Deco – portugalski Kanarek

Czas czytania: 15 m.

Należy do elitarnego grona zawodników, którzy w swojej karierze zdobywali Puchar Mistrzów z dwoma różnymi klubami. Jest przedstawicielem złotego pokolenia portugalskich piłkarzy, chociaż niewiele by zabrakło, a w tej reprezentacji nigdy by nie zagrał. Obdarzony wspaniałą techniką i wizją gry, łączył te umiejętności z boiskową zadziornością oraz wytrzymałością, co sprawiało, że był jednym z najbardziej uniwersalnych pomocników swoich czasów. Oto historia Deco!

Polub nasz profil na Facebooku

W 2008 roku Andy Roxburgh, dyrektor techniczny UEFA, głośno zastanawiał się nad możliwością wystawienia w drużynie sześciu pomocników, rezygnując tym samym z napastnika w linii ataku. Szkot myślał o tym na długo przed tym, zanim ten pomysł w życie wcielił Vicente Del Bosque, który taki wariant zastosował w reprezentacji Hiszpanii podczas Mistrzostw Europy 2012. Według Roxburgha, aby zespół dobrze funkcjonował w takim ustawieniu, musiałby w kadrze posiadać takich zawodników jak Deco:

Szóstka pomocników mogłaby cały czas zmieniać się pozycjami, atakować i bronić. Ale potrzeba by do tego w pomocy sześciu Deco; on nie tylko wyprowadza ataki, ale także zasuwa, walczy o odzyskanie piłki i jest wszędzie.

Dziś śmiało można stwierdzić, że styl gry reprezentanta Portugalii był zapowiedzią nowych czasów we współczesnym futbolu.

Historyczna pomyłka

Anderson Luiz de Souza, w piłkarskim świecie znany po prostu jako Deco, urodził się 27 sierpnia 1977 roku w brazylijskim mieście Sao Bernardo do Campo, w stanie Sao Paulo. Przydomek otrzymał po swoim wujku, który zaczął nazywać go tak, gdy ten skończył rok. W dzieciństwie, gdy ganiał po ulicach za piłką, miał dwóch piłkarskich idoli – o ile wzorowanie się na Zico nie dziwi, to ubóstwianie Diego Maradony przez dzieciaka urodzonego w Brazylii wydaje się nieco kontrowersyjna.

Dołącz do naszej grupy na Facebooku

Wśród bohaterów z młodzieńczych lat, Deco wymienia także Michaela Jordana oraz Ayrtona Sennę. Z sentymentem wspomina również jednego ze swoich pierwszych trenerów, Diogo, który swoich podopiecznych nauczył nie tylko tajników piłkarskiej techniki, lecz przede wszystkim zaraził ich pasją i miłością do futbolu.

Deco swoje pierwsze poważne piłkarskie kroki stawiał w Corinthians, z którym jeszcze jako nastolatek występował w Copa São Paulo de Futebol Júnior, czyli rozgrywkach dla młodzieżowych drużyn. To właśnie w tej lidze w 1997 roku został dostrzeżony przez Toniego, skauta lizbońskiej Benfiki, który wybrał się do Brazylii, aby znaleźć dla swojego klubu kolejną perełkę. Szybko udało mu się przekonać działaczy portugalskiego klubu, aby sprowadzili Deco.

REKLAMA 2
Deco – portugalski Kanarek 7

W czerwcu tego samego roku młody pomocnik przeniósł się do Europy i został od razu wypożyczony do FC Alvareca, drużyny filialnej, aby ogrywał się na niższym poziomie. Deco wraz ze swoim nowym zespołem wywalczył awans do najwyższej klasy rozgrywkowej i wydawało się, że w Benfice czeka na niego świetlana przyszłość. Rzeczywistość okazała się brutalna – po swoim powrocie w lipcu 1998 roku, został niemal natychmiast oddany do klubu Salgueiros, jako część transakcji wymiennej za Nandinho. Kilka lat później António Simões, legenda lizbońskiej drużyny, nazwie tę wymianę „historyczną pomyłką”.

PRZECZYTAJ TEŻ:

Dlaczego przygoda Deco z Benfiką zakończyła się fiaskiem? Chyba najprostszym wyjaśnieniem będzie osoba Graeme’a Souness’a, który został zaprezentowany jako nowy menedżer w klubie mniej więcej w tym samym czasie, co młody zawodnik z Brazylii. Souness, legenda Liverpoolu, obiecał, że przywróci Orły na zwycięską ścieżkę.

Jednym z kluczowych działań miało być sprowadzenie do Lizbony kilku brytyjskich zawodników, wśród których byli m.in. pomocnicy Michael Thomas oraz Mark Pembridge. Deco zatem został odstawiony na boczny tor, a wkrótce został oddany do Salgueiros. Fani w Lizbonie żegnali go bez żalu. Podobnie zresztą jak Souness’a, który w klubie wytrzymał zaledwie półtora roku.

To Benfica zadecydowała, a nie ja. Nie chcieli mnie. Byłem młody, a klub potrzebował kilku zawodników.
Deco

Wszystko wskazywało na to, że Deco wróci do Brazylii równie szybko, jak z niej wyjechał. W Salgueiros trapiły go kontuzje, przez co rzadko pojawiał się na boisku i nie mógł w pełni zaprezentować swojego potencjału. Sam zresztą początkowo nie rwał się specjalnie do wyjazdu na podbój Europy – nie wiedział za dużo o Portugalii i nie był w stanie zadecydować o swojej przyszłości. Do podróży namówił go jednak menadżer, co po czasie miało okazać się „najlepszym wyborem w życiu” zawodnika.

REKLAMA 2
Deco – portugalski Kanarek 8

Pomocną dłoń w kierunku nieco pogubionego pomocnika wyciągnęło dosyć niespodziewanie FC Porto. W marcu 1999 roku Deco dołączył do drużyny Smoków, aktualnych mistrzów kraju, pewnie kroczących po piąte z rzędu krajowy tytuł. W taki oto sposób bohater tekstu sięgnął po swoje pierwsze trofeum w seniorskiej karierze.

Efekt Mourinho

Przygoda Deco z nowym klubem rozpoczęła się z przytupem, ale chyba on sam nie spodziewał się, że na kolejny mistrzowski tytuł będzie musiał czekać… ponad trzy lata. Nie ma w tym jednak żadnego przypadku, że powrót Porto na tron zbiegło się w czasie z przybyciem nowego trenera.

39-letni Jose Mourinho zjawił się na Estadio das Antas w styczniu 2002, po tym, zaczął na swoje nazwisko pracować w União de Leiria, gdzie zaliczył m.in. osiem kolejnych spotkań bez porażki i bardzo mocno naciskał na największe portugalskie kluby.

W momencie obejmowania sterów w Porto, klub ten zajmował zaledwie piątą pozycję w tabeli (za Benfiką, Boavistą, Sportingiem i dotychczasową drużyną Mourinho) i został już wyeliminowany z krajowego pucharu. Smoki w tym sezonie ligi wygrać już nie zdołały, ale seria piętnastu meczów bez przegranej (w tym jedenaście zwycięstw) była dobrym prognostykiem przed początkiem nowej kampanii. Przed startem kolejnych rozgrywek Jose obiecał nawet kibicom, że ponownie zrobi z Porto mistrzów. I słowa dotrzymał.

Mourinho jest zwycięzcą. Trudno mu zaakceptować wyniki, które nie układają się po jego myśli. Czasami gdy przegrywaliśmy mecz – a wówczas nie zdarzało się to zbyt często! – miał wielkie problemy, aby przejść po tym do porządku dziennego.
Deco

Smoki odzyskały krajowy tytuł w świetnym stylu – poniosły tylko dwie ligowe porażki, straciły najmniej goli ze wszystkich drużyn, a w tabeli wyprzedziły drugą Benfikę aż o trzynaście punktów. Ogromną rolę w tym sukcesie odegrał oczywiście Deco – w Primeira Liga dziesięć goli i dołożył trzynaście asyst. Inną statystyką doskonale oddającą jego styl gry jest liczba obejrzanych przez niego kartek – sędziowie ukarali go aż szesnastoma żółtymi i jednym czerwonym kartonikiem podczas całego sezonu!

Chociaż pod batutą Mourinho grywał najczęściej jako „dziesiątka” lub „ósemka”, to ze swoją pracowitością i skłonnością do przerywania akcji, śmiało mógłby zrobić karierę również jako „szóstka”. Deco znany był zresztą z licznych fauli taktycznych oraz skłonności do „nurkowania”, co również miało wpływ na jego cyferki w tabeli dotyczącej dyscypliny.

Dla Mourinho odzyskanie mistrzostwa Portugalii było formalnością, podobnie zresztą jak zdobycie w czerwcu krajowego pucharu (Taca de Portugal Placard). Tam w finale Smoki ograły… byłą ekipę swojego menedżera, a jedyna bramka w tamtym spotkaniu padła po dośrodkowaniu Deco. Był to ostatni mecz tamtego sezonu dla Porto, a dla tego pomocnika była to asysta numer szesnaście.

Zanim się tutaj zjawił, byłem przygnębiony i od trzech lat nie wygrałem krajowego mistrzostwa. Mourinho był zaraźliwy poprzez swój sposób bycia i styl pracy. Z miejsca zaczęliśmy zwyciężać. Graliśmy piękny futbol.
Deco

Oba triumfy zostały rozdzielone przez jeszcze jedną wspaniałą przygodę Smoków. Portugalczycy dzięki ligowym występom z poprzedniego sezonu wywalczyły sobie prawo do występów w Pucharze UEFA. Już pierwsza runda była niemałym popisem siły w ich wykonaniu, bo po wygranej 6:2 (m.in. dwie asysty bohatera tekstu) w dwumeczu wyeliminowali… warszawską Polonię. Choć warto odnotować, że spotkanie rewanżowe 2:0 wygrała drużyna z Polski.

REKLAMA 2
Deco – portugalski Kanarek 9

Porto pewnie kroczyło od rundy do rundy, aż po wspaniałym zwycięstwie nad Lazio (4:1 w dwumeczu, kolejne dwie asysty Deco), zameldowali się w finale, gdzie czekał na nich już Celtic, z niesamowitym Henrikiem Larssonem w ataku i ekscentrycznym Martinem O’Neilem na ławce trenerskiej.

21 maja 2003 na stadionie w Sewilli jedną z najjaśniejszych gwiazd na boisku był Deco. W pierwszej połowie popisał się efektowną, indywidualną akcją w iście brazylijskim stylu, podczas której najpierw przerzucił piłkę nad głową rywala, a później ładnym balansem minął kolejnego, ale piłka po jego uderzeniu zatrzymała się na bocznej siatce.

Gdy wydawało się, że do przerwy utrzyma się bezbramkowy remis, w doliczonym czasie Deco dograł w pole karne do Dimitria Alenicheva. Rosjanin uderzył wprost w Raba Douglasa, ale szkocki bramkarz przy dobitce Derleiego nie miał już szans. Porto objęło prowadzenie, które jednak szybko oddało po przerwie za sprawą ładnej główki Larssona.

Chwilę po wyrównującym trafieniu Szweda do głosu znów doszedł Deco. Tym razem dopadł do wybitej piłki na dwudziestym piątym metrze przed bramką rywali, prostym zwodem zwiódł przeciwnika, a następnie, niby od niechcenia, podał w pole karne, a Alenichev uderzył obok bezradnego Douglasa. Porto ponownie wyszło na prowadzenie… i ponownie je straciło zaledwie po paru minutach. Alan Thompson dośrodkował piłkę z rzutu rożnego wprost na głowę Larrsona, który kolejnym pięknym strzałem pokonał Victora Baię.

Po godzinie gry tempo meczu nieco spadło, co sprawiło, że zwycięzcę tego finału musiała wyłonić dogrywka. Zaraz po jej rozpoczęciu Bobo Balde z Celticu obejrzał czerwoną kartkę. Grę w przewadze Portugalczycy wykorzystali na pięć minut przed końcowym gwizdkiem – na listę strzelców ponownie wpisał się Derlei, a następnie utonął w objęciach kolegów z zespołu. Jedynym człowiekiem, który zachował spokój po trzeciej bramce Porto, był Mourinho. Smoki trzeci raz prowadzenia już nie oddały i mogły cieszyć się ze swojego pierwszego Pucharu UEFA w historii.

Najlepsi w Europie

Deco nie miał prawa narzekać na rok 2003 – zarówno pod kątem indywidualnym, jak i drużynowym. Dla klubu był to jeden z najlepszych sezonów w dziejach, a kolejny miał okazać się jeszcze lepszy. Kadra zespołu została wzmocniona kilkoma transferami, wśród których znaleźli się Benni McCarthy oraz Carlos Alberto.

Innym niezwykle istotnym aspektem było zatrzymanie przez Porto wszystkich kluczowych zawodników. Paulo Ferreira, Ricardo Carvalho, Derlei, Maniche, Deco czy Costinha – wszyscy z nich zostali, aby sprawdzić się w najważniejszych klubowych rozgrywkach, czyli Lidze Mistrzów.

Real Madryt, Partizan Belgrad i Olympique Marsylia – być może nie było to idealne losowanie dla Portugalczyków, ale podopieczni z pierwszym etapem rozgrywek poradzili sobie w obiecujący sposób, zdobywając jedenaście punktów w sześciu meczach i wychodząc z grupy z drugiego miejsca. W 1/8 finału doszło do jednego z najbardziej ikonicznych pojedynków Ligi Mistrzów. Porto zmierzyło się w dwumeczu z Manchesterem United i po niesamowicie dramatycznej rywalizacji, okraszonej kontrowersjami, wyeliminowało Anglików z rozgrywek.

To właśnie z meczu rewanżowego pochodzi najsłynniejszy obrazek tamtego sezonu Smoków – gdy Costinha dopadł do źle odbitej piłki przez Tima Howarda i dał prowadzenie swojej drużynie w ogólnym rozrachunku, Mourinho wypruł z ławki rezerwowych gości, przebiegł kilkanaście metrów w swoim długim niemal do ziemi płaszczu i wyskoczył w górę z ręką uniesioną w geście triumfu. To był moment, gdy całe Porto uwierzyło, że mogą dokonać czegoś niezwykłego.

Kolejne rundy były dla nich mniej dramatyczne. Najpierw wyrzucili za burtę Olympique Lyon, a następnie innego zaskakującego półfinalistę, Deportivo La Coruna. Rok i pięć dni po wygraniu Pucharu UEFA, drużyna Mourinho zameldowała się w kolejnym finale. Ponownie duży udział w tym miał Deco, który na koniec rozgrywek okazał się najlepszym asystentem, zaliczając sześć ostatnich podań przy bramkach kolegów. Był również najczęściej faulowanym piłkarzem na europejskich boiskach (w końcu role się odwróciły).

REKLAMA 2
Deco – portugalski Kanarek 10

Arena AufSchalke, Gelsenkirchen. 26 maja 2004 roku. Naprzeciw Porto, rewelacji tej edycji Ligi Mistrzów, staje inny czarny koń – AS Monaco prowadzone przez Didiera Deschampsa. Choć francuska drużyna stwarzała sobie sytuacje (kilka razy dosyć kontrowersyjne spalone odgwizdywał sędzia), to ten finał zdecydowanie należał do Smoków. Pod koniec pierwszej połowy prowadzenie dał im Carlos Alberto. Dwadzieścia minut przed ostatnim gwizdkiem Deco otrzymał podanie w polu karnym rywali. Przed sobą miał trzech obrońców oraz bramkarza, Flavio Romę. Rywale nie zdołali przeszkodzić mu w oddaniu strzału, a grający z numerem dziesiątym pomocnik sprytnym uderzeniem posłał golkipera Monaco w drugą stronę.

Porto wówczas trzymało już jedną rękę na pucharze, a gdy chwilę później Alenichev podwyższył wynik na 3:0, nikt nie miał już wątpliwości, kto tego wieczora wzniesie go do góry. Smoki zostały najlepszą drużyną w Europie, Mourinho stał się nieśmiertelny, a Deco ponownie błysnął w ważnym meczu. Ciekawe czy dyrektorzy Benfiki oglądali oba te europejskie finały z udziałem swojego byłego zawodnika.

Portugalia dla Portugalczyków

Triumf Porto w Lidze Mistrzów był ogromnym zastrzykiem energii dla całej Portugalii, która po zakończeniu tych rozgrywek czekała już tylko na start mistrzostw Europy. W 2004 roku miały się one odbyć właśnie w tym kraju.

W 2003 roku stery w reprezentacji Nawigatorów objął Luiz Felipe Scolari, niemal zaraz po tym, jak wraz z kadrą Brazylii wygrał mundial w Korei i Japonii. Ściągnięcie do siebie tak potężnego nazwiska na ławkę trenerską oznaczało jedno – Portugalczycy celują w pierwszy medal na międzynarodowym turnieju od mistrzostw Świata 1966.

Scolari podczas swojej kadencji jako selekcjoner Kanarków żałował jednej rzeczy – że nigdy w drużynie narodowej nie sprawdził Deco. Postanowił ten błąd naprawić, gdy objął zespół ze Starego Kontynentu. Problem jednak taki, że Deco nie był Portugalczykiem. Tamtejsze prawo zezwalało na ubieganie się o obywatelstwo kraju po sześciu latach w nim spędzonych. Dla zawodnika Porto oznaczało to, że będzie mógł je otrzymać właśnie w 2003 roku. Sam później przyznawał, że wstępne rozmowy dotyczące jego występów w barwach Nawigatorów rozpoczęły się już dwa, trzy lata wcześniej.

Zainteresowanie Deco grą w kadrze wywołało niemałe kontrowersje. Portugalia w tamtym czasie nie mogła narzekać na brak talentu wśród swoich piłkarzy. Mieli w swoich szeregach takich zawodników jak Luis Figo, Rui Costa, Fernando Couto, Nuno Gomes czy Pedro Pauleta, a wkrótce coraz większą rolę odgrywali również przedstawiciele fantastycznej drużyny Porto (z Carvalho, Costinhą i Manichem na czele). Komentarze ważnych członków reprezentacji dobitnie pokazywały, jakie jest ich stanowisko wobec powołania Deco do zespołu.

To wypacza ducha drużyny i dlatego się z tym nie zgadzam. Jeśli urodziłeś się w Chinach, musisz grać dla Chin. Nie mam nic do tych, którzy się na coś takiego decydują, ale to powierzchowne.
Luis Figo

Swojego oburzenia nie krył także Rui Costa, dla którego pomocnik Porto był naturalnym rywalem o miejsce w pierwszym składzie:

Z jakiegoś powodu drużynę nazywa się narodową reprezentacją Portugalii.

Co ciekawe, nawet sam Mourinho był przeciwny temu pomysłowi, mimo że Deco był motorem napędowym jego drużyny klubowej. Wypowiadał się w podobnym tonie, co jego przedmówcy, podkreślając, że kadra narodowa nosi nazwę „Portugalia”, a nie „Portugalia i przyjaciele”. Jedynym człowiekiem, który nie zwracał uwagi na te komentarze, był oczywiście selekcjoner reprezentacji.

Prawdopodobnie nie bez znaczenia było to, że Scolari również był Brazylijczykiem, ale w tej sprawie pozostawał nieugięty. W marcu 2003 powołał Deco do kadry, a ten wszedł z ławki i zadebiutował w spotkaniu towarzyskim przeciwko… Brazylii. Jakby tego było mało, w końcówce zdobył zwycięską bramkę pięknym uderzeniem z rzutu wolnego. Dla Portugalii było to pierwsze zwycięstwo nad Kanarkami od 1966 roku! Deco z nową reprezentacją przywitał się w najlepszy z możliwych sposób. I choć publiczna dyskusja dotycząca jego powołania nie umilkła, to przynajmniej przekonał do siebie tych wszystkich neutralnych kibiców. Od tamtego spotkania Deco regularnie pojawiał się na zgrupowaniach kadry. Niedługo po swoim debiucie powiedział:

Urodziłem się w Brazylii i byłoby kłamstwem stwierdzenie, że teraz jestem Portugalczykiem, a nie Brazylijczykiem. Ale kocham Portugalię i kocham grać dla jej drużyny narodowej.

Towarzyskie mecze Portugalii przed rozpoczęciem Euro 2004 nie napawały optymizmem. Zawodnicy Scolariego nie wygrali żadnego z siedmiu takich spotkań. Jednak w momencie startu mistrzostw, cały kraj opanowała piłkarsko-narodowa gorączka. Nastroje fanów zostały szybko stonowane po sensacyjnej porażce z Grecją na inaugurację turnieju (Deco usiadł wówczas na ławce rezerwowych).

W dwóch kolejnych meczach – z Rosją i Hiszpanią – zawodnik Porto wyszedł już w pierwszym składzie, a gospodarze wygrali oba te starcia i wyszli z grupy z pierwszego miejsca. Deco zaliczył zresztą asystę przy pierwszym golu z Rosjanami, czyli w spotkaniu, które Scolari nazwał „pojedynkiem na śmierć i życie”. Jego nowy podopieczny spłacał swój dług.

W ćwierćfinale doszło do jednego z najlepszych meczów tego turnieju. Portugalia zmierzyła się w nim z Anglikami, a wymiana ciosów pomiędzy tymi zespołami zakończyła się remisem 2:2. Rzuty karne to już jeden z najsłynniejszych obrazków mistrzostw – David Beckham i Rui Costa posyłający piłkę gdzieś w okolice trzydziestego rzędu, Ricardo broniący strzał Dariusa Vassella bez rękawic, a następnie sam wymierzający sprawiedliwość. Gospodarze przeszli dalej, a w półfinale bez historii pokonali Holendrów.

Finał miał być wielkim rewanżem, ponieważ znaleźli się w nim dosyć nieoczekiwanie razem z Grecją. Nikt w kraju nie brał w ogóle pod uwagę ponownego zwycięstwa czarnego konia turnieju, który dodatkowo grał w niesamowicie brzydkim stylu, opartym na żelaznej defensywie i golach po stałych fragmentów gry. Ta taktyka przygotowana przez Otto Rehhagela nie miała zbyt wielu zwolenników wśród kibiców, ale… okazała się niezwykle skuteczna.

To właśnie po rzucie rożnym w drugiej połowie Angelos Charisteas pokonał uderzeniem głową Ricardo. Portugalczycy walczyli do końca, ale nie byli w stanie odwrócić losów spotkania. Grecja została sensacyjnym mistrzem Starego Kontynentu, a Scolari przed kamerami mógł wydukać tylko: „Prosimy Portugalczyków o przebaczenie”. Deco rozegrał pełne 90 minut w finale, ale, podobnie jak cały turniej dla niego, nie był to występ specjalnie warty zapamiętania.

Deco ponownie na szczycie

Ból po przegranym finale pomogli Deco ukoić działacze Barcelony. Dzień po starciu z Grecją media ogłosiły, że reprezentant Portugalii zasili szeregi katalońskiego klubu. Przez długi czas wydawało się, że obierze on inny kierunek – w połowie czerwca Deco ogłosił, że jego transfer do Chelsea prowadzonej przez Mourinho jest już niemal sfinalizowany, zostały jedynie formalności.

REKLAMA 2
Deco – portugalski Kanarek 11

Kilka dni później stwierdził jednak, że wolałby dołączyć do Barcelony, niż przenosić się do Anglii. W grze o podpis pomocnika pozostawał jeszcze Bayern Monachium, ale to działacze Dumy Katalonii byli najbardziej konkretni w rozmowach, chociaż wciąż chcieli zapłacić mniej, niż oczekiwało Porto. Cały interes rozbijał się o kilka milionów euro. Do ostatecznego porozumienia doszło właśnie po zakończeniu Euro, a transakcja objęła gotówkę (15 milionów euro) oraz skrzydłowego Ricardo Quaresmę, który przeniósł się do Porto. Co ciekawe, Barcelona chciała sprowadzić do siebie Deco już rok wcześniej, ale wówczas na taki ruch nie pozwoliły władze Smoków.

W lecie 2003 roku Barca wykupiła z PSG Ronaldinho i według wielu ekspertów, miał on być głównym rywalem reprezentanta Portugalii do walki o miejsce w pierwszym składzie. Uniwersalność Deco sprawiła jednak, że Frank Rijkaard znalazł miejsce na boisku dla nich obu. Jeśli chodzi o rywalizację tych dwóch zawodników, to pod koniec 2004 roku niemałe zwycięstwo odniósł aktualny wicemistrz Europy – Deco zajął drugie miejsce w klasyfikacji Złotej Piłki magazynu France Football, wyprzedzając swojego klubowego kolegę o sześć głosów. Obu tych pomocników pogodził ukraiński napastnik Andriy Shevchenko.

Ronaldinho robił rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem.
Deco

Tak jak Deco był jednym z liderów wielkiego Porto Mourinho, tak samo został jedną z najważniejszych postaci Barcelony odradzającej się pod batutą Rijkaarda. Katalończycy w pierwszym sezonie z reprezentantem Portugalii w składzie odzyskali tytuł mistrzowski, na który czekali od 1999 roku. W następnym sezonie obronili tę koronę, wyprzedzając drugi w tabeli Real Madryt aż o dwanaście punktów.

Dla Deco jednak ponownie to, co najważniejsze, rozgrywało się na europejskich salonach. Swój marsz w Lidze Mistrzów Barcelona rozpoczęła od bezproblemowego wygrania swojej grupy. W pierwszej rundzie pucharowej doszło do rewanżu z poprzedniego sezonu – ekipa Rijkaarda spotkała się w niej z Chelsea Mourinho, która okazała się lepsza w dwumeczu rok wcześniej.

Bramka Ronaldinho na Camp Nou w drugim spotkaniu zaważyła o tym, że to jego ekipa przeszła dalej. Wygrane z Benifką i Milanem w kolejnych rundach sprawiły, że Barcelona zameldowała się w finale. Deco, dyktujący tempo ataków Katalończyków w tych spotkaniach, stanął przed szansą zdobycia swojego drugiego złotego medalu za triumf w Champions League.

REKLAMA 2
Deco – portugalski Kanarek 12

Wielki pojedynek z Arsenalem niespodziewanie szybko doczekał się swojego antybohatera – Jens Lehmann za faul poza polem karnym został wyrzucony z boiska, przez co angielski klub musiał przez ponad siedemdziesiąt minut grać w osłabieniu. Nie przeszkodziło im to w objęciu niespodziewanego prowadzenia przed przerwą. W końcówce spotkania na boisku pojawił się dobry znajomy Deco – napastnik Larsson. Szwed odmienił całkowicie losy finału, zaliczając asysty przy trafieniach Samuela Eto’o oraz Juliano Bellettiego. Barcelona wygrała 2:1, a reprezentant Portugalii ponownie został członkiem najlepszej drużyny w Europie.

Starzy znajomi

Ci sami zawodnicy, którzy stali się symbolem odrodzenia Barcy, zostali niedługo potem symbolem jej upadku. W sezonie 2006/07 Katalończycy przegrali z Realem Madryt wyścig o mistrzostwo (przegrali różnicą bramek), a kolejne rozgrywki były dla nich prawdziwą katastrofą. W tabeli zajęli trzecie miejsce, a do Królewskich – którzy obronili tytuł – tracili aż osiemnaście punktów. Lepszy od nich okazał się nawet Villarreal, wyprzedzający ekipę Rijkarda o dziesięć oczek.

Dodatkowym upokorzeniem dla Barcy było to, że ich odwieczny rywal wygrał ligę tydzień przed ich bezpośrednim starciem. Na Santiago Bernabeu goście przywitali piłkarzy Realu szpalerem, który miał uhonorować ich koronację.

W tym komitecie powitalnym udziału nie wziął jednak Deco – reprezentant Portugalii, podobnie jak Eto’o, otrzymał w poprzednim spotkaniu żółtą kartkę, przez co nie mógł wystąpić w El Classico. W szatni Barcelonę postawę obu graczy uznano za strasznie samolubne, ponieważ wszyscy wiedzieli, co czeka ich w Madrycie. Nie był to pierwszy raz, kiedy Deco podpadł w klubie.

Coraz częściej spóźniał się na treningi i, wspólnie z Ronaldinho, coraz częściej imprezował na mieście, co nie mogło podobać się zarządowi. Dodatkowo uznano, że obaj piłkarze mają bardzo zły wpływ na Leo Messiego, który w tamtym okresie zaliczył spadek formy. Katastrofa w lidze przelała czarę goryczy – Rijkaard został zwolniony, a na jego miejsce przyszedł Pep Guardiola. Pierwszą decyzją nowego trenera było pozbycie się z kadry Deco oraz Ronaldinho.

Pomocną dłoń ponownie wyciągnął Scolari, który zrobił z niego swój pierwszy transfer w roli szkoleniowca londyńskiej Chelsea. Reprezentant Portugalii podpisał z The Blues trzyletni kontrakt, a Anglicy zapłacili za niego dziesięć milionów euro. Do Premier League Deco wszedł razem z drzwiami – najpierw w debiucie zdobył pięknego gola z trzydziestu metrów przeciwko Portsmouth, a w kolejnym spotkaniu równie efektownie trafił z rzutu wolnego. Te występy sprawiły, że w sierpniu otrzymał statuetkę dla Najlepszego Zawodnika Miesiąca. Swój premierowy sezon na Wyspach Brytyjskich okrasił jeszcze golem nożycami z Boltonem w grudniu.

Potem z każdym tygodniem było jednak coraz gorzej. Z powodu kiepskich występów Deco stracił miejsce w wyjściowym składzie, a w lutym dodatkowo zwolniony został Scolari. Reprezentantowi Portugalii przestało podobać się w Londynie, a gdy chęć sprowadzenia go do Interu Mediolan wyraził Mourinho, pomocnik był już praktycznie spakowany. Do transferu ostatecznie nie doszło, ponieważ został zablokowany przez Massimo Morattiego, prezydenta mediolańczyków. Powód? Wiek. Deco miał wówczas trzydzieści dwa lata i Moratti nie wiązał z nim wielkich nadziei.

Reprezentant Portugalii postanowił zacisnąć zęby i powalczyć ponownie o miejsce w składzie Chelsea. W sezonie 2009/10 na ławce trenerskiej wylądował tam Carlo Ancelotti i pod jego okiem powoli odzyskiwał formę, choć trapiły go również kontuzje. Wystąpił jednak w najważniejszym spotkaniu tamtych rozgrywek. Wyszedł w pierwszej „jedenastce” na Old Trafford, gdzie między Manchesterem United a Chelsea miała rozstrzygnąć się walka o mistrzostwo kraju.

Joe Cole oraz Didier Drogba dali dwubramkowe prowadzenie gościom, którzy już go nie wypuścili, mimo gola kontaktowego Federico Machedy. Deco zaliczył bardzo ważne podanie przy pierwszej bramce dla londyńczyków. Niedługo po tym starciu The Blues przypieczętowali zdobycie krajowego tytułu, a także Pucharu Anglii. Chelsea, w debiutanckim sezonie Ancelottiego, sięgnęła w efektowny sposób po dublet, a Deco dodał kolejne senne trofea do swojej kolekcji.

Koniec kariery

W 2010 roku wygasł jego kontrakt z angielskim klubem. Po czternastu latach spędzonych w Europie, Deco zdecydował się na powrót do Brazylii. Podpisał umowę z Fluminense, któremu pomógł jeszcze dwukrotnie wygrać Brasileiro (2010 i 2012). Postanowił karierę zakończyć w 2013 roku, dzień przed swoimi urodzinami. W podjęciu takiej decyzji pomogło mu oblanie testu antydopingowego, choć późniejsze dochodzenie go uniewinniło.

Jeśli chodzi o reprezentację, to licznik Deco zatrzymał się na 75 występach. Srebrny medal za Euro 2004 okazał się być jego największym osiągnięciem z kadrą. Dwa lata później Portugalczycy zajęli czwarte miejsce na mundialu, przegrywając mecz o brąz z Niemcami. Na tamtym turnieju Deco zapisał się w pamięci przez jedno wydarzenie.

W pierwszej rundzie pucharowej Nawigatorzy spotkali się z Holandią. To spotkanie przeszło później do historii jako „Bitwa o Norymbergię” – sędzia pokazał w nim aż szesnaście żółtych i cztery czerwone kartki! Jednym z zawodników wyrzuconych z boiska był oczywiście Deco. Nagranie, w którym siedzi już na schodkach wspólnie z Giovannim van Bronckhorstem (również ukaranym przez arbitra) stało się już kultowym obrazkiem z tamtych mistrzostw.

Pomocnik pojechał jeszcze z reprezentacją na dwa kolejne turnieje – Euro 2008 i mundial 2010 – ale po mistrzostwach świata zdecydował się na zakończenie kariery w kadrze. Dla Portugalii zdobył pięć bramek.

Często zdarza nam się w kontekście jakieś piłkarza mówić o tym, że jest zawodnikiem niespełnionym. Deco z pewnością do takiego grona nie należy – zagrał w dwóch najsilniejszych ligach świata i wygrywał w nich trofea. Był motorem napędowym dwóch zespołów, które sięgnęły po Puchar Mistrzów. Wreszcie – mimo że nie był „chłopakiem stąd”, to zdołał wywalczyć miejsce w kadrze Portugalii i być ważną postacią w niezwykle utalentowanym pokoleniu portugalskich graczy.

Również pod względem indywidualnym był bardzo docenionym zawodnikiem. Z perspektywy czasu drugie miejsce w klasyfikacji Złotej Piłki można uznać za sensację, ale to pokazuje, jaką renomą wówczas się cieszył. Tytuły Najlepszego Zawodnika Klubowego UEFA oraz Najlepszego Pomocnika UEFA (dwukrotnie) również nie wzięły się znikąd.

Deco nie jest jak Zinedine Zidane, ale widzę podobieństwa. Według mnie jest jednym z najlepszych zawodników na świecie, obok Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.

Taką opinię o nim wyraził Scolari, gdy ściągał go do Chelsea. Nawet jeżeli było w niej dużo przesady, to można zaryzykować stwierdzenie, że drużyna złożona z sześciu Deco w pomocy mogłaby ograć każdego przeciwnika. A już na pewno nikt w takim starciu nie odstawiłby nogi.

KUBA GODLEWSKI

Źródła

Michael Cox – „Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się nowoczesny europejski futbol” – tłum. Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski – wydawnictwo Sine Qua Non, 2020.

Deco: 'Mourinho’s a winner. It’s difficult for him to accept results that don’t go his way’ – https://www.fourfourtwo.com/features/deco-mourinhos-winner-its-difficult-him-accept-results-dont-go-his-way

An Ode to Deco – https://thesefootballtimes.co/2020/05/27/deco-the-understated-master-of-his-time/

The art of Deco: The midfield master Mourinho made for Barcelona – https://www.goal.com/en/news/1717/editorial/2013/08/27/4214966/the-art-of-deco-the-midfield-master-mourinho-made-for

Kuba Godlewski
Kuba Godlewski
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

„Piłkomatyka” – recenzja

"Piłkomatyka" wyszła w Polsce parę lat temu i nie odbiła się wielkim echem. Czy warto sięgnąć po tę książkę? Przeczytajcie recenzję Patryka Szczerby!

Strzał na bramkę — magazyn młodych piłkarzy i piłkarek #5

Na początku lipca recenzowaliśmy czwarty numer magazynu Strzał Na Bramkę. Tym razem sprawdzamy kolejną, już piątą, odsłonę periodyku skierowanego do najmłodszych czytelników. Sprawdź recenzje poprzednich...

Ludo „Boem” Coeck – człowiek ze szkła

Gdyby nie ciągłe kontuzje, mógł być jednym z najlepszych. Uniwersalny zawodnik, wielokrotny reprezentant Belgii, jedna z legend Anderlechtu. Przed Wami Ludo Coeck!