Jacek Bąk – polski produkt w Ligue 1

Opisywany dziś zawodnik ma na koncie prawie 100 występów w reprezentacji Polski. Zagrał na dwóch mundialach oraz na turnieju o mistrzostwo Europy. Wybiegał na boisko w rozgrywkach ligi francuskiej. W narodowej kadrze wielokrotnie nosił opaskę kapitana. Poznał też egzotykę ligi katarskiej. Jego życie obfitowało także w ciekawe wydarzenia pozaboiskowe. Najczęściej występował na pozycji środkowego obrońcy. To oczywiście Jacek Bąk. 

Początki Parasola

Urodził się w Lublinie i to właśnie w tym mieście zaczynał piłkarską karierę. W pierwszym zespole miejscowego Motoru zadebiutował już w wieku 16 lat. Mimo tak szybkiego wejścia w dorosłą piłkę, nie spodziewał się pewnie, że w przyszłości zostanie graczem słynnego Olympique Lyon. Zanim to się jednak stało, z dobrej strony zaprezentował się na arenie krajowej. Szybko doczekał się pierwszych fanów. Było to jeszcze w rezerwach klubu z rodzinnej miejscowości.

Jako 15-latek miałem już swoich kibiców. Wśród drobnych pijaczków. Przychodzili na rezerwy Motoru i rozsiadali się wygodnie na trybunie. Zamiast trąbek czy szalików, zabierali ze sobą kilka butelek taniego wina. – Słuchajcie czy Parasol dzisiaj gra? – pytał przed meczem najważniejszy z nich. Parasol to byłem ja. Albo Długopis. Nazywali mnie tak z racji wzrostu. Wystrzeliłem przed 14. urodzinami – opowiadał Bąk w cyklu „Moja prawdziwa historia” ukazującym się kilka lat temu w „Przeglądzie Sportowym” i będącym swego rodzaju autobiografią w odcinkach spisaną przez Łukasza Olkowicza i Piotra Wołosika.

Nie wszyscy członkowie rodziny wróżyli młodemu Jackowi karierę piłkarską. Nie mogli sobie wyobrazić w jaki sposób lublinianin zatrzymuje napastników. Starszy brat nie wierzył w to, że Jacek będzie w stanie przebić się w świecie piłki nożnej i godnie się z tego utrzymywać:

Mam brata starszego o dziewięć lat. Andrzej umiał podtrzymywać mnie na duchu. – Zajmij się lepiej nauką, bo w piłce i tak nic nie zdziałasz – usłyszałem kiedyś od niego. Ot, taka braterska rada… Mama, widząc, że zaraz się rozpłaczę, poprosiła Andrzeja, żeby odpuścił. – Będziesz tym piłkarzem – wydusił z siebie.

Zdecydowanie większe wsparcie późniejszy reprezentant naszego kraju otrzymywał od ojca, który w młodości występował w trzeciej lidze jako bramkarz Chełmianki Chełm. Sam piłkarz przyznaje, że być może tata pokładał w nim własne, niezrealizowane nadzieje. Cieszył się piłkarskim rozwojem syna i czuł dumę w przypadku sukcesów. Niestety, nie udało mu się spełnić marzenia mamy…

Pamiętam, jaki dumny wrócił kiedyś z meczu Motoru. Usłyszał, że Leszek Jezierski powiedział o mnie, że zrobię karierę. Kilka lat później przywiozłem ojcu swój dres reprezentacji Polski. Wiem, że nosił go w torbie i chwalił się kolegom. Mama chorowała przez dwa lata. Zawsze marzyła o swoim sklepie. I kiedy po przeprowadzce do Francji stać mnie było na spełnienie jej pragnień, nie doczekała tego. Tata nigdy nie chorował. Nagle poczuł się słabo. Hemoglobina spadła z dnia na dzień, zmarł po kilku tygodniach. Miał 65 lat.

Marzenia o rowerze

Mały Jacek nie należał do najgrzeczniejszych chłopców. Może poniekąd dzięki temu miał tak ciekawe dzieciństwo. Szybko dorobił się pseudonimu „Icy”.

Zapytacie skąd się to wzięło. Cóż, święty nigdy nie byłem, lubiłem, żeby coś się działo. Złapałem kiedyś koleżankę za piersi i komuś skojarzył się ten „Icy”. Tak już zostało. Do dziś żaden z kolegów w Lublinie nie powie do mnie inaczej – tłumaczył genezę swojego przydomku.

Przez skłonność do żartów i psot Bąk nie miał w dzieciństwie roweru, mimo że bardzo o nim marzył. Dla jego mamy ważniejsze było jednak bezpieczeństwo syna niż spełnienie jego zachcianki.

Nigdy nie miałem roweru, tak jak inne dzieci. Wiązało się to z pewną historią z dzieciństwa. Z kolegami mieliśmy dużo durnych pomysłów. Kiedyś weszliśmy w pięciu na rower i rozpędziliśmy się na stromej górce. „Jezus Maria, zabije się” – usłyszałem gdzieś znajomy głos. Na dole blada z przerażenia mama obiecała mi jedno: „Dopilnuję tego, żebyś nigdy nie miał roweru”. Słowa, niestety, dotrzymała.

Bąk był fanem nie tylko piłki nożnej. Jako dziecko uprawiał oczywiście futbol, ale także koszykówkę i hokej na lodzie. Skutkiem ciągłych wyjazdów były duże zaległości szkolne. Młodemu Jackowi groziło powtarzanie klasy. Zwłaszcza język polski był przedmiotem, który sprawiał kłopoty. Blisko było tego, by poprawiał klasę, jednak w jego obronie stanął dyrektor szkoły, doceniając jego umiejętności sportowe. Nauczycielka nie mogła przeciwstawić się szefowi i młodemu Jackowi się upiekło.

Pierwsze pieniądze i przygoda z Lechem

Po raz pierwszy wręczono Bąkowi pieniądze za kopanie piłki, gdy grał w dorosłej drużynie Motoru. Jego miesięczne stypendium było wówczas najniższe w drużynie, ale zawodnik i tak otrzymywał większe wynagrodzenie niż jego mama. I to aż czterokrotnie.

Wypłatę odbierałem w kopercie, a jej zawartość chowałem w szufladzie w swoim pokoju. Po kilku miesiącach zaczęło w niej brakować miejsca. Nieco uszczupliłem zaskórniaki przy zakupie swojego pierwszego samochodu, Hondy CRX. Wreszcie skończyło się jeżdżenie trolejbusami na treningi – opisywał Bąk. Jako jedyny nie piłem w drużynie, więc przypadła mi niewdzięczna rola – rozwoziłem chłopaków do domów po imprezach. Wiadomo, jak niesforni potrafią być pijani. Jeden pstrykał mnie w ucho, żebym jechał szybciej do domu, bo żona czeka. Drugiego małżonka właśnie wyjechała, więc chciał na dziewczyny. Trzeci był niedopity i musiał się gdzieś dobić. Użerałem się tak z nimi co tydzień.

Kolejnym klubem Bąka był poznański Lech. Do stolicy Wielkopolski przeniósł się w 1992 roku. Był to dla niego spory awans piłkarski. Piłkarz wspomina, że czuł się tam niemal jak w zagranicznym zespole. Początek lat dziewięćdziesiątych różnił się od obecnych czasów. Doskonale świadczy o tym poniższy fragment wspomnień obrońcy. Panowała pewna hierarchia.

W Poznaniu trafiłem na starych wyjadaczy, ale fali nie było. Zaskoczenie było jedynie na początku, w szatni. Wyciągałem sprzęt z torby, kiedy ktoś szturchnął w ramię: „Kolego, nic tobie się nie pomyliło? Zmykaj na pięterko”. Nie wiedziałem, że w Lechu są dwie szatnie. Na dole dla starszych, na piętrze rozbierali się młodzi. Nikt nie protestował, taki był zwyczaj.

Dzięki jeszcze większym zarobkom niż w Lublinie, Bąk odkrył w sobie miłość do samochodów. Mógł sobie na to pozwolić. Do comiesięcznych wypłat dochodziły premie po wygranych meczach, odbierane w pokoju u kierownika zespołu. Część pieniędzy można było wydawać na nowe auta, co Bąk oraz kolega z drużyny, Paweł Wojtala, robili bardzo często.

Stać mnie było na porządny samochód. Z Wojtalą rywalizowaliśmy, kto częściej zmieni auto. W pierwszym roku gry w Lechu przesiadałem się jedenaście razy. Praktycznie co miesiąc podjeżdżałem na klubowy parking nowym wozem. Pomyślicie, odbiło gówniarzowi. Nie. Zamiast przepuszczać pieniądze w kasynie albo tracić na alkohol, wolałem wydać na samochód.

Mistrzostwo Polski

Już w pierwszym sezonie spędzonym w Poznaniu Bąk cieszył się z mistrzostwa Polski. Zostało ono wywalczone w niecodziennych okolicznościach. Wystarczy tylko wspomnieć o tym, że przed ostatnią kolejką o tytuł walczyły tylko… Legia i ŁKS. A jednak to Lech został najlepszą drużyną w kraju.

W lidze zeszło z nas powietrze. Niby graliśmy dobrze, ale lepsi byli i ci z Legii i ci z ŁKS. Przed ostatnią kolejką już tylko oni walczyli o mistrza. No i przesadzili w tym wyścigu. Tak, tak, przegięli ze strzelaniem. Jedni walnęli sześć bramek, drudzy siedem. Przekrętem śmierdziało na odległość. Tego zdania był też PZPN. Jego władze odebrały Legię i ŁKS odebraniem punktów, mistrzostwo przypadło trzeciej drużynie w tabeli. Czyli Lechowi. Nie było może u nas wielkiego wybuchu radości, w końcu tego tytułu nie wywalczyliśmy normalnie. Najbardziej cieszyła nas możliwość gry o Ligę Mistrzów, no i, co tu dużo kryć, premie za mistrzostwo – późniejszy reprezentant Polski tak wspominał pierwszy w karierze tytuł mistrza kraju.

Jednak pojawiły się nieoczekiwane problemy z premią za odniesiony sukces. Sytuację próbowali ratować Kazimierz Sidorczuk i Mirosław Trzeciak. Tak przedstawia sprawę Bąk:

Nasze interesy zabezpieczali Sidorczuk, którego nazywaliśmy „Księgowy” oraz Trzeciak. Lepszych przedstawicieli nie mogliśmy wybrać. Dbali o naszą każdą złotówkę, teraz też wybrali się do działaczy. – Kiedy dostaniemy pieniądze za tytuł? – zapytał Kazik na górze. – Przecież zajęliście trzecie miejsce. – Nie, zdobyliśmy tytuł. Gramy o Ligę Mistrzów. – To tam sobie odbijecie – taki był koniec rozmów.

Bój o występy w Champions League nie był dla Kolejorza udany. Rywalem okazał się Spartak Moskwa. Poznaniacy nie mieli wiele do powiedzenia w starciu z rosyjskim przeciwnikiem. Ponownie oddajmy głos Bąkowi:

Rosjanie zmietli nas z boiska już w pierwszym meczu. W Poznaniu przegraliśmy 1:5. Rację miał Wiktor Onopko, obrońca Spartaka. Kiedy zobaczył nas przed rewanżem wychodzących z autokaru powiedział do kolegi głośno, tak żebyśmy słyszeli: – Wot i ogórcy prijechali…

W reważu Spartak wygrał po raz drugi, tym razem 2:1, i Lechici nie zdołali sfrsować bram piłkarskiego raju.

Pora na Francję

W 1995 roku Bąk zdecydował się na transfer zagraniczny. I od razu trafił do wielkiego klubu. Został zawodnikiem słynnego Olympique Lyon.

Bąka chcieli na Zachodzie, jak miał 22 lata. Olympique Lyon przyjechał po Jacka do Poznania i kupił go z Lecha na pniu. Przez lata występował na Stade Gerland – pisał w książce „Żądza piłkarskiego pieniądza Roman Kołtoń.

Wielkiej kariery w tym klubie Polak nie zrobił. Być może duży wpływ na ten fakt miały liczne kontuzje naszego obrońcy. W czasie gry w tym zespole, Bąka trapiły m.in. zbity mięsień czworogłowy, naciągnięta pachwina, kłopoty ze śródstopiem, stawem skokowym i zębami. Ponadto pojawiły się kłopoty z mięśniami brzucha, do leczenia których zastosowano medycynę niekonwencjonalną. Nie obyło się też bez problemów z kręgosłupem. W tym przypadku potrzebna była interwencja nożem laserowym. Nie dowiemy się już, jak potoczyłyby się losy Bąka, gdyby nie te wszystkie urazy. Bodaj największym zdrowotnym nieszczęściem w tym okresie był złamany nos. To zdarzenie uniemożliwiło obrońcy występ w meczu z Anglią w ramach eliminacji MŚ 1998. Do feralnej sytuacji doszło w spotkaniu z Olympique Marsylia. Ekipa Polaka wygrała 8:0, a on sam pojawił się na boisku dopiero dziesięć minut przed końcem, kiedy zwycięzca był wyłoniony. Jeden z rywali wykonywał przewrotkę i trafił Bąka w twarz „nożycami”.

Miałem nos na policzku, złożyłem go i poszedłem do karetki – zwierzył się piłkarz w wywiadzie, jakiego udzielił Izie Koprowiak na łamach „Przeglądu Sportowego”.

Kilka tygodni po zdarzeniu, Bąk, dla którego tego typu kontuzja nie była pierwszą w karierze, nieco żartobliwie powiedział:

Jestem… przyzwyczajony. Już trzeci raz w karierze złamałem nos. Ponoć można się przyzwyczaić do wszystkiego – taką wypowiedź można odnaleźć w wydanej przez „Przegląd Sportowy” publikacji „Wielkie kluby Europy. Olympique Lyon” autorstwa Tadeusza Fogiela i Marcina Kality.

To właśnie pierwszy ze wspomnianych panów miał duży wpływ na przejście polskiego gracza do Lyonu. Fogiel zainteresował możliwością pozyskania zawodnika ówczesnego trenera OL, Guya Stephane’a. Transfer poparł Bernard Lacombe – szkoleniowiec, u którego w Lyonie Bąkowi wiodło się najlepiej. Raz jeszcze wróćmy do opublikowanych wspomnień piłkarza. Tak Bąk opisywał to, jak zostawał graczem jednego z największych klubów we Francji:

Spokojny lot dobiegał końca. Prywatny samolot Jeana-Michela Aulasa, prezydenta Olympique Lyon podchodził do lądowania. Kończył się też minibankiet z wystawnym obiadem. Trener Bernard Lacombe wraz z pozostałymi towarzyszami podróży mogli wznieść toast szampanem za udaną misję.

Nasz bohater nie mógł uwierzyć w to, że będzie reprezentował barwy OL. W tych czasach rzadko zdarzało się, aby polscy piłkarze występowali w klubach o takiej renomie. To było na długo przed tym, jak Polak podbijał Europę, broniąc karne w finale lub strzelając cztery gole Realowi Madryt.

Wciąż nie docierało do mnie, że za kilkanaście godzin zostanę piłkarzem klubu z Lyonu. Jak dla mnie stanowczo zbyt wiele wrażeń na jeden dzień. Ludzie mawiają: Tyle przeżyłem, że film można byłoby nakręcić! No właśnie. Śmiało mógłbym to zrobić. Gatunek? Coś z pogranicza sensacji i komedii – dodawał zawodnik.

Olympique Lyon w sezonie 2000/2001. W składzie między innymi: Gregory Coupet, Jacek Bąk, Sonny Anderson czy młody Steed Malbranque

Za kadencji trenera Lacombe’a Bąkowi przez jakiś czas wiodło się dobrze. Udanie zaprezentował się przede wszystkim w europejskich pucharach. W pamięci mógł zapaść gol strzelony w meczu z Blackburn, kiedy polski obrońca w ostatnich minutach przymierzył z 34 metrów. Warto też wspomnieć o bramce zdobytej w spotkaniu z Interem, kiedy to strzałem z szesnastu metrów pokonał bramkarza mediolańczyków. Z wyżej wspomnianym trenerem nie zawsze układało się sielankowo. Szkoleniowiec przestawiał Bąka po różnych pozycjach, co wzbudziło pretensje ze strony piłkarza. Kiedy na mecz z Interem wychodził jako skrzydłowy, powiedział:

Następnym razem przyjdzie im do głowy ustawić mnie w ataku. 

Gdy Lacombe często zmieniał ustawienie wyjściowej jedenastki, Bąk nie ukrywał zdenerwowania:

Ze środka obrony na kryjącego, to znów do pomocy. Ja tak nie chcę. Nie chcę być „łataczem dziur”. 

Inaczej widział to trener OL.  Cenił umiejętności Bąka. Jego zdaniem polski zawodnik po prostu nadawał się na różne pozycje.

Jacek miał predyspozycje do gry na kilku pozycjach, dlatego był przesuwany. Grał mądrze, miał dobre pierwsze podanie i był na tyle dobry technicznie, że gra piłką nie sprawiała mu problemów – mówił Lacombe.

Kłopoty u Santiniego

O ile z Lacombem Bąkowi od czasu do czasu było nie po drodze, o tyle prawdziwe problemy miały miejsce, gdy trenerem OL został Jacques Santini. Wówczas okazji do tego, by zobaczyć naszego rodaka w koszulce klubu z Lyonu, było jak na lekarstwo. Oczywiście Bąk wspomina ten okres bardzo źle:

Sam Edmilson, który był moim rywalem w walce o miejsce w składzie, wstawiał się u Santiniego, by dał mi pograć. Miał pięciu piłkarzy, którzy mogli grać na środku obrony, a mnie nie chciał puścić. Uparł się, że nie pójdę do żadnego francuskiego klubu. Gdyby przeciągnął sprawę o jeszcze dwa tygodnie, chyba bym go trzepnął. Nawet nie chciałem się z nim witać. Starałem się zawsze tak ustawiać, że niby go nie widzę. To taki cwaniaczek: tu się przyklei, tam się odklei.

Widzimy więc, jakie zdanie o Santinim miał Bąk. Nawet to, że trener ten zdobył z ekipą z Lyonu mistrzostwo Francji nie przekonało piłkarza do zmiany opinii na jego temat:

Taki skład, jaki był u Santiniego, to nawet moja żona by poprowadziła. Przecież tam byli sami reprezentanci: Brazylii, Francji, Kamerunu, Belgii.

Jak podaje większość francuskich statystyk, Bąk może pochwalić się tytułem mistrza Francji. W mistrzowskim sezonie rozegrał bowiem jeden mecz (przeciwko Bastii), w którym zresztą strzelił gola. Zimą zmienił klub.

Przejście do Lens

Kolejnym przystankiem w czasie francuskiej przygody Bąka był Racing Club de Lens. Reprezentant Polski powiedział, że zanim w klubie po niego sięgnięto, przeprowadzono dokładne rozeznanie. Tak opowiadał o tym na łamach książki Kołtonia:

Przez dwa miesiące trenerzy Lens wydzwaniali do swoich byłych piłkarzy, których dobrze znali, a którzy w tym okresie grali ze mną w Lyonie. Do Christophe’a Delmotte’a, Tony’ego Vairelles’a czy Pierre’a Laigle’a. I pytali w jakiej jestem formie, jak się prezentuję na treningach. A ja nie odpuszczałem, ćwiczyłem z pełnym zaangażowaniem.

Jacek Bąk lubił ubarwić swoje włosy w pasemka lub też całkowicie na blond. Tu w barwach Lens

Piłkarz przyznaje, że po przyjściu do swojego drugiego francuskiego klubu, odżył. Szczególnie o początkach w Lens wypowiada się z entuzjazmem:

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy w tym klubie rozegrałem najlepszą rundę we Francji. W lidze szliśmy łeb w łeb z Lyonem. O tytule miał zadecydować nasz bezpośredni mecz. Wygrany zgarniał pełną pulę. Przed spotkaniem zatrzymaliśmy się w La Tour-de-Salvagny, pięknie położonej miejscowości w lesie pod Lyonem. Miała być cisza i spokój. Nie było ani jednego, ani drugiego. O trzeciej w nocy część chłopaków miała nieoczekiwaną pobudkę. Pod nasz hotel zajechało kilkudziesięciu miejscowych kibiców. Rozpoczęli swój koncert, kocią muzykę z bębnami i trąbkami. Miałem szczęście, że okna mojego pokoju wychodziły na wewnętrzny dziedziniec hotelu. O zajściu dowiedziałem się na śniadaniu.

Skandalicznie zachowujący się fani OL zostali oczywiście przegonieni przez policję, ale cel osiągnęli. Taka pobudka musiała negatywnie rzutować na zaskoczonych piłkarzy.

Piłkarz wybudzony w noc poprzedzającą mecz już nie zaśnie. Tym bardziej, jeżeli jest przed najważniejszym spotkaniem w sezonie. Część moich kolegów leżała więc w łóżku i przez kilka godzin głupio gapiła się w sufit, oczekując na poranek – dodaje Bąk.

Ostatecznie zespół z Lyonu okazał się lepszy. Jak już wspomniano w tekście, mały wkład w mistrzostwo dla OL miał także polski obrońca. W ciągu jednego sezonu został więc mistrzem i wicemistrzem Francji. Tak opowiada o spotkaniu przeciwko swoim byłym kolegom:

Nazajutrz Lyon nas stłamsił. Nawet przez chwilę nie mieliśmy prawa sądzić, że wygramy. Nie, nie dlatego, że połowa drużyny nie spała w nocy. Byliśmy dużo gorsi. Strzeliłem honorowego gola dla Lens. Koledzy żartowali, że to dlatego, że jako jeden z nielicznych byłem wyspany. Mecz jednak przegraliśmy. Mistrzostwo też.

Bąk spędził we Francji aż 10 lat swojej piłkarskiej kariery. Występował tam w latach 1995-2005, jednak tylko w dwóch wymienionych klubach. Kołtoń we wspomnianej książce postawił tezę, że Bąk nie do końca został doceniony tak, jak na to zasłużył. Przyszedł czas na egzotyczną przygodę w Azji.

Wyjazd do Kataru

To była egzotyka. Mało kto spodziewał się, że reprezentant Polski wybierze taki kierunek. Zdecydował się jednak na zmianę nie tylko kraju, ale także kontynentu. Chciał wyjechać z Francji, w której spędził dekadę. Został zawodnikiem katarskiego Al.-Rayyan. A tak opowiadał o kulisach przejścia do tego klubu:

Któregoś dnia zaskoczył mnie Jerome Leroy, kolega z Lens. Rozmawialiśmy po treningu. – Luis Fernandez będzie trenerem w Katarze i szuka doświadczonego obrońcy z naszej ligi. Podpowiedziałem mu twoje nazwisko. Wydaje się zainteresowany, skontaktuj się z nim – Leroy podyktował mi numer komórki trenera, którego znał z gry w PSG. Zadzwoniłem tego samego dnia. – Szukam ekipy do Kataru. Jak to widzisz? Za rok masz mistrzostwa świata, wyjeżdżając sporo ryzykujesz – nie krył Fernandez. – Bez obaw. Z trenerem dobrze się do nich przygotuję – trochę mu przysłodziłem. – Dobre. Podoba mi się ta odpowiedź – Fernandez był konkretny. Umówiliśmy się na spotkanie w Paryżu, w Mariotcie przy Champs-Elysees. – Przylecą Arabowie. Dogadacie się, świetnie. Nie wyjdzie, zapominamy o sprawie – zakończył trener.

W Katarze na piłkarza czekał zupełnie inny świat. Duże pieniądze, inna kultura i wiele niecodziennych sytuacji. Bąk opisywał m. in. to jak Arabowie dbają o każdy szczegół:

Pojechaliśmy kiedyś z Al.-Rayyan na zgrupowanie do Niemiec i rozlokowaliśmy się w luksusowym hotelu. Odwiedzili nas szejkowie. Chcieli sprawdzić, jak nam się mieszka. Po kilku minutach zauważyłem, że zawzięcie między sobą gestykulują. Jeden wziął drugiego za rękę i wskazał mu… muchę na ścianie. Okazało się, że najpierw kłócili się o to, że w hotelu nie ma odpowiedniej klimatyzacji, no i jeszcze jeden z nich zauważył tę nieszczęsną muchę. Decyzja? Szybka. Zmieniamy hotel! Nasza karawana udała się do jeszcze lepszego.

Piłkarz w opublikowanych przez „Przegląd Sportowy” wspomnieniach nadmienił, że tęsknił za ojczyzną, a życie z dala od domu nie było łatwe.

Dla kogoś wychowanego w kulturze europejskiej Katar jest trudny do codziennego życia. Szejkowie (w Al-Rayyan rządził trzeci garnitur szejków, choć daj Boże każdemu klubowi taki trzeci garnitur) starali się, bym czuł się u nich jak w domu, ale łapałem doły. Tęskniłem za Polską. Próbowano mi to rekompensować na różne sposoby. Krótko po moim przyjeździe, kiedy mieszkałem jeszcze w hotelu, do śniadań przygrywała mi ładna pani na fortepianie. Polka. Grała głównie Chopina. Jadłem sobie bułeczki, kawkę popijałem, a z boku płynęły polskie nuty. 

Telewizja wygrywa ze stadionem

Futbol w Katarze jest popularny, chociaż patrząc na trybuny stadionów, na których rozgrywane są mecze ligowe, można mieć na ten temat inne zdanie. Bąk jednak przekonywał, że mimo niezadowalającej frekwencji, Katarczycy interesują się piłką nożną i tłumaczył czym spowodowana jest mała liczba kibiców oglądających widowiska na żywo.

Jedyny problem szejkowie mieli z frekwencją na stadionach. Jak przyszło 2 tysiące ludzi, każdy był zadowolony. Najczęściej było kilkuset widzów. Kibic w Katarze jest za wygodny, by iść na stadion. Ma wszystko w domu, na wyciągnięcie ręki. Miejscowi nawet zakupy robią bez wychodzenia z samochodu. Podjeżdżają limuzynami pod sklep, dają boyowi kartę z listą, kartę kredytową i czekają, aż chłopak wróci z towarem. Mizerna frekwencja nie znaczy, że Katarczycy nie żyją piłką. Żyją, ale wyłącznie przed telewizorem. Ci, którzy grzeją się polskimi programami piłkarskimi, tak fajnie pokazującymi mecze, powinni zobaczyć show z Kataru. Porównania w trójwymiarze, analiza akcji z kilkunastu kamer, grafiki, jakieś teledyski i wywiady. Z meczu oglądanego przez garstkę osób potrafią zrobić takie widowisko, jakby bezpośrednio transmitowali zakończenie świata.

Od czasu do czas zdarzy się jednak, że kibice tłumnie stawią się na stadionie. A przynajmniej raz do tego doszło. Ale nie dlatego, że fani tak bardzo chcieli obejrzeć piłkarskie popisy z bliska. Na trybuny zaprowadziła ich… chęć wzbogacenia się. Ponownie oddajmy głos Bąkowi:

W Katarze na wypełnionym stadionie grałem tylko raz: w finale krajowego Pucharu. Dowiedziałem się późnej, skąd wzięło się tyle ludzi na trybunach. Na meczu spodziewany był emir Kataru. Organizatorzy nie mogli dopuścić do tego, by ich władca widział puste krzesełka. Długo głowili się nad tym, jak zachęcić ludzi do przyjścia na stadion. W końcu ogłosili, że zapłacą każdemu widzowi po 100 dolarów, a dodatkowo do wygrania było 20 samochodów w losowaniu. Przyszło 300 tysięcy widzów.

Mobilizacja organizatorów nie może dziwić. W końcu mer Kataru jest ważną postacią, o czym świadczy kolejna anegdota naszego zawodnika dotycząca finału krajowego pucharu, w którym Bąk i jego koledzy mierzyli się z Al.-Gharafa.

Na meczu miał pojawić się emir Kataru. Pech polegał na tym, że władca się spóźnił, a bez niego nie można było zacząć. Pięć minut, piętnaście, dwadzieścia… Staliśmy w tunelu i zaczynałem się lekko niecierpliwić. A jeżeli gościa nie będzie przez trzy godziny, tyle mamy tam stać? Na szczęście po pół godzinie pojawił się na trybunach i sędzia mógł gwizdnąć po raz pierwszy.

Zespół Polaka wygrał ten mecz po rzutach karnych. Było to jedyne trofeum Bąka w tym klubie. Za to świętowanie sukcesu z pewnością zapamięta na długo. Jako piłkarz ligi katarskiej Bąk pojechał na mistrzostwa świata do Niemiec. Po mundialu spędził jeszcze tam trochę czasu i podjął decyzję o zmianie otoczenia.

Przenosiny do Wiednia

Ostatnim klubem w karierze Bąka była Austria Wiedeń, dla której grał od 2007 do 2010 roku. Polscy kibice najbardziej z tego okresu zapamiętali mecze jego drużyny z Lechem Poznań w 1. rundzie  Pucharu UEFA w sezonie 2008/2009. Była to rywalizacja o awans do fazy grupowej rozgrywek zastąpionych z czasem przez Ligę Europy. Dla Bąka był to powrót do miasta, z którego przed laty ruszał w świat. Na stadionie przy Bułgarskiej, były lechita nie miał jednak łatwo. Tłumaczą to autorzy książki „Polskie kluby w europejskich pucharach”:

W pierwszym meczu grał bardzo agresywnie, momentami wręcz brutalnie, za co kibice regularnie wygwizdywali go w drugim spotkaniu.  

A jak rywalizację z „Kolejorzem” wspomina sam piłkarz? Jeszcze raz przytoczmy jego wspomnienia:

Wracałem na stare śmieci. Pierwszy mecz rozgrywaliśmy u nas i… awantura już wisiała w powietrzu. Grając tyle lat w piłkę to się po prostu wie. Tym razem przeczucie też mnie nie zawiodło. W drugiej połowie zaatakowałem jednego z lechitów. Może rzeczywiście zbyt ostro, ale mecz to mecz. Chcę go wygrać i nieważne, czy gram przeciwko rodakom, czy nie.

Pierwsza część dwumeczu, ta mająca miejsce w Wiedniu zakończyła się zwycięstwem gospodarzy 2:1. Potem przyszedł czas na rewanż w stolicy Wielkopolski. Mecz ten przeszedł do historii polskiej piłki klubowej. Bąk wspomina nieprzyjemną sytuację:

Dzień przed meczem w Poznaniu trenowaliśmy na stadionie Lecha. Z boku przyglądał się nam jeden taki pener. Kiedy schodziliśmy z boiska, podszedł do mnie. Popatrzył groźnie i wyseplenił: „Jeszcze zobaczysz…” Nie należę do ludzi strachliwych i nie lubię, gdy ktoś mi grozi. „Niespecjalnie się ciebie boję. Pędź stąd człeniu, bo zaraz cię czołg rozjedzie” – nie wiem, skąd mi się wziął ten czołg, ale poskutkowało. Gość zniknął z moich oczu. Pojawił się wieczorem razem z kolegami w „Sheratonie”. Jedliśmy kolację, ale z oddali widziałem już dziesięciu grubasków kręcących się po hallu. Nie wyglądali na takich, którzy są zainteresowani wynajęciem pokojów. Wyszedłem z restauracji do znajomych, z którymi byłem umówiony. Wtedy tamci do mnie doskoczyli. Od słowa, do słowa, najodważniejszy wylał na mnie sok pomidorowy stojący na stole. Wielcy bohaterowie, dziesięciu na jednego. Poudawali gangsterów i wyszli.

Zawodnik przekonuje, że wrogość kibiców nie wpłynęła źle na jego boiskową postawę:

Na początku dziwnie się czułem. Przyjmuję piłkę – uuu, uuu, podaję – gwizdy. Z czasem zaczęło mi się to podobać. Najbardziej żałowałem, że gram w obronie, a nie w środku pomocy, wtedy byłbym częściej przy piłce. Kibice nie wiedzą, jaka to przyjemność grać ze świadomością, że 23 tysiące ludzi na trybunach najchętniej utopiłoby cię w łyżce wody. Czy mnie to nie sparaliżowało? Nie żartujmy. Gdybym miał 20 lat to mógłbym zsikać w majtki, ale nie w wieku 37 lat.

Lech wygrał 4:2 po dogrywce, a zwycięskiego gola tuż przed końcem strzelił Rafał Murawski. Polska drużyna awansowała, Bąk musiał zaakceptować szybkie odpadnięcie z europejskich rozgrywek. Po ostatnim gwizdku poszedł do szatni Lecha i szczerze im jednak pogratulował. Twierdzi, że przed transferem do Austrii myślał, iż liga w tym kraju jest mocniejsza. A tak podsumowuje okres spędzony w Wiedniu:

W Austrii ze strony prezesów nigdy nie było wielkiego ciśnienia na wynik. Byłem tym zaskoczony. Wygraliśmy, świetnie. Porażka? Zdarza się, następnym razem będzie lepiej. Fajnie. Planowałem pograć w Austrii rok i wrócić do Polski. Przyszedłem dobrze przygotowany fizycznie, a liga okazała się słabsza niż się spodziewałem. Grałem tam trzy lata. Mogłem jeszcze dłużej.

Reprezentacja

Jacek Bąk znalazł się w czołówce piłkarzy z największą liczbą występów w reprezentacji Polski. Zagrał w niej 96 razy. Tyle samo meczów na koncie ma Jacek Krzynówek. Więcej rozegrali jedynie Michał Żewłakow, Grzegorz Lato i Kazimierz Deyna. Z kadrą pojechał na trzy duże turnieje. Najpierw były to mistrzostwa świata w Korei Południowej i Japonii. Jak wszyscy pamiętamy, rozgrywany w 2002 roku mundial nie był udany dla Biało-czerwonych. Wiele o niepowodzeniu w tej imprezie obrońca opowiedział w wywiadzie udzielonym Pawłowi Wilkowiczowi i opublikowanym w wydanej przez „Rzeczpospolitą” publikacji „Polskie mundiale” będącej pierwszą częścią serii „Piłka w grze”. Sam zagrał tylko w pierwszym meczu z Koreańczykami i został zmieniony w drugiej połowie z powodu kontuzji. Tak wspomina tamto wydarzenie:

Do dzisiaj zadajemy sobie pytanie, co poszło nie tak. Po losowaniu wszystkim – nie tylko piłkarzom – wydawało się, że trafiliśmy do łatwej grupy. Przyznano nam już co najmniej drugie miejsce, za Portugalią, a tymczasem z grupy wyszła Korea i USA. Po fakcie błędów można szukać wszędzie. W przygotowaniu zespołu na zgrupowaniu w Niemczech, w przywiązaniu trenera do różnych nazwisk, w naszym nastawieniu. Ja mogę pytać sam siebie, czy gdybym mógł zagrać z Portugalią, to nie stracilibyśmy tylu bramek.

Porażka 0:2 z Koreą Południową sprawiła, że polscy kibice mieli prawo się niepokoić. Po przegranej 0:4 z Portugalią całkowicie stracili nadzieję. Bąk opisuje panującą wówczas w polskiej szatni atmosferę:

Ci którzy grali, siedzieli z głowami schowanymi pod ręcznikami., nie było chętnego do zabrania głosu. Każdy chciał wtedy zostać sam. Tak smakują stracone marzenia. Po awansie czekaliśmy na ten mundial przez blisko rok, odliczaliśmy dni, a tu ledwo się zaczęło, trzeba wracać do domu.

Bąkowi tylko czterech występów brakło do osiągnięcia setki w reprezentacji

Bohater naszego tekstu stwierdza, że dużym problemem podopiecznych Jerzego Engela były zmiana czasu i panująca w Korei temperatura:

Chodziliśmy jak struci, niektórzy z nas snuli się nocami po korytarzu hotelowym. Lekarz kadry prosił, żeby przynajmniej leżeć w łóżkach z zamkniętymi oczami, ale nie wszyscy potrafili tak znosić bezsenność.

Zwycięstwo 3:1 w meczu z reprezentacją Stanów Zjednoczonych było tylko honorowym pożegnaniem się z mundialowymi zmaganiami. Dla Polaków mistrzostwa skończyły się już po fazie grupowej. Podobnie jak kolejne, które cztery lata później odbyły się w Niemczech. Tam Bąk również poleciał. Nie tylko poleciał na mistrzostwa, ale także zagrał we wszystkich grupowych meczach w pełnym wymiarze (jako jeden z trzech naszych zawodników, obok Artura Boruca i Marcina Baszczyńskiego). Bilans był taki sam jak na poprzednich mistrzostwach. Podopieczni Pawła Janasa przegrali z Ekwadorem (0:2) i z gospodarzami (0:1). Wygrana 2:1 z Kostaryką to jedynie triumf na otarcie łez. Szczególnie porażka z Ekwadorczykami była bolesna. Tym bardziej, że w towarzyskim spotkaniu ograliśmy ich bardzo pewnie. To nie jednak nie miało w tym momencie żadnego znaczenia. Bąk przestrzegał przed zbyt wielkim optymizmem:

Cierpliwie tłumaczyłem przed tym spotkaniem, że nasza towarzyska wygrana z nimi w Barcelonie 3:0 to inna bajka, zresztą wtedy warunki dalekie były od normalnych. Lał deszcz, a boisko średnio nadawało się do gry. W Gelsenkirchen wszyscy żądali powtórki wyniku. No i graliśmy u siebie, jak śpiewali kibice, bo do Niemiec przyjechało ich kilkadziesiąt tysięcy. Koszmarnie się na nas zawiedli. 

Mundialowa przygoda Bąka nie była zatem udana. Zawodnik świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że na obu imprezach nasza drużyna nie zdołała zadowolić fanów. Tak w skrócie podsumował oba turnieje:

W Korei mieliśmy mocniejszą drużynę, ale w Niemczech słabszych przeciwników. I tu i tu klapa. Oprócz wyniku te dwa mundiale łączyło smutne lądowanie na Okęciu. Jeszcze w Niemczech dziennikarze pytali nas, czy nie obawiamy się powrotu. To samo pytali cztery lata wcześniej. „No przecież nas nie pobiją” – przytomnie odpowiadał Boruc.  

Ostatnim wielkim turniejem w karierze Bąka były rozgrywane na austriackich i szwajcarskich boiskach mistrzostwa Europy. Zanim opowiemy o polskich bojach na Euro, warto przypomnieć anegdotę z eliminacji. W walce o awans do tej imprezy zespół Leo Beenhakkera mierzył się m.in. z Belgią. Przed wyjazdowym spotkaniem w hotelu w Brukseli miała miejsce niecodzienna rozmowa. Chcąc odpocząć, Bąk wyciszył telefon komórkowy, ale chwilę potem zadzwonił stacjonarny. Polski piłkarz na początku, sugerując się akcentem rozmówcy, myślał, że telefonuje do niego belgijski dziennikarz. Nie był to jednak żaden z żurnalistów. Taki przebieg miała opisywana rozmowa:

– Jacek, jak będzie w meczu z Legią?
– No, jak ma być? Wygramy.
– A może będzie karny?
– Dla nas? No, fajnie by było. Na 99 procent gol!
– Źle mnie zrozumiałeś. To ty musisz zrobić karnego. Jeśli „zrobisz”, dostaniesz 10 tysięcy dolarów.
– Słucham? Ja mam zrobić karnego? Z kim ja w ogóle rozmawiam?

Po takiej wymianie zdań nadawca rozmowy rozłączył się. Najpierw Bąk miał zamiar zlekceważyć sytuację, ale po chwili uznał, że może to nie być najlepszym rozwiązaniem. W końcu osoba składająca tę nietypową propozycję mogła nagrać rozmowę, a to z kolei mogło przynieść piłkarzowi duże problemy.

Poszedłem z Bobo Kaczmarkiem do Beenhakera na małą naradę. Padł pomysł, żeby zadzwonić na policję. Szybko upadł – opisywał Bąk. Holenderski trener polskiej kadry stwierdził: – Nie ma co robić rabanu przed meczem. Przyjedzie policja, będziesz zeznawać dwie godziny. Zostawmy tę gównianą sprawę w spokoju.

Spotkanie było dla reprezentacyjnego obrońcy prawdziwą katorgą. Przez cały mecz bał się, że przypadkiem zrobi karnego. Zawsze można w ferworze walki sfaulować lub zagrać piłkę ręką. Najlepiej o tym, co wówczas przeżywał opowie sam piłkarz:

Grałem jak podłączony do prądu, czekając aż ktoś pociągnie wajchę w dół. Na naszym polu karnym poruszałem się jak po polu minowym. Gdy wybijaliśmy piłkę daleko od bramki, cieszyłem się w duchu, jakbyśmy gola strzelili. Koszmarnie dłużył się ten mecz, ale jak w hollywoodzkim filmie zakończył się happy endem. Radek Matusiak zdobył bramkę, a Belgowie nie mieli karnego… Gwizdek. Koniec. Do szatni szedłem, jakby ktoś mi z pleców zdjął dwa worki cementu. Radość jak z wygranej w totka.

Na Euro Polacy znów zaliczyli występ poniżej oczekiwań. Zaczęło się od porażki 0:2 z Niemcami. Lepiej miało być w meczu z Austrią, ale skończyło się remisem 1:1. Długo prowadziliśmy, ale w końcówce rywale wyrównali po bramce zdobytej z kontrowersyjnego rzutu karnego.  W ostatnim meczu Bąk nie zagrał, a Polska przegrała z Chorwacją 0:1. To był trzeci nieudany turniej dla naszej narodowej drużyny, a co za tym idzie, także dla Bąka. Po mistrzostwach obrońca zdecydował się zakończyć reprezentacyjną karierę. Nie zależało mu na tym, by osiągnąć liczbę stu spotkań w kadrze.

Po EURO namawiano mnie: „Zostań w kadrze, dograsz cztery mecze, będziesz miał setkę”. Ale czułem, że mój czas minął. Nie chciałem robić jakichś podchodów, żeby mieć te 100 meczów. Przed meczem z Czechami na pełnym Stadionie Śląskim pożegnałem się z kadrą, ale pomysł wyszedł od Beenhakkera, a nie od PZPN.

Nie wiemy, czy Jacek Bąk jest spełniony jako piłkarz. Z jednej strony rozegrał ponad 90 meczów w reprezentacji, ale z drugiej nie odniósł z nią sukcesu na żadnym z trzech wielkich turniejów. Grał z powodzeniem w ligach zagranicznych, ale gdyby nie kontuzje, mógłby osiągnąć więcej. Jednak tak duża liczba występów w kadrze, gra z opaską kapitana, spotkania w lidze polskiej, francuskiej, katarskiej i austriackiej, masa przygód i anegdot sprawiają, że historia tego zawodnika jest ciekawa. Wielu piłkarzy chciałoby zrobić taką karierę, jak on.

GRZEGORZ ZIMNY

Wszystkie wymienione przeze mnie cytaty pochodzą z następujących źródeł: