Ruud van Nistelrooy i jego wszystkie twarze

Myślisz: Ruud van Nistelrooy, mówisz: gole. Karierę holenderskiego napastnika można byłoby właściwie przedstawić tylko za pomocą zdobytych przez niego bramek. Połowę swojego piłkarskiego życia spędził w polu karnym przeciwnika, a gdy dostał w nim piłkę, to wiedział, co z nią zrobić. Potrzebował pół sytuacji, aby wydusić z niej gola. Trudno w jego trafieniach doszukiwać się przypadku – wszystko zawdzięczał ciężkim treningom, analizom i boiskowej inteligencji. Ambitny, niepokorny i ciągle dążący do perfekcji – taki właśnie był van Nistelrooy.

Chłodne, październikowe popołudnie w Manchesterze. Prowadzona przez sir Aleksa Fergusona drużyna nie weszła dobrze w sezon, przez co do starcia z odwiecznym rywalem podchodzi z szóstej pozycji w tabeli. Arsenal na Old Trafford zawitał jako lider, wyprzedzający o dwa punkty świetnie grającą Chelsea Jose Mourinho.

Chłopcy Arsene’a Wengera bronią tytułu mistrzowskiego, który parę miesięcy wcześniej zdobyli w fantastycznym stylu, nie przegrywając żadnego meczu w całych ligowych rozgrywkach. Londyńczycy dzięki temu przeszli do historii angielskiego futbolu jako „The Invincibles”, Niepokonani. Gdyby tego było mało, to tydzień przed prestiżowym starciem z United wydłużyli swoją passę bez porażki do czterdziestu dziewięciu spotkań, bijąc tym samym wszelkie rekordy. Przy pojedynkach tej kategorii wagowej wszystkie liczby schodzą jednak na dalszy plan.

Nieco ponad kwadrans przed końcowym gwizdkiem, gdy na tablicy świetlnej wciąż widniał wynik 0:0, Wayne Rooney wpadł w pole karne Kanonierów i sprytnym zwodem minął Sola Campbella. Doświadczony obrońca wystawił nogę, co młodziutki napastnik skrzętnie wykorzystał i powalił się na murawę.

Campbell nie miał wątpliwości – jego rywal symulował. Zupełnie innego zdania był sędzia Mike Riley, który bez wahana zagwizdał i wskazał na „wapno”. Protesty wściekłych londyńczyków zdały się na nic. Piłkę na jedenastym metrze ustawił Ruud van Nistelrooy.

Między słupkami, w celu rozproszenia przeciwnika, szalał mierzący sto dziewięćdziesiąt centymetrów Jens Lehmann. Wszystko trwało zaledwie chwilę, ale dla holenderskiego napastnika chwila ta była wiecznością. Gdy w końcu usłyszał gwizdek, pewnym, mocnym strzałem posłał piłkę w swój prawy róg, kompletnie myląc niemieckiego bramkarza.

Kibice na Old Trafford oszaleli, a Ruud van Nistelrooy razem z nimi – rozpędził się z szeroko rozpostartymi rękoma, a następnie wślizgiem na kolanach popędził w stronę trybun, chowając twarz w dłoniach. Zaraz po tym, gdy zdołał się uwolnić z objęć kolegów i wydać z siebie jeszcze ostatni triumfalny krzyk, po stadionie niósł się charakterystyczny ryk w wykonaniu fanów: „Ruuuuuuud!”. W doliczonym czasie gry Rooney podwyższył wynik na 2:0, dzięki czemu Manchester United przerwał niesamowity marsz swoich odwiecznych rywali.

Choć nie był to ani najważniejszy mecz w karierze van Nistelrooya, ani też najtrudniejszy strzał w jego życiu, to dla niego samego tamten gol miał nieprawdopodobny ładunek emocjonalny. Ale po kolei…

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…