100 (nie)zapomnianych piłkarzy – Extra

W ostatnich dniach prezentowaliśmy Wam cykl o zapomnianych piłkarzach. Doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że nie jesteśmy kompetentni, żeby tych piłkarzy oceniać, ponieważ sami nie widzieliśmy ich w akcji. Chodziło po pierwsze o zabawę, a po drugie o misję, jaką dla Retro Futbol jest odkrywanie na nowo historii futbolu. Cieszymy się, że cykl spotkał się z bardzo dużym zainteresowaniem, zarówno ze strony Czytelników, jak i dziennikarzy, którzy z chęcią udzieli nam wypowiedzi na temat zawodników zapomnianych bądź też niedocenianych. Nie wszystkie nazwiska trafiły do zestawienia, ponieważ nie wszyscy zawodnicy pasowali do naszej koncepcji, ale warto wiedzieć jakie jest zdanie w tym temacie Michała Pola czy Rafała Steca. Dlatego też postanowiliśmy opublikować kolejną odsłonę, choć tym razem jesteśmy zmuszeni dać nieco inny tytuł.

Francis Benali

Francis Benali jest jednym z najlepszych dowodów na to, że dzięki lojalności i żelaznego charakteru można stać się legendą klubu. Przez większą część kariery był związany z Southamptonem (311 gier i jeden gol) z wyjątkiem krótkiego wypożyczenia do Nottingham Forest oraz dwuletnim pobycie w Eastleigh, i choć nie zdobył żadnego trofeum, to jest uważany za jedną z legend tego klubu. Uznanie kibiców zyskał dzięki pracowitości i determinacji, którą zarażał swoich partnerów z drużyny. Benali nigdy nie zagrał w reprezentacji Anglii, ale ten klub jakoś nie cieszył się zainteresowaniem kolejnych selekcjonerów, o czym świadczy przypadek Matta Le Tissiera.

Dwa czy trzy miesiące temu, kiedy pracowaliśmy przy meczu Southamptonu na boisko wybiegł facet, którego kiedyś widziałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć kto to jest. Było dwóch piłkarzy z Southampton, których jako dziecko miałem na plakacie – Matt Le Tissier – ale nie o nim chciałem powiedzieć, lecz o Francisie Benalim. Jak później po latach o nim sobie poczytałem, to dowiedziałem się, że był to gość który zagrał około czterystu meczów w Southampton, tam się urodził i tej drużynie poświęcił całe życie. Był totalnie drewnianym, ale bardzo pracowitym. Strzelił tylko jednego fola na Southampton. Mówię o nim, bo sam postanowił przypomnieć o sobie ludziom. Zrobił taką akcję, że zrobił tylko tysięcy kilometrów jadąc rowerem i biegnąc od stadionu do stadionu, odwiedził wszystkie stadiony Premier League i Championship. Zbierał pieniądze na fundacje, która walczy z rakiem – Przemysław Rudzki.

Źródło: thepfa.com

Georghe Hagi

Diego Maradona był tylko jeden. Choć jego nazwisko służyło jako boiskowa ksywka dla wielu piłkarzy, to żaden z nich nie spełnił wielkich oczekiwań, które wiązały się z takim przydomkiem nadawanym najczęściej przez media. Jednak Georghe Hagi uniósł ten ciężar i dziś wciąż mówi się o nim Maradona Karpat. W Rumunii był absolutnym numerem jeden, o czym świadczą liczby (223 mecze i 141 goli w lidze, oraz 125 gier i 35 bramek w reprezentacji) oraz sześć tytułów piłkarza roku. Swoją klasę potwierdził też w Galatasaray Stambuł. Nawet w Realu Madryt i FC Barcelonie pozostawił po sobie dobre wrażenie, choć tam już nie odgrywał tak ważnej roli, jak w innych klubach.

Zazdrościłem go Rumunom bardzo. Lider, a raczej przywódca najzdolniejszej ekipy w historii rumuńskiej piłki, z którą zaszli do ćwierćfinału MŚ w USA w 1994. Jego gol strzelony Kolumbii uznaję za jeden z najwspanialszych w historii mundiali. Nazywany, bynajmniej nie ironicznie „Maradoną Karpat”. Świetny technicznie kapitan środka pola z kapitalnym dryblingiem, a przy tym niezwykle skuteczny. Potrafił zdobywać bramki właściwie z każdej pozycji, świetnie uderzał z daleka, często ośmieszał bramkarzy strzałami „za kołnierz”. Występował w Realu Madryt Leo Beenhakkera i Barcelonie Johana Cruyffa, co najlepiej świadczy o jego potencjale – tak Georghe’a Hagiego wspomina Michał Pol.

Źródło: mondonews.ro

Mario Jardel

Mário Jardel de Almeida Ribeirobył przede wszystkim piłkarzem niesłusznie niedocenianym. Może nie miał bajecznej techniki, którą czarowali Brazylijczycy, ale strzeleckiego zmysłu może mu pozazdrościć wiele brazylijskich gwiazd. Jardel imponował skutecznością w Vasco da Gama (50 – 26), Gremio Porto Alegre (73 – 67) czy w tureckim Galatasaray (24 – 22), ale przede wszystkim bił wszelkie rekordy skuteczności w FC Porto (125 – 130). Swoją wielką klasę potwierdził też po powrocie do Portugalii, ale już nie w Porto, ale w Sportingu CP (49 – 53). Urodzony w Fortalezie zawodnik nie miał szczęścia w reprezentacji Brazylii (10 – 1), choć może po prostu kolejni selekcjonerzy nie bardzo wiedzieli jak wkomponować go w drużynę.

Mario Jardel – dla pokolenia młodszego niż ja nazwisko tego zawodnika kojarzy się tylko z jakimiś aferami i problemami, a szkoda, bo mówimy o napastniku wybitnym. Facet w lidze portugalskiej wyczyniał cuda, strzelił więcej goli niż miał meczów, a przecież mówimy o przełomie XX i XXI wieku w dość poważnej lidze. Między Porto a Sportingiem był też maszyną w Galatasaray. Wszystko zatrzymało się, gdy nie pojechał na mundial w 2002 roku z reprezentacją Brazylii, mimo że Canarinhos mieli problem z napastnikami. Zbiegło się to z problemami prywatnymi piłkarza, potem już tylko rozmieniał się na drobne w coraz gorszych klubach. Szkoda, że Jardem nigdy nie zagrał w klubie pokroju Realu Madryt czy Barcelony. Tak czy siak za okres 1996-2003 jest jednym z najlepszych napastników w historii futbolu. Pamiętajmy o tym – pisał Przemysław Michalak, redaktor naczelny portalu 2×45.info.

Michael Laudrup

Zdaniem Andresa Iniesty czy Javiera Clemente najlepszym piłkarzem w historii futbolu nie był Pele czy Maradona, lecz Michael Laudrup. Urodzony w Fredriksbergu zawodnik zaczynał swoją karierę piłkarską w kopenhaskim KB (14 – 3), by potem grać w Broendby IF (38 – 24), Lazio (60 – 9), Juventusie (102 – 16), Barcelonie (167 – 40), Realu Madryt (62 – 12), japońskim Visselu Kobe (15 – 6) i Ajaksie Amsterdam (21 – 11). W każdej z tych drużyn uchodził za piłkarza niezwykle inteligentnego, który grę zespołową stawiał ponad indywidualne popisy. Laudrup jest też jedną z największych legend reprezentacji Danii (104 – 37), ale nie zagrał na najbardziej udanym dla Duńczyków turnieju, ponieważ zdecydował się nie przerywać urlopu, kiedy okazało się, że Dania zagra na Euro 1992 w miejsce Jugosławii.

Źródło: footballpinkdotnet.files.wordpress.com

Michael Laudrup to idealny przykład człowieka, który pojmował futbol z perspektywy przestrzeni i czasu. Jego kapitalne prostopadłe podania otwierały drogę do bramki partnerom, przy czym rywale zazwyczaj nie mieli pojęcia w jaki sposób wpadł on na pomysł tak zaskakującego rozwiązania. Legenda głosi, że po jednym z takich podań jeden z rywali przez większość meczu chodził jak cień za Michaelem i pytał, czy Duńczyk rzeczywiście takie podanie zaplanował. Dziś mało kto pamięta, że Laudrup był aż tak dobry, być może dlatego, że nie strzelał niewiarygodnych ilości bramek, jak Messi czy Cristiano Ronaldo, ale pomimo tego wiele osób uważa go za najlepszego piłkarza w historii futbolu. Jednym z nich jest na przykład Andres Iniesta, któremu chyba najbliżej do stylu gry fenomenalnego Duńczyka – pisał autor cyklu, Grzegorz Ignatowski.

Jay-Jay Okocha

Afryka przez wiele lat uchodziła za kontynent, w którym rodziło się stosunkowo mało piłkarskich diamentów. Dopiero George Weah i Jay-Jay Okocha udowodnili, że Afryka również może wydać piłkarzy, aspirujących do miana najlepszych na świecie. Weah wygrał nawet Złotą Piłkę, podczas gdy Okocha wydaje się piłkarzem niedocenionym. Błyskotliwy pomocnik grał w takich klubach jak Eintracht Frankfurt (90 – 26), Fenerbahce (62 – 30), Paris Saint-Germain (84 – 23), Bolton Wanderes (124 – 14) czy Qatar SC (41 – 6) i wszędzie wypracował sobie reputację piłkarza absolutnie wyjątkowego.

Być może Okocha to najbardziej niedoceniany piłkarz Afryki, bo nigdy nawet nie był Piłkarzem roku na tym kontynencie. Jako dziennikarz pracuje już prawie 20 lat i Okocha był najlepszym piłkarzem, jakiego widziałem na swoje oczy. To był genialny zawodnik, który z piłką potrafił zrobić wszystko. Nie osiągnął też tego co mógł w piłce klubowej, bo nie grał w takich klubach jak Real czy Barcelona, lecz w Boltonie czy w Eintrachcie – Michał Zichlarz.

Źródło: pbs.twimg.com

Juan Roman Riquelme

Josep Guardiola zapytany kiedyś w jaki sposób można powiązać poezję z futbolem odpowiedział – żaden. Wydaje się jednak, że przypadek Juana Romana Riquelme może być inspiracją dla wielu dzieł literackich. Uchodzący za jednego z najbardziej romantycznych piłkarzy w historii futbolu zawodnik jest legendą Boca Juniors (331 – 75), później trafił do Barcelony (30 – 3), skąd najpierw został wypożyczony, a później sprzedany do Villarrealu (119 – 42). Karierę kończył w Argentinos Juniors w wieku 36 lat (18 – 5). Riquelme był też jednym z najbardziej wyrazistych reżyserów gry w historii reprezentacji Argentyny (51 – 17), jednak jego jedynym sukcesem na arenie międzynarodowej pozostaje złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Pekinie.

Zastrzeżenie: w takich zabawach nigdy nie biorę pod uwagę piłkarzy z przeszłości tak odległej, że właściwie nie wiadomo, czy w ogóle istnieli. Ani nawet graczy późniejszych, z wideo dokumentującymi ich klasę. Jest sens wybierać tylko wśród sobie współczesnych, których kariery śledziło się naprawdę uważnie, na dłuższym dystansie czasu. A jeśli tak, to typuję oczywiście Juana Romana Riquelme. Rozgrywającego w moim ulubionym gatunku – pozornie ospałego w ruchach, lecz zdolnego utrzymać piłkę w ciżbie rywali o dowolnej liczebności, mijającego ich dzięki wybitnie oryginalnemu dryblingowi, redukującego partnerów do roli służebnej, uwydatniającej panowanie nad boiskiem lidera. Zdaję sobie sprawę, że osiągnął niewiele w sporej mierze przez swój charakter, ale nazwałbym go nie tyle „niedocenionym”, ile „nierozumianym”. Żałuję, że nie spotkał w życiu klubowego trenera kompatybilnego z jego pokręconą psyche, z którym poczułby pokrewieństwo dusz. I nigdy nie wybaczę Jose Pekermanowi, że zdjął Argentyńczyka w ćwierćfinale mundialu 2006 z Niemcami. Sam delektowałem się nim jako wirtuozem absolutnie osobnym – z inną niż wszyscy wyobraźnią, z innym niż wszyscy sposobem prowadzenia piłki. To był styl tak niepodrabialny, że o nikim nigdy nie powiemy, że to „nowy Riquelme”. – Rafał Stec.

Źródło: cdn-football365.365.co.za

ZOBACZ TEŻ:
Stu zapomnianych piłkarzy – część 1
Stu zapomnianych piłkarzy – część 2
Stu zapomnianych piłkarzy – część 3
Stu zapomnianych piłkarzy – część 4
Stu zapomnianych piłkarzy – część 5
Stu zapomnianych piłkarzy – część 6
Stu zapomnianych piłkarzy – część 7
Stu zapomnianych piłkarzy – część 8

 

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 111 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.