Gianluigi Buffon, czyli jak zostać wielkim, nie będąc bufonem

Mało brakowało, a świat piłki nigdy by o nim nie usłyszał. Przy porodzie pojawiły się pewne komplikacje, które mogły uczynić go kaleką albo nawet odebrać mu życie. Obronił się przed tym, co nie powinno szczególnie dziwić. Talent do bronienia miał przecież ogromny, choć niewielu ludzi wie, że karierę zaczynał jako pomocnik. Pierwszego papierosa zapalił w wieku 14 lat, a w drodze na swój debiutancki mecz w dorosłej karierze przeciwko Milanowi zasnął w autokarze. Gianluigi Buffon to doskonały przykład wielkiego sportowca, który pozostał normalnym człowiekiem.

Jakiś czas temu legendarny bramkarz Juventusu ogłosił, że kończący się właśnie sezon jest jego ostatnim w Turynie, w którym spędził prawie dwie dekady. Dziś już wiadomo, że Buffon wraca na stare śmieci, bowiem w następnym sezonie będzie bronił bramki Parmy. Powrót Gigiego do klubu, z którego wypłynął na szerokie wody jest świetną okazją, aby podsumować jego piękna karierę.

Gianluigi Buffon. Inkubator i kanapki z mortadelą

Gianluigi Buffon urodził się 28 stycznia 1978 roku w niewielkiej toskańskiej miejscowości Carrara, położonej nieopodal rzeki Carrione. Tamten dzień, choć na pierwszy rzut oka szczęśliwy, naznaczony został prawdziwym koszmarem. Adrian i Maria Buffonowie nie mogli w pełni nacieszyć się narodzinami swojego trzeciego dziecka. Malutki Gigi został im zabrany jeszcze zanim zdążył zagościć na ich rękach. Przejęta stanem noworodka pielęgniarka w pośpiechu zaniosła go na oddział intensywnej terapii i wtedy wiadomo było, że jest źle. Kilkadziesiąt lat później mama Buffona wzięła głęboki oddech i przez dłuższą chwilę milczała. Ze łzami w oczach opowiadała o dramatycznych wydarzeniach, które spotkały jej ukochaną rodzinę:

Wydawał się zdrowy, ważył cztery kilogramy. Okazało się jednak, że dusiła go pępowina. Miał sinicę z powodu braku tlenu i leżał w inkubatorze przez pięć lub sześć dni. Po prostu tam leżał tak jak Jezus na krzyżu. Nikt wtedy jeszcze nie miał informacji, czy doszło do uszkodzenia mózgu. Kiedy lekarze przynieśli go nam, powiedzieli tylko: „Bóg jeden wie…”. Miłościwy Pan był dla nas bardzo dobry. Gigi rozwijał się zaskakująco szybko, beż żadnych problemów ze zdrowiem. Chodził i mówił już w wieku dziewięciu miesięcy. Nawet wtedy był numerem jeden.

Z mamą łączy go wyjątkowa więź. Od zawsze był jej oczkiem w głowie, największą miłością i życiowym sukcesem. Znakomite relacje ma również z rodzeństwem, a konkretnie dwiema starszymi siostrami – Veronicą oraz Guendaliną, które także uprawiały sport, będąc siatkarkami. W wywiadzie dla „Corriere della Sera” Guendalina wracała myślami do dawnych czasów:

Wiem, że mój brat dla wszystkich jest legendą, ale dla mnie nadal jest małym chłopcem z meczów juniorskich drużyn. Biegał w kółko z dwoma dużymi czerwonymi policzkami, włosami postawionymi na jeża, chudymi nogami i sporym brzuszkiem. Lubił naprawdę dużo jeść.

Jedzenie obdarzył wielkim uczuciem, kiedy jako dziecko odwiedzał rodzinne strony ojca. Adriano Buffon pochodził z Latisany, ale jego rodzeństwo mieszkało w pobliskiej Pertegadzie, gdzie Gigi spędził wiele lat we wczesnej młodości. Przebywał tam ze swoim wujem Giannim, ciotką Marią i babcią Liną. Ich mieszkanie znajdowało się nad sklepem spożywczym, który prowadzili z pomocą Aldiny, innej cioci Gianluigiego. W swojej autobiografii dzielił się wspominkami na ten temat:

To był magiczny świat. Poruszanie się po półkach, bieganie i zjeżdżanie po przejściach pełnych rzeczy do jedzenia. Zawsze miałem pełny żołądek. Najbardziej lubiłem kanapki z mortadelą, które pożerałem w gigantycznym tempie.

Kameruńczyk, który zmienił bieg historii

Po rodzicielach odziedziczył wraz z siostrami sportowe geny, bowiem Maria Buffon zawodowo rzucała dyskiem i pchała kulą, natomiast Buffon senior był znanym w całych Włoszech sztangistą. Nic dziwnego więc, że Gigiego również ciągnęło do wysiłku fizycznego. Na początku miał spore problemy ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie dyscypliny, ale w wieku sześciu lat rodzice zapisali go do szkółki malutkiego amatorskiego klubu USD Canaletto Sepor z miasta La Spezia, które znajdowało się 30 kilometrów od Carrary.

Jego pierwszym trenerem został… jego ojciec, który pomimo uprawiania innego sportu, był zapalonym fanem piłki nożnej i opiekunem młodych piłkarzy Canaletto. W przeciwieństwie jednak do archetypowego „nachalnego rodzica” nie narzucał na syna zbędnej presji i nie pajacował przy linii boiska, krzycząc i wymachując rękami w celu chęci polepszenia gry swojej pociechy. Wolał po prostu dać mu się dobrze bawić. Smarkaty Gigi nie podchodził do futbolu tak entuzjastycznie, zdecydowanie bardziej wolał grać w ping-ponga. Jak sam mówi, początki przygody z piłką nie były dla niego optymistyczne, ale spodobała mu się idea posiadania specjalnego stroju meczowego, własnej torby oraz odpowiednich butów.

ZOBACZ TEŻ:

Co ciekawe, Buffon nie zaczynał kariery w roli bramkarza, tylko pomocnika. Debiut w juniorskiej drużynie prowadzonej przez tatę miał wymarzony. Strzelił piękną bramkę z rzutu wolnego i ze względu na swoje gabaryty i posiadaną siłę, od małego był kimś w rodzaju specjalisty od stałych fragmentów. Szczególnie podczas pobytu w Perticata, klubie z Carrary, do którego dołączył po opuszczeniu Canaletto, aby grać bliżej domu. Na jednym z młodzieżowych turniejów uderzył w poprzeczkę podczas swojego pierwszego w życiu występu na stadionie San Siro.

Człowiekiem, któremu zarówno Buffon, jak i cała Italia zawdzięcza bardzo wiele, jest niewątpliwie kameruński bramkarz Thomas N’Kono. To właśnie on natchnął 12-letniego wówczas Gigiego do wskoczenia między słupki. Oglądane z wypiekami na twarzy mistrzostwa świata w 1990 roku, gdzie Kamerun z N’Kono w składzie odpadł dopiero w ćwierćfinale po heroicznym boju z Anglią, stały się momentem przełomowym w karierze bohatera tekstu.

Akrobatycznie broniący golkiper „Nieposkromionych Lwów” wzbudził u Buffona ogromny podziw i przekonał go do zmiany boiskowej pozycji. Nie będzie sporym nadużyciem stwierdzenie, że N’Kono zmienił bieg historii. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby nie on, Buffon nigdy nie zostałby bramkarzem i pewnie przepadłby gdzieś w przeciętności wśród wielu młodych chłopaków grających w polu. Ostateczny dowód na ogromną sympatię do idola stanowi fakt, że jeden z dwóch synów Buffona z pierwszego małżeństwa z czeską modelką Aleną Šeredová nosi imię Thomas.

To, co zrobił dla Kamerunu podczas mistrzostw świata, zainspirowało mnie do zostania bramkarzem. Wszystkie oczy były zwrócone na graczy takich jak Diego Maradona i Gary Lineker, ale mnie zahipnotyzował N’Kono – powiedział kiedyś Buffon w jednym z wywiadów.

Wielka postać afrykańskiej piłki zwróciła uwagę Buffona już trzy lata przed rzeczonym mundialem, kiedy to Espanyol z nim na bramce wyeliminował z Pucharu UEFA wielki Milan prowadzony przez Arrigo Sacchiego. N’Kono docenił sympatię i szacunek, jakim darzył go młodszy kolega po fachu. Zaprosił go do Kamerunu na swój pożegnalny mecz, jednak nie spodziewał się, że Buffon dotrzyma słowa i zjawi się na miejscu.

Po raz pierwszy spotkałem go, gdy miał 20 lat i był w Parmie. Rok później poprosiłem go, żeby zagrał w moim pożegnalnym meczu. Powiedział tylko, że nie ma problemu i na pewno przybędzie. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że tak się nie stanie. Potem, w ostatniej chwili, zadzwonił do mnie i orzekł, że jest na lotnisku i wkrótce ma lot do Kamerunu. To było niesamowite – przyznał N’Kono.

Początki w Parmie, turniej z Tottim i nagłówek w gazecie

Latem 1990 roku ojciec zapytał go, czy chciałby spróbować swoich sił jako bramkarz. Mając w pamięci popisy N’Kono, 12-letni Gigi bez wahania potakująco kiwnął głową. Jedynym problemem było to, że w Perticacie usilnie wystawiali go w pomocy. Inter Mediolan w tamtym czasie również poznał się na jego talencie i chciał sprowadzić go do siebie, aby ten grał w drugiej linii. Buffon był zdeterminowany, by zostać bramkarzem i na szczęście znalazł inny lokalny klub, który pozwolił mu grać na preferowanej pozycji. Trafił do A.S.D. Bonascola Calcio, gdzie spotkał trenera bramkarzy, Avio Menconiego.

Miał znakomitą sylwetkę oraz spory wzrost. Dobrze radził sobie z grą nogami, ale koniecznie chciał zostać bramkarzem. Więc kiedy powiedzieli mi, że jest dzieciak, którego wiele klubów chce jako pomocnika, ja odparłem, żeby przysłali go do mnie. Musiałem nauczyć go, jak poprawnie się rzucać i wpajałem mu do głowy, że za wszelką cenę zawsze musi utrzymać piłkę w rękach. Jeśli chodzi o całą resztę, to po prostu był stworzony do tego fachu – mówił Menconi o swoim byłym podopiecznym.

Już w pierwszym sezonie gry w juniorskiej Bonascoli znalazł się na radarze trzech dużych włoskich ekip – Milanu, Bologni oraz Parmy. Największe zainteresowanie przejawiali Rossoneri. Wysłali nawet rodzicom Gigiego kontrakt do podpisania, jednak podróż do Lodi w celu sprawdzenia warunków i nowego otoczenia spowodowała, że Adriano i Maria zaczęli negatywnie patrzeć na fakt zamieszkania syna tak daleko od domu. Bolonia wydawała się bardziej atrakcyjną opcją i nastoletni Gigi też pozytywnie zapatrywał się na tę przeprowadzkę. Jednak nie wszyscy w klubie żywili przekonanie co do zawarcia umowy, więc sprawa utknęła w martwym punkcie. W Parmie także wątpili w umiejętności młodego piłkarza, ale jeden człowiek stamtąd od razu wiedział, że Buffon będzie wielki.

Gdy tylko go zobaczyłem, powiedziałem sobie, że ten dzieciak to fenomen. Dyrektor sportowy Parmy nie był co do niego pewien, ponieważ Gigi miał płaskostopie, a jego technika pozostawiała wiele do życzenia. Ja jednak wiedziałem, że możemy nad tym popracować. Dałem wyraźnie do zrozumienia, że musimy natychmiast go pozyskać, zanim zrobi to ktoś inny. Kiedyś na jednym z treningów byłem wkurzony na bramkarzy kilka lat starszych od niego. Ryknąłem wtedy, żeby spojrzeli na Buffona i brali z niego przykład, bo w przyszłości będzie numerem jeden w bramce reprezentacji, a w Serie A zadebiutuje jako 20-latek – chwalił się Ermes Fulgoni, były trener bramkarzy Parmy.

Na szczęście posłuchano jego słów i zaledwie 13-letni Buffon wkrótce zamieszkał w mieście, które słynie z wymyślenia parmezanu. Gdy opuszczał rodzinną Carrarę, przyjaciele i koledzy z drużyny Bonascoli zasypali go prośbami o oficjalne koszulki, spodenki, a nawet skarpetki z logiem jego nowego klubu. Trener Menconi mierzył wyżej. Był przekonany, że Gigiemu będzie dane reprezentować Włochy. Zagaił go, aby ten wysłał mu pierwszą koszulkę, jaką założy podczas występu dla reprezentacji narodowej. Nastolatek obiecał to zrobić, ale uznał ten pomysł za absurdalny, szczególnie gdy zderzył się z trudnymi początkami nowego środowiska. Splendor i honor grania dla kadry wydawały się zbyt odległe od ponurego życia w jego nowym domu – szkole z internatem imienia Marii Luigi.

Nowe miejsce nauki okazało się pięknym i pokaźnym budynkiem, jednak tęsknota za domem dawała mu się we znaki. Placówka zrzeszała uczniów z każdej części kraju, z każdego rodzaju rodziny i z różnych środowisk społeczno-ekonomicznych. 13-letni Buffon był towarzyski i otwarty, więc w mgnieniu oka znalazł kumpli i jak sam mówił, nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Problemem okazał się charakterek, który niebawem ujawnił. Lubił się popisywać, być w centrum uwagi, na boisku podczas meczów często zwracał innym uwagę i krytykował w arogancki sposób.

Takie postępowanie odbiło się na nim, kiedy w trakcie jednego ze sparingów popełnił fatalny błąd, który zauważył Fabrizio Larini, szef sektora młodzieżowego w Parmie. Larini dał krnąbrnemu małolatowi wybór: zmieniasz swoje zachowanie albo pakujesz manatki i wracasz tam, skąd przyszedłeś. Na jego gorącą głowę wylano kubeł lodowatej wody. Podziałało. Wziął się za siebie i sfokusował swoje myślenie tylko na własnych słabościach oraz ciężkiej pracy. Zaledwie miesiąc później obronił trzy rzuty karne, gdy juniorska Parma triumfowała w finale czteroosobowego turnieju w Molassanie, na którym bronił fantastycznie. To był ważny moment dla Buffona. Wszyscy trenerzy drużyn młodzieżowych Parmy zaczęli w niego wierzyć, a on sam ciągle robił duże postępy. Powołanie do młodzieżowej reprezentacji było kwestią czasu.

W maju 1993 roku bardzo pomógł Włochom awansować do finału mistrzostw Europy do lat 16, które ostatecznie padły łupem Polski. Przyszły król Rzymu, Francesco Totti, grał wtedy w ataku Italii, ale to właśnie Buffon, mimo że był 18 miesięcy młodszy, skradł tamtego dnia show. W konkursie jedenastek w półfinale przeciwko Czechosłowacji obronił aż trzy. W tym samym dniu 16-letnia tenisistka Maria Francesca Bentivoglio dotarła do ćwierćfinału Italian Open. Następnego ranka na pierwszej stronie prestiżowego dziennika „La Gazzetta dello Sport” cały naród oglądał zdjęcia twarzy Marii oraz Gianluigiego. Nad nimi można było przeczytać duży nagłówek, który brzmiał: „Bentivoglio i Buffon, całe Włochy biją wam brawo”.

Bezczelny debiutant, niefortunny numer i ustawka z kibicami

Wracając pociągiem do Parmy, Buffon i kilku kolegów z drużyny ubrani w oficjalne dresowe stroje reprezentacji natrafili na młodych kibiców, którzy bezpardonowo podeszli do charakterystycznie odzianych piłkarzy.

– Czytałem o was w gazecie. Najwięcej pisali o bramkarzu… jak mu tam było? Chyba Buffon – zabrał głos jeden z fanów.
– To ja jestem tym bramkarzem! – wykrzyczał w odpowiedzi Gigi.

Ogarnęła nim duma. Poczuł, że w jego życiu zaszły poważne zmiany. Szedł w górę, ludzie zaczęli go rozpoznawać, pochwały spadały na niego niczym jesienne liście z drzew. Stał się zuchwały, w oczy kluła jego infantylność, temperament znowu dawał o sobie znać. Kiedy latem 1995 roku dodano go do kadry seniorów „Gialloblu” na tournée po Ameryce Północnej, zachowywał się jak gówniarz, którym de facto wtedy był. Trener Nevio Scala wydał zakaz niezdrowego jedzenia podczas wycieczki nad wodospad Niagara. Gigi zamówił największe lody. Innym razem, Scala zabronił zabawy wózkami golfowymi w trakcie drużynowej gry w golfa. Buffon miał to gdzieś, wsiadł za kółko i bawił się przednio.

Zawsze robiłem odwrotnie, niż kazał mi Scala. Szczerze mówiąc, czasami bałem się, że jeśli trafi do psychologa, to właśnie przez moje postępowanie – śmiał się po latach.

Trener zawsze przymykał oko na występki Gigiego. Wiedział, że to tak naprawdę bystry i dobry chłopak, który szanuje kolegów i klub. W rzeczywistości lubił jego bezczelny urok, postrzegając go jako ucieczkę od presji i stresu. Kilka miesięcy po tournée, Scala znów włączył go do pierwszej kadry. Zbliżał się mecz z Milanem, a podstawowy wybór – Luca Bucci – doznał kontuzji. Rezerwową opcją był Alessandro Nista, jednak 17-letni Buffon na treningach prezentował niewiarygodną formę.

Każdy dzień przebiegał tak samo: Buffon był nie do pokonania, broniąc strzał po strzale. W piątek zwróciłem się do mojego trenera bramkarzy, Enzo Di Palmy. Zapytałem, czy też widzi to co ja. Odparł, że ten dzieciak jest lepszy, niż myślał, ale nie możemy wystawić go przeciwko Milanowi. Gdyby sparzył się w takim meczu, mógłby już nigdy nie wrócić na właściwe tory – wspominał Scala.

18 listopada 1995 roku, dzień przed wielkim pojedynkiem, znowu na treningu bronił wszystko. Wtedy Scala poczuł, że trzeba podjąć odważną decyzję. Poszedł do Gigiego, aby porozmawiać.

– Co powiesz na to, że jutro chce wystawić cię do pierwszego składu? Jesteś gotowy? – zapytał nieśmiało Scala.
– No, ale w czym problem trenerze? – odparł Buffon, a na jego twarzy zarysowało się bezczelne zdumienie.

Nigdy nie bał się wyzwań, uwielbiał do nich dążyć. Za każdy razem, gdy pojawiał się trudny wybór, postępował zgodnie z własną naturą. Zero ściemy i pozery. Bezczelnie wszedł z buta do pierwszego składu i w meczu z wielkim Milanem nie dał rady pokonać go nikt. Próbował Baggio, próbował Weah, swojej szansy szukał Boban. On jednak bronił jak w transie i po końcowym gwizdku na tablicy wyników widniały dwa zera. O swoim debiucie nie powiedział rodzicom, którzy dopiero na stadionie dowiedzieli się, że ich syn wita się z dorosłym futbolem. Podczas drogi na mecz zasnął w autokarze. Kolegów dopadło przerażenie. Wprawdzie miał być zrelaksowany, ale do jasnej cholery, nie aż tak.

Nie stronił od skandali. W Parmie kupił sfałszowaną maturę, by móc pójść na studia. Pewnego dnia zmienił numer koszulki z jedynki na 88. Później tłumaczył, iż nie zdawał sobie sprawy z neonazistowskiej symboliki tej liczby. „H” to ósma litera alfabetu. Napisana dwa razy tworzy „HH”, co jest skrótem od owianego złą sławą „Heil Hitler”. Buffon ponoć o tym nie wiedział, choć kiedy w studiu telewizyjnym pojawił się w swetrze z napisem „śmierć tchórzom”, ludzie zaczęli wątpić w jego wyjaśnienia. Ten slogan używany był przez faszystów za czasów rządów Benito Mussoliniego. Znowu usprawiedliwiał się niewiedzą, mówiąc, że chciał tym zdaniem zmobilizować partnerów z zespołu do lepszej gry.

W jego życiu nie brakowało również śmiesznych, zgotowanych przez los wydarzeń. Parma mierzyła się kiedyś z Fiorentiną w Coppa Italia, a Buffon akurat wtedy dostał wolne. Pojechał na stadion w roli kibica, a gdy już po meczu wsiadł do samochodu na parkingu, otoczyła go grupka sympatyków „Violi”. Służby porządkowe nakazały mu jechać do wyjazdu, gdzie znajdują się autobusy z fanami Parmy, którzy mieli zostać eskortowani przez policję aż do samej autostrady.

Spotkał tam niejakiego Volpo, jednego z zagorzałych tifosich, który stał z rozwaloną twarzą po bójce z florentyńczykami. Gigi zaproponował, że zabierze go ze sobą autem, by ten mógł komfortowo i szybciej wrócić do domu. W trakcie podróży autokary zatrzymały się, a wysiadający z nich kibice Parmy znów szukali sposobu na konfrontację z rywalem. Policja zorientowała się w sytuacji i przy bramkach wjazdowych na autostradę zatrzymywała wszystkich, chcąc znaleźć ultrasów, którzy brali udział w zadymie.

Wysiedliśmy obaj, ale Volpo – o wiele bardziej doświadczony w tego typu sytuacjach – ulotnił się w jednej chwili, zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę. Ja z kolei oberwałem kilka razy pałką policyjną. W końcu któryś z policjantów mnie rozpoznał. Przynajmniej taką wersję zdarzeń mi później sprzedano. Osobiście uważam, że od początku wiedzieli, kto jedzie w tym samochodzie – opowiadał w autobiografii.

Wkrótce mógł już jechać dalej i w pewnym momencie zobaczył… stojącego na poboczu Volpo. Pozwolił mu wsiąść jak gdyby nigdy nic. Po drodze panowie polubili się jeszcze bardziej, czego dowodem był wspólny wypad do dyskoteki tej samej nocy. Następnego dnia w prasie pojawiły się kuriozalne informacje, że Buffon pojechał razem z kibicami na ustawkę.

Stara Dama, czyli depresja, ale przede wszystkim lojalność i chwała

W pierwszym sezonie wystąpił łącznie w dziewięciu meczach, a już w następnym posadził na ławce Bucciego, stając się pierwszym wyborem nowego szkoleniowca klubu, Carlo Ancelottiego. Z każdym miesiącem bronił lepiej, pewniej, nabierał doświadczenia i sprytu. Jego pozycja w świecie piłki bardzo szybko rosła. W 1997 roku zadebiutował w Lidze Mistrzów w spotkaniu ze Spartą Praga. W sezonie 1998/1999 wygrał z Parmą Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, a rok później sięgnął po krajowy Superpuchar.

Łącznie spędził w Parmie 10 lat, jeśli liczymy też czasy juniorskie. To kawał historii w jego arcybogatej karierze. Wielka karta zapisana w piłkarskiej księdze. Napisanie kolejnego rozdziału kosztowało Juventus horrendalną jak na rok 2001 sumę 53 milionów euro. Była to wówczas rekordowo zapłacona kwota, jeśli chodzi o pozycję bramkarza. Wynik ten dopiero 17 lat później przebił Alisson Becker, który zamienił Romę na Liverpool, a cała transakcja opiewała na 62,5 miliona euro.

Cieszyła mnie kwota, jaką za mnie zapłacono. W tamtym czasie to było ewenementem, ludzie mówili, że taka kwota wydana na bramkarza to szaleństwo. Ja nie miałem z tym żadnego problemu. Juventus śledził moje poczynania w Parmie i jego działacze musieli sobie pomyśleć coś w stylu „ku*wa, ale ten Buffon jest dobry”. Gdyby wyłożyli pięć milionów, nie zrobiłoby to na nikim wrażenia. Tę sumę zdefiniowały realia rynku, dobry bramkarz jest równie wartościowy co dobry napastnik. Chciałem za wszelką cenę odejść do Juventusu, niezależnie od tego, ile zapłacili – wyznał szczerze w jednym z wywiadów.

Do Turynu trafił jako następca wielkiego Edwina van der Sara, który odszedł do angielskiego Fulham. Ze „Starą Damą” od razu zaczął odnosić sukcesy, a jego interwencje krok po kroku budowały legendę, którą jest dzisiaj. Warto nadmienić, że niewielu ludzi pamięta, że mógł również trafić do Barcelony, która mocno zabiegała o jego względy.

Barcelona chciała mnie w tym samym czasie co Juventus. Mój agent Silvano Martina miał udać się do Hiszpanii, by dogadać się w sprawie kontraktu, ale wtedy zaprosił mnie do siebie dyrektor generalny Juve, Luciano Moggi. Marzyłem o wygraniu ligi. Ojciec doradził mi, bym wybrał Juventus. Posłuchałem go i nigdy nie żałowałem tej decyzji. Pytała o mnie również Roma, a zważywszy, że był tam dobrze znany mi Totti, a trenerem został Capello, opcja ta wydawała się niezła. Nie dogadaliśmy się jednak finansowo, a do Rzymu zamiast mojej osoby trafił bardzo utalentowany Ivan Pelizzoli.

W pierwszym sezonie Juventus z Buffonem w bramce wygrał ligę, w następnym powtórzył ten wyczyn, a w dodatku doszedł do finału Ligi Mistrzów. 23 maja 2003 roku w spotkaniu decydującym o triumfie w Champions League Juve zmierzyło się z innym włoskim gigantem, Milanem. Po 90 minutach oraz dogrywce było 0:0, więc o wszystkim zadecydowały rzuty karne. Buffon zatrzymał strzały Seedorfa i Kaladze, ale to nie wystarczyło i Milan ostatecznie wygrał konkurs jedenastek 3:2.

Niedługo później Gianluigi musiał stawić czoła prawdopodobnie najtrudniejszemu przeciwnikowi w jego karierze – depresji. Ta straszna choroba, która była powodem samobójstwa innego golkipera, Roberta Enke, zawładnęła jego życiem w 2004 roku. Wylewnie mówił o tym wielkim kłopocie:

Przeszedłem depresję. Osiągnąłem wiek, w którym musiałem dorosnąć i zacząć traktować życie nieco poważniej, co wywarło na mnie ogromny wpływ. Cierpiałem na straszny niepokój i czasami w środku gry moje nogi zaczynały się trząść w niekontrolowany sposób. To było dość przerażające. Zdarzyło się, że tuż przed meczem poprosiłem trenera, by rezerwowy bramkarz wszedł za mnie. Ja nie czułem się na siłach. W jakiś sposób zauważyłem, że to wszystko jest trudne do opanowania, a moje ciało i umysł nie wytrzymują tej presji. Kibiców tak naprawdę gówno obchodzi, jaki masz humor i czy wszystko jest okej. Wszyscy widzą tylko piłkarza, idola. Znają Buffona, ale zapominają o Gigim. O moim cierpieniu wiedziałem tylko ja, nie powiedziałem o tym nikomu. Starałem się wysyłać bliskim i kolegom z drużyny małe sygnały. Powoli zdałem sobie sprawę, że z tego da się wyjść. Przewartościowałem parę rzeczy. Kiedyś myślałem, że psycholog to złodziej, który wyłudza pieniądze od pogubionych ludzi. To nieprawda. Jeżeli trafisz na dobrego psychologa, on pomoże ci z tego wyjść. Mnie się udało.

W maju 2006 roku wybuchła słynna afera Calciopoli. W jej wyniku Juventus utracił tytuły mistrza Włoch „wywalczone” w sezonach 2004/05 i 2005/06 oraz został zdegradowany do Serie B, w której w nowym sezonie wystartował z 17 punktami na minusie. Stało się jasne, że stolicę Piemontu opuści wówczas wielu piłkarzy, którym wizja gry w drugiej lidze po prostu nie odpowiadała. Odszedł Zlatan, Vieira, Thuram czy Zambrotta. Buffon miał dylemat, poważnie zastanawiał się nad transferem. Lojalność okazali między innymi Del Pierro i Nedved, jednak oni byli ikonami klubu, a on trafił do niego ledwie kilka lat wcześniej. Ostatecznie postanowił zostać, czym na zawsze zyskał szacunek biało-czarnej strony Turynu.

Byłem szczęśliwy, że postanowiłem zostać w Juventusie. Mocno wahałem się nad odejściem do Milanu, ale finalnie podjąłem dobrą decyzję. Niektórzy ludzie mogą dać przykład swoim postępowaniem. Ktoś musiał posłać w świat wiadomość, że w życiu najbardziej liczą się uczucia i własne przekonania, a nie pieniądze czy sława. Gdybym miał podjąć decyzję drugi raz, byłaby ona taka sama.

Juventus – czego można było się spodziewać – po roku wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej, jednak odmarsz wielu świetnych graczy oraz cięcia finansowe musiały dać o sobie znać. Buffon na jakiekolwiek klubowe trofeum musiał czekać od 2004 do 2012 roku, kiedy Juve wróciło w końcu na dobre do gry o wielkie sukcesy.

„Bianconeri” zdominowali całą dekadę w lidze włoskiej, zdobywając dziewięć tytułów z rzędu w latach 2012-2020. Gigi przez cały ten okres stanowił ostoję w bramce turyńczyków. Konsekwentnie z każdym rokiem pracował na swój niebywały status. Dokonania na krajowym podwórku były czymś wielkim, ale Buffonowi, jak i całemu Juventusowi, mocno zależało na triumfie w Lidze Mistrzów. Można chyba śmiało rzecz, że te rozgrywki stały się dla Gigiego czymś w rodzaju obsesji. Ostatecznego spełnienia. Zamknięcia wspaniałej podróży. Po przegranej w 2003 roku Buffon miał na triumf jeszcze dwie sposobności.

W 2015 roku Juve musiało uznać wyższość Barcelony, a dwa lata później Realu Madryt. Wyścig po upragnioną zdobycz był jego największą motywacją, kiedy już osiągnął zaawansowany dla zawodnika wiek. Wszystko wskazuje na to, że wyścig ten zakończy się przed metą.

W 2016 roku pobił rekord Sebastiano Rossiego w liczbie minut bez straconego gola w lidze (Buffon był niepokonany przez 973 minuty). Napisał wtedy list, którego adresatem była… bramka. Dając popis swoich literackich umiejętności, zawarł w liście takie słowa:

„Miałem 12 lat, kiedy odwróciłem się do ciebie plecami, odrzucając całą swoją przeszłość, by zagwarantować ci bezpieczną przyszłość. Posłuchałem głosu serca. Poszedłem za instynktem. Dzień, w którym przestałem na ciebie patrzeć, jest także dniem, w którym zacząłem cię kochać. Chronić cię. Być pierwszą i ostatnią linią obrony. Obiecałem, że zrobię wszystko, by już nigdy cię nie zobaczyć. Lub po prostu robić to najrzadziej, jak tylko potrafię. Bolało za każdym razem, kiedy musiałem się odwrócić i wiedziałem, że cię zawiodłem.”

Paryski romans z papierosem w buzi i powrót na stare śmieci

Gdy Wojciech Szczęsny zamienił Romę na Juventus, Buffon miał już 39 lat. Było jasne, że nadchodzi zmierzch jego kariery. Na początku ich wspólnej egzystencji w klubie panowie dzielili się liczbą minut spędzaną na murawie, ale Gigi wiedział, że Polak został na Allianz Stadium sprowadzony z myślą jego zastępstwa. Potrzebował wyzwań, bo przecież wyzwania stanowiły dla niego inspirację. Kiedy latem 2018 roku przyjął ofertę od Paris Saint-Germain, piłkarski świat nie dowierzał. Po 17 latach spędzonych w Turynie jego transfer był dla kibiców trudnym tematem.

Do stolicy Francji nie trafił jako typowy rezerwowy bramkarz. W jego pierwszym i jak się okazało ostatnim sezonie w PSG rozegrał 25 spotkań, zdobywając mistrzostwo i Superpuchar kraju. Podczas jednego ze spacerów paryskimi uliczkami paparazzi przyłapali go, jak odpala papierosa i zupełnie swobodnie kroczy z nim chodnikiem, co rusz się zaciągając. Nie od dziś wiadomo, że papierosy to jego słabość. Już kilka razy wcześniej był przyłapywany na tym niechlubnym dla sportowca nałogu. Pierwszą fajkę w życiu zapalił, mając zaledwie 14 lat. Możliwe, że właśnie to zamiłowanie do puszczonego dymka w jakiś sposób wpłynęło na jego świetne relacje ze Szczęsnym, który też jak wiadomo lubi zapalić. Wystarczy wspomnieć, jak Buffon przywitał go w Juventusie.

Wchodzę do szatni i pierwsze, co widzę, to kłęby szarego dymu. Idę na koniec, a tam dwa wielkie skórzane fotele, na jednym z nich rozłożony jest Gianluigi Buffon. Obok niego stolik, popielniczka wielkości pokrywy od studzienki i oczywiście masa kiepów. Buffon bez cienia skrępowania palił papierosy w szatni mistrza Włoch, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Byłem w totalnym szoku! „Ty, ale mi powiedzieli, że tu nie można palić”. Gigi tylko szeroko się uśmiechnął. Teatralnie się zaciągnął i rozbroił mnie, mówiąc: „Witaj w Juventusie, Wojtek”- ujawnił Szczęsny w książce „W krainie piłkarskich Bogów”.

Na Parc des Princes chcieli zaproponować mu przedłużenie kontraktu o kolejny rok, ale on nie okazywał zainteresowania. Nie skusiły go wielkie pieniądze, bowiem zgadzając się na prolongatę umowy, musiałby pogodzić się z rolą zmiennika.

Kilka miesięcy temu mogłem podpisać nowy kontrakt. Odmówiłem, ponieważ nie chciałem być rezerwowym. Miałem sporo czasu do namysłu. Zrezygnowałem z wielkiej kasy, jaką mi proponowano, bo w wieku 41 lat wciąż potrzebuję emocji.

W myśl znanego powiedzenia „stara miłość nie rdzewieje”, Buffon po rocznym romansie w Paryżu, wrócił do ukochanego klubu. Chwilę potem pobił rekord Paolo Maldiniego w największej ilości meczów rozegranych w Serie A. Obecnie ma ich na koncie aż 658, choć licznik lada dzień przestanie tykać. W Juventusie pokochali go nie tylko za efektowne parady, ale w pierwszej kolejności za osobowość. Zawsze uśmiechnięty, szczery, przyziemny, ludzki, skromny, daleki od gwiazdorstwa. Szacunek zyskał również zabieraniem głosu na ważne tematy, podczas gdy inni woleli milczeć. Niektórych ludzi mogła drażnić jego nadmierna ekspresja na boisku, ale on sam mówi, że futbol to rozrywka i cyrk oraz dawanie ludziom emocji.

Po prostu mistrz świata

Jego wybitny etap w reprezentacji Włoch zasługuje na wyodrębnienie. Buffon oprócz wspomnianego w tekście srebra mistrzostw Europy U16 z 1993 roku, ma również złoty krążek tego czempionatu, zdobyty trzy lata później. W dorosłej kadrze zadebiutował 29 października 1997 roku jeszcze jako gracz Parmy, kiedy w meczu eliminacji mistrzostw świata w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Gianluce Pagliuce. Starcie to zakończyło się remisem 1:1, a Gigi został pokonany przez… Fabio Cannavaro, który w feralny sposób skierował futbolówkę do własnej bramki.

Na mundialu we Francji był jedynie zmiennikiem Pagliuci, a Włosi pożegnali się z turniejem w ćwierćfinale. Od tamtego momentu dotychczasowy golkiper „Squadra Azzurra” w narodowych barwach już nie zagrał, więc Buffon mógł zacząć pisać własną historię. Z powodu kontuzji ominęło go Euro 2000, na którym Italia dotarła aż do finału, przegrywając tam w dramatycznych okolicznościach z Francją. Mundial w Korei i Japonii okazał się prawdziwą klęską, w dodatku okraszoną – powiedzmy sobie wprost – zwykłymi wałkami sędziów. Włosi z Buffonem między słupkami z trudem wyszli z grupy, a w drugiej rundzie trafili na gospodarzy, którym arbitrzy pomagali, jak tylko mogli. Gigi obronił nawet podyktowany w kontrowersyjnych okolicznościach rzut karny, ale wobec kolejnych zagrywek sędziów był już bezradny. Prowadzący tamte zawody Byron Moreno to bez wątpienia uczciwy człowiek. Zapłacono mu za awans Korei? Będzie awans Korei.

Mistrzostwa Starego Kontynentu w 2004 roku również okazały się dla Włochów bardzo nieudane, bowiem żegnali się z nimi już po fazie grupowej. W pierwszym meczu grali z Danią i bezbramkowo zremisowali, a jedyną osobą, która po końcowym gwizdku uśmiechała się od ucha do ucha, był Buffon. To właśnie w tamtej chwili jego problemy po długiej walce z depresją ostatecznie zniknęły.

Stało się to nagle. W najgorszym okresie miewałem chwile, w których bałem się wychodzić na murawę. Podczas Euro 2004 graliśmy na otwarcie z Danią. To było bardzo ciężkie i wyrównane spotkanie, po którym tylko ja mogłem w stu procentach się cieszyć. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że moje problemy natury psychicznej odeszły już na dobre.

Na miano najpiękniejszego momentu w reprezentacyjnej, ale też pewnie ogólnie całej karierze zasłużył mundial w Niemczech. Włochy po raz czwarty zostały mistrzem świata, a Buffon przez cały turniej puścił zaledwie jedną bramkę (w grupowej potyczce przeciwko USA). Retrospekcje z finału opisywał w swojej książce:

Finałowy mecz z Francją zremisowaliśmy, ale ostatecznie zwyciężyliśmy po serii rzutów karnych. Żadnego nie obroniłem, choć w trakcie meczu zrobiłem to, co do mnie należało, ale będę mógł opowiadać wnukom, że Trezeguet przestraszył się mnie stojącego w bramce i dlatego przestrzelił. Wiem, że nikt temu nie zaprzeczy. No, może sam David, ale on się w tym wypadku nie liczy. Do wykonywania jedenastki nie podszedł Zinedine Zidane – został wcześniej wyrzucony z boiska za paskudny wybryk. Muszę jednak w tym miejscu się do czegoś przyznać. Byłem jedyną osobą na boisku, która widziała, jak Zidane uderza Materazziego. Od razu podbiegłem do sędziego liniowego i o wszystkim mu powiedziałem. Fakt, nie był to zbyt sportowy gest z mojej strony, nie w moim stylu – dlatego nie jestem z niego dumny. Złożyło się na to kilka czynników: zbyt duża presja, zbyt dobrze grający Zidane, zbyt trudna sytuacja naszej drużyny i zbyt wielka pokusa, by dostał czerwoną kartkę i na ostatnie minuty meczu zniknął z boiska. Nie potrafiłem tego powstrzymać. Po finale zemdlałem z wrażenia.

W trakcie spotkania 1/8 z Australią doszło do zabawnego dialogu między Buffonem a Cannavaro, który kilka lat wcześniej niefortunnie zaznaczył swoją obecność w debiucie kolegi. Panowie na murawie ucięli sobie pogawędkę, którą zarejestrowały mikrofony. Gigi był przerażony perspektywą odpadnięcia z imprezy po tym, jak czerwoną kartkę otrzymał Materazzi, a gra Włochów się nie kleiła. Cannavaro odpowiadał na słowa Buffona pomiędzy kolejnymi interwencjami w obronie.

– Fabio ku*wa
– O co chodzi, Gigi?
– Nie chcę wracać do domu, rozumiesz?
– Dobrze, rozumiem
– Nie, niedobrze. Jestem poważny jak cholera. Chcę tu zostać, nie mam w domu nic do roboty, rozumiesz?!
– Rozumiem Gigi
– Zgadzasz się ze mną w lekceważący sposób i traktujesz mnie jak dupka, ale ja nie żartuję. Nie skończymy jak w Korei, prawda? Powiedz, że nie skończymy jak w Korei
– To się nie wydarzy, zobaczysz
– Fabio, to się nie może wydarzyć, jesteśmy Włochami! Nie możemy tak skończyć Fabio! Fabio nie możemy! Fabio, obiecaj mi, że dzisiaj nie odpadniemy
– Obiecuję ci, Gigi, ale pozwól mi już grać
– Słuchaj, moja rodzina może tu dołączyć do mnie, nie muszę pilnie do nich wrócić
– Wiem
– Jeśli wrócę do domu, będę zły
– To się nie zdarzy, zobaczysz
– Nie będzie jak w Korei?
– Żadnej Korei
– Pieprzyć Koreę!
– Amen

Gigi brał udział w jeszcze czterech wielkich turniejach, jednak udane dla niego i jego kraju były tylko mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie, gdzie Italia zajęła drugie miejsce. O reszcie chciałby pewnie zapomnieć. Euro 2008? Pierwszy raz jako kapitan w reprezentacji i porażka w ćwierćfinale z Hiszpanią. Mistrzostwa świata 2010? Brak awansu z grupy plus kontuzja, której nabawił się w pierwszym meczu w grupie. Mistrzostwa świata 2014? Znów powrót do domu przed fazą pucharową. Na mistrzostwach Europy w roku 2016 Włosi otarli się o półfinał, przegrywając w ćwierćfinale z Niemcami po rzutach karnych.

Ostatnimi spotkaniami o punkty w kadrze były dla Buffona baraże do mundialu w Rosji. Włosi przegrali dwumecz ze Szwedami i pierwszy raz od 60 lat zabrakło ich na turnieju dla najlepszych drużyn globu. Gigi wówczas rozpłakał się przed kamerami, jego marzenia o występie na szóstych mistrzostwach świata legły w gruzach.

Karierę w reprezentacji zakończył kilka miesięcy później, w przegranym towarzyskim starciu z Argentyną. Grał oczywiście w roli kapitana, co od 2008 roku było dla niego standardem. 176 – właśnie tyle razy zagrał dla swojego kraju. Wynik ten stanowił do niedawna rekord w ilości gier w kadrze wśród europejskich piłkarzy. Pobił go niedawno Sergio Ramos, który tych meczów ma już na koncie 180.

Piękna gablota i niedokończona opowieść

Jego osiągnięcia muszą budzić podziw. 10 razy był mistrzem Włoch, wygrał także sześć Pucharów i sześć Superpucharów kraju. Z PSG sięgnął po mistrzostwo Francji i Superpuchar Francji, a z Parmą dorzucił jeszcze Puchar UEFA. Najważniejszym trofeum pozostaje jednak mistrzostwo świata, które wespół ze srebrnym medalem mistrzostw Europy tworzy wspaniałą reprezentacyjną karierę Gigiego.

Jeśli chodzi o indywidualne sukcesy, jest ich naprawdę masa. Do najważniejszych trzeba zaliczyć drugie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki w 2006 roku, 12 statuetek dla najlepszego bramkarza sezonu w Serie A, nagrodę dla najlepszego bramkarza mundialu w Niemczech, laur od UEFA za bycie piłkarzem 2003 roku w Europie oraz trzykrotną obecność w drużynie roku według FIFA. Buffon otrzymał także Order Zasługi Republiki Włoskiej (2006). Inne wyróżnienia można sprawdzić w Internecie. Jest ich tak wiele, że ciężko przejrzyście i rzetelnie przedstawić je bez perfidnego kopiowania. W zawodowej piłce znajduje się prawie od 26 lat. Na swoim koncie zebrał łącznie imponującą liczbę 1106 rozegranych meczów.

Pięknie wypełniona gablota to nie wszystko. Wygrał nie tylko sporo złota, ale też zaskarbił sobie sympatię fanów z całego świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to zwykły gość. Taki sam jak każdy inny facet. Sodówka nie odbijała mu od czasów nastoletnich, jego hierarchia wartości wywoływała szacunek. Nigdy nie wstydził się płakać, robił to często. Swoją klasą jako człowiek być może przebił nawet tę sportową, a zważywszy na to, jak wielka ona jest, to cóż, czapki z głów panie Gianluigi. Nieubłaganie nadchodzi moment, kiedy będzie trzeba raz na zawsze powiedzieć „koniec”. Sam często żartował, że może pożegna się z piłką, gdy będzie miał 65 lat. Wszyscy jednak doskonale wiemy, że to nadejdzie dużo szybciej. Został mu sezon, może dwa w barwach Parmy. Gwiazdy gasną, ale legendy nie giną nigdy, więc ciągle czekamy na finał tej legendarnej, choć wciąż niedokończonej opowieści.

Chciałbym, aby dzień, w którym odejdę, sprawił, że ludzie będą z tego powodu smutni.

Będziemy Gigi. Będziemy.

FILIP BRZEZIŃSKI