26.05.1989 – najważniejsza chwila w historii 🔴⚪ 🏆

Czas czytania: 6 m.
0
(0)

Nick Hornby, zagorzały kibic Kanonierów, czekał aż 18 lat na zdobycie przez Arsenal mistrzostwa Anglii. Stało się to w sezonie 1988-89, w którym ekipa prowadzona przez George’a Grahama rzutem na taśmę pokonała 2:0 Liverpool na Anfield i zgarnęła upragnione trofeum. Według autora „Futbolowej gorączki” sięgnięcie po tytuł mistrzowski „w ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu” jest nieporównywalne z niczym innym, nawet z seksem i narodzinami dziecka.

Fragment książki, której wznowienie ukazało się w serii #SQNOriginals i jest dostępne na: https://bit.ly/retro-goraczka

Od kiedy obserwuję wydarzenia piłkarskie, czyli od dwudziestu trzech sezonów, tylko siedem drużyn sięgnęło po tytuł mistrza Anglii: Leeds United, Everton, Arsenal, Derby County, Nottingham Forest, Aston Villa i Liverpool – porażające jedenaście razy. Podczas moich pierwszych pięciu lat kibicowania pięć różnych klubów wspinało się na szczyt, toteż odnosiłem wrażenie, że triumf w lidze przytrafia się rozmaitym drużynom co pewien czas, nawet jeśli niekiedy muszą trochę poczekać. Lata siedemdziesiąte dobiegły jednak końca, a po nich także osiemdziesiąte i zacząłem sobie uświadamiać, że za mojego życia Arsenal może nigdy nie zostać mistrzem. To wcale nie jest aż tak melodramatyczne, jak się wydaje. W 1959 roku kibice Wolves świętowali swoje trzecie mistrzostwo kraju w ciągu sześciu lat i nie mogli przewidzieć, że ich klub spędzi następne trzy dekady w drugiej i trzeciej lidze. Fani Manchesteru City, którzy byli po czterdziestce w 1968 roku, kiedy Niebiescy po raz ostatni zdobyli tytuł mistrza Anglii, obecnie przekroczyli siedemdziesiątkę.

Większość meczów, które obejrzałem ja i inni kibice, odbyło się w ramach rozgrywek ligowych. Jako że przez wiele lat po Bożym Narodzeniu Arsenal tracił zainteresowanie tytułem mistrzowskim, ale też nigdy nie zbliżył się do dołu tabeli, więc nie groził mu też spadek, mogę oszacować, że około połowy tych potyczek nie miało żadnego znaczenia, przynajmniej w takim sensie, w jakim komentatorzy sportowi piszą o meczach bez znaczenia. Nie ma wtedy mowy o ogryzanych paznokciach, przeżutych kostkach palców i wykrzywionych obliczach. Nie przyciskasz wówczas radia do ucha tak mocno, że aż boli, aby się przekonać, jak sobie radzi Liverpool; nie rozpaczasz ani nie wpadasz w ekstazę z powodu wyniku spotkania. Znaczenie takich meczów wiąże się z twoim indywidualnym podejściem, nie zaś z tabelą rozgrywek pierwszej ligi.

Po mniej więcej dziesięciu latach takiej sytuacji albo wierzysz w mistrzostwo, albo nie, tak jak w Boga. Rzecz jasna uznajesz, że to możliwe, i usiłujesz szanować poglądy tych, którym jakoś udało się zachować wiarę. Mniej więcej od 1975 do 1989 roku nie wierzyłem. Na początku każdego sezonu miałem nadzieję, a kilka razy – na przykład w połowie sezonu 1986/87, kiedy zajmowaliśmy czołową pozycję przez osiem lub dziewięć tygodni – niemal dałem się wywabić ze swojej jaskini agnostyka. W głębi serca wiedziałem jednak, że tak się nigdy nie stanie, podobnie jak przed moim zgonem nie wymyślą lekarstwa na śmierć (wierzyłem w to w młodości).

W 1989 roku, osiemnaście lat po tym, jak Arsenal po raz ostatni zwyciężył w lidze, niechętnie i nierozsądnie pozwoliłem sobie uwierzyć, że naprawdę istnieje możliwość, aby Kanonierzy zdobyli tytuł mistrzowski. Byli na szczycie tabeli od stycznia do maja. W ostatni weekend sezonu wydłużonego przez wydarzenia na Hillsborough Liverpoolowi brakowało do Arsenalu pięciu punktów. Do końca pozostały jeszcze trzy kolejki. Jak dotąd Liverpool zawsze wygrywał, lecz nie ulegało wątpliwości, że wydarzenia z Hillsborough i związane z nimi napięcie uniemożliwią temu klubowi ciągłe odnoszenie zwycięstw. Poza tym dwa z trzech meczów Arsenal miał zagrać na własnym boisku ze zdecydowanie słabszymi przeciwnikami. Trzeci z nich, właśnie z Liverpoolem na wyjeździe, kończył sezon.

Nie zostałem jednak pełnoprawnym członkiem kościoła Zdobywców Tytułu Mistrzowskiego Dnia Ostatniego, gdyż dobra passa Arsenalu nagle się skończyła. Na własnym boisku piłkarze przegrali z  Derby, a  podczas ostatniego meczu na Highbury dwukrotnie stracili prowadzenie z Wimbledonem i ostatecznie zremisowali to spotkanie 2:2 (w meczu otwierającym sezon Kanonierzy pokonali tego rywala 5:1). Właśnie po spotkaniu z Derby wdałem się z moją partnerką w awanturę o herbatę. Po potyczce z Wimbledonem nie miałem już siły na złoszczenie się o cokolwiek. Pozostało we mnie wyłącznie tępe rozczarowanie. Po raz pierwszy zrozumiałem kobiety z oper mydlanych, które doznały zawodu miłosnego i nie mogą sobie pozwolić na ponowne zakochanie się w kimkolwiek. Nigdy wcześniej nie uważałem miłości za kwestię wyboru, ale w obliczu niepowodzeń ulubionej drużyny poczułem się nagi i bezbronny, choć mogłem pozostać twardy i cyniczny. Nie zamierzałem więcej dopuścić, aby to się kiedykolwiek powtórzyło – nigdy, przenigdy. Byłem głupcem, teraz to wiedziałem, tak jak wiedziałem, że wiele lat zajmie mi podźwignięcie się po tym potwornym rozczarowaniu, wywołanym znalezieniem się tak blisko celu i poniesieniem klęski.

Nie wszystko było jeszcze stracone. Liverpoolowi pozostały dwa mecze, z West Hamem i z nami, oba na Anfield. Ponieważ obaj kandydaci do tytułu znajdowali się blisko siebie w tabeli, arytmetyka związana z tym, kto ostatecznie zwycięży, była szczególnie skomplikowana. Bez względu na to, iloma bramkami Liverpool pokonałby West Ham, Arsenal musiał zwyciężyć w o połowę niższym stosunku. Gdyby Liverpool wygrał z West Hamem 2:0, musielibyśmy pokonać The Reds 1:0 i tak dalej. Ostatecznie okazało się, że Liverpool rozbił Młoty 5:1, a zatem musieliśmy wygrać na Anfield dwoma bramkami. ZA PÓŹNO NA MODLITWĘ, ARSENAL – głosił nagłówek na ostatniej stronie „Daily Mirror”. […] […] Wkrótce stało się oczywiste, że Kanonierzy nie zamierzają poddać się bez walki. Uświadomiłem sobie, jak dobrze znam swoją drużynę, twarze zawodników i ich zachowanie, jak bardzo lubię wszystkich piłkarzy tego klubu. Pełen przerw między zębami uśmiech Mersona i jego potargana fryzura, męskie i odważne starania Adamsa usiłującego dać sobie radę z własnymi niedoskonałościami, napuszona elegancja Rocastle’a, wspaniała staranność Smitha… Odkryłem w sobie zdolność przebaczenia im tego, że tak bardzo zbliżyli się do sukcesu i pokpili sprawę. Byli młodzi, mieli za sobą fantastyczny sezon i jako kibic właściwie nie mogłem żądać niczego więcej.

Ogarnął mnie entuzjazm, gdy na samym początku drugiej połowy zdobyliśmy bramkę, i jeszcze raz na dziesięć minut przed końcem, kiedy Thomas w świetnej sytuacji trafił prosto w Grobbelaara, lecz Liverpool zdawał się z minuty na minutę rosnąć w siłę i miał coraz więcej okazji do strzelenia gola. W końcu, kiedy zegar w rogu ekranu telewizora wskazywał dziewięćdziesiątą minutę spotkania, przygotowałem się do przywołania na usta dzielnego uśmiechu, którym chciałem obdarzyć tę dzielną drużynę. „Jeśli po tak wspaniałym meczu Arsenal nie zdobędzie tytułu mistrzowskiego, to przynajmniej zwycięży w ostatnim spotkaniu”, oświadczył współkomentator David Pleat, kiedy Kevinowi Richardsonowi udzielano pomocy po odniesieniu urazu. Na The Kop już świętowano zwycięstwo. „Dla piłkarzy to słaba pociecha, David”, odparł Brian Moore. Faktycznie, słaba to pociecha – dla nas wszystkich.

Richardson w  końcu się podniósł, w dziewięćdziesiątej drugiej minucie, i nawet udało mu się odebrać piłkę Johnowi Barnesowi w polu karnym. Potem Lukic kopnął do Dixona, Dixon przekazał piłkę Smithowi, a ten błyskotliwie podał ją dalej… i nagle, w ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu Thomas znalazł się przy piłce, z szansą na zdobycie mistrzostwa dla Arsenalu. „Wszystko jest jeszcze możliwe!”, wrzasnął Brian Moore. Nawet w takiej chwili czułem, że się pohamowuję, wyciągając wnioski z niedawnego przypływu sceptycyzmu. Myślałem: „Przynajmniej pod sam koniec spotkania znaleźliśmy się tak blisko zwycięstwa”, choć powinienem myśleć: „Błagam, Michael, błagam, błagam, uderz celnie, daj Boże, żeby trafił”. W chwilę później on robił koziołka na murawie, ja leżałem na podłodze, a wszyscy w pokoju rzucili się na mnie. Całe osiemnaście lat zapomniane w ciągu jednej sekundy.

Jaka jest odpowiednia analogia do chwili takiej jak ta? W świetnej książce All Played Out, poświęconej mistrzostwom świata w 1990 roku, jej autor, Pete Davies, zauważa, że opisując swoje uczucia po strzeleniu gola, piłkarze stosują terminologię seksualną. Niekiedy dostrzegam to w pewnych wspaniałych, acz nieco bardziej codziennych momentach. Przykładowo trzecia bramka w meczu zakończonym naszym zwycięstwem 3:0 z Liverpoolem w grudniu 1990 roku, cztery dni po porażce 2:6 na własnym boisku z Manchesterem United, sprawiła, że poczułem się naprawdę dobrze, gdyż doskonale rozładowałem się po godzinie kumulującego się podniecenia. Cztery lub pięć lat temu w Norwich Arsenal zdobył cztery bramki w ciągu szesnastu minut i długim okresie słabej gry. Ten kwadrans miał w sobie coś z seksualnego uduchowienia.

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do piłki nożnej polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, to jest także dobrze znane, powtarzalne (co kilka godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może gdybym nie kochał się z nikim przez osiemnaście lat i stracił nadzieję, że mogę na coś liczyć podczas następnych osiemnastu, aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawiłaby się fantastyczna okazja… Może w takich okolicznościach dałoby się odtworzyć tamten moment z Anfield. Chociaż seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie meczów piłkarskich (nie ma bezbramkowych remisów, nie ma pułapek ofsajdowych, nie ma pucharowych rozczarowań i jest ciepło), to w normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia raz jeden w życiu tytułu mistrzowskiego po golu w ostatniej minucie.

Żadne z wydarzeń opisywanych przez rozmaitych ludzi jako najlepsze w ich życiu nie wydaje mi się analogiczne. Narodziny dziecka muszą być wyjątkowo poruszającym przeżyciem, lecz nie niosą ze sobą zasadniczego elementu niespodzianki, ponadto trwają zbyt długo. Spełnienie osobistej ambicji – awanse, nagrody, cokolwiek – nie kryje w sobie czynnika ostatniej chwili ani elementu bezsilności, którą odczuwałem tamtej nocy. Co jeszcze może być równie niespodziewane? Może wysoka wygrana u bukmachera, lecz zdobycie dużej sumy pieniędzy oddziałuje na inną część psychiki i zupełnie nie wiąże się ze zbiorową ekstazą piłki nożnej.

Brakuje zatem słów, aby opisać zdarzenia takie jak to na Anfield. Nie przypominam sobie niczego innego, czego pragnąłbym przez dwadzieścia lat (czy w ogóle istnieje coś innego, czego można by pragnąć aż tak długo?), ani też nie przypominam sobie niczego takiego, czego bym pragnął jako młody mężczyzna i chłopiec. Proszę więc, bądźcie wyrozumiali dla ludzi, którzy opisują wydarzenia sportowe jako najwspanialsze doznania w swoim życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nasze życie nie jest smutne i puste. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

📕 O książce:

„Futbolowa gorączka” Nicka Hornby’ego to książka skierowana do wszystkich kibiców, niezależnie od piłkarskich sympatii. To opowieść pełna anegdot, sarkazmu i celnych spostrzeżeń społecznych, które rozbawią Cię do łez. Autor przedstawia swoje losy z perspektywy futbolowego maniaka, wspominając doświadczenia z londyńskich trybun i pubów.

To idealna lektura dla fanów futbolu, miłośników dobrej literatury i angielskiego poczucia humoru – jest nie tylko historią kibica, ale przy okazji również studium męskości i dojrzewania. Hornby pokazuje, że piłka nożna to coś więcej niż gra – to nieokiełznana pasja, która nadaje rytm życiu.

Żadna miłość nie zasługuje na ukrycie, zwłaszcza wtedy, kiedy jest prawdziwa i pochodzi prosto z serca. Zakochaj się w futbolu tak, jak zakochiwał się w nim i kobietach Nick Hornby.

Książkę możesz zamówić na: https://bit.ly/retro-goraczka

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 0 / 5. Licznik głosów 0

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Redakcja
Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians — przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie, to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku.

Więcej tego autora

Najnowsze

Japońscy sportowcy w Białogardzie – historia olimpijskiego zgrupowania

Mało kto wie, że w mieście Białogard w województwie zachodniopomorskim, znanym do tej pory przede wszystkim jako miejsce urodzenia prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przebywała ekipa...

„Ja, kibic” – recenzja

Pozycja „Ja, Kibic”, która pojawia się w Polsce ponownie nakładem SQN Polska to powrót do przeszłości – do lat 80, kiedy w Anglii kultura...

Krosno vs. Rzeszów – wizyta na żużlowych derbach Podkarpacia

Kilka tygodni temu Retro Futbol było obecne na żużlowych derbach Podkarpacia. Wówczas w meczu Speedway 2. Ekstraligi zawodnicy Texom Stali Rzeszów przegrali z Cellfast...