Juan Roman Riquelme i kres romantycznego futbolu

W styczniu ubiegłego roku Juan Roman Riquelme zakończył piłkarską karierę. Przez całe swoje futbolowe życie dzielił kibiców na dwa obozy: jedni go kochali i uważali za niedocenionego geniusza, drudzy – za przereklamowanego boiskowego lenia. Nigdy nie dowiemy się, która strona w tym sporze miała rację. Wśród miłośników tej dyscypliny, mit Riquelme będzie żył wiecznie.

Problem z Argentyńczykiem jest taki, że w dzisiejszych czasach wielkość zawodnika ocenia się na podstawie jego występów w Europie. Tam, mimo całkiem udanej przygody w Villarreal, poniósł klęskę. W Boca Juniors jednak, gdzie spędził większą część swojej kariery, jest żywą legendą i ulubieńcem publiczności.

Więc jaki właściwie jest Riquelme? Odbiór tego piłkarza tak naprawdę zależy od tego, jakimi zasadami kierujemy się przy oglądaniu futbolu. Nie ma wątpliwości, że był postacią nietuzinkową, która jednym zagraniem potrafiła odmienić losy spotkania. Z piłką Argentyńczyk potrafił zrobić wszystko, pod warunkiem, że mu się chciało. A że nie zawsze tak było, to wielu ludzi najzwyczajniej irytował. Przyjrzyjmy się bliżej jego sylwetce, aby choć spróbować go ocenić. Jedno jest pewne – wraz z odejściem Riquelme, nazywanym ostatnią klasyczną „dziesiątką” w historii tego sportu, w niepamięć odeszła romantyczna strona piłki nożnej.

Zmysł piłkarski Riquelme pozwala zapamiętać dyscyplinę o nazwie futbol na wieki… to zawodnik z ery, gdy życie toczyło się wolnym tempem, kiedy wynosiliśmy krzesła na podwórko i graliśmy swobodnie z sąsiadami – Jorge Valdano

Naznaczony

Jeżeli przychodzisz na świat dzień przed zdobyciem przez Argentynę Pucharu Świata w 1978 roku, to z góry jesteś skazany na zostanie piłkarzem. Tym bardziej, kiedy po tobie, w rodzinie pojawia się jeszcze dziesięcioro dzieci, a twoje nieprzeciętne umiejętności są
w stanie zapewnić im lepszy byt. Tak właśnie było w przypadku Juana. „Romanem” zaczęła określać go jego matka, która w taki sposób starała się zdobyć jego atencję. To imię widniało także na jego koszulkach w Boca Juniors i Villarreal.

W Argentynie każdy młody zawodnik, obdarzony techniką i wspaniałą wizją gry, prędzej czy później zacznie być porównywany do Diego Maradony. Riquelme długo nie musiał na to czekać – pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Argentinos Juniors, czyli w miejscu, gdzie zaczynał również autor „boskiej ręki”. Juan nigdy jednak nie był taki jak Diego. Różniły ich charaktery i style gry. Innym miano „drugiego Maradony” mogłoby ciążyć przez całą karierę. Riquelme jednak wiedział, że jest po prostu inny. Unikalny.

Piłka dała mi wszystko. Tak jak lalka dla małej dziewczynki, tak dla mnie najlepszą zabawką jaką kiedykolwiek miałem, albo mogłem mieć, był futbol. Człowiek, który go wymyślił jest prawdziwym bohaterem.

Nie można wymarzyć sobie lepszego startu do profesjonalnego futbolu niż nauka w Akademii Argentinos. Maradona, Sergio Batista, Fernando Redondo – oni przeszli podobną drogę. Nieśmiały Roman zaczął pokazywać na boisku swój potencjał, a kiedy zgłosiło się po niego samo River Plate, zaprezentował zalążek swojego charakteru – jako odwieczny fan Boca Juniors, odrzucił ofertę ich największego rywala. Do swojego ukochanego klubu przeniósł się za 800 tysięcy dolarów w 1995 roku. W Boca spędził, z przerwami, w sumie piętnaście lat. Niektórzy uważają, że nigdy nie powinien był opuszczać Buenos Aires.

Odrzucony

W argentyńskiej Primera Division zadebiutował 10 października 1996 roku, a dwa tygodnie później zdobył swoją premierową bramkę, pokonując bramkarza Huracanu. Miał wówczas osiemnaście lat.

Pierwszą, sześcioletnią przygodę z Boca, Riquelme okrasił trzema ligowymi tytułami (1998, 1999 i 2000), dwoma triumfami w Copa Libertadores (2000 i 2001) oraz Pucharem Interkontynentalnym (2001). Nie trzeba dodawać, że odegrał on kluczową rolę w tych sukcesach – jego podania, kontrola piłki i magia ujawniająca się w każdym zagraniu sprawiły, że trybuny La Bombonera go pokochały. Oczywiście z wzajemnością.

Riquelme musiał czuć, że jest kochany. Wówczas wznosił się na wyżyny swoich umiejętności. Jedyne, czego wymagał, to budowanie zespołu wokół jego osoby. Potrzebował też zawodników, którzy na boisku wykonają całą brudną robotę za niego, aby on mógł błyszczeć w najważniejszych momentach spotkania. Jego zmysł do ofensywnej gry był prawdziwym darem, ale niechęć do pracy w obronie – przekleństwem, które miało mu przeszkodzić w zrobieniu kariery na miarę talentu.

Przez sześć sezonów w 194 występach strzelił 44 bramki dla Boca. Wynik, jak na ofensywnego gracza, może nie jest oszałamiający, ale jemu nigdy nie zależało na zdobywaniu goli. Chciał mieć na boisku władzę, kontrolować mecz i stwarzać innym okazje do trafień. Strzelał rzadko, ale za to efektownie – z przebiegu całej kariery pamiętamy go przede wszystkim z fenomenalnych uderzeń z dystansu, sprytnych technicznych strzałów i efektownych rzutów wolnych. W momencie, gdy był już najjaśniejszą gwiazdą Boca i zapewnił sobie solidną pozycję w kadrze Argentyny, poczuł, że Buenos Aires staje się dla niego za ciasne. Przyszedł czas na Europę.

Juan Riquelme
Dziś już mało kto pamięta, że ten pan grał też w Barcelonie…

W październiku 2002 roku zgłosiła się po niego Barcelona, która obserwowała go od dłuższego czasu. Transfer na Camp Nou zgrał się w czasie z osobistym dramatem Juana – został wówczas porwany jego brat Cristian. Ostatecznie udało się wynegocjować jego uwolnienie
i Argentyńczyk zapłacił okup. Później wspominał, że porwanie brata było jednym z głównych powodów opuszczenia Ameryki Południowej.

Około 10 milionów euro kosztował Barcelonę transfer Riquelme. Patrząc na dzisiejsze realia, ta kwota może wzbudzać śmiech. W stolicy Katalonii jednak mogli później dojść do wniosku, że Argentyńczyk nie był wart nawet połowy tej ceny.

Riquelme bardziej niż graczem stał się symbolem sporu ideologicznego – Jonathan Wilson

Wydawałoby się, że Juan trafił w idealne dla siebie miejsce – do Barcelony, gdzie efektowną i ofensywną piłkę ludzie mają we krwi. Nie wiadomo, co by było, gdyby w tamtym czasie trafił na innego szkoleniowca. Pech chciał, że na Camp Nou przyszło mu współpracować z Louisem Van Gaalem, który posiadał równie ciężki charakter, co bohater artykułu. Holenderski szkoleniowiec bardzo marginalizował pozycję Argentyńczyka w składzie, dając do zrozumienia, że nie do końca pasuje do jego koncepcji. Jeżeli już wystawiał go do gry, to najczęściej posyłał na skrzydło, gdzie Riquelme, zazwyczaj poruszający się jednostajnym tempem, nie mógł pokazać tego, co u niego najlepsze. Wchodził głównie z ławki albo występował w Copa del Rey – nie był więc wiodącym zawodnikiem, co nie mogło się dla niego dobrze skończyć. Jego ego nie wytrzymywało wśród rezerwowych. Musiał zmienić otoczenie. Sen o Barcelonie skończył się, zanim na dobre się zaczął.

Pokochany

Pomocną dłoń w 2003 roku wyciągnął po niego inny hiszpański klub, Villarreal. Benito Floro, ówczesny menedżer Żółtej Łodzi Podwodnej, aż podskoczył na wieść o możliwości ściągnięcia Argentyńczyka do siebie. Obie strony były zadowolone z tego kroku – Benito znalazł wymarzonego ofensywnego pomocnika, a Riquelme znów stał się zawodnikiem, wokół którego budowano drużynę. Jak pokazał czas – była to słuszna decyzja.

Do Villarreal został początkowo wypożyczony, jednak kiedy Barcelona sprowadziła na Camp Nou Ronaldinho, wykorzystując w ten sposób limit obcokrajowców w kadrze, dni Juana były policzone. W 2003 roku wypożyczono go na dwa lata, aby w 2005 sprzedać ostatecznie. Riquelme błyszczał zarówno przed transferem definitywnym, jak i po nim.

Pierwszy sezon na stadionie El Madrigal przyozdobił tryumfem w Pucharze Intertoto (2003). Wkrótce potem spotkał tam dwie najważniejsze osoby w swojej europejskiej przygodzie – trenera Manuela Pellegriniego oraz napastnika Diego Forlana, sprowadzonego w 2004 roku z Manchesteru United. Obaj przybyli do Villarreal w tym samym momencie.

Efektowna współpraca powyższej trójki rozpoczęła się od ponownego zwycięstwa Żółtej Łodzi Podwodnej w Pucharze Intertoto. Największe sukcesy były jednak dopiero przed nimi. Zabójczy ofensywny duet stworzony przez Pellegriniego, dał Villarreal trzecie miejsce
w ligowej tabeli na zakończenie sezonu 2004/2005. Był to najlepszy wynik w historii tego klubu. Juanowi wówczas udało się zdobyć 15 bramek w 35 występach w La Liga, co jest dla niego osobistym rekordem. Współpraca z Forlanem układała się doskonale.

Na boisku szybko złapaliśmy kontakt. Obaj w poprzednich klubach mieliśmy gorsze okresy, ale ożyliśmy w Villarreal pod wodzą Pellegriniego, który znał nas z Argentyny, gdzie pracował w San Lorenzo i River Plate. Riquelme przewidywał moje ruchy i dawał mi piłki, o których marzy każdy napastnik. Po jego podaniach strzeliłem mnóstwo goli – Diego Forlan

Chilijski szkoleniowiec przekazał batutę Riquelme, aby ten z boiska kierował drużyną. W swoim najlepszym okresie był bezsprzecznie czołowym rozgrywającym na świecie, co potwierdzały także mecze Villarreal w Lidze Mistrzów w sezonie 2005/2006. Żółta Łódź Podwodna najpierw w efektowny sposób wygrała swoją grupę, wyprzedzając w tabeli Benfikę, Lille oraz Manchester United, a następnie doszła aż do półfinału rozgrywek, bijąc po drodze Glasgow Rangers czy Inter Mediolan. Patrząc na dzisiejsze rozstrzygnięcia Champions League, trudno uwierzyć, że tak prowincjonalny klub w skali europejskiej, zdołał dojść aż tak daleko. A wynik mógł być jeszcze lepszy – półfinałowy dwumecz Arsenal wygrał dzięki zwycięstwu 1:0 na Highbury w pierwszym spotkaniu. W rewanżu na El Madrigal gospodarze byli stroną przeważającą i w 90 minucie starcia mieli doskonałą szansę na doprowadzenie do dogrywki. Rzutu karnego nie strzelił jednak… Juan Roman Riquelme. Nawet najwięksi artyści czasem się mylą. Chociaż już przed uderzeniem, patrząc na twarz Argentyńczyka, można było zgadnąć, że ta „jedenastka” nie potoczy się po jego myśli. Jens Lehmann w bramce Arsenalu okazał się za duży. Villarreal odpadł z rozgrywek, a Riquelme długo po tym rzucie karnym nie mógł dojść do siebie. To też był początek jego końca w hiszpańskim zespole.

Nikogo nie zabiłem. Po prostu nie strzeliłem karnego. To był jeden z najsmutniejszych momentów w mojej karierze i będę go pamiętał zawsze 

Zanim Juan zaczął sprawiać problemy na El Madrigal, pojechał z Argentyną na mistrzostwa świata do Niemiec w 2006 roku i to jako największa gwiazda. Tam miał podwójną motywację, ponieważ mundial w Korei Południowej i Japonii ominął go z powodu porwania brata. Dwa zwycięstwa i remis dały Albicelestes wyjście z grupy. Riquelme w tych spotkaniach zanotował dwie asysty i zdobył nagrodę zawodnika meczu za efektowną wygraną z Serbią i Czarnogórą aż 6:0. W 1/8 finału zaliczył ostatnie podanie przy trafieniu Hernana Crespo (zwycięstwo 2:1 po dogrywce z Meksykiem), a w ćwierćfinale asystował przy golu Roberto Ayali w starciu z Niemcami. Został jednak zdjęty z boiska w końcówce meczu, a chwilę po tym gospodarze wyrównali, by ostatecznie zwyciężyć w konkursie rzutów karnych. Argentyna odpadła z turnieju, a najbardziej skrytykowany za postawę w starciu z niemiecką ekipą został właśnie Riquelme. Później sam stwierdził, że kiedy drużyna przegrywa, to zawsze on jest temu winny. Tak to już bywa – od wirtuozów wymagamy najwięcej. To był jednak zdecydowanie najlepszy okres Juana w kadrze, z której odszedł na dobre w 2011 roku.

Juan Riquelme
Jeden z najsmutniejszych momentów w karierze Riquelme. Przestrzelony rzut karny w 90. minucie. Jedenastka na wagę finału Champions League dla maluczkiego Villarreal…

Pellegrini dalej próbował ustawiać zespół pod swojego pupila, jednak w sezonie 2006/2007 Riquelme przestał mu się odpłacać. Wyglądało to tak, jakby Argentyńczyk stracił motywację do grania po powrocie z mundialu. Wewnątrz siebie czuł, że chyba przyszła pora na zmianę środowiska. Na El Madrigal był przez kibiców kochany, a od trenera dostawał wszystko, na co miał ochotę – trenował, kiedy chciał, każdy przymykał oko na jego kolejne „kontuzje” czy słabe występy, dostał wolne, aby lecieć do ojczyzny… Riquelme miał ciężki charakter i mimo że posiadał równocześnie wspaniałe umiejętności, to budowanie drużyny wokół niego zaczynało być za bardzo ryzykowne. Powrót w zimie do Boca Juniors wydawał się idealną opcją. Po pięciu burzliwych latach Juan wracał do domu.

Ubóstwiony

Ponowne przybycie do Buenos Aires nie miało polegać na odcinaniu kuponów. Riquelme miał dwadzieścia dziewięć lat – był zatem w idealnym wieku, aby swoją obecnością odcisnąć piętno na argentyńskiej lidze, tym bardziej, że jego umiejętności nikt nie podważał. W Boca znów mógł poczuć się jak Bóg.

Riquelme + Boca = Wielka miłość
Riquelme + Boca = Wielka miłość

Jego druga przygoda z Azul y Oro to kolejne puchary: dwukrotnie wygrał ligę (2008 oraz 2011), a także Copa Libertadores (2007), Recopa Sudamericana (2008) oraz Copa Argentina (2011-12). Spotkał się tam z legendarnym Martinem Palermo, który dla Boca zdobył w sumie ponad 230 bramek i był równie wielką gwiazdą. Między oboma panami panował nieustanny konflikt. W czasie spotkania z Arsenalem de Sarandi, Riquelme w efektowny sposób wymanewrował całą defensywę rywali, dzięki czemu znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem. Miał przed sobą całą bramkę, ale zdecydował się na podanie do Palermo, któremu pozostało tylko wtoczenie piłki do siatki. Kibice mogli wówczas zobaczyć następujący obrazek: Juan pobiegł świętować gola, a po chwili dołączyła do niego połowa drużyny. Taki właśnie był – sprawiał, że inni piłkarze wyglądali przy nim na lepszych. Później miał powiedzieć do Palermo: „Każdy może strzelać takie bramki”. Konflikt z Martinem? Juan znowu był ponad to, podobnie jak z porównaniami do Maradony.

Po powrocie do Boca, zdobył 48 goli w 187 występach. Na zawsze stał się idolem fanów, którzy widzieli w nim ostatniego z fantasistas, prawdziwych rozgrywających. Przed piłkarskim końcem przeszedł jeszcze do Argentinos Juniors, w styczniu 2015 zawieszając ostatecznie buty na kołku i wspaniałą klamrą zamykając swoją karierę.

Dzień, w którym przestanę kochać futbol, będzie dniem, kiedy odejdę i pójdę do mojej matki na herbatę

Jonathan Wilson, brytyjski historyk futbolu, pisze, że Argentyńczycy jednocześnie ubóstwiają i gardzą Riquelme. Jest coś w nim takiego, że nie można przejść obojętnie. Dla niektórych Juan był definicją prawdziwej piłki – magicznej, fantazyjnej, przyciągającej wzrok, sztuki dla sztuki, futebol d’arte, jakby to powiedzieli Brazylijczycy. Dla takich piłkarzy zapełniają się stadiony. Nie mamy wątpliwości, że umiejętności posiadał ogromne, ale w naprawdę wspaniałej karierze przeszkodził mu jego charakter i zbyt duże ego. Może jednak na tym też polega jego wielkość – że w piłkę grał na własnych zasadach.

Historia Riquelme to tak naprawdę zderzenie klasycznego piłkarza z nowoczesną rzeczywistością, która go pochłonęła, zmieliła, a następnie wypluła. W dzisiejszym świecie futbolu – dynamicznym, fizycznym – nie ma już miejsca dla tego typu artysty. Czy Juan urodził się o jedną czy dwie dekady za późno? Jak zauważa Wilson, trudno we współczesnej grze znaleźć miejsce dla zawodnika, który nie pracuje w defensywie, nie walczy za wszelką cenę o piłkę, a swój kunszt opiera głównie na genialnej wyobraźni. Europa go odrzuciła, ale ten nietuzinkowy styl zapewnił mu nieśmiertelność na boiskach argentyńskich, w ojczyźnie Maradony. W Ameryce Południowej długo czekali na następcę Boskiego Diego, aż w końcu doczekali się Leo Messiego. Drugiego Riquelme mogą szukać jeszcze dłużej, ale na pewno go już nie znajdą. Juan zawiesił buty na kołku, zabierając ze sobą ostatnie wspomnienia piłkarskiego romantyzmu. Futebol d’arte już nie wróci.

KUBA GODLEWSKI

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE.

Kuba Godlewski
O Kuba Godlewski 19 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.