Ruud van Nistelrooy i jego wszystkie twarze

M yślisz: Ruud van Nistelrooy, mówisz: gole. Karierę holenderskiego napastnika można byłoby właściwie przedstawić tylko za pomocą zdobytych przez niego bramek. Połowę swojego piłkarskiego życia spędził w polu karnym przeciwnika, a gdy dostał w nim piłkę, to wiedział, co z nią zrobić. Potrzebował pół sytuacji, aby wydusić z niej gola. Trudno w jego trafieniach doszukiwać się przypadku – wszystko zawdzięczał ciężkim treningom, analizom i boiskowej inteligencji. Ambitny, niepokorny i ciągle dążący do perfekcji – taki właśnie był van Nistelrooy.

Chłodne, październikowe popołudnie w Manchesterze. Prowadzona przez sir Aleksa Fergusona drużyna nie weszła dobrze w sezon, przez co do starcia z odwiecznym rywalem podchodzi z szóstej pozycji w tabeli. Arsenal na Old Trafford zawitał jako lider, wyprzedzający o dwa punkty świetnie grającą Chelsea Jose Mourinho.

Chłopcy Arsene’a Wengera bronią tytułu mistrzowskiego, który parę miesięcy wcześniej zdobyli w fantastycznym stylu, nie przegrywając żadnego meczu w całych ligowych rozgrywkach. Londyńczycy dzięki temu przeszli do historii angielskiego futbolu jako „The Invincibles”, Niepokonani. Gdyby tego było mało, to tydzień przed prestiżowym starciem z United wydłużyli swoją passę bez porażki do czterdziestu dziewięciu spotkań, bijąc tym samym wszelkie rekordy. Przy pojedynkach tej kategorii wagowej wszystkie liczby schodzą jednak na dalszy plan.

Nieco ponad kwadrans przed końcowym gwizdkiem, gdy na tablicy świetlnej wciąż widniał wynik 0:0, Wayne Rooney wpadł w pole karne Kanonierów i sprytnym zwodem minął Sola Campbella. Doświadczony obrońca wystawił nogę, co młodziutki napastnik skrzętnie wykorzystał i powalił się na murawę.

Campbell nie miał wątpliwości – jego rywal symulował. Zupełnie innego zdania był sędzia Mike Riley, który bez wahana zagwizdał i wskazał na „wapno”. Protesty wściekłych londyńczyków zdały się na nic. Piłkę na jedenastym metrze ustawił Ruud van Nistelrooy. Między słupkami, w celu rozproszenia przeciwnika, szalał mierzący sto dziewięćdziesiąt centymetrów Jens Lehmann. Wszystko trwało zaledwie chwilę, ale dla holenderskiego napastnika chwila ta była wiecznością. Gdy w końcu usłyszał gwizdek, pewnym, mocnym strzałem posłał piłkę w swój prawy róg, kompletnie myląc niemieckiego bramkarza.

Kibice na Old Trafford oszaleli, a Van Nistelrooy razem z nimi – rozpędził się z szeroko rozpostartymi rękoma, a następnie wślizgiem na kolanach popędził w stronę trybun, chowając twarz w dłoniach. Zaraz po tym, gdy zdołał się uwolnić z objęć kolegów i wydać z siebie jeszcze ostatni triumfalny krzyk, po stadionie niósł się charakterystyczny ryk w wykonaniu fanów: „Ruuuuuuud!”. W doliczonym czasie gry Rooney podwyższył wynik na 2:0, dzięki czemu Manchester United przerwał niesamowity marsz swoich odwiecznych rywali.

Choć nie był to ani najważniejszy mecz w karierze van Nistelrooya, ani też najtrudniejszy strzał w jego życiu, to dla niego samego tamten gol miał nieprawdopodobny ładunek emocjonalny. Ale po kolei…

Napastnik z krainy Oss

Przyglądając się strzeleckim statystykom Ruuda van Nistelrooya, trudno uwierzyć, że mniej więcej do siedemnastego roku życia grał jako środkowy pomocnik w lokalnych klubach. Dziwić to może, tym bardziej że w szczytowym momencie swojej kariery bohater tego tekstu dał się zapamiętać jako najbardziej klasyczna z klasycznych „dziewiątek” początku wieku.

Ruud van Nisterlooy walczący o piłkę w barwach Den Bosch.

Swoje pierwsze piłkarskie kroki młodziutki Ruud stawiał w Nooit Gedacht, w którym kiedyś występował również jego ojciec Martin, z zawodu hydraulik. Gdy talent chłopaka stawał się coraz bardziej widoczny, w rodzimym klubie zrozumiano, że nie można go dłużej trzymać.

Czternastoletni van Nistelrooy przeniósł się zatem do RKSV Margriet, nieco większej drużyny z okolic miasta Oss, gdzie przyszedł na świat 1 lipca 1976 roku. Podczas jednego z meczów w tym zespole obserwowali go skauci z PSV Eindhoven, ale jego występ na zrobił na nich specjalnego wrażenia. Przyciągnął za to uwagę drugoligowego Den Bosch, które postanowiło ściągnąć go do siebie.

W 1993 roku zatem Ruud trafił do Eerste Divisie, a trener w nowym klubie przestawił go na pozycję napastnika. Czy chłopca wieszającego nad łóżkiem plakaty legendarnego Marco Van Bastena mógł spotkać inny los?

Krok po kroku

Jest pewna anegdota związana z tamtym okresem w karierze młodego van Nistelrooya. Na początku lat 90. swoje pierwsze kroki w roli agenta stawiał Rodger Linse. Pewnego dnia został poproszony przez swoją nogą agencję o rekomendację zawodnika. W tamtym momencie nie znał zbyt wielu obiecujących piłkarzy, ale po dłuższym zastanowieniu się podał nazwisko van Nistelrooya. Firma skontaktowała się z napastnikiem i zaproponowała, że może zaaranżować jego transfer do angielskiego Tottenhamu. Linse, słysząc ten pomysł, odradził Ruudowi taki ruch i przedstawił mu swoją wizję jego rozwoju:

Zainterweniowałem i powiedziałem mu, że wszystko musi iść krok po kroku. Najpierw ligowy średniak, potem PSV, a po nim europejski klub. Powiedziałem mu, że jego celem powinno być zostanie najlepszym w Europie. Jego mama potem do mnie zadzwoniła i stwierdziła, że powinienem zostać jego menadżerem.

Nie wiadomo, ile prawdy jest w tych wspomnieniach Linsego, ale ostatecznie Ruud van Nistelrooy poszedł dokładnie taką drogą. Po trzech sezonach spędzonych w Den Bosch, zgłosiło się po niego Heerenveen i wyłożyło na jego transfer 260 tysięcy euro, dając mu szansę występów w najwyższej klasie rozgrywkowej w Holandii.

To był mój pierwszy mecz w Eredivisie i debiut w Heerenveen. To była dla mnie wielka chwila, a zdobycie bramki w pierwszej lidze było niesamowite. Heerenveen to wyjątkowy klub. Grałem tam tylko przez rok, ale dali mi szansę na rozwój. Wiele się tam nauczyłem i bardzo czule wspominam czas spędzony tam.

Już wówczas Ruud pokazywał swój charakter, a w kolejnych latach swojej kariery nie raz udowadniał, że należy do piłkarzy niepokornych. W barwach Fryzyjczyków miał okres, że był wystawiany przez trenera czasami w ataku, czasami w drugiej linii. Nie podobało mu się to i pewnego razu wściekły zapytał szkoleniowca: „Kim ja w końcu jestem, napastnikiem czy pomocnikiem?!”.

Foppe de Haan, będący wówczas menedżerem zespołu, twierdzi, że to Heerenveen zrobiło z niego strzelca wyborowego. Miał ciąg na bramkę i wiedział, jak oddawać strzały, ale brakowało mu snajperskiego cwaniactwa:

Nie był do końca drużynowym zawodnikiem, nie miał za bardzo pojęcia o tym, jak grać w sposób techniczny. Chciał dostawać każdą piłkę i naprawdę dobrze sobie z nią radził, ale grał strasznie pod siebie. Powiedziałem mu, żeby przestał za nią ganiać, tylko przyczaił się niczym lew w słońcu.

Po spędzeniu sezonu na Abe Lenstra Stadium i zdobyciu w nim trzynastu goli w trzydziestu jeden występach, Ruud van Nistelrooy przeniósł się do… Eindhoven. PSV zapłaciło za niego w 1998 roku 6.3 miliona euro, co wówczas było rekordem transferowym, jeśli chodzi o transakcję między holenderskimi klubami.

Charakterystyczna celebracja po kolejnym zdobytym golu w barwach PSV.

Ruud na Philips Stadium wszedł razem z drzwiami. Trzydzieści jeden goli w debiutanckim sezonie dało mu zasłużone pierwsze miejsce w wyścigu o koronę króla strzelców. Aby nie zostać okrzykniętym „one-season woder”, w kolejnych rozgrywkach powtórzył ten wyczyn, choć tytuł zapewniło mu „zaledwie” dwadzieścia dziewięć trafień.

Jednym z najważniejszych momentów w jego karierze było spotkanie HJK Helsinki w Lidze Mistrzów. Holendrzy wygrali na wyjeździe 3:1, a van Nistelrooy zdobył wszystkie trzy bramki dla swojej drużyny. Parę tygodni wcześniej trafił w tych rozgrywkach po raz pierwszy, a jego licznik w Champions League zatrzymał się ostatecznie na pięćdziesięciu sześciu golach, co obecnie daje mu szóste miejsce w tabeli wszech czasów. Tak po latach wspominał tamten mecz w Finlandii:

To była chwila, żeby się zatrzymać i popatrzeć w tył na przebytą przeze mnie drogę – wspinanie się przez holenderskie ligi z Den Bosch, Heerenveen i PSV. Zdobycie tamtego hattricka dało mi nadzieję i wiarę w spełnieniu swoich marzeń, na osiągnięciu sukcesu na najwyższym poziomie.

Zanim van Nistelrooy dał się poznać w barwach PSV jako zabójczo skuteczny napastnik, to jeszcze biegając w koszulce Heerenveen, zaczynał przyciągać uwagę większych klubów. Imponował wówczas do tego stopnia, że zainteresował Martina Fergusona, brata sir Aleksa. „Podoba mi się ten chłopak, wygląda na doskonałego do gry w United” – zaraportował szkoleniowcowi Czerwonych Diabłów, a szkoleniowiec po takiej rekomendacji postanowił sprowadzić go do Manchesteru. Gdy jednak pojawił się w Holandii, okazało się, że Ruud podpisał już kontrakt z czerwono-białymi. Nie zraziło to jednak Fergusona i postanowił po niego wrócić w odpowiednim czasie.

Van Nistelrooy, Heerenveen i kultowa naklejka Panini.

Urodzony zwycięzca

Liczby wykręcane przez Ruuda van Nistelrooya na boiskach Eredivisie musiały budzić podziw. Z pewnością byłyby jeszcze lepsze, gdyby nie kontuzja pod koniec drugiego sezonu w PSV. W kwietniu 2000 roku, po dodatkowych rekomendacjach ze strony Bobby’ego Robosna, który trenował go przez rok na Philips Arena, Manchester United wyłożył na stół ponad 18 milionów funtów.

Cztery dni później transfer miał zostać oficjalnie ogłoszony na konferencji prasowej, ale zamiast tego, klub poinformował, że dojdzie do lekkiego opóźnienia. Powód? Niedoleczona kontuzja, z powodu której napastnik nie grał od ponad miesiąca. Anglicy zaproponowali kolejne badania, ale PSV nie chciało się na nie zgodzić. Linse, wspomniany wcześniej agent van Nistelrooya, wspomina:

Spędziliśmy w szpitalu cały dzień. Odbywały się testy medyczne, skany, byli z nami fizjoterapeuci i lekarze. Wszystko było w porządku. Byliśmy obaj tak szczęśliwi i żartowaliśmy, że jeżeli klubowy doktor czegoś się doszuka, to będziemy musieli go zabić. Lekarz przyszedł i oznajmił, że kolano nie jest do końca sprawne. Transfer upadł, a wraz z nim cały świat Ruuda.

Sztab medyczny chciał położyć napastnika na stole operacyjnym, ale ten odmówił. Klub z Eindhoven kurczowo trzymał się swojej racji i postanowili nawet nagrać trening, aby pokazać, jak świetnie radzi sobie van Nistelrooy z rzekomą kontuzją. Planowali wysłać nagranie do Manchesteru. W czasie zajęć Holender niefortunnie upadł i zerwał przednie więzadło krzyżowe. Dla Ruuda to był niewyobrażalny dramat.

Dlaczego bohater tekstu tak bardzo wzbraniał się przed operacją kolana? Po prostu robił wszystko, aby wystąpić wraz z reprezentacją Holandii na Euro 2000, które jego ojczyzna organizowała wspólnie z Belgią. Zadebiutował w kadrze dwa lata wcześniej w towarzyskim meczu z Niemcami i chociaż przez ten czas strzelił dla niej tylko jedną bramkę (z Maroko), to jako dwukrotny król strzelców krajowej ligi, nie musiał się martwić o miejsce w składzie.

Oranje musieli jednak radzić sobie bez niego i początkowo szło im bardzo dobrze, ale w półfinale uznali wyższość Włochów, którzy o wiele lepiej wykonywali rzuty karne. Nie dość, że Jaap Stam, Frank De Boer i Paul Bosvelt nie potrafili pokonać Francesco Toldo, to jeszcze Francesco Totti upokorzył ich celnym strzałem „panenką”.

Ze 150 bramek zdobytych w barwach Czerwonych Diabłów, tylko jedna padła zza pola karnego.

Pod koniec kolejnego sezonu van Nistelrooy wrócił do gry, a Manchester – z kolejną propozycją transferową. Sir Alex Ferguson przez cały okres rehabilitacji przebywał z Ruudem w stałym kontakcie i zapewniał go, że miejsce na Old Trafford będzie na niego czekać.

Szkocki menedżer wierzył, że holenderski snajper jest w stanie odmienić oblicze jego drużyny. W 2001 roku van Nistelrooy podpisał pięcioletni kontrakt, a PSV dostało za niego dziewiętnaście milionów funtów. Wówczas nie była to mała kwota, tym bardziej za piłkarza, który nie grał przez rok w piłkę. Holender był jednak pewny siebie i dziennikarzom podważającym sens tego transferu odpowiadał:

Cena nie będzie mi ciążyć… Wręcz przeciwnie – będzie mi dodawać skrzydeł, ponieważ oznacza, że w United wierzą w moje umiejętności.

Charakterem van Nistelrooy idealnie pasował do Manchesteru. Miał w sobie ogromną żądzę wygrywania i dążenia do nieustannego rozwoju. Kontuzja kolana w takim momencie kariery złamałaby nie jednego, a Ruud po czasie stwierdził, że stał się dzięki niej silniejszy – fizycznie i mentalnie.

Przywracał do życia swoje kolano, wzmacniając jednocześnie górne partie mięśni. Poprawił swoją szybkość. Bał się, że nie będzie dane mu zagrać w barwach United. Zmienił swoje ciało, ale nie kopał piłki przez kilkanaście miesięcy. Tęsknił za tym bardzo i bał się powrotu, jednak Ferguson uspokajał go, twierdząc, że tego się przecież nie zapomina. Choć na boisku nie pchał się do pomagania drużynie, to pracowitości na treningach nie można było mu odmówić.

Był perfekcjonistą. Skrupulatnie analizował swoją grę po każdym meczu. Trenerom zaimponował zwłaszcza w momencie, gdy jako jedyny pojawił się na zajęciach dzień po wygraniu Premier League. Ta obsesja doskonałości ostatecznie po części doprowadziła do jego niechlubnego końca na Old Trafford. Gdy zarzucano mu boiskową jednowymiarowość (o której nieco później), to zaczął pracować nad samym sobą:

Zawsze staram się być bardziej kompletnym zawodnikiem. Moją ambicją jest połączenie najlepszych cech numerów 9 i 10. Chcę być napastnikiem, który jest również zawodnikiem drużynowym i kreatorem.

Oczekiwania wobec van Nistelrooya były duże nie tylko ze względu na cenę, lecz także z powodu aktualnej pozycji klubu na podwórku krajowym i międzynarodowym. Mimo że w Holandii strzelał gola za golem, a z PSV zdobył dwa ligowe tytuły, to w Anglii czekał go zupełnie nowy świat. Chwilę przed jego przyjściem United zapewniło sobie trzecie mistrzostwo Premier League z rzędu, a w 1999 roku zdobyło Potrójną Koronę.

Dodatkowo został sprowadzony do Manchesteru, aby zastąpić Andy’ego Cole’a (sprzedany parę miesięcy później do Blackburn), a ten podczas swojego pobytu na Old Trafford raczej amunicji nie marnował. Dla napastnika jednak najlepszą odpowiedzią na wątpliwości krytyków są gole, a te van Nistelrooy zaczął zdobywać już od debiutanckiego meczu z Liverpoolem w ramach Tarczy Dobroczynności (porażka 1:2). Po pierwszej bramce przyszły dwie kolejne na inaugurację nowego sezonu Premier League. A potem następne. I następne…

Jeśli chodzi o przegrywanie z United, to zawsze czuję się za to odpowiedzialny. Nic na to nie poradzę. Mój mózg będzie pracował jak szalony po porażce. Muszę wiedzieć, gdzie popełniłem złą decyzję i co mogłem zrobić, żeby pomóc temu fantastycznemu klubowi – Ruud van Nistelrooy dla klubowej telewizji MUTV.

Odpowiednia osoba, nieodpowiedni czas

Van Nistelrooy został sprowadzony na Old Trafford, aby odmienić nieco styl gry Manchesteru. W kadrze Czerwonych Diabłów przez lata znajdowali się fantastyczni łowcy bramek, ale brakowało w niej napastnika o profilu Holendra. Nie było już Teddy’ego Sheringhama, a wkrótce odeszli również Dwight Yorke i Cole.

Z zabójczego kwartetu atakujących pozostał w klubie tylko Ole Gunnar Solskjaer, który był zupełnie innym typem zawodnika. Razem z Ruudem w United tego samego lata zameldował się Diego Forlan, ale razem byli jak ogień i woda. Fergusonowi, po trzech kolejnych triumfach na angielskiej ziemi, zależało, aby ponownie podbić Europę, a w osiągnięciu tego celu pomóc mu miało przejście na ustawienie 4-5-1.

Motorem napędowym byli szalejący na skrzydłach David Beckham i Ryan Giggs, a za kreację w środku pola odpowiedzialni mieli być Paul Scholes oraz świeżo sprowadzony Juan Sebastian Veron. Ruud van Nistelrooy idealnie sprawdzał się w roli jedynego napastnika na placu. Pole karne było jego królestwem, a król nie lubi dzielić się władzą. Sposób gry i charakter Holendra wiele mówi o tym, dlaczego nigdy nie stworzył udanego duetu ani z Forlanem, ani z Solskjaerem. Sam zresztą wielokrotnie powtarzał, że najlepiej współpracowało mu się z Beckhamem i Scholesem. Jego styl najlepiej opisał w swojej autobiografii Ferguson:

Tego rodzaju środkowi napastnicy rządzili w piłce nożnej. Zostawiało się ich w polu karnym, żeby tam wykonywali swoją pracę. Van Nistelrooy pasował do tamtego wzoru. Należało mu stworzyć sytuacje, ale niezawodnie kończył akcje i był prawdziwym łowcą bramek. W gruncie rzeczy był jednym z najbardziej egoistycznych napastników, jakich widziałem. Miał obsesję, by samemu zdobywać jak najwięcej goli. Ta determinacja dawała mu przewagę wspaniałego mordercy. Nie interesował się budowaniem akcji ani tym, ile metrów przebiegł podczas meczu albo ile wykonał sprintów. Jedyne, co go naprawdę interesowało, to liczba bramek zdobyta przez Ruuda van Nistelrooya. Nie był najszybszym napastnikiem, ale potrafił szybko myśleć w polu karnym.

Gary Neville zwykł mówić o nim, że na sto sytuacji jest w stanie wykorzystać dziewięćdziesiąt dziewięć. Potrzebował naprawdę niewiele, aby zdobyć bramkę. Oglądając jego bramki, można odnieść wrażenie, że zadanie kolegów z zespołu było proste: dostarczyć Ruudowi piłkę w pole karne, a z resztą poradzi sobie sam.

Niesamowite jest to, że w barwach United strzelił tylko jednego gola zza „szesnastki”. Mimo to niesprawiedliwym byłoby napisanie, że jego rola ograniczała się tylko do dostawiania nogi po podaniach. Bardzo dobrze grał tyłem do bramki i fantastycznie wchodził w wolne strefy. Po prostu nie interesowało go schodzenie gdzieś na boki w celu znalezienia sobie miejsca. Najlepiej czuł się w polu karnym i tam, jak radził mu trener w Heerenveen, czekał jak lew na zwierzynę. Nie wszystkie jego gole były takie same.

Potrafił przecież popisać się efektownym rajdem przez pół boiska, jak w starciu z Fulham. Albo minąć samotnie obronę Arsenalu i akcję zakończyć piękną podcinką. Albo cudownie obrócić się z rywalem na plecach i zapakować piłkę w samo okienko Sunderlandu. Michael Cox w swojej rewelacyjnej książce o historii taktyki w Premier League, „The Mixer”, opisuje grę van Nistelrooya w następujący sposób:

Holender był fantastycznym łowcą bramek, uwielbiał dośrodkowania, przewidywał, gdzie spadnie piłka, wyczuwał, że bramkarz wyjdzie i można go ominąć. Choć zdobywał bramki wyłącznie z bliska, część z nich była spektakularna, zwłaszcza gdy dostawał trudne do opanowania piłki na dużej wysokości. Pokazywał wówczas niewiarygodne umiejętności, gasząc je, a potem obracając się i trafiając do bramki. Ostatecznym celem w piłce nożnej jest umieszczenie piłki w siatce i z tysięcy zawodników, którzy grali w Premier League, nikt nie wykonał tego prostego zadania lepiej od van Nistelrooya.

Ruud miał w Anglii jeden problem. Nazywał się on Thierry Henry. Francuz na Wyspach Brytyjskich zjawił się w 1999 roku i choć jego aklimatyzacja trwała zdecydowanie dłużej niż Holendra, to, jak na złość, jego talent rozbłysnął najjaśniej po przeprowadzce van Nistelrooya do Manchesteru.

Jeżeli przez wiele lat symbolem bezpośredniej boiskowej rywalizacji między Arsenalem a United byli Patrick Vieira oraz Roy Keane, to zaciekłe wyścigi o koronę króla strzelców tych dwóch napastników zapewniały emocje poza murawą. Strzeleckie pojedynki Cristiano Ronaldo i Leo Messiego w lidze hiszpańskiej? W Premier League robili to, zanim stało się modne.

Przez pięć sezonów obecności Ruuda w Anglii, razem z Henrym rozdzieli między sobą wszystkie pięć tytułów najlepszego strzelca rozgrywek. Na nieszczęście Holendra, Francuz zgarnął wówczas aż cztery takie statuetki. Trzy razy Ruud van Nistelrooy musiał zadowolić się drugim miejscem, a gdy już udało mu się wygrać (w swoim drugim sezonie), to zrobił to zaledwie jedną bramką. Miał prawdziwą obsesję na punkcie Henry’ego, ale jednocześnie doceniał swojego rywala, który swoją drogą był zdecydowanie bardziej wszechstronnym i efektownym piłkarzem. Nie tylko strzelał seryjnie bramki, lecz także asystował kolegom i zapewniał rozrywkę fanom. Giggs wspomina, że van Nistelrooy zawsze był w fatalnym nastroju, gdy nie udało mu się trafić do siatki. Scholes z kolei dodaje:

Jeśli nie strzelił gola, siedział skwaszony na tyłach autokaru, nawet gdy wygraliśmy mecz. W dodatku, gdy podczas sprawdzania innych wyników okazywało się, że Henry strzelił, Ruud wściekał się jeszcze bardziej. Widział w nim osobistego rywala i stanowczo obstawał przy tym, że na pewno zdobędzie więcej bramek.

Z tego też powodu konfrontacje z Arsenalem miały dla niego szczególne znaczenie. Wzmocniło je jeszcze dodatkowo wydarzenie, do którego doszło we wrześniu 2003 na Old Trafford. United, świeżo upieczony mistrz kraju, podejmował u siebie Kanonierów, którzy wyścig o mistrzostwo przegrali zaledwie pięcioma punktami.

Spotkanie było zacięte i pełne nieczystej gry, czego konsekwencją była czerwona kartka Vieiry, próbującego kopnąć bez piłki van Nistelrooya. Wielokrotnie po tamtym spotkaniu piłkarze londyńczyków i sam Arsene Wenger zarzucali Holendrowi nieczyste zagrania i liczne prowokacje. Mimo gry w przewadze, gospodarze nie byli w stanie sforsować defensywy Arsenalu. W samej końcówce spotkania Scholes został powalony w polu karnym. Piłkę ustawił sobie van Nistelrooy, wziął długi rozpęd, uderzył z całej siły i… trafił w poprzeczkę.

Chwilę później sędzia zagwizdał po raz ostatni, spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, a po zakończeniu sezonu Kanonierzy cieszyli się z mistrzostwa zdobytego bez choćby jednej porażki. Po ostatnim gwizdku arbitra piłkarze gości, z Martinem Keownem na czele, naskoczyli na Holendra. Doszło do przepychanki i wielkiej awantury, a całe starcie zostało potem określone mianem „Bity o Old Trafford”. Van Nistelrooy na zemstę musiał czekać niemal równe dwa lata – skutecznie zrewanżował się dopiero w meczu, który został opisany na początku tekstu.

Jeden z klasycznych obrazków Premier League – przepychanki między zawodnikami United i Arsenalu po spotkaniu na Old Trafford w 2003 roku.

Ruud dla Manchesteru zdobył równe sto pięćdziesiąt goli, ale niestety, dla klubu i niego samego, nie przełożyły się one zbytnio na trofea. Przez pięć sezonów wspólnie sięgnęli zaledwie po jedno mistrzostwo, Puchar Anglii, Puchar Ligi i Tarczę Dobroczynności. Jest to niezwykle skromny dorobek, kiedy zestawimy go z tym, co United wygrało przed jego transferem i zaraz po nim. Tak mała liczba trofeów nie pasuje też do napastnika takiego kalibru. Pobyt holenderskiego snajpera na Old Trafford najlepiej podsumowała gazeta The Independent:

Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu, ale w niewłaściwym czasie – oto historia Van Nistelrooya.

Ławka niezgody

W Manchesterze, poza jednym sezonem, w czasie którego prawie cały czas leczył kontuzję, zawsze błyszczał w indywidualnych statystykach. Sto pięćdziesiąt strzelonych przez niego goli daje mu jedenastą pozycję na liście wszech czasów klubu (dla porównania: Ronaldo zdobył trzydzieści dwa mniej). Jego pobyt w drużynie jest odbierany jednak ambiwalentnie, a to głównie przez sposób, w jaki z niej odszedł.

Ruud Van Nistelrooy nie należał do najgrzeczniejszych piłkarzy na świecie. Zarówno na boisku, jak i poza nim, prowadził życie samotnika. Często popadał w konflikty z kolegami drużyny, kwestionując ich nastawienie lub podejście do treningu.

Z tego powodu nigdy nie udało mu się stworzyć udanego duetu w reprezentacji z Patrickiem Kluivertem, który swoją drogą też urodził się 1 lipca 1976 roku. Ruud zarzucał mu brak profesjonalizmu i krytykował jego beztroski tryb życia. O dążeniu do starć wspominał w swojej autobiografii także Ferguson:

Pierwszym sygnałem kłopotów między nami było to, że Ruud zaczął nieustannie narzekać Carlosowi Queirozowi na Ronaldo. Zdarzyło się kilka konfrontacji na stojąco, ale nic, czego nie dało się opanować. Następnie Ruud przerzucił się na Gary’ego Neville’a. Gary był na to przygotowany i wygrał tę bitwę. Następnym, który zdawał się wywołać gniew Ruuda, był David Bellion. Było sporo sprzeczek przez cały jego ostatni sezon u nas, ale toczyły się głównie między van Nistelrooyem a Ronaldo.

Właśnie konflikt między Holendrem a młodym Portugalczykiem jest jednym z dwóch głównych powodów odejścia tego pierwszego. Ruud miał ogromny problem ze stylem gry Ronaldo, który według niego za długo trzymał piłkę i zdecydowanie za rzadko posyłał ją w pole karne. Po kolejnej ostrej wymianie zdań w czasie treningu, van Nistelrooy krzyknął w kierunku Cristiano, aby „poszedł wypłakać się do tatusia”, mając na myśli wspomnianego wyżej Queiroza – pochodzącego z Portugalii asystenta Fergusona. Nie miałoby to takiego wydźwięku, gdyby nie to, że kilka tygodni wcześniej ojciec Ronaldo zmarł z powodu choroby.

Drugim punktem zapalnym było zachowanie Ruuda podczas finału Pucharu Ligi w 2006 roku. Manchester spotkał się w nim z beniaminkiem Premier League, Wigan Athletic. W wyjściowym składzie Ferguson, podobnie jak w poprzednich rundach, postawił na Louisa Sahę i Wayne’a Rooneya. Razem zdobyli trzy bramki, a czwartą dołożył jeszcze po godzinie gry Ronaldo.

Gdy wynik był już pewny, szkocki menedżer wprowadził na boisko młodego Kierana Richardsona, a zaraz po nim dwa nabytki ze styczniowego okienka – Patrice’a Evrę i Nemanję Vidicia. Van Nistelrooy nie mógł znieść braku miejsca w podstawowym składzie, a niewpuszczenie go na plac przelało szalę goryczy. Holender wypowiedział wówczas parę niecenzuralnych słów w stronę Fergusona i na ławce wylądował niemal do końca sezonu (ale i tak został najlepszym strzelcem drużyny). Gdy w ostatnim meczu ligowym nie znalazł się nawet w kadrze, wyjechał ze stadionu.

Z czasem relacje Fergusona i Van Nistelrooya zaczęły się pogarszać, co dla tego drugiego oznaczało koniec przygody w Manchesterze.

Już rok wcześniej Ruud, poprzez swojego agenta, naciskał bardzo na transfer do Realu Madryt. Ferguson powiedział jednak, że puszczą go dopiero, gdy hiszpański klub wyłoży na niego trzydzieści pięć milionów funtów. Królewscy nie palili się do płacenia tej kwoty, wiec temat na pewien czas ucichł.

Pod koniec sezonu 2005/06 van Nistelrooy czuł jednak, że jego kariera na Old Trafford dobiega końca. Wspomniany brak większych sukcesów United był wówczas spowodowany wymianą pokoleniową. Holender w jednej z rozmów ze swoim trenerem stwierdził, że nie może czekać, aż Rooney i Ronaldo dojrzeją, aby poprowadzić klub do triumfów. Mając trzydzieści lat, odszedł w końcu do Realu Madryt. Chichotem losu jest to, że rok po jego transferze Manchester sięgnął po mistrzostwo kraju. Z tą dwójką piłkarzy za sterami powtórzyli to jeszcze w kolejnych dwóch sezonach, dodając do tego również triumf w Lidze Mistrzów. Odpowiedni człowiek, nieodpowiednie miejsce.

Życie jak w Madrycie

Ruud van Nistelrooy zameldował się na Santiago Bernabeu w lipcu 2006 roku, a transfer zamknął się w kwocie czternastu milionów euro. Real znajdował się wówczas w zupełnie innym położeniu, niż United, gdy Holender przeprowadzał się do Anglii. Królewscy od trzech lat nie zaznali smaku krajowego mistrzostwa, a po Ligę Mistrzów sięgnęli ostatni raz pięć sezonów wcześniej.

Dodatkowo, klub opuścili Zinedine Zidane (emerytura) oraz Ronaldo (transfer do Milanu). Zadanie przywrócenia Los Blancos na tron zostało powierzone Fabio Capello, dla którego była to druga przygoda z madryckim zespołem. Włoch zabrał ze sobą z Juventusu Fabio Cannavaro i Emersona, a w Hiszpanii zjawili się także Mahamadou Diarra i Jose Antonio Reyes.

Van Nistelrooy, po mało eleganckim odejściu z Manchesteru, chciał za wszelką cenę udowodnić swoją wartość. Zrobił to w najlepszy z możliwych sposobów – Real wygrał ligę (zadecydował bilans bramkowy!), a on sięgnął po koronę króla strzelców. Najważniejszym dla niego momentem tamtego sezonu było starcie w przedostatniej kolejce z Realem Saragossą:

Cóż to był za idiotyczny mecz! W tabeli mieliśmy tyle samo punktów, co Barcelona. Wygrywali z Espanyolem, a my przegrywaliśmy 1:2. Minutę przed końcem doprowadziłem do wyrównania, a w tym samym czasie Espanyol również strzelił gola. Fani w Madrycie eksplodowali. Tylko podczas takich chwil szaleństwa uświadamiasz sobie, jak piękna i zwariowana może być ta gra. Dzielenie tak emocjonującego momentu z tyloma osobami było czymś niezwykłym. W ostatnim meczu pokonaliśmy Mallorcę i wygraliśmy ligę!

Holenderski snajper wysłał wówczas jasny przekaz wszystkim swoim krytykom – Van Nistelrooy żyje i ma się dobrze. W następnym sezonie Real ponownie okazał się najlepszy w lidze, ale wkład Ruuda był już nieco skromniejszy. Najskuteczniejszym strzelcem Królewskich został wówczas Raul, a bohater tekstu zdobył we wszystkich rozgrywkach o dwanaście goli mniej w stosunku do poprzedniego roku.

Od tamtego momentu rozpoczął się jego powolny zjazd. Coraz mocniej do drzwi pierwszego składu pukał młody Gonzalo Higuain, a władze klubu dały van Nistelrooyowi dość wyraźny sygnał, sprowadzając w zimie 2009 roku Klaasa-Jana Huntelaara, strzelającego bez opamiętania bramki w Ajaksie Amsterdam. Ruud grał coraz mniej, również z powodu ciągnącej się za nim kontuzji. Gwoździem do trumny był jednak… transfer Cristiano Ronaldo w kolejnym sezonie. Na początku 2010 roku Holender opuścił Madryt, pozostawiając po sobie niezły wynik strzelecki – czterdzieści sześć goli w sześćdziesięciu ośmiu spotkaniach ligowych.

Holenderska kolonia w Madrycie – Arjen Robben, Rafael Van Der Vaart i Ruud van Nistelrooy.

HSV Hamurg był kolejnym przystankiem w jego karierze, z którym podpisał kontrakt na osiemnaście miesięcy. W Bundeslidze miał okazję zmierzyć się na boisku z dawnym kolegą z Madrytu, czyli Raulem, który w tamtym okresie reprezentował barwy Schalke 04. Co ciekawe, rok po odejściu z Hiszpanii, van Nistelrooy otrzymał propozycję powrotu do Realu – Higuain i Karim Benzema doznali kontuzji, a Jose Mourinho szukał ich tymczasowego zastępcy. Wypożyczenie ostatecznie nie doszło jednak do skutku, ponieważ transakcję zablokowało HSV. Holender dograł sezon, ale w kwietniu doznał kolejnego urazu, tym razem łydki.

Ruud w koszulce uszytej z części trykotów wszystkich klubów, w barwach których grał.

Na Półwysep Iberysjki ostatecznie wrócił jeszcze w tym samym roku, aby stać się częścią niezwykle interesującego projektu tworzonego w Maladze. Przyszedł tam na zasadzie wolnego transferu, a razem z nim na La Rosaleda zjawili się tacy zawodnicy, jak: Santi Cazorla, Isco, Joaquin, Mertin Demichelis, Carlos Kameni, Nacho Monreal czy Jeremy Toulalan.

Prowadzona przez Manuela Pellegriniego ekipa zajęła na koniec sezonu czwarte miejsce w tabeli i zagwarantowała sobie udział w Lidze Mistrzów, w której rok później nieco namieszała, choć już bez udziału van Nistelrooya. Holender zdobył w Hiszpanii jeszcze parę bramek, zanim w maju 2012 roku ogłosił, że Malaga będzie jego ostatnim klubem. Od dłuższego czasu czuł, że jego kariera piłkarska zmierza ku końcowi i ostatecznie postanowił zawiesić buty na kołku w wieku trzydziestu pięciu lat. W kwietniu strzelił gola, który po czasie okazały się jego finalnym trafieniem – pokonał bramkarza Racingu Santander i pomógł w zwycięstwie 3:0.

Przyjechałem w momencie mojego fizycznego limitu i nie mogłem już dawać z siebie wszystkiego.

* * *

Ruud van Nistelrooy wielkim napastnikiem był. To nie ulega wątpliwości. Patrząc na jego karierę z szerszej perspektywy, to można uznać go za zawodnika niespełnionego. Mimo swoich ogromnych umiejętności nie odniósł żadnych sukcesów z reprezentacją Holandii. Grał w dwóch wielkich europejskich klubach, ale akurat w momencie, gdy nie znaczyły za dużo na międzynarodowej arenie.

Choć jest w czołówce najlepszych strzelców Ligi Mistrzów, to nigdy nie wystąpił w jej finale. Dwa najlepsze okresy United w ostatnich dekadach przypadły chwilę przed jego przyjściem i zaraz po jego odejściu. W Anglii nie zostały mu nawet nagrody indywidualne, bo niemal wszystkie zgarnął Henry.

Choć wielu kibiców Czerwonych Diabłów z pewnością wspomina go z ogromnym sentymentem, to wydaje się, że na Old Trafford nie osiągnął statusu, do którego dążył, choć miał na to wpływ też styl jego odejścia z Manchesteru. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu, ale w niewłaściwym czasie. Jedno jest pewne – takich napastników już we współczesnym futbolu nie ma.

KUBA GODLEWSKI

Źródła
  • Alex Ferguson, Autobiografia, tłum. Krzysztof Skonieczny
  • Michael Cox, Premier League. Historia taktyki w najlepszej piłkarskiej lidze świata, tłum. Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski
  • „That finishing Dutch” (The Guardian)
  • „Right place, wrong time is the story of Van Nistelrooy’s unfulfilled career” (The Independent)

TO MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ: