Biblioteczka polskiego fanatyka piłki nożnej

Czas czytania: 5 m.

Ten artykuł musiał w końcu powstać. Jest połączeniem moich dwóch pasji: czytania książek i piłki nożnej. Każdy, kto kocha polski futbol, powinien mieć w swojej biblioteczce cztery poniższe rodzaje książek: biografia retro idola, współczesnego idola, książka o historii ulubionego klubu i słownik języka piłkarskiego.

Muszę rozpocząć od pochwały. Chapeau bas dla pana Szczepłka za zebranie w jednym miejscu: mnóstwa zdjęć z dawnej epoki, starych biletów, pism, plakatów meczowych, wycinków z gazet, koszulek, orderów, legitymacji, programów z meczów, itd. Ta książka mogłaby być zwykła biografią, kolejnym obszernie opisanym życiorysem piłkarskiej gwiazdy. Dzięki tym niezwykłym elementom nabiera jednak wyjątkowości. Ogrom materiałów uświadamia nam, że Deyna był także idolem dziennikarza, skoro z olbrzymią pasją zbierał przedmioty, związane z tym konkretnym zawodnikiem.

Kiedy jego nazwisko pojawiło się w sprawozdaniach, Legia słusznie uznała, że ktoś sobie z niej drwi. ŁKS miał pecha, że termin meczu zbiegł się akurat z jesiennym poborem do wojska. Nic dziwnego, że niemal natychmiast po tym debiucie trzej łódzcy piłkarze otrzymali karty powołania. Na liście życzeń Legii znaleźli się w kolejności alfabetycznej: Kazimierz Deyna (…). Nie róbcie niepotrzebnego zamieszania, bo to nikomu nie wyjdzie na dobre. Niech nikt w Polsce nie mówi, jak w czasach CWKS, że Legia bierze do wojska każdego piłkarza, którego tylko zamarzy.

Czytając biografię Deyny, można poznać dawny sposób działania klubów piłkarskich, bardzo odmienny od dzisiejszych realiów. Młody piłkarz, jako utalentowany nastolatek, był chroniony. Wszystkim najbliższym zależało, aby dla swojego dobra pozostał w rodzinnej miejscowości jak najdłużej. Dzisiaj piłkarze w wieku 16 lat zostają powołani do pierwszego zespołu konkretnego klubu i nikogo to nie dziwi. 2 lata później, już jako pełnoletni mężczyźni, grają w reprezentacji Polski. A sposób, w jaki Legia i inne kluby wojskowe zdobywały swoich zawodników? To również bardzo ciekawa sprawa. Może stąd wywodzi się pielęgnowana przez lata niechęć kibiców z Polski do stołecznego zespołu?

Czytanie tej piłkarskiej biografii, napisanej przez Stefana Szczepłka, jest jak wycieczka po muzeum z ciekawym, umiejącym zaintrygować przewodnikiem. Możesz nie być fanem Legii i samego Kazimierza Deyny, a i tak tę książkę powinieneś przeczytać z zainteresowaniem.

Kiedy kilka lat temu pojawiłam się pierwszy raz na meczu piłki nożnej, dokładnie w celu robienia zdjęć kibicom, moja wiedza na temat tego sportu była ograniczona do kilku podstawowych rzeczy. Bramki są dwie, każda drużyna gra w jedenastu, no i mamy dwie połowy po 45 minut. Szybko miałam nauczyć się jeszcze jednej rzeczy – kim jest Kamil Glik.

Kamil wcale nie musiał trafić do klubu z Gliwic. Była propozycja od ówczesnego dyrektora Wisły Kraków Jacka Bednarza, a także z Piasta i z Legii, ale warszawski klub proponował tylko występy w Młodej Ekstraklasie (…). Dyrektor Trzeciak nie widział miejsca dla Kamila, podobnie trener Wieczorek z Odry, który mówił, że Glik nadaje się co najwyżej do okręgówki. Ostatecznie Kamil zdecydował się na Piasta, choć równolegle pojawiła się bajeczna pod względem finansowym oferta angielskiego Stoke City. (…) Nie chciał jednak tam iść. Chciał regularnie grać.

Tak rozpoczyna się rozdział w biografii Glika, dotyczący gry w Piaście Gliwice. Dla kibiców niebiesko-czerwonych to wyjątkowe kilkanaście stron książki. Nie tylko można przeczytać tam o jego grze dla tego klubu, ale również zobaczyć zdjęcia niezastąpionego Irka Dorożańskiego – choćby te z zgrupowania w Turcji w 2010 roku, kiedy to Kamil Glik przygotowuje kebaba. Dodatkowo w rozdziale pokazane są dokumenty Dariusza Fornalaka, w których trener oceniał grę Kamila w Piaście Gliwice: zdecydowanie najpewniejszy punkt zespołu, nie pozwolił pograć takim napastnikom jak Chinyama, Lewandowski, Frankowski.

Kamil Glik to postać uwielbiana w Gliwicach, więc kiedy pojawił się jakiś czas temu na meczu Piasta, nie mogłam nie zrobić sobie z nim zdjęcia. Pod ręką miałam dwa aparaty: lustrzankę i starego Polaroida. Wybrałam ten drugi. Piszę o tym, ponieważ to zdarzenie miało zostać opisane po kilku latach w… biografii Glika. No… prawie tak mogło być! Niemal sto stron książki za mną, kiedy to autor – Michał Zichlarz, zaczął opisywać spięcie na linii Krzysztof Król – Kamil Glik.

Jak skończyła się przygoda z Realem, to już nie było kontaktu. Ja trafiłem do Piasta, a on do Jagiellonii. Spotkaliśmy się raz, kiedy Krzysiek grał w Piaście, a ja przyjechałem do Gliwic na jeden z ostatnich meczów sezonu, bodajże z Koroną. W pewnym momencie Krzysiek przechodził i mijaliśmy się na schodach. Ja spojrzałem na niego, on na mnie i nic. Spuścił głowę i poszedł, jakbyśmy się w ogóle nie znali. Dziwna sytuacja. Przecież tyle lat razem graliśmy.

Czytam, a nad moją głową pokazuje się żarówka, dokładnie jak w kreskówkach: wiem kiedy to było! Wtedy właśnie zrobiłam sobie z nim zdjęcie moim Polaroidem! W tamtym momencie pojawiła się we mnie taka myśl, że może jakimś cudem wspomni, chociaż jednym zdaniem, o jakieś dziwnej dziewczynie, biegającej ze starym aparatem po stadionie. Cudu jednak nie było.

Po przeczytaniu biografii od deski do deski – stwierdziłam, że jest pewna rzecz, której mi w niej brakuje. Odręcznie napisanej dedykacji: Dla Darii, Kamil Glik. Jednak wierzę KAMILU, że to się wkrótce zmieni!*

*wymowne spojrzenie

Historia ukochanego klubu

70 lat Piast Gliwice”, Grzegorz Muzia

Zobaczyli książkę o Piaście w pracy. Zwolnił się na chwilę Marcin, nowy pracownik, i kupił ją dla siebie i innych. Pani Ula też ją kupiła. Są nią zachwyceni”. Takiego smsa wysłała do mnie mama, po tym jak poprosiłam ją o kupienie i wysłanie do mnie książki: „70 lat Piasta Gliwice”, autorstwa Grzegorza Muzi. Jest ona dostępna jedynie w Gliwicach, więc jako warszawski słoik, miałam do niej ograniczony dostęp. Od czego ma się jednak rodziców? Pomogą, kupią, wyślą i jeszcze uczynią z ciebie trendsettera, dzięki któremu sprzedało się kilka kolejnych egzemplarzy.

Książka ujrzała światło dzienne w tym roku, kiedy Piast zdmuchnął na swoim torcie urodzinowym 71 świeczek. Nie wiem skąd ten mały poślizg, ale znając gliwickie realia, cieszę się, że w ogóle pojawiła się taka publikacja. Przyznam się, że obserwując Legię Warszawę i jej przygotowania do stulecia, zazdrościłam im całym sercem. Zwłaszcza że widziałam to z bliska, z perspektywy murawy, jako fotograf. Miałam okazję słyszeć rozmowy osoby, która pisała teksty do książki o Legii. Widziałam na żywo uroczystość związaną z uhonorowaniem Lucjana Brychczego, przed rozpoczęciem meczu Wojskowych z Lechem Poznań, kiedy to cały stadion skandował jego imię, a ja z trudem powstrzymywałam łzy wzruszenia (ach, te baby!).

Wracam do książki. Czytając ją, dowiedziałam się jednej bardzo ważnej rzeczy – Piast kiedyś był dużym, rozwiniętym klubem. Piastunki to nie tylko, tak jak dzisiaj, piłka nożna czy lekkoatletyka, ale w sumie 21 sekcji. Niestety, przez lata zasoby Piasta Gliwice kurczyły się. W „70 lat…” nie tylko przeczytamy suche fakty, poznamy wspomnienia działaczy i byłych piłkarzy oraz zawodników niebiesko-czerwonych. Grzegorz Muzia umieścił tu też mnóstwo zdjęć z poprzedniej epoki. Każdemu, w kim płynie choć trochę niebiesko-czerwona krew, polecam tę pozycję.

Słownik piłkarskiej polszczyzny

Mowa trawa” Marcina Rosłonia, czyli słownik języka polskiego, wywodzącego się wprost z murawy i szatni piłkarskiej. To książka, dzięki której poznałam świat, do tej pory przeze mnie nieznany. Chociaż wiedziałam co znaczy grać w gałę, to sama nigdy tego nie robiłam. Pewnie gdybym miała już strzelić fartem gola do wrot, to pewnie zrobiłabym to czuba, czy też kapy. Nie byłby to może taki wstyd, jak fakt, że dopiero ze słownika Rosłonia dowiedziałam się co to jest czas w gwarze piłkarskiej. Choć wydawałoby się to oczywiste… Jak miałam okazję się przekonać – gdy piłkarze krzyczą podczas meczu „czas”, to nie pytają o godzinę, czy minuty do zakończenia trwającej połowy.

Słowo „czas” pada, gdy w promieniu kilku metrów nie ma rywali i możemy pozwolić sobie na spokojne przejęcie piłki.

A co to jest flądra? Pyszna ryba. Niedawno miałam okazję jeść taką świeżutką rybkę nad polskim morzem. Polecam, ale tylko na obiad. Już podczas meczu flądra smakuje zdecydowanie gorzej i pozostawia po sobie smak goryczy.

Flądrą określamy nieudaną obronę, gdy piłka prześlizguje się bramkarzowi przez rękawice i wpada do sieci.

Marcin Rosłoń tłumaczy w swoim słowniku jeszcze wiele innych słów, a każde kolejne jest jeszcze dziwniejsze: koronka, lanki, pachówka, sanki, czy szczupak. Na uwagę zasługują również ilustracje Andrzeja Jankowskiego, które równie śmieszą, jak opisy Rosłonia. „Mowa trwa” to słownik lekkiej wagi – bawi i edukuje w przyjemny sposób. Moja ocena: niezły majonez*.

*Jeżeli zastanawiasz się: „O czym ona pisze?” to znak, że słownik piłkarskiej polszczyzny to pozycja, która powinna znaleźć się w twojej biblioteczce.

DARIA GRZESIEK

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Redakcja
Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. kontakt: 661-212-782, e-mail: redakcja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Statystyki polskich piłkarzy w ligach zagranicznych w sezonie 2022/23

w tym artykule prezentujemy statystyki polskich piłkarzy w ligach zagranicznych w sezonie 2022/2023

Spirydion Albański – lew w bramce

Historia Spirydiona Albańskiego - zapomnianego przedwojennego piłkarza.

Jan Woś – Legenda Odry Wodzisław

Przez ekstraklasę prześlizgnęło się w przeszłości wielu zawodników, którzy pozostali kompletnie anonimowi, niczym się nie wyróżniając. Nieraz narzekamy na brak dobrego poziomu, ale także...