Gianfranco Zola – włoski czarodziej, który zachwycił Anglię

“N apoli nie musi szukać nikogo, kto miałby mnie zastąpić. Mają przecież Zolę!” – powiedział na odchodne Diego Armando Maradona, gdy pakował ostatnią walizkę przed odejściem ze stolicy Kampanii. Czy można jakiemuś zawodnikowi wystawić lepszą laurkę? Słowa warto popierać czynami, a Gianfranco Zola nie miał problemów z przemawianiem na boisku – był bowiem prawdziwym piłkarskim czarodziejem.

Późno dojrzewający talent

To nie mógł być przypadek, że Zola urodził się w roku 1966 – roku, w którym Anglicy, dumni ojcowie gry znanej jako piłka nożna, zdobyli swoje pierwsze – i jak dotąd – jedyne mistrzostwo świata. Gianfranco przyszedł na świat 5 lipca, niemal w przededniu rozpoczęcia się mundialu na brytyjskiej ziemi, niecały miesiąc przed historycznym finałem. Nikt raczej nie przypuszczał wówczas, że jego los skrzyżuje go z angielskim futbolem jeszcze trzydzieści lat później.

Urodził się w Olienie, malutkiej miejscowości na Sardynii. Pierwszy profesjonalny kontrakt, mając osiemnaście lat, podpisał z klubem Nuorese. Niedługo po tym przeniósł się do S.E.F Torres 1903, drużyny mającej swoją siedzibę w Sassari, mieście znanym z posiadania pokaźnej kolekcji sztuki. Miejscowi na pewno byli pod wrażeniem piłkarskiego rzemiosła, jakie co tydzień, przez trzy lata, w barwach ich zespołu prezentował młody Zola.

Przygoda Gianfranco z futbolem nie jest kolejną historią z tych, w której główny bohater od początku zachwycał i wszyscy wróżyli mu zawrotną karierę w tej dziedzinie. W wieku dwudziestu trzech lat wciąż występował na poziomie Serie C1, czyli trzecioligowym. Do wielkiej piłki wprowadził go Luciano Moggi, działacz związany z Napoli, który dostrzegł go na jednym z meczów w 1989 roku. Zola oczarował go na tyle, że ten wkrótce przekonał klub do wyłożenia na niego dwóch milionów lirów i Włoch jeszcze tego samego roku zadebiutował w barwach Gli Azzurri.

Zola w barwach Napoli.

W ten sposób Gianfranco przeszedł drogę z bycia zawodnikiem kompletnie anonimowym do stania się klubowym kolegą samego Diego Armando Maradony. Powiedzieć, że w tamtym czasie Napoli było jednym z najlepszych klubów we Włoszech, to nic nie powiedzieć. Zola trafił na złoty okres w dziejach klubu ze stolicy Kampanii, który został zapoczątkowany w 1984 roku, wraz z transferem pewnego Argentyńczyka o bujnej czuprynie. Dwa lata po jego przyjściu neapolitańczycy sięgnęli po pierwsze w swojej historii mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli Juventus o trzy punkty. Po chwili dodali do tego również triumf w Coppa Italia.

Przez kolejne dwa sezony musieli zadowolić się tytułami wicemistrzowskimi, ale za to zasmakowali europejskiej chwały – w maju 1989 roku w finałowym dwumeczu pokonali niemiecki VfB Stuttgart (5:4), co pozwoliło im podnieść Puchar UEFA. Z transferu Zoli niezwykle ucieszył się sam Maradona, choć początkowo nie miało to nic wspólnego z jego walorami piłkarskimi. Boski Diego śmiał się, że „w końcu do klubu trafił ktoś niższy ode mnie”, a te słowa były początkiem wspaniałej argentyńsko-włoskiej przyjaźni. Wkrótce wspólnie zostawali po treningach, aby przez blisko dwie godziny ćwiczyć stałe fragmenty gry i uderzenie słabszą nogą. Gianfranco wspominał kiedyś:

Wszystkiego nauczyłem się od Diego. Podpatrywałem go, kiedy ćwiczył i uczyłem się podkręcać piłkę z rzutów wolnych tak jak on.

Mimo że w swoim debiutanckim sezonie w barwach Napoli Zola zdobył tylko dwie bramki, to przynajmniej jedna z nich miała ogromne znaczenie w wyścigu o scudetto. Premierowe trafienie zaliczył w starciu z Atalantą, ale to ważniejsze padło w pojedynku z Genoą – był to gol strzelony w doliczonym czasie gry, który dał jego drużynie zwycięstwo, dzięki któremu neapolitańczycy zachowali dwupunktową przewagę w tabeli nad Milanem, ich najgroźniejszym kandydatem w walce o mistrzostwo kraju. Strzelanie bramek nie było jednak głównym zadaniem Zoli. Na boisku miał przede wszystkim kreować sytuacje, a fenomenalna dwójka napastników – Maradona oraz Brazylijczyk Careca – miała zająć się resztą.

Ta para sezon 1989/90 zakończyła w sumie z dwudziestoma sześcioma trafieniami, a Napoli – z drugim w historii tytułem mistrza kraju. Gli Azzurri ponownie zdobyli mistrzostwo, wyprzedzając głównego rywala o dwa punkty – tym razem był nim wspomniany wcześniej Milan, który z kolei w swoich szeregach miał króla strzelców rozgrywek, Marco van Bastena. Zola zdobył więc swój pierwszy krajowy tytuł w karierze… i zarazem ostatni. Napoli natomiast, po ograniu kilka miesięcy później Juventusu w starciu o Superpuchar Włoch, na swoje następne trofeum czekać będzie musiało aż dwadzieścia dwa lata!

Naturalny następca

Koniec złotego okresu neapolitańczyków nastąpił niespodziewanie bardzo szybko. Obrona mistrzowskiej korony była zupełnie nieudana – zespół z Kampanii zajął dopiero siódme miejsce w ligowej tabeli. Z europejskich rozgrywek z kolei wyeliminował ich Spartak Moskwa. Jednak to nie sportowe wyniki były największym problemem Napoli. Po jednym z meczów Maradona oblał test antydopingowy i, znajdując się już od dłuższego czasu pod ostrzałem z powodu podejrzeń o zażywanie narkotyków, został zawieszony na piętnaście miesięcy. Niedługo po tym Argentyńczyk opuścił w niesławie słoneczną Italię. Zanim odszedł z klubu, zdążył namaścić Zolę jako swojego następcę w Neapolu.

Ucieczka Maradony i przyjście Claudio Ranieriego na ławkę trenerską oznaczało dla klubu rozpoczęcie nowego rozdziału. Teraz to Zola miał zostać najjaśniejszą gwiazdą neapolitańczyków, a na dowód tego odziedziczył po El Diego koszulkę z numerem 10. Po latach Gianfranco wspominał jednak, jak w jednym spotkaniu Argentyńczyk zaproponował mu podmianę strojów:

Graliśmy z Pisą w Pucharze Włoch i kazał mi przywdziać numer 10, sam natomiast wziął dla siebie numer 9. To była najwspanialsza rzecz, jaką mogłem sobie wymarzyć – Maradona pozwalający mi grać ze swoim numerem na plecach. Wyobraźcie sobie moją pewność siebie w tamtym momencie, ale przede wszystkim – moje zdziwienie.

Pierwszy sezon w nowej erze Napoli Zola zakończył z trzynastoma golami we wszystkich rozgrywkach. Drużyna natomiast uplasowała się na czwartym miejscu w ligowej tabeli, co zagwarantowało jej udział w Pucharze UEFA. Wydawało się, że istnieje w tym klubie życie bez Maradony. Jakże było to złudne myślenie – kolejny sezon Gli Azzuri skończyli na jedenastej pozycji, a w okresie świątecznym do oczy zaglądało im widmo spadku.

Sezon 1992/93 był niemal odbiciem lustrzanym – zarówno dla Zoli, który ponownie zdobył w lidze dwanaście bramek (i tyle samo asyst!), jak i dla drużyny, zajmującej mało chwalebne, jedenaste miejsce. Do problemów sportowych, Napoli dołożyło problemy finansowe. Zadłużenia zmusiły działaczy ze Stadio San Paolo do sprzedaży swoich najważniejszych zawodników. Na pierwszy ogień poszli Careca i Zola, a rok później odejść musieli również Daniel Fonesca oraz Ciro Ferrara – kapitan i żywa legenda klubu. Na efekty przymusowej wyprzedaży nie trzeba było długo czekać. W 1998 roku neapolitańczycy zostali zdegradowani i przez kolejne lata mogli tylko spoglądać, jak na trofeach w gablocie osiada kurz.

Strzelec i asystent

Gdy w 1993 roku Zola opuszczał Neapol, cena za jego umiejętności wynosiła trzynaście milionów lirów. Taką kwotę postanowiła wyłożyć na niego Parma, która kila tygodni wcześniej zakończyła sezon ligowy na trzecim miejscu i miała mocarstwowe ambicje. Transfer Gianfranco był dopiero początkiem.

Jego debiutancki sezon w żółto-niebieskich barwach był fantastyczny. Trener Nevio Scala ustawiał go jako drugiego napastnika, nie mniej utalentowanego Faustino Asprilli. Już wcześniej Zola dał się poznać jako świetny kreator, ale w Parmie stał się również strzelcem wyborowym. Osiemnaście trafień ligowych dało mu miano najlepszego snajpera w zespole, a całej drużynie – piąte miejsce w tabeli (z zaledwie dziewięciopunktową stratą do mistrza!) i awans do Pucharu UEFA. Rozczarowaniem na pewno natomiast była nieudana próba obrony złotego medalu Pucharu Zdobywców Pucharu – w finale Włosi musieli uznać wyższość londyńskiego Arsenalu.

Parma stawała się klubem, z którym każdy w Serie A musi się liczyć, a magiczny Gianfranco wyrastał na czołowego zawodnika rozgrywek. Trudno powiedzieć, by sprostał wyzwaniu, jakim było wejście w buty Maradony w Neapolu (zadanie, przyznajmy, przewyższające chyba każdego piłkarza na świecie), ale nie sposób nie dostrzec pewnych podobieństw w ich stylu gry. Zbliżony wzrost i nisko osadzony ciężar ciała, które ich charakteryzowały, były ich błogosławieństwem. Zwinność, szybkość, ogromny wachlarz zwodów, kreatywność, a do tego fenomenalna wizja gry i umiejętność wykonywania nietuzinkowych podań – Zola naprawdę miał wiele z Maradony. W trakcie swojej kariery stał się znany również ze swoich podkręcanych strzałów z rzutów wolnych. Włoch nie żartował, gdy mówił, że wszystkiego nauczył się od Boskiego Diego.

Świętowanie zwycięstwa w Pucharze UEFA.

Kolejny rok pobytu Zoli na stadionie Ennio Tardini był, podobnie jak w Neapolu, jeszcze bardziej udany. Z dwudziestoma ośmioma golami znów został najlepszym strzelcem w drużynie, a jego gole pomogły Parmie zająć trzecie miejsce w ligowej tabeli, przegrywając wicemistrzostwo z Lazio przez gorszy stosunek bramek. Scudetto powędrowało do Turynu,
a gdyby tego było mało, Juventus pokonał żółto-niebieskich również w finale Coppa Italia.

Niepowodzenia na krajowym podwórku podopieczni Scali chcieli sobie odbić na arenie europejskiej. „Zemsta to potrawa, która najlepiej smakuje, kiedy jest zimna”, pomyśleli sobie zawodnicy Parmy, i w finałowym dwumeczu Pucharu UEFA pokonali… Juventus. Dokonali tego dzięki skromnemu zwycięstwu u siebie i remisie w Turynie.

Efekt nowej miotły

Przed startem kolejnego sezonu kadra została wzmocniona takimi transferami jak: Hristo Stoiczkow, Fabio Cannavaro, Filippo Inzaghi oraz Gianluigi Buffon. Oczekiwania względem ostatnich rozgrywek były jeszcze większe, ale sezon 1995/96 należy uznać za mało udany – przegrany mecz o Superpuchar Włoch, wczesne odpadnięcie z Coppa Italia, porażka w ćwierćfinałach Pucharu UEFA i zaledwie szóste miejsce w Serie A to wynik, który nie uratował pozycji trenera. Scali został zastąpiony przez trzydziestosiedmioletniego Carlo Ancelottiego. Dla Zoli tamten sezon pod względem statystyk indywidualnych miał słodko-gorzki smak – znów został najlepszym strzelcem drużyny, ale na koncie miał tylko dwanaście bramek.

Zmiana szkoleniowca zawsze oznacza nowe porządki w klubie. Wydawało się, że pozycja Gianfranco w drużynie jest niepodważalna, ale Ancelotti miał wobec niego inne plany. Transfery dwóch napastników – Hernana Crespo oraz Enrico Chiesy – sprawiły, że Zola stracił miejsce w pierwszej linii. Pochodzący z Reggiolo trener preferował ustawienie 4-4-2, w którym wystawiał byłego zawodnika Napoli na lewej stronie pomocy. Bohater tekstu nie potrafił odnaleźć się w nowej roli, czego efektem było zdobycie zaledwie dwóch bramek w sezonie. Ancelotti coraz częściej nazywał go elementem niepasującym do jego układanki, a Zola frustrował się swoim nędznym statusem w drużynie i słabą grą. Obie strony musiały znaleźć sposób na wyjście z tego impasu. Pomoc nadeszła z dość nieoczekiwanego kierunku – po włoskiego czarodzieja zgłosiła się londyńska Chelsea.

Włoski powiew świeżości

Początek lat 90. był dla angielskiego futbolu okresem ogromnych przemian. W 1992 roku zapadła decyzja o utworzeniu Premier League, która miała wznieść brytyjską piłkę nożną na niewidziany wcześniej poziom, pod każdym względem – sportowym, finansowym i telewizyjnym. „Niech to będzie kurewsko dobre” – mówił Dave Hill ze Sky Sports, gdy stacja postanowiła wyłożyć grube miliony na transmisję spotkań. Właściciele klubów szybko zdali sobie sprawę, że najlepsze widowiska są w stanie zapewnić im zagraniczni piłkarze.

Gdy Eric Cantona zasilał szeregi Manchesteru United w 1992 roku, w ciągu pięciu lat swojego pobytu w klubie zapewnił mu cztery tytuły mistrzowskie. Francuz był nie tylko fantastycznym zawodnikiem, ale był przede wszystkim… inny. Jego elegancja, świetna technika, dostojne ruchy i charakterystycznie postawiony kołnierzyk sprawiały, że nie można było oderwać od niego wzroku. Wkrótce każdy angielski klub zapragnął mieć swojego Cantonę w składzie.

Rewolucję przechodziła cała liga, a Chelsea chciała za tymi nią nadążyć. Pierwszym ruchem w kierunku zmiany piłkarskiego wizerunku drużyny było zastąpienie na ławce trenerskiej Glenna Hoddle’a przez Ruuda Gullita, który został grającym szkoleniowcem. CV Gullita-zawodnika musiało robić wrażenie – przede wszystkim był członkiem wielkiego Milanu, trzykrotnego mistrza Włoch i dwukrotnego zdobywcy Pucharu Mistrzów. W Londynie Holender najpierw wprowadzał wielkie zmiany jako piłkarz – pokazał oniemiałym Anglikom, że w Premier League można uprawiać techniczny futbol – a potem to samo, już za sprawą swoich podopiecznych, starał się przekazać jak menedżer.

Z tego powodu na Stamford Bridge, w ciągu kilkunastu tygodni, zameldował się francuski obrońca Frank Leboeuf, a oprócz niego – prawdziwy włoski zaciąg. Gianluca Vialli, Roberto Di Matteo i, wreszcie, Gianfranco Zola to zawodnicy, którzy na stałe zapisali się na kartach historii Chelsea. Zola trafił do kompletnie nowego piłkarskiego świata. Choć Premier League powoli próbowała zerwać z łatką topornego, brutalnego futbolu, to wciąż na Wyspach grało się zupełnie inaczej niż na Starym Kontynencie. Pochodzący z Sardynii zawodnik widział w tym jednak okazję na pokazanie pełni swoich możliwości. Był po prostu zbyt ruchliwy i błyskotliwy dla ociężałych brytyjskich defensorów:

Na początku naprawdę pomogło mi to, że gdy przyszedłem z Serie A, w której kryje się ściślej, w Anglii grano w tak otwarty sposób.

Zola przyszedł do Chelsea w listopadzie 1996 roku za cztery i pół miliona funtów. Nie mógł przywdziać koszulki ze swoim ulubionym numerem dziesięć, bo ta należała już do Marka Hughesa. Zdecydował się zatem na numer dwadzieścia pięć, który dziś jest kultowy w drużynie The Blues. Włoch szybko pokazał, na co go stać. Gullit wystawiał go na jego ulubionej pozycji, a Gianfranco niemal z dnia nadzień wyrobił sobie opinię specjalisty od rzutów wolnych. Podczas jednego treningu podszedł do rywalizacji w tej kategorii z klubowym kapitanem, Dennisem Wise’em. Założyli się, który więcej razy trafi w zwisającą z poprzeczki bramki getrę. Gdy Zola prowadził już w pewnym momencie 10:1, konkurs został rozstrzygnięty. Dość powiedzieć, że w historii Premier League, tylko David Beckham ma na swoim koncie więcej goli z rzutów wolnych od włoskiego zawodnika.

Popisy Zoli na boisku były nie tylko efektowne, ale i efektywne. Debiutancki sezon włoskiego sezonu zapewnił Chelsea piąte miejsce w lidze oraz triumf w Pucharze Anglii. 17 maja 1997 roku The Blues pokonali na Wembley Middlesbrough 2:0, a asystę przy drugiej bramce zanotował bohater tekstu. Było to pierwsze poważne trofeum wywalczone przez ten klub od ponad dwudziestu lat. Zola, choć mierzący zaledwie 168 centymetrów, siał postrach w liniach defensywnych rywalu Chelsea. Był także powodem wielu nieprzespanych nocy największego trenera w dziejach Premier League – sir Aleksa Fergusona. Gdy zaraz po rozpoczęciu jednego z meczów pomiędzy Chelsea a Manchesterem United Włoch przedarł się przez obronę Czerwonych Diabłów i zdobył gola, szkocki menedżer po końcowym gwizdku przyznał:

Jest małym sprytnym draniem… lepszym piłkarzem, niż sądziłem.

Ryan Giggs z kolei stwierdził, że Zola był jedynym zawodnikiem, którego Ferguson kazał swoim podopiecznym kryć indywidualnie. Często jednak nawet to nie wystarczyło, aby zatrzymać drużynę Gullita.

Czarodziej

W Neapolu przybycie Gianfranco przypadło na końcówkę złotego okresu w dziejach klubu, z kolei w Londynie jego transfer taki okres dopiero rozpoczął. W sezonie 1997/98 Chelsea spisywała się równie dobrze, ale kłótnia pomiędzy Gullitem a prezesem Kenem Bates’em sprawiła, że Holender musiał opuścić Stamford Bridge. Jego miejsce zajął… Vialli, który również zaczął pełnić rolę grającego trenera. To już pod wodzą Włocha The Blues tamten sezon zakończyli na czwartym miejscu w lidze i z dwoma trofeami na koncie. Najpierw w marcu, dzięki dwóm trafieniom w dogrywce, londyńczycy pokonali w finale Pucharu Ligi Middlesbrough. W połowie maja jedyny gol Zoli (który z powodu kontuzji wszedł w tamtym meczu dopiero z ławki) zapewnił im triumf w Pucharze Zdobywców Pucharu, gdzie okazali się lepsi od Stuttgartu.

Włoski czarodziej na angielskiej ziemi.

Kolejny sezon Chelsea rozpoczęła od zgarnięcia Superpucharu Europy – tym razem w pokonanym polu zostawili sam Real Madryt. Rozgrywki ligowe The Blues zakończyli na trzecim miejscu, co oznaczało, że wystąpią w przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Był to zarazem pierwszy sezon, w którym Zola został najlepszym strzelcem drużyny we wszystkich rozgrywkach – wcześniej również zdobywał wiele bramek, ale w Anglii włoski zawodnik ceniony był za to, że nie kierował się na boisku egoizmem i równie często po prostu asystował przy golach kolegów z zespołu.

Zola ponownie odegrał kluczową rolę w finale Pucharu Anglii w sezonie 1999/00 – to po jego rzucie wolnym trafienie na wagę zwycięstwa zaliczył Di Matteo. Chelsea, wraz z przyjściem takich piłkarzy jak Didier Deschamps, Mario Melchiot czy George Weah, stawała się coraz bardziej międzynarodowa, ale Gianfranco wciąż odgrywał w niej bardzo ważną rolę.

Tarcza Dobroczynności, wywalczona na początku kolejnego sezonu, była ostatnim trofeum, jakie zdobyli wspólnie Zola i Chelsea. Niedługo po tym spotkaniu Vialli pożegnał się z pracą, a jego miejsce na ławce zajął rodak bohatera tekstu, Claudio Ranieri. Kolejne miesiące w klubie mijały pod znakiem sporych zmian kadrowych, ponieważ nowemu menedżerowi zależało na odmłodzeniu składu londyńczyków. Cierpiały na tym starzejące się gwiazdy, które z tygodnia na tydzień dostawały coraz mniej szans na grę. W czerwcu 2001 roku Wise, Leboeuf oraz Gustavo Poyet pożegnali się ze Stamford Bridge, a trzydziestopięcioletni Zola po ich odejściu zdobył jedynie trzy gole w całym sezonie. Czas nie oszczędzał również jego i musiał patrzeć, jak jego miejsce w wyjściowej jedenastce zajmują Islandczyk Eidur Gudjohnsen oraz Jimmy Floyd Hasselbaink. Starzejący się Włoch zdołał jednak jeszcze skraść show młodszym kolegom, gdy pokonał bramkarza Norwich City przepięknym uderzeniem piętą po wrzutce z rzutu rożnego. Zachwycony Ranieri tak skomentował tamtego gola:

Gianfranco próbuje różnych rzeczy, ponieważ jest czarodziejem, a czarodziej musi próbować.

Gdy wydawało się, że Zola stanie się dla The Blues kulą u nogi, w swoim ostatnim sezonie w niebieskich barwach przeżył prawdziwy renesans formy. We wszystkich rozgrywkach zdobył aż szesnaście goli (najwięcej w historii swoich występów na Stamford Bridge), został najlepszym strzelcem drużyny i jej ponownie zająć czwartą lokatę w Premier League. Swoje ostatnie trafienie dla angielskiego klubu zaliczył w wielkanocny poniedziałek w 2003 roku, gdy w swoim stylu efektownie przelobował bramkarza Evertonu.

Trzydzieści siedem lat na karku nie przeszkodziło mu w przedryblowaniu czterech zawodników Liverpoolu podczas swojego ostatniego występu dla Chelsea – po końcowym gwizdku zebrał owację na stojąco od kibiców obu zespołów. Choć klub nigdy oficjalnie nie zastrzegł numeru dwadzieścia pięć, to żaden piłkarz nie odważył się go założyć po włoskim magiku. Na zakończenie kariery postanowił wrócić do kraju swojego pochodzenia. Zola odszedł z Londynu na swoich zasadach.

Jeżeli mam wskazać kogoś, kto najbardziej mnie zainspirował, to byłby to Gianfranco Zola. Przyszedłem do Chelsea jako cichy i nieśmiały chłopak. Zola wziął mnie pod swoje skrzydła. Miał trzydzieści pięć lat i renomę światowej klasy piłkarza, a ja byłem zafascynowany tym, jak trenował, jak ćwiczył te swoje rzuty wolne i jak schodził z treningu jako ostatni. Był dżentelmenem, zarówno na boisku, jak i poza nim, a ja myślałem sobie, że chciałbym być taki jak on, jeżeli kiedykolwiek uda mi się zbliżyć do takiego poziomu – Frank Lampard.

Epilog

Powrócił na Sardynię, aby swoimi umiejętnościami wspomóc Cagliari, które występowało wówczas w Serie B. Gianfranco zdawał się być jak wino – im starszy, tym lepszy. Jego czternaście ligowych trafień pozwoliło klubowi awansować do Serie A. Włoski napastnik postanowił tym samym przedłużyć kontrakt i rozegrać w najwyższej klasie rozgrywkowej swój ostatni sezon w karierze. Z kibicami Cagliari pożegnał się w równie efektownym stylu, co z fanami Chelsea – jego zespół co prawda poległ w starciu z Juventusem, ale on sam na otarcie łez zdobył w nim dwa gole. Kilka tygodni po tym pojedynku zawiesił buty na kołku. Do dziś zajmuje szóste miejsce w klasyfikacji zawodników, którzy zdobyli najwięcej bramek z rzutów wolnych w historii Serie A – był autorem aż dwudziestu takich trafień.

Zola w 2003 roku został wybrany przez sympatyków The Blues na najlepszego piłkarza w historii klubu. W całej Anglii jest jednym z symboli wielkich przemian, jakie Premier League przeszła w latach 90. Uwielbiał go Maradona, a wielu innych znakomitych graczy nie szczędziło mu słów pochwały. Mimo to, nigdy nie zaistniał na dobre w reprezentacji Włoch.

Zadebiutował mając dwadzieścia pięć lat, w starciu z 1991 roku przeciwko Norwegii. Znalazł się w kadrze Italii na mundial 1994 i wszedł na boisko w trakcie meczu z Nigerią, ale został wyrzucony z boiska po zaledwie dwunastu minutach. Włosi na tamtym turnieju doszli do finału, gdzie po rzutach karnych ulegli Brazylii. Zola jednak nie pojawił się już na murawie po powrocie z zawieszenia. Na mistrzostwach Europy dwa lata później rozegrał wszystkie trzy spotkania grupowe i zaliczył asystę w pierwszym z nich, ale niestety w ostatnim przestrzelił rzut karny, przez co Italia nie przeszła do kolejnej rundy.

Jego ostatnim meczem w kadrze było starcie z Anglikami w 1997 roku. Zrezygnował z dalszej gry, kiedy Cesare Maldini postanowił nie powoływać go na mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata 1998. Trzydzieści pięć meczów i dziesięć goli to zdecydowanie zbyt słabe statystyki, jak na gracza takiego formatu.   Wydaje się, że w kraju, który wychował tylu znakomitych ofensywnych zawodników, Gianfranco Zola nie ma aż takiego statusu, na jaki zasługuje. Dla Premier League, a zwłaszcza dla Chelsea, jest postacią kultową, kimś, kto wprowadził ten klub, i całą ligę zresztą, w nowy piłkarski wiek. Trudno spodziewać się, by jakiś włoski piłkarz był w stanie przebić jego legendę na Wyspach Brytyjskich.

Dałem fanom Chelsea to, czego chcieli, dałem im marzenie. Oni z kolei również dali mi to, o czym marzyłem.

KUBA GODLEWSKI

#wspieramretro
O Kuba Godlewski 35 artykułów
Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.