Sebastian Mila – wcale nie taki Kiepski

N ie grał w najmocniejszych klubach Europy. Na duży turniej pojechał tylko raz, ale w nim nie wystąpił. Jednak gdy wspomina swoją niedawno zakończoną karierę, ma prawo być dumny. Zakładał biało-czerwoną koszulkę, cieszył się z mistrzostwa Polski, a przede wszystkim strzelił dwa gole, które przeszły do historii polskiego futbolu. Pora na kilka zdań o Sebastianie Mili – jednym z najbardziej lubianych piłkarzy ostatnich lat.

Piłkarskie geny

Na to, że Sebastian Mila został piłkarzem, wpływ zapewne miał jego ojciec. Stefan Mila był znanym zawodnikiem w latach 70. W 1978 roku przeniósł się z Gwardii Koszalin do Gwardii Warszawa. W stołecznym klubie występował wówczas słynny Jerzy Kraska, a karierę zaczynał młody Dariusz Dziekanowski. W dodatku kuzynem bohatera tekstu jest Wojtek Wolski – mający polskie korzenie kanadyjski hokeista. Sebastian był więc – jak to się często zwykło mawiać w takich przypadkach – niejako skazany na sport.

Tata przetarł mi szlak swoją karierą. W ogóle to u nas w domu zawsze mówiło się tylko i wyłącznie o piłce nożnej, i ogólnie o sporcie. Delektowaliśmy się tym, duch sportu zawsze nam towarzyszył – wspominał Mila w wywiadzie przeprowadzonym przez Grzegorza Ignatowskiego na łamach naszego portalu.

Futbol pochłonął młodego Sebastiana bardzo szybko. Już jako uczeń trzeciej klasy przeszedł on egzaminy do szkółki piłkarskiej Bałtyku Koszalin. Po skończeniu szkoły podstawowej znalazł się w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku. Rozstanie z rodziną – co zrozumiałe – musiało być bardzo stresujące. Nic więc dziwnego, że w głowie młodego człowieka pojawiło się zwątpienie. Na szczęście szybko pojawiła się osoba, dzięki której piłkarz uwierzył, że może osiągnąć wiele.

Pierwsze zdjęcie w koszulce Lechii. Źródło: Twitter Sebastiana Mili

Pod skrzydłami Michała Globisza

Uwagę na Milę zwrócił Michał Globisz – jeden z najlepszych w Polsce trenerów młodzieży. Podbudował zawodnika stawiającego pierwsze kroki w piłkarskim świecie. To dzięki niemu Sebastian pierwszy raz założył koszulkę z Orzełkiem. Nie była to jeszcze dorosła reprezentacja, ale czas na nią miał dopiero przyjść.

Mila został graczem Lechii Gdańsk. W 1999 roku osiągnął pierwszy sukces w barwach narodowych. Z kadrą do lat 16. sięgnął po wicemistrzostwo Europy. Pojechał też na mistrzostwa świata do Nowej Zelandii. Mimo że na obu turniejach pełnił rolę rezerwowego, odżył. Przekonał się, że kariera może nabrać rozpędu.

W 2001 roku reprezentacja U-18, oczywiście pod wodzą Globisza, została na boiskach w Finlandii najlepszą drużyną w Europie. Sebastian był już podstawowym zawodnikiem. Kolejnym krokiem do przodu w przygodzie z piłką było zawitanie do Ekstraklasy.

Ekstraklasa

Zanim pomocnik trafił do najwyższej klasy rozgrywkowej, występował w barwach Polonii/Lechii Gdańsk i Orlenu Płock na boiskach II ligi. W sezonie 2001/2002 zgłosił się po niego prowadzony przez Bogusława Kaczmarka Groclin Dyskobolia.

To z kolei była zasługa trenera Kaczmarka, który od razu, kiedy obejmował Grodzisk, zadzwonił do mnie, żebym przyszedł. Mówił, że we mnie wierzy. Jednak te moje początki w Grodzisku były dosyć trudne – opowiadał Mila we wspomnianym wywiadzie.

Trafić do Ekstraklasy to marzenie wielu chłopców uganiających się za piłką. Ale granicę marzeń można przecież przesuwać coraz wyżej. I dlatego bardzo szybko przyszły występy w europejskich pucharach.

Pucharowe sensacje

Szczęściem Mili było to, że w Grodzisku Wielkopolskim trafił na Tomasza Wieszczyckiego. Zawodnik ten szybko stał się dla niego boiskowym mentorem, ale także wielkim przyjacielem poza murawą.

Wieszczu się mną zajmował na początku, no i szybko się zakolegowaliśmy. Jeździliśmy razem na ryby, on mi pomagał na boisku, na treningu, kierował mną, podpowiadał mi jak mam grać, na co zwrócić uwagę, na co się przygotować w danych sytuacjach. Później ta nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń i okazało się, że czeka go coś jeszcze trudniejszego, bo zaczął wychowywać mnie jako człowieka. Traktuje mnie chyba jak młodszego brata – mówił Mila na naszych łamach.

Współpraca obu zawodników układała się doskonale i z pewnością miała wpływ na wspaniałą przygodę Groclinu w europejskich pucharach. W sezonie 2003/2004 ekipa trenowana przez Dusana Radolsky’ego zapisała piękną kartę w najnowszej historii polskiej piłki klubowej. Zespół z Grodziska Wielkopolskiego potrafił wyelimonować w Pucharze UEFA Herthę Berlin i Manchester City. Odpadł dopiero po porażce z Girondis de Bordeaux.

Zwłaszcza dwumecz z Anglikami był dla opisywanego w tym tekście piłkarza pamiętny. Zdarza się, że Mila wraca do niego i ponownie ogląda tę słynną rywalizację. W drużynie z Manchesteru grali wówczas tacy piłkarze jak Nicolas Anelka, Claudio Reyna, Shaun Wright-Phillips czy Robbie Fowler. Groclin był więc skazywany na odpadnięcie.

W meczu wyjazdowym Mila strzelił jednak gola, który przez lata będzie jego piłkarską wizytówką. Pięknym strzałem z rzutu wolnego pokonał Davida Seamana. Polacy wywieźli remis 1:1. U siebie bezbramkowo zremisowali, dzięki czemu mogli świętować sensacyjny awans. Wspomniana bramka Mili była natomiast jego najważniejszym trafieniem w życiu aż do pewnego październikowego wieczora, na którego przypomnienie przyjdzie jeszcze czas.

Zagraniczna przygoda

W Groclinie Mila przeżył wiele pięknych chwil. Nie tylko zaliczył wspomniane boje w Europie, ale także sięgnął po Puchar Polski. W sezonie 2004/2005 postanowił spróbować sił za granicą. Przeszedł do Austrii Wiedeń, chociaż interesowały się nim również Ajax, Schalke czy Middlesborough. Zawodnik tłumaczył, dlaczego dokonał takiego wyboru:

Wybrałem Austrię z prostego powodu – chciałem po prostu grać. Miałem plan, że nauczę się języka, zacznę regularnie występować w pierwszej jedenastce, a później lepsze kluby będą skłonne zapłacić za mnie większe pieniądze.

Z wiedeńską drużyną święcił krajowe sukcesy. Najpierw zdobył Puchar Austrii, a w kolejnym sezonie sięgnął po dublet. W jednym z pucharowych finałów strzelił nawet gola. Jednak miał prawo czuć niedosyt w związku z zagraniczną przygodą. Nie zmieniły tego przenosiny do Norwegii. W 2007 roku Mila stał się graczem Valerengii, ale Oslo nie podbił. Tak wspominał wyjazd do Wiednia:

Myślę, że nie byłem przygotowany mentalnie do tego wyjazdu. Gdzieś po drodze, popełniłem mnóstwo błędów właśnie w przygotowaniu mentalnym. Wydawało mi się, że coś mi się należy, a to nie jest prawdą. Generalnie w takich sytuacjach musisz zawalczyć o to, żeby się pokazać, mieć świetną formę i udowodnić, że jesteś dobry, a nie obrażać się na wszystko. Popełniłem mnóstwo błędów, jeśli chodzi o sferę mentalną, co spowodowało, że później absolutnie się nie nadawałem do tego, żeby tam grać.

Powrót do Polski

Mila po raz kolejny przekonał się o sile ludzkiej przyjaźni. Za namową Tomasza Wieszczyckiego przeszedł do Łódzkiego Klubu Sportowego. Znów otrzymał wsparcie od wieloletniego kolegi. Czas spędzony w Łodzi był na tyle udany, że po piłkarza szybko sięgnął Śląsk Wrocław.

Sebastian Mila w barwach Valerengi Oslo

Siedem lat spędzonych w stolicy Dolnego Śląska to bardzo udany okres w karierze bohatera naszego tekstu. Mila zdobył w tym czasie Puchar Ligi i Superpuchar Polski, a przede wszystkim – w seozonie 2011/2012 – tytuł mistrzowski.

Ostatnim przystankiem w zawodniczej karierze Sebastiana Mili był bliski jego sercu Gdańsk. W 2014 roku zawodnik wrócił do Lechii, w której cztery lata później zakończył karierę. Śmiało można rzec, że stał się legendą klubu z Trójmiasta, mimo że nie zdobył z nim żadnego trofeum.

Reprezentacja

Na koniec trzeba poświęcić kilka zdań na temat chyba najpiękniejszej części kariery Sebastiana Mili. Jest nią gra w dorosłej reprezentacji. Zadebiutował w lutym 2003 roku w wygranym 3:0 towarzyskim meczu z Macedonią.

Pamiętam jak dziś, że na zgrupowaniu nie mogłem zasnąć. To było dla mnie ogromne wyróżnienie i spełnienie najskrytszych marzeń. Przed meczem i już w momencie, kiedy wchodziłem na boisko, byłem ogromnie zdenerwowany. Myślałem tylko o tym, żeby nie popełnić jakiegoś błędu – wspominał piłkarz.

Kiedy nasza kadra prowadzona przez Pawła Janasa awansowała do Mistrzostw Świata 2006, Mila był jednym z zawodników, którzy przyczynili się do tego sukcesu. Pojechał na niemiecki mundial, ale nie zagrał na tym turnieju. Jak zapewne wszyscy dobrze pamiętają, skończyło się odpadnięciem już po fazie grupowej.

Po mistrzostwach Mila zdążył zagrać w debiutanckim meczu Leo Beenhakkera z Danią. Potem na długi czas zniknął z reprezentacji. Wrócił na chwilę za kadencji Franciszka Smudy. Wystąpił nawet w spotkaniu z Portugalią na otwarcie Stadionu Narodowego w Warszawie, ale na Euro 2012 w ojczyźnie się nie załapał.

Najpiękniejszy dzień w karierze

Kolejny powrót do gry w biało-czerwonych barwach to świeża historia, którą znają chyba wszyscy. Był 11 października 2014 roku. Do Warszawy przyjechała reprezentacja Niemiec, która kilka miesięcy wcześniej zdobyła w Brazylii mistrzostwo świata, gromiąc po drodze gospodarzy aż 7:1.

Miliony polskich kibiców marzyły o zwycięstwie nad Niemcami. To jedna z najbardziej frapujących rywalizacji dla futbolowych pokoleń w naszym kraju. Mieliśmy drużyny sięgające po medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich, ale Niemców nie potrafiliśmy pokonać.

Niewiele wskazywało na to, by historia miała się zmienić właśnie tego dnia. A jednak po bramce Arkadiusza Milika prowadziliśmy. Mila, który pojawił się na boisku kilkanaście minut przed końcem ustalił wynik na 2:0. W kraju zapanowała euforia. Spełniło się marzenie niespełnione od wielu lat. Prowadzona przez Adama Nawałkę kadra pokonała reprezentację Niemiec. Gol strzelony tego wieczoru przebił bramkę zdobytą przed laty w Manchesterze.

Kiedy powtarzam, że tamta bramka jest nas wszystkich, to niektórzy myślą, że mówię pod publikę. Tak nie jest. Siostra mówiła mi, że obcy rzucali się sobie w ramiona. To była i jest bramka nas wszystkich – opowiadał piłkarz w wywiadzie przeprowadzonym przez Jerzego Chromika na portalu TVP Sport.

Eliminacje zakończyły się sukcesem, także za sprawą Mili. Na mistrzostwa do Francji Sebastian pojechał, ale już nie w roli piłkarza. Adam Nawałka nie znalazł dla niego miejsca w składzie.

Kolejne wyzwania

Mila we Francji zaliczył debiut w nowej roli. Będąc jeszcze czynnym zawodnikiem, tworzył dziennikarski zespół „Przeglądu Sportowego” i relacjonował Euro dla tej gazety. Zebrał wiele pochlebnych opinii i wydaje się, że swoją zawodową przyszłość wiązać będzie z pracą w mediach.

W 2018 roku pojechał jako ekspert Telewizji Polskiej na mistrzostwa świata w Rosji. Obecnie często gości w naszych domach za sprawą występów w telewizji. Łatwo można zauważyć, że entuzjazmu u niego nie brakuje. Pozostaje zatem życzyć sukcesów w nowej roli, by praca eksperta przynosiła tyle samo wrażeń, co występy na murawie.

GRZEGORZ ZIMNY

Źródła:

  • Grzegorz Ignatowski, Andrzej Potocki, Mariusz Świerczyński (pod redakcją) – „Polskie kluby w europejskich pucharach”
  • „Piłka w grze” – część 17 „Brazylia ponad wszystko” – publikacja wydana przez „Rzeczpospolitą”