Lech Poznań vs Vikingur Reykjavik – plan minimum

Czas czytania: 5 m.

Historia Lecha Poznań w Europejskich Pucharach pełna jest wzlotów i upadków. W ponad 100-letniej historii klubu 1/3 stanową mniej lub bardziej udane próby zwojowania piłkarskiej Europy. Poznaniacy rozpoczęli swoją przygodę w rozgrywkach europejskiego formatu w 1978 roku, ale wysoka porażka  w dwumeczu z MSV Duisburg nie stanowi zbyt dobrego preludium do przyszłych poczynań Lechitów w europejskich pucharach. Ale czy należy wspominać tylko porażki, czy może jednak warto patrzeć na lidera wielkopolskiej piłki z większym entuzjazmem?

11 sierpnia 2022 roku Lechowi przyszło się zmierzyć z islandzkim Vikingurem Raykjavik. Nastroje przed meczem nie były najlepsze, ponieważ niespodziewanie to poznaniacy musieli walczyć o zwycięstwo. Porażka na Islandii tydzień wcześniej była nie tyle niespodziewana, co wręcz sprzeczna z logiką. Oczywiście wielu obserwatorów / ekspertów podkreślało, że Vikingur to rywal niewygodny, potrafiący zaskoczyć i mający przewagę własnego boiska, ale wszelkie argumenty sportowe były po stronie Lechitów.

Czy jednak ta porażka była aż tak dużym zaskoczeniem? Kibice wciąż mają w pamięci porażki z Żalgirisem Wilno, czy z (również islandzkim) Stjarnanem. W pierwszej połowie dwumeczu Lech wypadł niekorzystnie, ale na swoim terenie Poznaniacy niesieni wsparciem kibiców mieli łatwo odrobić jednobramkową stratę i powrócić do gry o fazę grupową europejskich pucharów.

Początek meczu rozpoczął się niemrawo, a pierwszą poważną sytuację wykreowała ekipa gości – od utraty bramki uratowały Lecha zaledwie centymetry po niecelnym strzale. Lech nie zamierzał pozostawać dłużny i ruszył do ataku – jednak o ile w defensywie Lech mógł mówić o szczęściu, o tyle w ofensywie zdecydowanie go zabrakło. Po serii zablokowanych strzałów piłkę ponownie przejęła ekipa gości… i ponownie niemal strzeliła bramkę. Ciężko określić, czy ta wymiana ataków wynikała z fantazji i polotu ofensywnego obu ekip, czy nieudolności w obronie i braku umiejętności uspokojenia gry. Co by jednak nie mówić, emocje zaczęły rosnąć – zarówno te pozytywne, jak i negatywne.

Tu warto wspomnieć, że dwumecz z Vikingurem był jubileuszowym 10 starciem pomiędzy drużynami z Polski i Islandii. Licznik ten otworzyła równe 50 lat temu Legia Warzawa, wygrywając aż 11:0 w dwumeczu z… Vikingurem – więcej o tym starciu pisaliśmy w naszej książce – „Polskie Kluby w Europejskich Pucharach”

„Nikt nic nie wiedział o tym klubie, ale sam fakt, że Islandczycy uchodzili w europejskiej piłce klubowej za outsidera, dawał nadzieje na łatwą przeprawę. Pomimo nieobecności przebywających na olimpiadzie w Monachium Kazimierza Deyny i Roberta Gadochy Legia wygrała w Reykjaviku 2:0. U siebie warszawianie dali Islandczykom prawdziwą lekcję futbolu. Strzelanina rozpoczęła się w 6 minucie po uderzeniu Stefana Białasa, a zakończyła się w 85 na skutecznie wykonanej jedenastce przez Deynę. Pomiędzy 6 i 85 minutą Legia zdobyła jeszcze siedem bramek! Zakończyło się więc na zwycięstwie 9:0, które było rekordem wszech czasów, jeśli chodzi o najwyższą wygraną polskiej drużyny w meczach pucharowych. Dopiero w latach 90. ten wynik wyrównał Hutnik Kraków. Inna sprawa, że celem Vikingura była porażka maksimum 0:5”.

Łączny bilans (nie uwzględniając tegorocznego dwumeczu) to 18 meczów, 13 zwycięstw, 2 remisy i 3 porażki. Dodając do tego bilans 39:10 na korzyść polskich drużyn, ciężko było szukać w Vikingurze faworyta. Z drugiej strony jak wiadomo, historyczne statystyki nie wygrywają meczów, a i Lech Poznań w tych statystykach zapisał się raczej negatywnie, niż pozytywnie.

Najlepszym komentarzem do pierwszej połowy w wykonaniu Lecha była zaintonowana już w 28 minucie przyśpiewka „co wy robicie, Kolejorz co wy robicie” – i nie wiadomo, czy to wsparcie poirytowanych kibiców, szczęście, czy po prostu piłkarskie argumenty, sprawiły, że w 32 minucie Ishak wyprowadził Lecha na prowadzenie w rewanżu i zapewnił tym samym minimum dogrywkę. Na tym jednak się nie skończyło, bo zaledwie 10 minut później wynik podwyższył Velde – od tego momentu już raczej nic nie zapowiadało blamażu, a ja mogłem ze spokojem zacząć pisać ten tekst mniej zachowawczo.

Wracając jednak do polsko-islandzkich starć w Europie – Lech ma po tym dwumeczu największe doświadczenie w rywalizacjach z potomkami Celtów i Wikingów. Dotąd po 4 mecze przeciwko drużynom z tego kraju oprócz Lecha zagrały Pogoń i Legia. Gdy w 1982 roku Lech po zwycięstwie w Pucharze Polski zdobył przepustkę do Pucharu Zdobywców Pucharów, przyszło mu się zmierzyć z ÍB Vestmannaeyjar. Mecz nie przyniósł żadnych wartych uwagi historii, a piłkarze po latach wspominali tę rywalizacje głównie z bardzo nieprzyjaznych warunków atmosferycznych:

„Graliśmy praktycznie na polu, gdzie dostawiona była jakaś prowizoryczna trybuna. Wiatr hulał i robił z nami co chciał. Z piłką też, bo te piłki nie były wtedy wyprofilowane wagowo – wspominał po latach Krzysztof Pawlak.

Co ciekawe pomimo fatalnej aury i infrastruktury, boisko było wzorowe:

 „Boisko było wyłożone taką wielką folią, założoną na metrowych ramach, a w środku stała woda. Wyglądało to jak basen. W dniu meczu tę wodę wypompowano, folię ściągano i dzięki temu boisko było w idealnym stanie – podkreślał Leszek Partyński.

Poznań wygrał oba mecze w tej rywalizacji i awansował do kolejnej rundy, gdzie przyszło mu się zmierzyć z Aberdeen – i jak się okazało, był to rywal z grupy niemożliwych do przejścia. Szkoci napisali w tamtym sezonie historię życia, dochodząc do finału rozgrywek i pokonując w nim wielki Real Madryt. Jednym z głównych autorów sukcesu był nie kto inny, jak Sir Alex Ferguson – wówczas wciąż jeszcze menadżer na dorobku.

32 lata później Lech ponownie trafił na Islandczyków – tym razem na Sjarnan – o tym dwumeczu napisano chyba wszystko, ale z kronikarskiego obowiązku muszę przypomnieć jedną z największych wtop Poznaniaków w historii europejskich bojów.

Dziś już niewielu pamięta, że ten dwumecz to przede wszystkim teatr jednego aktora – bramkarza rywali – Ingvara Jónssona. Poznaniacy przeważali w obu meczach i nie zasługiwali na porażkę – z drugiej strony Islandczycy byli bardzo solidni w obronie, mieli sporo szczęścia i wykorzystali jedną z nielicznych szans na strzelenie gola u siebie. Lech drugi sezon z rzędu bardzo zawiódł kibiców, bo rok wcześniej odpadł równie zaskakująco z litewskim Żalgirisem. Na szczęście rok później Poznaniacy odkupili swoje winy, awansując do fazy grupowej Ligi Europy.

Więcej o starciach Polsko-Islandzkich pisaliśmy nie tak dawno pod linkiem:

Wspomniane wyżej historie znalazły się tu nie bez powodu. Druga połowa Lecha nie przyniosła zbyt wielu ciekawych momentów, więc trzeba było szukać kreatywnych sposobów na ciekawe treści. Właściwie dopiero w ostatnim kwadransie Lech zaczął co raz odważniej szukać trzeciej bramki. Islandczycy oczywiście musieli się otworzyć w nadziei na wywalczenie chociaż dogrywki, a Lech mógł się skupić na szybkich kontratakach.

Te ataki to był jednak instruktaż pt. „jak marnować doskonałe sytuacje”. Lech może mówić o wielkim szczęsciu – bo pomimo tego, że oczywiście przeważał w drugiej połowie, wypracował wiele bardzo dobrych sytuacji, to i Vikingur miał swoje szanse. Zgodnie z piłkarską maksymą, że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić, w polu karnym Poznaniaków unosił się bardzo nieprzyjemny odór rychłej bramki.

No dobra… z tym szczęściem się trochę rozpędziłem.

image 4

Gdy już chciałem zamykać ten tekst i byłem o krok od kliknięcia „publikuj” spełnił się mroczny koszmar redaktora meczowego. Vikingur zrobił to, czego nie potrafił Lech i wykorzystał swoją sytuację. „Kocioł” nie przyjął tego wyniku z entuzjazmem, wznosząc nieprzychylne okrzyki w stronę przedstawicieli klubu.

Lech co prawda szybko wyszedł na prowadzenie w dogrywce, natomiast nerwowość w polu karnym dawała o sobie znać. Vikingur dochodził do co raz to groźniejszych sytuacji, a od blokowanie strzałów własnym ciałem, czy chaotyczne podbijanie piłki głową we własnym polu karnym nie pozwalały wierzyć, nie dawały spokoju. Rozpoczął się prawdziwy festiwal błędów. Pierwsza połowa dogrywki pomimo wygranej Lecha nie pozwalała spokojnie myśleć o nadchodzącym kwadransie.

W drugiej połowie dogrywki działo się niewiele – kibice ucichli, a gdy piłkarz Vikinguru dostał czerwoną kartkę, pojawił się względny entuzjazm, ocierający się nawet o przekonanie o tym, że Lech dowiezie ten wynik? Czy się udało?

Tu kończę ten artykuł. Bateria laptopa okazała się słabsza od gry Lecha. Zakładam, że awansowaliśmy dalej.

Bartłomiej Matulewicz
Bartłomiej Matulewicz
Od lat związany z publicystyką - kiedyś o Manchesterze United, dziś o historii futbolu. Anonimowy Korespondent. Strzelałem w Manchesterze, Mediolanie, Monako, Monachium, Marsylii, Liverpoolu, Londynie i wielu innych... fotki. Czasami złapiesz mnie na trybunach prasowych. Zawodowo zajmuję się doradztwem w marketingu wyszukiwarkowym.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Puchar Mistrzów 1964-65 – statystycznie

Zapraszamy do kolejnej części serii statystycznego podsumowania kolejnych edycji Pucharu Mistrzów. Tym razem sprawdzamy statystyki i ciekawostki związane z szóstą edycją tych rozgrywek, czyli sezonem 1964/64. Puchar Mistrzów...

Kultowe zdjęcia w historii piłki nożnej

Zdjęcie może zaciekawić równie mocno, co film. Zapraszamy do zestawienia kultowych piłkarskich fotografii.

Statystyki polskich piłkarzy w 2 i 3 lidze niemieckiej.

W tym artykule przedstawiamy zestawienie polskich piłkarzy, którzy kiedykolwiek występowali w 2 bądź 3 lidze niemieckiej.