Wywiad: Vartan Ayvazyan

Vartan Ayvazyan to Ormianin, mieszkający od wielu lat w Polsce. Zagorzały kibic Piasta Gliwice działający w strukturach kibicowskich. Czy zdarzyło mu się kiedyś dostać po głowie za swoje pochodzenie? Jak wygląda środowisko kibicowskie w jego ojczyźnie? Co zrobili polscy kibice podczas hymnu Armenii na Stadionie Narodowym?

Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie związane z piłką nożną?

Mundial we Francji w 1998 roku, wszechobecne gadżety z kogucikiem, naklejki z piłkarzami Panini. Do dzisiaj mam zeszyt, w którym zapisywałem wyniki i ciekawostki z turnieju.

A kto był w czasie dzieciństwa twoim piłkarskim idolem?

Pierwszym idolem był bez wątpienia Roberto Baggio, potem z wiekiem miałem ich coraz więcej, m.in. byli to:  Thierry Henry, Pavel Nedved, Dmitrij Łoskow, Marat Izmajłow. Dwoje ostatnich to znakomici niegdyś piłkarze Lokomotiwu, któremu kibicowałem. Z nimi w składzie ten zespół, który wtedy był mniej więcej infrastrukturalnie na tym poziomie, co obecnie Legia, osiągał magiczne wyniki w Lidze Mistrzów. To były piękne i niezapomniane czasy. Natomiast idolem wszech czasów pozostanie dla mnie Zinedine Zidane, który jest absolutnym wirtuozem piłki nożnej i wzorem do naśladowania poza boiskiem.

Wspomniałeś, że kiedyś kibicowałeś Lokomotiwowi. To właśnie mecz tej drużyny był twoim pierwszym?

Tak, na pierwszy mecz pojechałem, mając czternaście lat. Rodzina nie chciała mnie puścić, więc uciekłem z domu. Zakrywając całą swoją twarz szalikiem, jechałem w metrze w Moskwie. To miasto, gdzie przeciętnie od sześciu kibiców różnych drużyn mogłem dostać w twarz. Nic jednak się nie stało i z meczu wróciłem cały i zdrowy. W domu zastałem roztrzęsioną mamę i zdenerwowanego brata. Powiedzieli, że to był mój pierwszy i ostatni mecz. Potem walczyli przez parę lat, ale z czasem zdali sobie sprawę, że nie wygrają z moją pasją.

Początki pasji Vartana sięgają czasów, kiedy mieszkał w Rosji.
Początki pasji Vartana sięgają czasów, kiedy mieszkał w Rosji.

Po Lokomotiwie przyszedł czas na drużynę z Gliwic. Jak to się stało, że Ormianin został zagorzałym kibicem Piasta Gliwice?

Jak przyjechałem do Gliwic, dużo opowiadałem znajomym o Lokomotiwie. Wspominałem o tym, że jeździłem na te mecze. Powiedzieli mi, że tutaj też mają swoją lokalną drużynę. Koledzy zabrali mnie na spotkanie z Jagiellonią Białystok. Była to moja pierwsza wizyta na stadionie. Niewiele pamiętam z tego meczu. Jedynie to, że Piast przegrał 0:2 i potwornie mi się nie podobało. Na stadionie było mało ludzi. Częste były „pojazdy” na trenera, a piłka nożna stała na najniższym poziomie. Później przez dwa czy trzy miesiące na telegazecie sprawdzałem jak tam grał Piast, ale jakoś emocjonalnie się nie angażowałem. Potem był taki okres, że drużyna walczyła o utrzymanie. To był właśnie ten moment, w którym zdałem sobie sprawę, że ta drużyna nie jest mi obojętna. Zacząłem chodzić na mecze. Chodziłem na piknik jako jedyny. Nikt nie chciał wybierać się ze mną. Na ostatni mecz rundy udało mi się namówić nauczycielkę, która do dzisiaj jest obecna na każdym meczu. Tak to się właśnie zaczęło: najpierw był piknik, później młyn, a następnie wyjazdy.

Jak na początku odbierali cię kibice?

Początki były trudne. To lata, kiedy środowisko kibicowskie było zdecydowanie bardziej hermetyczne, dlatego też sam starałem się „nie wychylać się”, ale z czasem ludzie zobaczyli, że jestem mocno zaangażowany i zaczęli mnie rozpoznawać. Wielu nawet nie wiedziało, że mam niepolskie pochodzenie i byli zaskoczeni, gdy się o tym dowiedzieli.

Nie bałeś się, że dostaniesz kiedyś w głowę, bo ktoś pomyli cię z Arabem?

Nie ma czego się bać. Zdarzają się ludzie, którzy mają nikłą wiedzę na temat innych narodowości, a świat postrzegają z pryzmatu: „my i oni”. Lubię takim osobom otwierać horyzonty i np. uświadamiać, że Armenia to daleko nie muzułmański kraj, a kolebka chrześcijaństwa.

W pewnym momencie zacząłeś kręcić kibicowskie relacje z meczów. Skąd taki pomysł?

Jeżdżąc na pierwsze wyjazdy odczuwałem ogrom radości, adrenaliny i całe mnóstwo innych emocji, których nie dało się przekazać w zwykłej relacji – trzeba to było po prostu przeżyć! Stąd właśnie zrodził się pomysł, żeby zacząć nagrywać wszystko to, co dzieje się na meczach i wyjazdach. W ten sposób można było pokazać jak to naprawdę wygląda. Jeszcze wtedy, w 2006 roku, kibicowskie relacje video nie stanowiły czegoś powszechnego. Na tamte czasy był to innowatorski pomysł w naszym środowisku, ale przejął się. Świadczy o tym choćby to, że po każdym meczu ludzie, którzy zdzierali gardła chętnie oceniali doping na filmiku. Tak zostało do dzisiaj.

Czy są takie momenty, kiedy wiesz, że lepiej wyłączyć nagrywanie?

Są takie mecze, że młyn świeci pustkami i po prostu nie warto robić sobie antyreklamy. Jeżeli pytasz o awantury, to wręcz na odwrót. Właśnie wtedy należy nagrywać wszystko. Później, gdy ktoś dostaje wyssany z palca wyrok, takie nagranie może mieć decydujące znaczenie i wpłynąć na losy tego kibica.

Jeżeli jesteśmy już przy awanturach, to Legia z Realem grała przy pustych trybunach. Czy twoim zdaniem mecz bez kibiców to wciąż tak samo emocjonujące widowisko?

Piłka nożna to sport dla kibiców. Szczególnie w Polsce, gdzie poziom ligi jest słaby, ale podciągają go nowoczesne stadiony i głośny doping niemal na każdym z nich. Zawsze mówię, że polskiej ligi się nie ogląda, tu się kibicuje. Bez kibiców nie ma otoczki, emocji i widowiska.

Jak w takim razie, twoim zdaniem, znaleźć złoty środek między kibicowskim widowiskiem, a zasadami bezpieczeństwa? Jak widać zakazy i surowe kary nie pomagają.

Nie ma złotego środka, a ustawa o imprezach masowych jest zbyt surowo skonfigurowana. Ludzie za stołkami nigdy nie byli kibicami i tego nie zrozumieją . Z kolei kibice nigdy nie zaakceptują tej formalności i zasad bezpieczeństwa. Mimo to dla dobra widowiska musi być jakiś dialog, jak chociażby w sprawie odwołania zakazu odpalania środków pirotechnicznych.

Jak w Armenii wygląda środowisko kibicowskie?

W Armenii to wszystko dopiero się rozkręca. Na poziomie klubowym nie ma czegoś takiego jak scena kibicowska, natomiast bardzo mocno się rozkręca doping na meczach reprezentacji. Od 2007 roku istnieje grupa FAF (First Armenian Front), która wspiera reprezentację i kluby grające w Europejskich Pucharach. Są bardzo fanatyczni, mocno się angażują, jeżdżą na wszystkie mecze. Miałem okazję gościć ich w Polsce.

To raczej odwrotnie niż u nas. W środowisku kibicowskim raczej bardziej ceni się tych, którzy chodzą i jeżdżą na mecze klubowe, niż tzw. Januszy, czyli kibiców chodzących na mecze reprezentacji. Zgodzisz się ze mną?

Wystarczy spojrzeć na lata wstecz, kiedy na mecze reprezentacji Polski jeździli ultrasi i ekipy różnych klubów. Istniał pakt o nieagresji, każdy dopingował drużynie narodowej. Teraz dopiero mecze reprezentacji to zjazdy „Januszy”. W Armenii pod tym względem są lata 90. Tam cała scena ultras ma pole do popisu jedynie na meczach reprezentacji, bo klubowy futbol praktycznie nie istnieje.

Czy twoim zdaniem liga w Armenii się rozwija, czy stoi w miejscu? Jak to wygląda pod względem infrastruktury, czy kształtowania młodzieży?

Trudno powiedzieć. Niby w ostatnich latach powstało mnóstwo akademii piłkarskich, ale poziom klubowej piłki jest dramatyczny. Myślę, że długofalowo w końcu przyjdą efekty ze szkolenia młodzieży. Jednak tak naprawdę, gdy dojdzie do restrukturalizacji chorego i skorumpowanego Związku Piłki Nożnej, to Armenia może znaleźć się o wiele wyżej niż jest teraz. Kwestia zmiany prezesa i zdrowego podejścia do ligi, przeprowadzenia reform, które dadzą szansę klubom na rozwój.

A narodowa piłka nożna? Czy twoim zdaniem wygraną z Czarnogórą 3:2 można uznać za największy sukces?

Nie nazwałbym tego największym sukcesem, raczej długo oczekiwanym przełamaniem. Tę reprezentację stać na wiele, wiele więcej, co pokazali w eliminacjach do ME 2012 i MŚ 2014. Tak jak mówiłem, musi nastąpić zmiana na stanowisku Prezesa Ormiańskiego ZPN, ponieważ przez jego prywatne gierki, kluczowi piłkarze notorycznie nie dostają powołania i atmosfera wokół reprezentacji jest bardzo nieciekawa. Jego dymisji domagają się czołowi piłkarze, z Mchitarjanem na czele.

Miałeś okazję zobaczyć grę swojej reprezentacji na Stadionie Narodowym. W którym sektorze siedziałeś: dla gości czy dla gospodarzy?

Dla mnie podczas tego dwumeczu sektor gości nie istnieje, ale serce bije mocniej za „pierwszą ojczyznę”. Mecz w Warszawie był znakomitą okazją do spotkania kibiców z wcześniej wspomnianej grupy FAF. Wspólnie dopingowaliśmy Armenii, potem gościłem ich w Gliwicach. To był naprawdę wyjątkowy wieczór. Przed meczem miałem tylko nadzieję, że nie dojdzie do żadnych animozji. Byłem wzruszony, gdy podczas hymnu Armenii cały stadion klaskał. Po meczu każdy nas pocieszał innych, robił sobie wspólne zdjęcia i chciał się wymieniać barwami.

Są tacy ormiańscy piłkarze, którzy mimo ciężkich warunków szkoleniowych osiągnęli wysoki poziom. Czy Mchitarjan to wasza największa gwiazda? Widzisz w jakichś innych zawodnikach taki potencjał?

W swojej historii, czy to podczas ZSRR, czy od 1991 roku, we własnej reprezentacji Armenia miała nielicznych piłkarzy, którzy osiągnęli poziom Mikiego. Jest on wciąż w miarę młodym piłkarzem i może zostać najlepszym z najlepszych. Obecnie trudno znaleźć takiego, który go zastąpi na tak wysokim poziomie. Ostatnio dziennik „Тhe Guardian” włączył 17-letniego Wahana Biczachcziana na listę 60-ciu najbardziej utalentowanych piłkarzy świata. Takich jest wielu, ale system szkolenia w Armenii musi się zmieni i liga także, bo nie sprzyja rozwojowi młodych piłkarzy.

Najpierw ŁKS Łódź, obecnie GKS Bełchatów – w polskiej lidze też grają bracia Papikjan. Jeden z nich nawet urodził się w Polsce i otrzymał szansę gry w reprezentacji Polski juniorów. Śledzisz ich poczynania?

Oczywiście. Aghwan świetnie się zapowiadał. Nawet trafił w bardzo młodym wieku do zespołu Spartaka Moskwa. Teraz gra co prawda tylko w II lidze, ale jestem pewien, że jeszcze wypłynie i znajdzie się w lepszym klubie. Wolodja kariery na razie nie zrobił.

Rozmawiamy sobie o Armenii w kontekście piłki nożnej, ale wróćmy trochę do tej osobistej części z początku wywiadu. Od kilku lat masz polskie obywatelstwo. Czy żartobliwe hasło kolegów: „Varti, nigdy nie będziesz Polakiem” – przeszło już do historii?

To hasło ma troszkę podwójne znaczenie. To nie jest tak, że nigdy nie będę Polakiem. Po prostu w ich oczach nigdy nie przestanę być Ormianinem i trudno się temu dziwić. Znajomi mają czasami naprawdę dość, gdy na siłę im wysuwam jakieś ormiańskie powiązania w każdej dziedzinie życia. To jest chyba taki żywot emigranta, że na obczyźnie stara się złapać, jak tonący powietrza – wszystkiego, co nawiązuje do ojczyzny.

A gdybyś mógł dzisiaj swobodnie wybrać, to wróciłbyś do kraju skąd pochodzi twoja rodzina, czy zostałbyś w Polsce?

W Polsce spędziłem większość swojego życia, związałem się mentalnie i po prostu tu jest moje miejsce. Nie chciałbym już nigdzie wojażować, a swoją ojczyznę wolę kochać na odległość.

Od niedawna jesteś rzecznikiem prasowym Stowarzyszenia Kibiców „Piastoholicy”. Jakie masz plany na przyszłość? Może rzecznik prasowy klubu?

Nie mam takiego zamiaru. Po prostu nie chcę, żeby pasja stała się moją pracą i obowiązkiem. Wszystko co dotąd robiłem, było z własnej i nieprzymuszonej woli. To sprawiało mi ogromną przyjemność. Gdybym miał to traktować jako pracę, straciłoby cały urok. A jedyny plan jest taki, by teraz, póki mam możliwość wykazania się w Stowarzyszeniu, zrobić wszystko, aby liczba kibiców Piasta ciągle rosła.

ROZMAWIAŁA: DARIA GRZESIEK

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl