Anonimowy Korespondent – Polska – Austria

Minęło trochę czasu od mojej ostatniej wyprawy na trybuny stadionu w roli Anonimowego Korespondenta. Szczerze mówiąc, wypadłem trochę z obiegu. Mój wzrok nie jest już tak ostry i przeszywający, jak chociażby podczas wizyt na stadionie przy Bułgarskiej, gdy poznaniacy dawali dowody swojej gościnności, dzieląc się punktami z przyjezdnymi. Moje palce skostniały, dając wrażenie niegodnych do wklikiwania w klawiaturę komputera górnolotnych metafor, ckliwych historii i zawsze trafnych żartów. W końcu i umysł zabłądził gdzieś pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym, wypierając chęć uczestniczenia w tych małych świętach, jakimi bez wątpienia były dotąd udziały w meczach z perspektywy trybuny prasowej. Natury jednak nie da się oszukać i korzystając z możliwości, postanowiłem wyruszyć za reprezentacją i ponownie zawitać w murach stadionu narodowego. Czy byłą to dobra decyzja? Zapraszam do lektury!

Tak jak wspomniałem w tym przydługim wstępie, dawno nie wcielałem się w rolę Anonimowego Korespondenta. Ostatni mecz z trybuny prasowej oglądałem w listopadzie ubiegłego roku, kiedy to Polska dała popis gry w piłkę przeciwko Czechom. Nie wiem, czy to ten mecz wywołał u mnie niechęć do reprezentacji, czy może to raczej kwestia organizacji wesela, w którym miałem przyjemność współtowarzyszyć obecnie już małżonce przed kilkoma miesiącami, ale jakoś nie ciągnęło mnie na stadion.

No w sumie to nie do końca prawda, bo w tzw. międzyczasie wybrałem się na Old Trafford zobaczyć bardzo słaby mecz z West Ham United i odbić się od bram stadionu podczas meczu z Barceloną (swoją drogą 300 funtów za bilet od konika to jest jawna kpina z kibica). Miałem też okazję pójść na Bułgarską, zobaczyć jak Lech bierze lekcję gry w piłkę od Śląska Wrocław. Były to jednak wizyty czysto kibicowskie, których nie mogę traktować jako serii przygód Anonimowego Korespondenta.  

Tym razem miało być inaczej – a największa różnica to brak konsumpcyjnego podejścia do meczu. Gdy zakładam na szyję smycz z akredytacją prasową, w mojej głowie przestawia się wihajster i z Janusza przepoczwarzam się w dziennikarza sportowego, który lada moment będzie przekazywał światu prawdy objawione. Zamiast przepłaconych piwka i giętej na trybunie, są hektolitry kawy i przekąsek w prasowym lobby. Zamiast rozrywki jest praca. No dobra może trochę przesadzam – dziennikarzem nie jestem, a wizytę na stadionie ciężko nazwać pracą – w końcu nikt mi za to nie płaci.

Zanim wyruszyłem do Warszawy, zdążyłem nagrać podcast – jak się okazało proroczy.

W moich snach wciąż Warszawa

Powróćmy jednak do meritum, jakim była wyprawa na mecz. Postanowiłem wybrać się do warszawy już dzień wcześniej – po pierwsze, aby wziąć udział w konferencji przedmeczowej, a po drugie, aby nacieszyć się miastem stołecznym. Pomimo że przez wielu znienawidzona, u mnie Warszawa wywołuje głównie pozytywne emocje. W tym mieście czuję się światowość. Podobne uczucie miałem, gdy przeprowadzałem się z małej wsi do Koszalina, a następnie z Koszalina do Poznania.

Podroż rozpoczęła się nie najlepiej. Najpierw pociąg bez gniazdek elektrycznych, następnie opryskliwa obsługa hotelu. Mimo początkowych trudności szybko zapakowałem się w tramwaj i ruszyłem na stadion. Warszawskie zaplecze prasowe robi wrażenie. Miałem tu już okazję być kilkukrotnie, ale za każdym razem zachwycam się tak samo. No ale nie przyszedłem tu w końcu podziwiać architektury stadionu, tak więc szybkim krokiem ruszyłem do Sali konferencyjnej. Na pierwszy ogień rzucony został trener drużyny gości – co typowe pytania kierowali głównie dziennikarze niemieckojęzyczni. Możliwe, że przyłożyłbym więcej uwagi pytaniom i odpowiedziom z tej części konferencji, ale mój germański jest nich verstehen.

Po krótkiej przerwie, w ramach której został zaplanowany trening kadry austriackiej, wspólnie z innymi przedstawicielami mediów powróciłem na konferencję – tym razem obserwatorów było więcej, co też przekładało się na kolejne pytania. Jednemu z dziennikarzy udało się nawet wywołać małą konsternację wśród odpytywanych trenera i zawodnika. Gdy ten zapytał Krychowiaka o sytuację po meczu ze Słowenią i brak szacunku do dziennikarzy i kibiców, kontrolę przejął rzecznik, który szybko przypomniał zasady dyskusji. Cenię p. Kwiatkowskiego za klasę i profesjonalizm, chociaż mam wrażenie, że interwencja nie była potrzebna, szczególnie wobec chęci odpowiedzi przez naszego kadrowicza.

Udało mi się zabrać głos i zapytać trenera o kiepski styl drużyny – i muszę przyznać, że moje pytanie było podobne do tego stylu – niby coś tam się kleiło, ale zabrakło wykończenia. W myślach miałem minimalizm i cel na mecz, a język poszedł w stronę „bezpiecznego dowiezienia zwycięstwa” – trener mnie celnie zripostował, ale jak się okazało dzień później, miałem rację. Trener zamierzał postawić na minimalizm i cieszyć się z jednego punktu.

Po konferencji zdecydowałem się na spacer mostem ku Nowemu Światu, gdzie wspólnie z kolegą mieliśmy okazję powspominać jak to „kiedyś było lepiej”, przy okazji robiąc krótkie tournée po okolicznych barach. Jako że dalszemu znajomemu urodziła się córa, to było co świętować.

Miasto budzi się z naszymi marzeniami

Dzień meczowy rozpocząłem od obowiązków służbowych, ale te nie mają związku z rolą Anonimowego Korespondenta, więc je pominę. Przed meczem uznałem, że warto zapchać kichę, a że już na etapie planowania wyjazdu miałem w swoim notesiku wpisany cel w postaci spróbowania najlepszego kebaba w Warszawie, wybrałem się na drugi brzeg Wisły. Niestety, ale dawno nie byłem tak zawiedziony. Sorry Panie Kebson, ale rekomendacja z grupy Facebooka okazała się daleka od moich oczekiwań. Pierwszy raz od dawna dałem złą ocenę na mapce google, zdenerwowany stratą czasu.

Na szczęście PZPN dba o catering dla mediów, więc szybko zapomniałem o wcześniejszej wtopie gastronomicznej. Niestety tego wieczoru uczta dla ciała była jedyną, której doświadczyłem na stadionie. No dobra, żeby nie było wątpliwości, mecze kadry to nie kolacja godna gwiazdek Michellin, ot zwykłe poprawne zapchanie kichy, niemniej w odróżnieniu od gry kadry ciepły posiłek w przerwie nie wywoływał mdłości. Niestety to, co zaserwowała nam drużyna narodowa, to pozostając w nomenklaturze kulinarnej, najniższej jakości bar mleczny, który jeszcze kilka lat temu aspirował do miana całkiem solidnej restauracji.

Po pierwszych 15 minutach miałem wrażenie, że mecz zakończy się blamażem i właściwie to mieliśmy dużo szczęścia, że tak się nie stało. Naszą grę cechowała toporność, brak kreatywności i spopularyzowany przez poprzedniego selekcjonera niski pressing. Osamotniony w ataku Lewandowski nie miał zbyt wielu okazji od błysku, a gdy ta się pojawiła, nie zdołał jej wykorzystać. Środek pola niemal nie istniał – Zieliński próbował, ale brakowało mu kolegów do pomocy. Ciężko dokładnie podać, gdy w drużynie nie ma ruchu. Grosicki w swoim stylu próbował robić wiatr na skrzydle, ale atut szybkości to za mało na dobrze zorganizowanych Austriaków.

Rywale natomiast prezentowali wyższą kulturę gry. Krótkie podania, szybkość, kreatywność, wysoki pressing. Brakowało jedynie wykończenia. Różnice w poziomie oddawały statystyki, w których rywale nas miażdżyli. Ale nie trzeba było patrzeć na statystyki, żeby widzieć różnicę. Gdy my próbowaliśmy szybkiej kontry (jedna była tragikomiczna, gdy 4 piłkarzy stało praktycznie w jednym miejscu, oczekując na długą piłkę), rywale stosowali grę kombinacyjną. Gdy my traciliśmy piłkę przed polem karnym Austriaków, ci podawali piłkę wokół pola karnego, jakbyśmy grali w szczypiorniaka.

Gdy myślałem, że nic gorszego mnie już dzisiaj nie spotka, przyszedł czas na konferencję.

Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje

Pamiętam konferencje Adama Nawałki. Był to człowiek, który przez swoją manię kontroli budził respekt. Jego odpowiedzi były bardzo wyważone. Czasami zdawał się przynudzać i rzucać „nawałkizmami”, ale panował nad emocjami i kontrolował to, co chce powiedzieć. Niestety, ale konferencja po meczu z Austrią była dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym, a Internet szybko zapełnił się memami postkonferencyjnymi.

Zacznijmy od emocji – trener brzmiał tak niepewnie, że nawet gdyby mówił o tym, jaki mamy dzień tygodnia, część mogłaby mu nie uwierzyć. Im dłuższej rozwlekał on swoje odpowiedzi, tym bardziej stawały się one abstrakcyjne. Początek nie był zły, trener zapewniał o tym, że trzeba się cieszyć z punktu i że jesteśmy w doskonałej sytuacji w drodze do awansu. Następnie wielokrotnie przyznał, że jest niezadowolony ze stylu, ale ze trzeba się cieszyć z punktu. Później wspomniał, że mamy słabych piłkarzy i trzeba się cieszyć z punktu, a na koniec przypomniał, że pomimo iż przeciwnik był od nas wielokrotnie lepszy, to trzeba się cieszyć z punktu.

Cała retoryka opierała się o jedno – zadowolenie z 4 punktów z Austriakami i miejsca lidera w grupie. Ok. Trzeba przyznać trenerowi, że jest na dobrej drodze do celu, jakim jest awans. Przypominam jednak, że od początku byliśmy uważani za lidera grupy, za drużynę, która powinna dominować nad rywalami i wykorzystywać potencjał piłkarzy. Zamiast wzbudzania pewności siebie w zawodnikach, trener zwracał uwagę, że przecież operowaliśmy 3 piłkarzami z 2 ligi angielskiej (chociaż ja uważam, że większym problemem od piłkarzy z zaplecza Premier League jest powoływanie piłkarza, który najlepsze lata piłkarskiej kariery ma za sobą, a aktualnie występuje w Ekstraklasie). Zdumiewająca była też dla mnie opinia o Zielińskim, któremu wystarczy przestawienie w głowie, żeby wejść na światowy top. Trochę to brzmiało jak komentarz domorosłej złotej rączki na temat zepsutej klamki – „to się zateguje i będzie działać”.

Warto przypomnieć, że Beenhakker potrafił przekonać Radomskiego, Golańskiego i Bronowickiego, że są lepsi od Cristiano Ronaldo, a Brzęczek na jednej konferencji zdołał zdeprecjonować całą drużynę jako kadrowo gorszą od Austriaków. Szkoda, że trener nie pamiętał, że to u nas gra najlepszy piłkarz Bundesligi, aktualny gracz miesiąca ligi rosyjskiej, oraz regularni reprezentanci czołowych drużyn Europy. Ok, w meczu zagrało trzech angielskich drugoligowców – ale może nie jest problemem to, gdzie oni grają, a to, że prowadzi ich trener z ekstraklasy.

Kwiatków na konferencji było więcej, ale najbardziej przykre nie było to, co mówił trener, ale w jaki sposób to mówił. Jedyne co do czego był przekonany, to sukces z 4 punktów z Austriakami i pierwsze miejsce w grupie. I tak jak wspomniałem wcześniej, można by to było traktować w kategoriach sukcesu, gdyby nie to, że obiektywnie naszą drużynę powinno było stać na więcej. Nie wykorzystujemy potencjału, oferujemy archaiczny „futbol na nie” i co najsmutniejsze, zniechęcamy. Moje odczucia byłyby inne, gdybyśmy nawet przegrali, ale poszli na wojnę. Próbowali. Grali atrakcyjnie dla oka. Niestety po raz kolejny kibice zostali nabici w butelkę. Zastanawiam się jedynie, co się stanie, gdy Lewandowski zakończy karierę – co przyciągnie 50 tysięcy kibiców na stadion.

#wspieramretro
O Bartłomiej Matulewicz 71 artykułów
Od lat związany z publicystyką - kiedyś o Manchesterze United, dziś o historii futbolu. Anonimowy Korespondent. Strzelałem w Manchesterze, Mediolanie, Monako, Monachium, Marsylii, Liverpoolu, Londynie i wielu innych... fotki. Czasami złapiesz mnie na trybunach prasowych. Poza studiami i pracą pochłaniam Premier League oraz Ekstraklasę