew, ale później się do tego przyzwyczaiłem i w ogóle tego nie słyszałem.

Był Pan świadkiem rytualnego zabicia barana przed meczem?
Tak, byłem świadkiem czegoś takiego, to było jakoś przed meczem z Fenerbahce. Wyszedłem na trening, na którym był komplet publiczności, chyba 30 czy 40 tysięcy widzów i wtedy odbył się ten rytuał. Poświęcono baranka i każdy musiał dotknąć krwi i zrobić sobie znak na czole. Z jednej strony szkoda mi było tego zwierzęcia, ale z drugiej to jest ich obyczaj i oni robią to przed każdym sezonem. Co ciekawe, na treningu była też telewizja i oceniano naszą gierkę, wystawiano nawet punkty za odbyty trening.

Później przeszedł Pan do duńskiego Odense, a następnie powrócił do Polski, by grać w Lechu, a później trafić do poznańskiej Warty.
Ja chciałem grać, a w Lechu byłem bardziej po to, żeby pomagać młodszym, podpowiadać im. Zdecydowałem się więc na transfer do Warty. Ten klub właśnie awansował do ekstraklasy, ale niemal wszyscy zawodnicy odeszli do Pniew i tam nie miał kto grać. Prezes Kaliszan zaczął szukać zawodników, a ja byłem wolny. W ogóle zebrała się tam ekipa byłych lechitów: Krzysztof Pawlak, Mariusz Niewiadomski, Zbigniew Pleśnierowicz, a byli jeszcze Tomasz Iwan czy Piotr Prabucki i my zajęliśmy po pierwszej rundzie wysokie miejsce. Chcieliśmy pokazać, że jeszcze możemy pograć i to się nam udało.

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 98 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.