Jan Domarski – legenda Wembley

Wieczór 17 października 1973 był wyjątkowy dla polskiego futbolu. Gdyby nie to, co wydarzyło się wówczas, nie byłoby późniejszych sukcesów. Nie byłoby wspomnień o wielkich „Orłach Górskiego” i niezapomnianych bojów z Argentyną, Włochami czy Brazylią. Nie byłoby słynnego meczu na wodzie z RFN. Prawdopodobnie nie byłoby też wielkiej drużyny Antoniego Piechniczka i medalu na mundialu w Hiszpanii. To o czym w wielu polskich domach opowiada się do dziś, jest w dużej mierze zasługą Jana Domarskiego. To on strzelił być może najważniejszego gola w dziejach polskiej piłki.

Rzeszowskie początki

Domarski zaczynał karierę w Stali Rzeszów i jest prawdziwą legendą tego klubu. Występował w nim, gdy rzeszowianie grali w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kiedy spadli do drugiej ligi, późniejszy architekt pierwszego powojennego awansu Polaków na mundial musiał odejść. Nie trzeba było wyjeżdżać daleko. W jego rodzinnych stronach w siłę rosła Stal Mielec, która miała wielkie ambicje sportowe. Po latach występów w stolicy Podkarpacia w 1972 roku przeniósł się do lotniczego miasta.

Już wtedy miał na koncie debiut w reprezentacji. Po raz pierwszy w narodowych barwach zagrał bowiem już w 1967 roku. Ówczesny selekcjoner Michał Matyas powołał go na mecze eliminacji turnieju olimpijskiego przeciwko drużynie Związku Radzieckiego. W pierwszym spotkaniu Domarski siedział na ławce rezerwowych. Zagrał za to od początku w rewanżu na Łużnikach. Polacy przegrali bój o igrzyska, ale pochodzący z Podkarpacia zawodnik został zapamiętany, zwłaszcza przez Kazimierza Górskiego, który wówczas pełnił funkcję asystenta selekcjonera. Wielkie chwile Domarskiego pod wodzą tego trenera miały dopiero nadejść.

Mistrzostwo w Mielcu

Jak już wspomniałem, w Mielcu powstawała drużyna z dużymi aspiracjami. Nic dziwnego, skoro w jej szeregach znajdowali się tacy zawodnicy jak Grzegorz Lato, Zygmunt Kukla czy Henryk Kasperczak. Mimo to chyba mało kto przypuszczał, że zespół ten będzie w stanie wejść na szczyt krajowego futbolu.

Tymczasem już w pierwszym sezonie gry Domarskiego w Mielcu, Stal sięgnęła po mistrzostwo Polski. Rywalizację zakończyła, mając trzy punkty przewagi nad Ruchem Chorzów. Dla piłkarskiego środowiska stanowiło to duże zaskoczenie. Edward Kazimierski, który pełnił wówczas rolę wiceprezesa Stali, powiedział:

Pamiętam, jak ogólnopolskie media pisały o nas, że jesteśmy prowincjonalnym mistrzem, że to przypadek. Wyśmiewano nas, nazywano wieśniakami. Dla wielu dziennikarzy było niepojęte, że mistrzem nie jest ani Górnik, ani Legia, ani nawet Ruch, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków czy Gwardia Warszawa.

Tytułu nikt jednak nie mógł mielczanom zabrać. Solidnie na niego zapracowali. W kraju nad Wisłą pojawiła się nowa piłkarska siła.

Reprezentacja

Wprawdzie Domarski zadebiutował w reprezentacji wcześnie, ale musiał długo czekać, by zadomowić się w niej na dobre. Niecałe trzy lata po premierowym meczu z ZSRR zagrał jeszcze w towarzyskiej potyczce z Irakiem. Ponownie biało-czerwony strój założył dopiero w 1973 roku, kiedy wybiegł na murawę podczas jednego z najważniejszych spotkań w historii naszego kraju.

6 czerwca na Stadionie Śląskim w Chorzowie zespół Kazimierza Górskiego walczył o punkty w eliminacjach mistrzostw świata. Rywalem była Anglia, z którą nigdy wcześniej Polacy nie wygrali. Tego dnia udało się jednak dokonać czegoś wyjątkowego. Gospodarze zwyciężyli 2:0. Domarski pojawił się na boisku w drugiej połowie, kiedy koszmarnej kontuzji, mającej duży wpływ na dalszą karierę, doznał Włodzimierz Lubański.

Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jak trudno będzie zastąpić gwiazdę Górnika Zabrze, ale rzeszowianin pokazał, że jest w stanie dać wiele kadrze w najbliższej przyszłości. Kibice mogli się o tym przekonać 26 września, kiedy w niezwykle ważnym meczu eliminacyjnym Polska pokonała Walię 3:0. Domarski zdobył jedną z bramek. Wyjazd do RFN wydawał się coraz bardziej realny.

Najważniejszy gol

Z jednej strony, przed ostatnim meczem w eliminacjach, od awansu dzielił nas tylko remis. Z drugiej,  trzeba było zdobyć wymarzony punkt w jaskini lwa, na słynnym Wembley, w starciu z reprezentacją Anglii, która zaledwie siedem lat wcześniej sięgnęła po tytuł najlepszej drużyny globu.

Mimo zwycięstwa w Chorzowie nikt nie dawał Polakom wielkich szans na sprawienie kolejnej niespodzianki. A jednak nadzieja się tliła. Chyba każdy zna historię o tym, jak lekceważąco do polskich piłkarzy odnosili się Anglicy. Nie pierwszy raz w sporcie brak szacunku do rywala i nadmierna pewność siebie przyniosły zgubę.

Reprezentacja dzień przed meczem na Wembley, Domarski dziewiąty od lewej, bo Gmocha ucięło

17 października 1973 roku to być może najważniejsza data w dziejach polskiej piłki. Na początku drugiej połowy kapitalną akcję przeprowadziła trója ze Stali Mielec. Kasperczak, Lato i Domarski. Resztę znamy na pamięć. To wtedy padł gol, który stał się legendą.

Tego dnia Anglicy przeważali. Zdołali wyrównać, ale na więcej nie było ich stać. Remis dał Polakom awans, pierwszy po wojnie. Tak na łamach wydanej przez „Rzeczpospolitą” publikacji „Piłka w grze” wspominał tę chwilę Kazimierz Górski:

Przejmująca cisza na trybunach. Starsi angielscy kibice mieli łzy w oczach. W czasie meczu panował taki huk, że nic nie było słychać. A teraz mogłem coś powiedzieć normalnym głosem i słychać by mnie było pod drugą bramką.

Największymi bohaterami tamtego pamiętnego wieczoru byli Jan Tomaszewski, o którym do dziś mówi się, że zatrzymał Anglię oraz, rzecz jasna, Domarski. Przez lata opowiadał o tym wydarzeniu.

Opowiadanie o tamtym meczu nigdy mi się nie znudzi. Taka bramka i taka historia? To nie męczy nigdy. Naprawdę – mówił w wywiadzie przeprowadzonym przez Łukasza Jachimiaka na portalu Sport.pl

Nigdy nie ukrywał dumy. Nic dziwnego – w końcu razem z kolegami dokonał czegoś wielkiego. Tak wspominał to wyjątkowe wydarzenie na portalu Łączy nas piłka:

Pytają mnie często, jakie było to uczucie, gdy pokonałem Petera Shiltona. Muszę powiedzieć, że radość, radość i jeszcze raz radość. Nawet po wielu latach, to uczucie we mnie nie maleje, a wręcz przeciwnie – narasta. Myślę, że to dotyczy wszystkich chłopaków, którzy wystąpili 17 października 1973 roku na Wembley. Weszliśmy do elity…

Gol na Wembley nie był zwykłą bramką. To nie tylko trafienie na wagę pierwszego po wojnie awansu do finałów mistrzostw świata. To niemal element popkultury. Świadczyć może o tym jedna ze scen w filmie „Wesele” Wojciecha Smarzowskiego. To gol, którego nie zapomnimy nigdy. 

Mistrzostwa  świata

W 1974 roku Domarski pojechał do RFN na mistrzostwa świata. Zabrakło tam kontuzjowanego Lubańskiego, a jednak pochodzący z Rzeszowa napastnik nie był pierwszoplanową postacią naszej drużyny. W pierwszej jedenastce zadomowił się Andrzej Szarmach.

Żadnej sensacji w tym nie ma. To była zdrowa rywalizacja i Andrzej Szarmach pokazał, że ma więcej atutów. Nie wykluczam, że mogła decydować jego świetna gra głową. Po tych wszystkich przygotowaniach nikt z nas nie miał wątpliwości, że miejsce w jedenastce należy się Szarmachowi – wspominał na łamach Newsweeka Andrzej Strejlau, ówczesny asystent Górskiego.

Sam zainteresowany nie miał do nikogo pretensji i rozumiał selekcjonera, o czym można przeczytać w cytowanym wcześniej artykule Antoniego Bugajskiego:

Nie jestem i nie byłem rozczarowany. Trener Górski postawił na Szarmacha i trudno mieć pretensje, bo przecież spełnił oczekiwania, na mundialu strzelił aż pięć goli. Byłoby śmieszne, gdybym kwestionował ten wybór.

Na mundialu Szarmach był jedną z największych gwiazd. W dużym stopniu przyczynił się do olbrzymiego sukcesu, jakim było zajęcie trzeciego miejsca. Domarski wystąpił w trzech spotkaniach. Wchodził z ławki rezerwowych w wygranych meczach z Argentyną i Jugosławią. Od pierwszej minuty wyszedł na plac gry w słynnym „meczu na wodzie” przeciwko gospodarzom. O tej rywalizacji chyba już napisano wszystko. Zawodnik Stali Mielec zastąpił tego dnia kontuzjowanego Szarmacha. Robił co mógł, ale to Niemcy awansowali do finału.

zdjęcie z II tomu “Mojej historii futbolu” S. Szczepłka, Domarski i Roy McFarland

Dalsza część historii jest znana. Biało-czerwoni pokonali Brazylię i mogli poszczycić się mianem trzeciej drużyny świata. Domarski nie został postacią pierwszoplanową, ale był częścią wspaniałego zespołu, który do dziś rozpala wyobraźnię polskich kibiców i przywołuje piękne wspomnienia.

Po mundialu

Domarski już nigdy później nie zagrał w reprezentacji. Nie znaczy to jednak, że jego przygoda z piłką się zakończyła. W sezonie 1975/76 drugi raz w karierze zdobył mistrzostwo Polski, po czym zdecydował się odejść z Mielca. Przeniósł do Francji, gdzie przez dwa sezony reprezentował barwy Nimes Olympique.

Następnie wrócił do ukochanego Rzeszowa. Przez krótko znów był piłkarzem Stali. W sezonie 1979/80 został graczem jej lokalnego rywala – Resovii, dla której występował przez trzy sezony.

Zawodniczą karierę kończył w Stanach Zjednoczonych, amatorsko kopiąc piłkę w klubie SAC Wisła Chicago.

Życie po karierze

Kiedy Jan Domarski przestał biegać za piłką, nie chciał definitywnie kończyć z futbolem. Próbował sił jako trener. W roli szkoleniowca pracował na Podkarpaciu. Prowadził m.in. trzecioligową Stal Sanok czy występujący na piątym poziomie rozgrywkowym Wisłok Wiśniowa.

Zdobywca najsłynniejszej polskiej bramki zaliczył też epizod w polityce, ale większego powodzenia w tej dziedzinie nie odniósł. Kilka lat temu dostał pracę w Podkarpackim Związku Piłki Nożnej. Został szefem Rady Trenerów. W przywoływanym już artykule redaktora Bugajskiego mówił:

Jestem przy piłce, bo trudno się od niej oderwać. Ze starymi kumplami z boiska też próbuję mieć kontakt. Warto się spotykać i wspominać, bo życie ucieka.

Nie ma wątpliwości, że Jan Domarski to postać zasłużona dla polskiego futbolu. Zawsze będzie kojarzył się z październikowym wieczorem na Wembley i złotym kopnięciem, po którym piłkę pod brzuchem puścił Peter Shilton. Nie ma w tym nic dziwnego. Ta bramka zapewniła mu szczególne miejsce w historii naszego piłkarstwa.

Należy jednak pamiętać też o innych osiągnięciach. Domarski to w końcu medalista mistrzostw świata, dwukrotny mistrz Polski, a do tego lokalny bohater. Jeden z najważniejszych zawodników w dziejach podkarpackiej piłki. Pamiętajmy, że to w dużej mierze dzięki niemu oglądanie archiwalnych nagrań z komentarzem Jana Ciszewskiego budzi, również dziś, wzruszenie w milionach polskich domów.

#wspieramretro