Z życia anonimowego korespondenta

Kiedy byłem mały, to marzyłem o sławie. Chciałem być rozpoznawalny, móc rozdawać autografy, mieć swoją własne groupies i być idolem młodzieży. Na szczęście nie zostałem. Zamiast drogi sławy wybrałem drogę pasji, która nie jest czerwonym dywanem z kaszmiru a kamienistym szlakiem, wbijającym się w bose stopy. Każdy metr tej ścieżki daje ogromną satysfakcję. Właśnie dlatego trafiłem do RetroFutbol. Bycie częścią redakcji to niemal gwarantowana anonimowość. Nisza odbiorców jest wąska. Nawet jeśli jakimś cudem znajdzie się czytelnik na tyle uparty, żeby jednak poświęcić swój czas na lekturę, to nie ma żadnej szansy, na to by poznał autora na ulicy.

Niech ten nieco patetyczny wstęp was nie zwiedzie. Historii anonimowego korespondenta, którym się określam, daleko do patosu. Oto pierwszy akt z cyklu, który ma za zadanie pokazać, że bycie redaktorem to niewdzięczne, męczące, ale czasem śmieszne i satysfakcjonujące hobby.

Sen o Finlandii

Gdy 18 marca moja skrzynka mailowa z wybrzmiała znajomym dźwiękiem oznaczającym wiadomość, spodziewałem się reklamy kolejnego – skądinąd cudownie skutecznego – środka na potencję. Od czasu do czasu zdarza mi się też otrzymywać wiadomości od uroczej Justyny, która zapewnia mnie o wygranej w konkursie, albo Leszka, który z kolei ostrzega o rosnących zagrożeniach ze strony cyberprzestępców i idącej za tym konieczności zakupu pakietu antywirusowego. Dawno natomiast nie pisała do mnie córka króla Burundi, z propozycją przejęcia spadku po jej zmarłym ojcu. Tym razem wiadomość nie przypominała mi tych, które do tej pory zwykłem otrzymywać. Co prawda Finlandia w tytule maila sugerowała mi raczej emocje niekoniecznie związane ze sportem, natomiast ku mojemu dziwieniu wiadomość do mnie skierował sam PZPN, radośnie oznajmiający, że będzie mu niezmiernie przyjemnie gościć moją anonimową osobę na meczu reprezentacji.

No dobra, zdarzało mi się już uczestniczyć w piłkarskich imprezach określanych mianem masowych (chociaż nazwanie niespełna 8000 kibiców na meczu z Belenenses, jako impreza masowa, to nadużycie pokroju tytułu magisterskiego jednego z naszych byłych prezydentów). Nie sądziłem jednak, że PZPN postanowi twierdząco odpowiedzieć na mój wniosek akredytacyjny, zwłaszcza że przedstawiciele Lecha Poznań po bliższej analizie mojej anonimowej osoby postanowili się wycofać z pomysłu przyznawania wstępu na mecze (dalej twierdzę, że to kwestia wywiadu z Reissem – link). Na szczęście przedstawiciele PZPN jeszcze się na mojej osobie nie poznały i zechciały zaprosić w skromne progi wrocławskiego stadionu.

Od tego momentu poszło z górki. Załatwienie wolnego w pracy to była formalność. Po ogarnięciu wolnego pozostał wybór hotelu, zakup biletów i… witaj przygodo!

Przeczytaj także: „Kuszczak na rzekach Hadesu”

Dzień Wariata.

Chciałbym napisać jakiś chwytliwy tekst w konwencji, która jest wiecznie żywa – hejtu na PKP. Niestety nie mam czego krytykować. Człowiek kupuje specjalnie bilet Intercity, żeby móc ponarzekać na wydane pieniądze, nastawia się na mordor, a PKP jak na złość postanawia podstawić pociąg, który nie śmierdzi, nie jest przepełniony i ma gniazdka. Nawet nikt nie był na tyle miły, żeby sobie rozpalić grilla przy oknie. NUDA! Ta podróż była tak niespodziewanie dobra, że nie mam was czym zainteresować. Na szczęście powód do hejtu pojawił się już po 30 sekundach od złapania tramwaju. Kur** kto wpadł na pomysł, żeby torturować pasażerów nagraniem „Arkady Capitol”?

Czy tego nie zabrania konwencja genewska? Przez chwilę szczerze obawiałem się, że każda nazwa przystanku jest nagrana w podobnym tonie. Nawet szybko obmyśliłem, że wolę złapać Ubera na złość wąsatym Januszom z taksówek, niż jechać tramwajem w torturach. Szczęśliwie pomysł kociego śpiewu oznajmiającego przystanek był jednorazowym wybrykiem i dalsza podróż na stadion miała przebiegać w spokoju… miała, bo chwilę później dosiadł się osobliwy starszy Pan, dopytując o mojego smartfona i narzekając na swojego huaweia, że literki małe, że menu skomplikowane… nawet stwierdził, że huawei jest robiony przez małych chińczyków, to i litery dostosowane do ich małych skośnych oczu. Po odbyciu ciekawej rozmowy na temat wyższości technologii koreańskiej nad chińską dotarłem pod stadion.

W sumie nie wiem, po co ja się pchałem na ten stadion przed południem. Konferencja prasowa Finów została przeniesiona na drugi koniec Wrocławia, na otwarty trening i tak nie zdążyłem, a tylko się dodatkowo zgubiłem przy wyjściu ze stadionu. Po kilkunastu minutach błądzenia i tak musiałem się cofnąć do punktu wejścia, tylko po to, żeby zobaczyć jak ucieka mi tramwaj. Aż chce się zaśpiewać „życie ze mną gra w Pokera”, a że moja ręka na ten moment była słaba i flop nie przypasował, postanowiłem spasować i skierować swoje kroki do hotelu. Nie byłbym sobą, gdyby ta część mojej wrocławskiej przygody przebiegła bez niespodzianek. Jeśli myślicie, że nie da się spier**lić zameldowania we wcześniej zarezerwowanym hotelu, to jestem doskonałym przykładem na to, że się mylicie. Wystarczy wysiąść na złym przystanku i pomylić hotel. No cóż, jak to mówią pierwsze koty za płoty. Po kilkudziesięciu minutach dotarłem do poprawnego budynku i mogłem cieszyć się chwilą spokoju przed wyruszeniem na konferencję.

Nieszczęścia chodzą parami

Powrót na stadion był dużo łatwiejszy. Tym razem wiedziałem gdzie się kierować, aby jak najszybciej trafić do salki prasowej. Nawet przez chwilę byłem z siebie dumny, że jestem 15 minut przed zaplanowaną konferencją. Już układałem w swojej głowie ambitne pytania do trenera i zawodników. Wchodzę, patrzę, a konferencja już trwa… myślę sobie – „co jest kur**” i pośpiesznie patrzę w kalendarz… no tak, jestem idiotą. Pomyliłem godziny. Kiedyś spóźnię się na własny ślub. Załapałem się na 5 minut konferencji, cyknąłem pamiątkową fotę (jakby PZPN postanowił mnie więcej nie zapraszać) i udałem się na płytę boiska. No muszę przyznać, że stadion zrobił na mnie wrażenie. Murawa jakaś taka równa i w jednym kolorze, kretów nie widziałem, sucho, czysto… Poznań to nie jest – pomyślałem w duchu. Szanuję i cenię klub ze stolicy Wielkopolski, ale organizacyjnie chyba jednak od Wrocławia odstaje. Zobaczyłem to już kilka godzin wcześniej w ramach podejścia do mediów, ale to jest temat na osobną historię – lubię czasami ponarzekać, ale z szacunku nie będę wylewał swojego subiektywnego wiadra pomyj na Poznań, nie ten czas, miejsce i nie ta forma… a i to wiadro w sumie niewielkie.

Z tej wizyty na stadionie zapamiętałem jeszcze jedną rzecz – niezwykle sympatycznego przedstawiciela ochrony, który miał za zadanie zlustrować zawartość mojej torby, a następnie wykrywaczem metalu upewnić się, że nie mam w spodniach bomby. Bombę w spodniach co prawda noszę przy sobie zawsze, ale raczej nie taką, jakiej doszukują się ochroniarze. Ochroniarek niestety nie było, wiec rewizji osobistej wolałem uniknąć. W ramach wspomnianej procedury bezpieczeństwa wdałem się z ochroniarzem w dialog na temat wykrywaczy metalu. Okazało się, że ma on wypełnienie czaszki w formie blachy. No skoro PZPN zatrudnia na ochronie robocopa, to nie ma co się obawiać. Gdyby Europa chroniła granic tak, jak PZPN chroni swoich kibiców i piłkarzy, to bylibyśmy kontynentem bardzo hermetycznym kulturowo.

20160326_140952

Łowcy głów

Jeśli myślicie, że limit błędów został wyczerpany wraz ze spóźnieniem na konferencję, to zacytuję popularnego youtubera – „Nic bardziej mylnego”. Najpierw spóźniłem się na tramwaj, którym chciałem dojechać do hotelu, gdzie mieli stacjonować piłkarze, potem wysiadłem na niewłaściwym przystanku i poszedłem w błędną stronę. Ostatecznie dotarłem na miejsce godzinę później niż planowałem. Pod wejściem ostała się grupka kibiców, z czego 3 to komitywa łowców autografów i zdjęć, ochroniarz z pobliskiej budowy, mężczyzna z umiarkowanym upośledzeniem umysłowym i kilka losowo zmieniających się osób. W sumie to po porannej akcji w tramwaju z sympatykiem nowych technologii myślałem, że limit wariatów wykorzystałem, natomiast znów się pomyliłem. O ile osoby z upośledzeniem mi zwyczajnie przykro (nie dostał autografu, zdjęcia a jego próba wdarcia się do hotelu spotkała się ze stanowczą, ale uprzejmą interwencją ochroniarza hotelu), o tyle wspomniany kibic ochroniarz z budowy to kompletnie inna półka ześwirowania. Jakby to powiedział Zibi Stonoga – Szkoda […] gadać, szkoda strzępić ryja.

Pod hotelem spędziłem 3 godziny, obserwując przez szybę jak piłkarze „produkują” gadżety z autografami (widać doświadczenie w masowym podpisywaniu koszulek, piłek, plakatów itp.) Przy okazji poznałem bardzo ciekawego człowieka, którego pasją są zdjęcia ze znanymi ludźmi, a jeśli wierzyć jego zeznaniom, to ma ich blisko 8000. To spotkanie i rozmowa była słodką wisienką na kwaśnym torcie dnia przedmeczowego. Mam nadzieję w najbliższym czasie przeprowadzić z tym człowiekiem dłuższą rozmowę a jej efekt przekazać wam w formie wywiadu na stronie. Warto doceniać ludzi z prawdziwą pasją. Bogactwo historii, umiejętność ich przekazania i sposób bycia wspomnianego łowcy zdjęć to coś, co mi ogromnie zaimponowało.

20160325_195533

Przemarznięci i zrezygnowani postanowiliśmy się rozejść, gdy naszym oczom ukazał się Prezes. Miło było zobaczyć, jak Zbigniew Boniek bez uprzedzeń i z uprzejmością pozuje do zdjęcia ze wspomnianym wcześniej upośledzonym. Zaprzyjaźniony łowca zdjęć również zdołał dorzucić kolejne trofeum do swojego albumu osobliwości… tylko mi się nie udało, ale nie mam o to pretensji. Rozumiem, że Prezes jest człowiekiem zapracowanym i w żadnym wypadku nie chciałem nadużywać jego uprzejmości, przynajmniej podpisał mi się na książce.

Pozostało wymienienie się telefonami i umówienie na wywiad z pasjonatem od zdjęć i strzelenie wspólnej foty. Tym razem było to zdjęcie szczególne, łowca ludzi znanych zrobił sobie zdjęcie z anonimowym korespondentem. Od tego momentu miało być już standardowo, wizyta na rynku, piwo, piwo, piwo, shot, piwo… no, ale skończyło się na jednym piwie na poprawienie morale i powrocie do hotelu. Wena, która mnie zaatakowała jeszcze na wrocławskim rynku była silniejsza niż chęć alkoholowego upodlenia. Rozsądek kazał wracać do hotelu, bo miasto nieznane a laptop w torbie. Poza tym głupio tak samemu siedzieć i smucić. Wracając zostałem zaczepiony przez 2 wrocławiaków proszących o monety na chleb – no dobra, nie jestem naiwny, widziałem że zbierają na procenty. W sumie zachowałem się nietypowo jak na poznaniaka i zostałem filantropem lokalnej społeczności alkoholików. Swoją drogą, czy w piątek we Wrocławiu był zlot osobliwości, czy to ja po prostu do siebie przyciągam wariatów?

Dzień święty święcić

Sobota, budzi ból głowy, kurde przecież o ile dobrze pamiętam, wczoraj wypiłem jedno piwo… albo organizm się buntuje, że za mało, albo 3 godziny pod hotelem dały się we znaki. Jest 9:16, chyba czas wstawać. Szybkie ogarnięcie, poranna toaleta i lecę pod hotel. Dzisiaj wszystko musi być perfekcyjne. Pod hotelem te same twarze co wczoraj – łowcy autografów chyba nigdy nie śpią. W sumie i tak jestem tu przelotem, bo istotniejsze od bezproduktywnego stania jest na ten moment śniadanie. Wszystko fajnie, tylko że jest sobota świąteczna… tripadvisor chyba nie przewiduje świąt, więc zdałem się na swoją intuicję i zmysł przetrwania w wielkomiejskiej dżungli. Słusznie. W pobliskiej galerii handlowej strefa gastronomiczna wyczekiwała mnie z utęsknieniem, a świąteczna jajecznica podbiła moje morale na najbliższe kilka godzin. Mam nadzieję, że jaja były święcone, bo to moja jedyna szansa na nawiązanie do świątecznych tradycji wielkanocnych… no, chyba że święcone było wczorajsze piwo, co tłumaczyłoby poranny bunt organizmu.

Dosyć szybko uświadomiłem sobie, że wychodzenie o 10 rano z hotelu nie było rozsądne. No dobra, trzeba jakoś przepuścić ten czas przez palce. Boże, byle znów nie trafić na wariatów – pomyślałem w duchu. Pierwsza myśl to skierowanie się na rynek w poszukiwaniu kawy i ciasta… pustki… wszędzie piwo. W normalnych okolicznościach potraktowałbym to jako dar z nieba, ale właśnie wtedy, kiedy potrzebuję zachować trzeźwość umysłu, diabeł zsyła na mnie pokusy w postaci lagera, pilsnera, bocka, APA… dobra, trzeba stąd uciekać, zanim stanie się coś złego. Ostatecznie trafiłem do knajpy o swojsko brzmiącej nazwie „setka”. Stąd już prosta droga na stadion.

Wiedziałem, żeby przesadnie nie zachwalać porządku organizacyjnego w salce prasowej. Tym razem już nie jest tak kolorowo jak wczoraj. Wifi działa bardzo ubogo (ale wciąż lepiej niż na Inea Stadionie – bo działa), jedzenie jakieś takie mało świąteczne… i nie ma cytryny do herbaty. No 3 gwiazdek Michelin to tu nie ma… ok czepiam się, jest solidnie. Z ciekawostek mogę napisać, że rozdali programy meczowe, w których znajduje się strona z tekstem hymnu Finlandii. Na kartce wygląda on dokładnie tak samo jak brzmi. Podejrzewam, że kibice nie zdążą się go nauczyć do meczu. W sumie to nie ma co siedzieć w salce prasowej, idę na trybunę. Co prawda trochę się chmurzy, ale etatowy DJ reprezentacji polski – Hirek Wrona świetnie rozgrzewa publiczność. Nawet wymieniliśmy się uprzejmościami na Twitterze. XI wiek burzy mury niedostępności, teraz nawet anonimowy korespondent może się komunikować z najpopularniejszym dziennikarzem muzycznym i DJ’em w Polsce.

Im bliżej do meczu, tym mocniej udzielają się stadionowe emocje. Konferansjer postanowił trochę rozładować atmosferę, stosując zabieg niezwykle popularny podczas amerykańskich meczów NBA i zachęcił pary do pocałunków, przez zbliżenia na telebimie (tzw. KissCam). Losowa Danuta ze swoim chłopakiem Stanisławem dali się porwać zabawie. Roman z Grażyną również bez skrępowania przekazali sobie całusa. Niestety Krzysztof z Mariuszem już nie byli tak entuzjastycznie nastawieni do zabawy – ten konferansjer to niezły śmieszek swoją drogą. Przez chwilę liczyłem, że panowie pójdą na całość i zostaną upamiętnieni w formie viralowej, ale nie wykorzystali swojej szansy na sławę.  Po treningach, wyczytaniu składów reprezentacji i oznajmieniu, że mecz rozpocznie się minutą ciszy, piłkarze wybiegli na boisko! Swoją drogą jeśli nie wiecie dlaczego minuta ciszy w Polsce trwa 15 sekund, to ten mecz możecie potraktować jako case study. Takiego buractwa aż szkoda komentować. Gwizdy czy śpiewy podczas minuty ciszy ciężko w jakikolwiek sposób tłumaczyć.

Pierwsza połówka, czyli jak rozpracować Finlandię.

20160326_165032

Szybka analiza statystyk i składów. Hautameki, Ahonen, Jussilaien… no dobra, poza Ajaruurim i Hamalainenem nazwiska prawie anonimowe. Skoro tak, to można podjąć pierwszą odważną decyzję – stawiam poważne pieniądze na wygraną pierwszą połowę. 20zł to połowa budżetu na wyjazd, więc sprawa jest ogromnej wagi. Jeśli przegram, to wrócę do Poznania na piechotę.  Piłkarzom chyba udzieliły się moje nerwy, bo po obiecującym początku oddali pole gry. I tak sobie chłopaki kopią tę piłkę w środku pola, gdy nagle do moich uszu dochodzi znana przyśpiewka „…zostaw kibica”. WTF? Zmysł korespondenta szybko skierował oczy ku narożnikowi trybun A i B, gdzie jakiś pijany kibic zaczyna kręcić dym z 9 stewardami. Niech was nie zwiodą gwizdy na trybunach, to nie była reakcja na Finów przy piłce, a na służby stadionowe. W tym przypadku starcie 9 stewardów – 1 kibic zakończyło się szybkim wypunktowaniem i walkowerem. Chwilę później kibice zapomnieli o małej sprzeczce, bo Polacy otworzyli wynik spotkania!

Fala żartów z podtekstem alkoholowym na Twitterze polała się jak ognista woda na imprezie u Olka. Chwilę później było już 2:0, by po kilku minutach stadion znów zatonął w morzu euforii. 3 do 0 to bardzo solidny zadatek przed drugą połową, więc można iść po kolejną kawę. Nawet nie liczę ile kofeiny przyjąłem w ciągu ostatnich 48 godzin, ale póki co organizm jeszcze się nie buntuje, a mózg wydaje się pracować na wyższych obrotach. Postanowiłem wykorzystać 15 minutowy rozbrat z piłką i naładowany emocjami i kieruję swoje kroki w stronę Dariusza Szpakowskiego.

-Dzień dobry Panie Darku, jak się mecz podoba

-Szkoda gadać. Przez tę naszą reprezentację stracę robotę. Myślisz Pan, że tak łatwo zainteresować widza swoim monologiem, jak co chwilę trzeba przerywać wrzaskiem radości po zdobytej bramce?

-Zgaduję, że nie?

-Trafiłeś. Już chciałem wymieniać skład z pamiętnego meczu Burkina Faso z Kongo w ramach meczu towarzyskiego w 1978 roku, a tu kolejny gol. Jeśli nie rzucę jakiegoś chwytliwego krótkiego zdania, które ktoś przerobi na mema, to wydawca mnie wyleje.

-Panie Darku, mam pomysł – niech Pan powie, że kartki się nie liczą w walce o eliminacje do Euro, na bank internauci zrobią z tego viral.

-Eee, coś nie jestem przekonany.

-Gwarantuję, że nie będzie Pan zawiedziony. W robieniu z siebie idioty jestem ekspertem.

-No dobra, spróbuję, ale teraz uciekaj Pan, bo wchodzę na wizję. A tak przy okazji – jak się Pan nazywasz?

-W sumie nieistotne, wolę pozostać anonimowym korespondentem.

 

Druga połówka, czyli 0,5 na trzech.

Gramy dobrze, niektóre asy wciąż siedzą w rękawie. A co mi tam, znowu stawiam na wygraną Polski w połowie. W mojej głowie zaczynam układać sobie plany na spożytkowanie fortuny, którą właśnie wygrywam. Co prawda mecz wciąż trwa, ale ta Finlandia dzisiaj jakaś rozwodniona. Polacy ją łoją bez grymasu na twarzy, wrzucając kolejne strzały. Nuda. Znowu nie ma na co narzekać. Nie sądziłem, że ten mecz pójdzie tak dobrze. Rzut okiem na statystyki tylko umocnił mnie w przekonaniu, że gramy mecz wyjątkowy. Ostatni raz 5:0 wygraliśmy w listopadzie 1956 r.

Wraz z końcowym gwizdkiem mógłbym zakończyć swoją przygodę z kadrą. Niestety postanowiłem jeszcze podelektować się swoją wizytą na stadionie, kierując kroki do salki konferencyjnej. To mogła być nawet dobra decyzja, gdyby nie to, że postanowiłem zabłysnąć erudycją i elokwencją, prezentując trenerowi niewygodne pytanie. Niestety trener nie podzielił mojego entuzjazmu pomeczowego i wypunktował moją ocenę meczu jako spacerek. Rozumiem, że trenerowi nie wypada dobijać przeciwnika na konferencji, skoro już jego drużyna poniżyła rywala na boisku. Stąd też mogłem przewidywać wymijającą odpowiedź i ucieczkę od słowa „spacerek”. Co prawda nie spodziewałem się tak ofensywnej reakcji ze strony selekcjonera, ale przynajmniej na konferencji przez chwilę się pojawiły emocje. Szczęśliwie psów na mnie nie spuścili, ochroniarz nie rzucił się na mnie z pięściami, a nawet rzekłbym było sympatycznie. Mam tylko nadzieję, że w związku z tym nie spotka mnie ostracyzm ze strony PZPN-u. Wystarczy, że pojawili się pierwsi internetowi hejterzy, co oznacza, że zmieniam się z anonimowego korespondenta, w prawie anonimowego korespondenta.

Mógłbym jeszcze napisać kilka słów na temat powrotu do Poznania, ale daruję wam dalszej lektury. Niech więc dalsze przygody z wrocławskiej przygody pozostaną milczeniem.

 

20160326_205537

Bartłomiej Matulewicz

 

FACEBOOK:

 

 

INSTAGRAM:

Instagram

Bartłomiej Matulewicz
O Bartłomiej Matulewicz 42 artykuły
Od lat związany z publicystyką - kiedyś o Manchesterze United, dziś o historii futbolu. Anonimowy Korespondent. Strzelałem w Manchesterze, Mediolanie, Monako, Monachium, Marsylii, Liverpoolu, Londynie i wielu innych... fotki. Czasami złapiesz mnie na trybunach prasowych. Poza studiami i pracą pochłaniam Premier League oraz Ekstraklasę