Thierry Henry – kula w armacie

Czas czytania: 14 m.

Długoletnie obserwowanie piłkarskich zmagań niesie ze sobą spore niebezpieczeństwo. Na przestrzeni lat łatwo bowiem związać swoje uczucia z określonymi jednostkami i deprecjonować jakość ich następów, często o wiele lepszych. I tak jak dla wielu kibiców ten „prawdziwy Ronaldo” włada brazylijską odmianą języka portugalskiego, to dla mnie najwspanialszym środkowym napastnikiem, jakiego miałem okazję oglądać, był Thierry Henry.

Dołącz do naszej grupy na Facebooku

Polub nasz profil na Facebooku

Na temat miejsca Arsène’a Wengera w historii futbolu można mieć różne zdanie. Jedni docenią jego rewolucyjne podejście do etyki pracy sportowca oraz zaadaptowanie w brytyjskich warunkach pięknego stylu gry, opartego na szybkiej wymianie podań. Inni zaś wypomną Francuzowi bolesny upadek Kanonierów, którzy z pozycji giganta zostali sprowadzeni do walki o samą możliwość występów w Lidze Mistrzów. Jedno jest jednak pewne, niemal wszystko, co dobre w karierze trenerskiej Francuza wiąże się z bohaterem tego tekstu. Ciężko wskazać inny duet trenera i zawodnika tak od siebie zależny. Tylko razem byli w stanie się wznieść się na wyżyny swoich możliwości i nieraz się o tym przekonali.

Dzieciństwo

Thierry Henry urodził się 17 sierpnia 1977 r. w Les Ulis, małym miasteczku w okolicach Paryża. Jego rodzice przenieśli się w te strony z Antyli Francuskich, poszukując lepszych warunków do życia. Ojciec przyszłej legendy francuskiego futbolu, Antoine, mocno angażował się w rozwój swojego syna i regularnie zabierał go na spotkania oraz obozy piłkarskie. W ten sposób nastolatek szlifował swoje umiejętności, co zapewniło mu pewne miejsce w młodzieżowych drużynach Les Ulis.

Nie spędził tam zbyt wiele czasu, gdyż dość szybko jego talent został dostrzeżony przez Thierry’ego Pretta. Był on poszukiwaczem talentów i pracował dla półprofesjonalnej drużyny z Viry-Chatillon do lat 15. Wspomniany zespół słynął wówczas ze świetnej pracy z młodzieżą, co dość szybko przekonało Antoine do umożliwienia synowi podążania tą ścieżką kariery. Decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę, a młody Thierry zdobył oszałamiające 77 bramek w zaledwie 26 spotkaniach. Warto dodać, że chwilę po dołączeniu do klubu napastnik był bliski porzucenia marzeń o piłkarskiej karierze, a wszystko z powodu smutnego wydarzenia, jakim dla młodego chłopca musiał być rozwód rodziców.

Wytrwałość jednak popłaciła i tuż przed czternastymi urodzinami Henry rozpoczął treningi w Akademii Clairefontaine Francuskiej Federacji Piłkarskiej. Było to niezwykłe wyróżnienie, gdyż aby dostąpić tego zaszczytu musiał zostać wybrany spośród 25 chłopców. W tym właśnie miejscu młody Francuz poznał część swoich przyszłych kolegów z kadry narodowej takich jak William Gallas, Louis Saha i Nicolas Anelka.

Henry spotyka Wengera

Podobnie jak wspomniani koledzy, Thierry nie musiał długo czekać na zainteresowanie wielkich klubów francuskiej ligi. 16-letni gracz został bowiem dostrzeżony przez AS Monaco. Ówczesny menadżer klubu z księstwa, Arsène Wenger, dość mocno wierzył w talent nastolatka i dał mu szansę już 31 sierpnia 1994 r. w przegranym 0-2 meczu z Nice. W sumie swój pierwszy sezon Henry zamknął trzema bramkami w ośmiu spotkaniach.

W kolejnym jednak nie zdołał poczynić spodziewanego progresu. Z perspektywy lat można dojść do wniosku, że duży wpływ mogło na to mieć odejście Wengera. W tym miejscu w zasadzie warto nieco przybliżyć ten fragment kariery legendarnego szkoleniowca Arsenalu. Choć zapewne większość z was kojarzy głównie Francuza z prowadzeniem odwiecznej walki z zamkiem w kurtce podczas spotkań na Emirates, to jednak prowadząc późniejszego finalistę Ligi Mistrzów, zyskał międzynarodową sławę.

Mało kto jednak podejrzewał w momencie zatrudnienia „specjalisty od przegrywania” jakim strzałem w dziesiątkę okaże się ta decyzja. Za Wengerem nie stała imponująca kariera piłkarska, a prowadzone przez niego Nancy właśnie zaliczyło spadek z ligi. Byłego obrońcę RC Strasbourg rekomendował jednak Gilbert Gress, jego były trener z czasów kariery piłkarskiej. Ówczesny prezes Monaco chciał w pierwszej kolejności zatrudnić właśnie Gressa, ale ten prowadził w tamtym okresie szwajcarskie Neuchatel Xamax. Wybór zatem mógł być tylko jeden, a były zawodnik Monaco, a później zdobywca mistrzostwa jako trener, Claude Puel, mimo niepokojących sygnałów miał dobre przeczucia względem nowego szkoleniowca:

Mieliśmy walczyć o sukcesy w Europie, a Wenger właśnie spuścił Nancy z ligi. Campora [prezes Monaco – przyp. red.] coś w nim jednak dostrzegł i my, zawodnicy też. Szybko zdobył więc nasz szacunek. Był wysoki, postawny, to mu pomagało, bo nie musiał podnosić głosu.

Wenger szlifuje diamenty

Jeśli z czegoś szczególnie w trakcie trenerskiej kariery Wenger zdołał zasłynąć, to poza prześmiewczym „TOP 4 jak trofeum”, będą to prawdopodobnie taktyczne innowacje, który w dzisiejszych czasach wydają się czymś oczywistym. We wczesnych latach jego kariery budziły jednak niemałe poruszenie. Dobrym przykładem mogą być 45-minutowe odprawy przed meczem, gdzie menadżer poświęcał swoją uwagę mocnym i słabym stroną rywali.

Mówił precyzyjnie przed meczami i podczas przerw. Jasno przekazywał nam, czego oczekuje. Był pierwszym trenerem, z którym pracowałem, przeprowadzającym ćwiczenia w ogromnym stopniu poświęcone taktyce i tak często wykorzystującym zapis wideowspomina Puel.

Na tym oczywiście zmiany się nie zakończyły. Zmienił jadłospis piłkarzy, nakazując im spożywanie kurczaka zamiast czerwonego mięsa. Podczas posiłków jadał razem z piłkarzami, choć wcześniej sztab szkoleniowy siadał przy osobnym stoliku, a także nie tolerował spóźnień. Gdy jakikolwiek piłkarz podpadł mu w okresie przedświątecznym, tracił w tym okresie wolne.

REKLAMA 2
Thierry Henry – kula w armacie 6

Transferowa polityka Wengera była podobna do tej, z jakiej znany był w czasie prowadzenia Kanonierów. Sprowadzał uznane nazwiska takie jak Patrick Battiston, Glenn Hoddle czy Mark Hateley, którzy wydatnie przyczynili się do zdobycia mistrzostwa Francji. W późniejszych latach regularnie stawiał na młodzież, która odegrała znaczącą rolę w mistrzostwach świata w 1998 r. Poza Henrym byli to m. in. Emmanuel Petit, Lilian Thuram czy też Youri Djorkaeff.

Okres jego panowania to być może najlepszy czas w historii klubu. W tym okresie zespół sięgnął po wspomniane mistrzostwo Francji, krajowy puchar oraz sześciokrotnie zajmował miejsce na ligowym podium. Znalazł się również w sezonie 1991/92 w finale Pucharu Zdobywców Pucharów, ale jak to niestety bywało w przypadku europejskich bojów Francuza, po trofeum nie udało się sięgnąć. Być może sukcesów byłoby znacznie więcej gdyby nie zmora Francuza w postaci Olympique Marsylia. Klub, który niedługo później musiał zmierzyć się ze skutkami afery korupcyjnej. Z dzisiejszej perspektywy ciężko ocenić, jak wspomniany proceder wpłynął na karierę Wengera w Monaco, ale niewykluczone, że zdołałby wygrać jeszcze więcej.

Nie zmienia to jednak faktu, że jego zespół w sezonie 1993/94 spisywał się fatalnie i zakończył ligowe rozgrywki na rozczarowującym dziewiątym miejscu. W takiej sytuacji musiał podać się do dymisji, a jako nowego pracodawcę wybrał japońskie Nagoya Grampus.

Być może ekspresowe odejście mentora nieco opóźniło rozwój młodego Thierry’ego, ale nie było w stanie go całkowicie zastopować. Choć w sezonie 1995/96 zaledwie trzy razy zdołał wpisać się na listę strzelców, to kolejne rozgrywki były już znacznie lepsze zarówno dla niego, jak i dla całego klubu. Zespół z księstwa ponownie sięgnął po krajowy tytuł, a młody napastnik zanotował dziesięć trafień we wszystkich rozgrywkach.

Nieudana włoska przygoda

Pewne jednak było, że wkrótce po młodego napastnika upomni się jeden z największych klubów świata. Tak też się stało w styczniu 1999 r., kiedy po aktualnego mistrza sięgnął Juventus. Licznik Francuza w Monaco zatrzymał się na 28 trafieniach i dwóch asystach w 139 spotkaniach.

Półroczny pobyt w Turynie to jednak najprawdopodobniej jedyna poważniejsza wpadka w karierze legendarnego napastnika. Na klęskę złożyło się wiele czynników, a najważniejszymi z nich były zapewne kwestie taktyczne, jak i niestabilna sytuacja zespołu. W ciągu sześciu miesięcy pracował pod okiem dwóch szkoleniowców o zupełnie odmiennym spojrzeniu na jego pozycję na boisku. O ile Marcelo Lippi postrzegał go jako środkowego napastnika, o tyle zastępujący go Carlo Ancelotti wolał wykorzystywać podopiecznego w roli lewego skrzydłowego.

Była to prawdziwa katorga dla Henry’ego, który pragnął więcej swobody na boisku i nie chciał regularnie cofać się do defensywy. Takie podejście było jednak niedopuszczalne ze względu na kwestie taktyczne, jakie preferował przyszły trener Milanu. Współpraca zatem zdawała się nie mieć żadnej przyszłości i nic dziwnego, że zaowocowała jedynie trzema trafieniami w 20 spotkaniach.

Konieczny był zatem ekspresowy transfer już najbliższego lata, a następnym przełożonym Francuza okazał się być nie kto inny jak Arsène Wenger, który międzyczasie zdążył opuścić Kraj Kwitnącej Wiśni i osiedlić się w północnym Londynie.

Początki w Arsenalu

Jeden z najważniejszych transferów w historii Arsenalu został potwierdzony 3 sierpnia 1999 r. Okoliczności tego ruchu już od samego początku mogły nastrajać optymistycznie. Mistrz świata zaliczył co prawda kiepskie pół roku w Turynie, lecz można upatrywać przyczyny w niedopasowaniu taktycznym. Tym razem znalazł się pod skrzydłami menadżera, który dał mu zadebiutować w seniorskiej piłce i miał już za sobą pierwsze sukcesy za sterami Kanonierów (m.in. mistrzostwo Anglii). Można było oczekiwać, że wcześniejsze problemy z ustaleniem pozycji na boisku się nie powtórzą.

Początki jednak zawsze są trudne i nie inaczej było w tym wypadku. W pierwszych ośmiu spotkaniach w barwach klubu nie zanotował ani jednej bramki, często wyglądając jak przysłowiowy jeździec bez głowy. Wdawał się bowiem często w zbędne dryblingi. Punktem zwrotnym dla jego kariery w Premier League okazało się być spotkanie z Southampton. Wychowanek Monaco wszedł na boisko z ławki rezerwowych, zmieniając Nwankwo Kanu, co okazało się świetną decyzją Wengera. Reprezentant Francji zapewnił swoim trafieniem zwycięstwo nad Świętymi i ewidentnie poczuł się znacznie pewniej w nowym środowisku. Pierwszy sezon zakończył zdobyciem 17 bramek w 31 meczach, lecz ciężko uznać go za szczególnie udany dla klubu z północnego Londynu. Podopieczni Wengera zakończyli sezon aż 18 punktów za potężnym Manchesterem United i ponieśli porażkę w finale Pucharu UEFA. Pogromcą angielskiego zespołu okazało się być GalatasarayGheorghe Hagim w składzie.

REKLAMA 2
Thierry Henry – kula w armacie 7

Kolejne rozgrywki oznaczały następne rozczarowania. Arsenal uległ w ćwierćfinale Ligi Mistrzów hiszpańskiej Valencii, a w klasyfikacji ligowej ponownie uplasowali się za Czerwonymi Diabłami. Sezon mogli uratować jeszcze zwycięstwem w FA Cup, ale Michael Owen pozbawił Kanonierów wszelkich złudzeń, strzelając w ostatnich minutach dwie bramki i zapewniając wygraną 2:1 Liverpoolowi.

Pierwsze trofea

Dwa pierwsze sezony musiały niebywale frustrować Henry’ego, który marzył o powtórzeniu osiągnięć takich zawodników jak Tony Adams czy Patrick Vieira. Przełamanie przyszło jednak szybciej, niż zapewne sam się spodziewał. Arsenal mając na koncie 26 wygranych, dziewięć remisów i trzy porażki, zakończył sezon 2001/02 na pierwszym miejscu w tabeli, siedem punktów przed Liverpoolem. Sięgnął również po FA Cup, który wyszarpał sąsiedniej Chelsea po trafieniach Ray Parloura i Freddiego Ljungberga. Podopieczni Wengera skompromitowali się jednak za to w Lidze Mistrzów, gdzie awansu do fazy pucharowej pozbawiło ich Deportivo La Coruña i Bayer Leverkusen.

Po raz pierwszy w karierze Henry sięgnął po koronę króla strzelców Premier League, zdobywając 24 bramki. Świetna gra dostarczała mu trofea drużynowe, indywidualne oraz spore profity finansowe. Zainteresowali się nim bowiem najlepsi producenci odzieży sportowej, tacy jak Nike. Olbrzymie dochody z kontraktów sponsorskich pozwoliły Henry’emu na zaznanie odrobiny luksusu. Za pozyskane środki postawił największy i najdroższy dom, jaki był zamieszkany w Anglii przez jakiegokolwiek piłkarza.

Wielki rywal

Sympatycy ligi angielskiej bez wątpienia są w stanie wymienić duety napastników, którzy na przestrzeni lat rywalizowali o najważniejsze indywidualne trofea w lidze. I tak jak obecnie są to m.in. Harry Kane i Jaimie Vardy, to kibice starszej daty zapewne tuż obok Henry’ego wymieniliby Ruuda van Nistelrooya. Przez pięć lat pobytu Holendra w Anglii w rywalizacji o koronę króla strzelców liczyła się w zasadzie tylko ta dwójka. Na nieszczęście wychowanka PSV, zawodnik Arsenalu triumfował aż cztery razy. Ruud bardzo poważnie podchodził do rywalizacji z Henrym, co doskonale pamięta Paul Scholes:

Jeśli nie strzelił gola, siedział skwaszony na tyłach autokaru, nawet gdy wygraliśmy mecz. W dodatku, gdy podczas sprawdzania innych wyników okazywało się, że Henry strzelił, Ruud wściekał się jeszcze bardziej. Widział w nim osobistego rywala i stanowczo obstawał przy tym, że na pewno zdobędzie więcej bramek.

REKLAMA 2
Thierry Henry – kula w armacie 8

Ta rywalizacja dodawała każdemu starciu Czerwonych DiabłówKanonierami jeszcze więcej pikanterii. Trudno jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że to Francuz był znacznie bardziej wszechstronnym i efektownym zawodnikiem. O ile reprezentant Holandii często ograniczał się do poruszania wewnątrz pora karnego, o tyle Henry często starał się grać bardziej zespołowo i obsłużyć kolegów dokładnym podaniem, co wielokrotnie podkreślał:

Dla mnie najpiękniejszą rzeczą, jaką możesz zrobić w piłce nożnej, jest podanie do kogoś, gdy sam możesz zdobyć gola. Wiesz, że jesteś wystarczająco dobry, aby strzelić bramkę w tej sytuacji, ale oddajesz piłkę komuś innemu. Niesamowity jest widok radości tego człowieka, któremu podarowałeś piłkę. Wiesz, że mogłeś strzelać, on też to wie. Każdy to wie. Wspaniałą rzeczą jest możliwość wspólnej radości.

Słowa te wielokrotnie znajdowały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Mało kto zdaje sobie sprawę, że to właśnie do wychowanka Monaco należy rekord asyst Premier League, który ustanowił w sezonie 2002/03. Ostatnich podań zanotował wówczas 20 (i 24 gole), a do dziś tego osiągnięcia nie udało się pobić nikomu, choć kilku graczy było blisko.

Frank Lampard w sezonie 2004/2005 zanotował 18 finalnych podań, a jeszcze bliżej był Mesut Özil, któremu w rozgrywkach 2015/16 zabrakło zaledwie jednej asysty do wyrównania rekordu Henry’ego. Ten pułap zdołał osiągnąć Kevin de Bryune w sezonie 2019/20, ale wyprzedzić bohatera tekstu już nie zdołał.

Niezwyciężeni

Jeśli wydaje wam się, że najlepszy okres tego zawodnika w Anglii już za nami, to jesteście w błędzie. Dochodzimy bowiem do najsłynniejszego osiągnięcia Wengera w Anglii, czyli sezonu 2003/04, ale po kolei.

Cel na te rozgrywki dla Henry’ego i spółki mógł być tylko jeden – wydrzeć machinie Sir Alexa Fergusona ligowy tytuł. Potencjał kadrowy drużyny z północnego Londynu był niesamowity, takie nazwiska jak Gilberto Silva, Sol Campbell, Ashley Cole czy też Dennis Bergkamp to zaledwie kilku z wartych wspomnienia zawodników.

I wszyscy ci gracze grali na miarę oczekiwań. Nie sądzę, abym mógł powiedzieć coś szczególnie odkrywczego o tym sezonie. Po zwycięstwie 2:1 nad Leicester City Kanonierzy stali pierwszym zespołem od czasu Preston North End z sezonu 1888/89, który sięgnął po krajowy tytuł, nie przegrywając żadnego spotkania w drodze po to trofeum. Wielka w tym zasługa chłopaka z Les Ulis, który zanotował 30 trafień i sięgnął po kolejną koronę króla strzelców. Trzynaste, a zarazem ostatnie mistrzostwo w historii Arsenalu było piękną puentą pewnego pokolenia, które po 2004 r. zaczęło stopniowo osuwać się ku przeciętności, w jakiej ten klub znajduje się do dziś.

Ten nieszczęsny finał

Jakkolwiek potoczyły się ligowe losy Kanonierów w kolejnych latach, to na tym polu Henry miał prawo czuć się spełniony. Zupełnie inaczej było w przypadku rozgrywek europejskich, gdzie jego jedynym sukcesem było dotarcie do wspomnianego finału Pucharu UEFA w 2000 r. W Lidze Mistrzów z kolei można było się w przypadku Kanonierów spodziewać solidnego występu na miarę ćwierćfinału, ale nic poza tym.

Zmieniło się to wreszcie w 2006 r. Arsenal pewnie wygrał swoją grupę, tracąc punkty jedynie raz w ostatnim spotkaniu ze szwajcarskim Thun. W 1/8 finału czekał już na podopiecznych Wengera poważny test, jakim było starcie z Realem Madryt. Nie przestraszyli się jednak utytułowanego rywala, a dzięki fenomenalnej bramce Henry’ego na Santiago Bernabeu wywalczyli awans. Był to kolejny pokaz kunsztu wychowanka Monaco, który dryblingiem minął trzech obrońców przeciwnika i pewnym strzałem umieścił piłkę w siatce. Zwycięstwo w tym spotkaniu oraz bezbramkowy remis na Highbury zapewniły awans do dalszej fazy rozgrywek.

W drodze do wielkiego finału Arsenal odprawił jeszcze z kwitkiem Juventus i rewelację tamtego sezonu, Villareal. Świetna defensywa, dynamiczni skrzydłowi oraz geniusz w ataku dawały duże szanse na końcowy sukces. Kanonierzy jako pierwszy londyński zespół w historii miał szanse wywalczyć europejskie mistrzostwo. Wystarczyło wygrać z FC Barceloną…

Jak dobrze wiemy, ten mecz był definitywnym początkiem upadku Arsenalu i narodzinami wielkiej Barcelony. Mimo że podopieczni Rijkaarda nie mogli liczyć na swoją wschodzącą gwiazdę w postaci Leo Messiego, to zdołali odwrócić losy spotkania i wygrać spotkanie 2:1 po golach Eto’o i Belletiego. Nie był to szczególnie udany mecz w wykonaniu Henry’ego, który nie był w stanie pokonać wyjątkowo dobrze dysponowanego Valdesa. Samo spotkanie dostarczyło mu wyjątkowej frustracji, czemu dobitnie dawał wyraz w pomeczowych wypowiedziach:

Byłem kopany na całym boisku. Oczekiwałem, że sędzia wykona swoją pracę. Nie wydaje mi się, by to zrobił.

Potrafił jednak docenić klasę swoich rywali, a w szczególności genialnego zmiennika, który zdołał odwrócić losy spotkania:

Ludzie wciąż mówią o Ronaldinho, Eto’o czy Giulym, ale ja ich nie widziałem. Widziałem za to Henrika Larssona. Wszedł i zmienił grę. Zabił ją. Barcelona to drużyna. To nie Eto’o, czy Ronaldinho. W środę różnicę zrobił Larsson. Wszedł i pokazał się kilkoma rajdami, to piłkarz drużynowy. Dwa razy asystował kolegom.

Nie chcę pochylać się szczegółowo nad konsekwencjami tej porażki dla przyszłości Arsenalu. Wystarczy powiedzieć, że skoro mistrzostwo Anglii z 2004 r. było ostatnim wielkim sukcesem Arsenalu, to spotkanie rozegrane dwa lata później była ostatnią szansą na moment chwały dla Wengera, której nigdy już później nie zaznał. Wiarę w inny obrót zdarzeń stracili jego zawodnicy, a w tej kategorii wyróżnił się zwłaszcza Henry. Po frustrującym, pełnym kontuzji sezonie 2006/07 napastnik uznał, że nadszedł czas na zmiany i za 16 milionów funtów przeniósł się do, o ironio, FC Barcelony.

Pobyt w Katalonii

Przenosiny legendy francuskiego futbolu do Barcelony były jednym z najsłynniejszych transferów XXI wieku, które zaskoczyły niejednego piłkarza Dumy Katalonii. Szczególne wrażenie zrobiły na Leo Messim, który w rozmowie z L’Equipe opowiedział o swoich relacjach z wychowankiem Monaco:

Pierwszego dnia nawet nie odważyłem się spojrzeć mu w twarz. Wiedziałem wszystko o tym, czego dokonał na angielskich boiskach. Miałem jego zdjęcie, a nagle byliśmy w tej samej szatni. To, co czułem, to był pewien rodzaj podziwu. Uwielbiałem go za łatwość, z jaką kończył akcję. Brał piłkę i zmierzał do celu. Jego drybling, ruchy, to wszytko było płynne i naturalne.

Mimo wskazanych przez legendarnego Argentyńczyka atutów Henry musiał ponownie zadowolić się miejscem na skrzydle, gdyż na pozycji numer 9 częściej występował Eto’o czy nawet Messi. Henry nie był już jednak tym młodym graczem z czasów Juventusu, który nie zgadzał się na kompromisy w sprawie swojej gry. Doskonale wiedział, że powoli zbliża się do końca kariery, a Barcelona daje mu okazję na wygranie upragnionej Ligi Mistrzów.

Pierwszy sezon w La Liga nie nastrajał jednak optymistycznie. Sezon 2007/08 należy uznać za smutną końcówkę kariery Franka Rijkaarda w Barcelonie. Duma Katalonii zaliczyła bardzo rozczarowujący sezon ligowy, który ukończyła dopiero na trzecim miejscu za Realem Madryt i Villareal. Szansę na choć częściową rehabilitację mógł dać ponowny sukces w Europie, ale piękny strzał wiecznie niedocenianego Paula Scholesa w półfinałowym spotkaniu z Manchesteru United pozbawił podopiecznych Holendra złudzeń.

REKLAMA 2
Thierry Henry – kula w armacie 9

Na tym etapie stało się jasne, że w drużynie wielokrotnego mistrza Hiszpanii potrzebne są zmiany, a pierwszym krokiem ku temu miała być zmiana trenera. Wiele spekulowano na temat potencjalnego następcy Rijkaarda, a zdaniem mediów jednym z kandydatów był José Mourinho, który zaczynał trenerską karierę w Katalonii jako asystent Bobby’ego Robsona i Louisa van Gaala.

Prezydent Joan Laporta miał jednak zupełnie inne plany i zdecydował się na zatrudnienie ówczesnego trenera rezerw, Pepa Guardiolę. Szkoleniowiec ten był dobrze znany klubowym fanom, gdyż sam miał okazję nosić koszulkę Barcelony jako członek słynnego Dream Teamu Johana Cruyffa.

Nowy trener od razu zabrał się za porządki i niemal z miejsca skreślił fenomenalnego, ale leniwego i problematycznego Ronaldinho. Jest to doskonały przykład na to, jak dyscyplina i posłuszeństwo taktyczne były istotne dla Guardioli. Henry nie raz odczuł to na własnej skórze.

Poszedłem na prawe skrzydło by pograć z Messim i mogłem usłyszeć jak się denerwuje, ponieważ nie byłem na swojej stronie. Naprawdę mnie to nie obchodziło. Strzeliłem gola, prowadziliśmy 1:0 ze Sportingiem do przerwy. Niby wszystko fajnie, ale on mnie zdjął. Pomyślałem: „Co zrobiłem źle”?. Był bardzo podobny do Louisa Van Gaala – kiedy Pep miał plan, należało go respektować. Jeśli nie zrobisz tego, o co Cię prosi, będziesz miał ogromne kłopoty – wspomina Henry.

Takie podejście się jednak opłaciło. Duma Katalonii sięgnęła w sezonie 2008/09 po wszystkie możliwe trofea, w tym to najważniejsze, czyli Puchar Ligi Mistrzów. Henry mógł czuć się wreszcie całkowicie spełniony i choć następny sezon był znacznie mniej udany, a zamiana Samuela Eto na Zlatana Ibrahimovicia okazała się fatalnym błędem, to zdecydowanie można ocenić jego pobyt w Katalonii jako bardzo udany. Mimo bycia bohaterem drugiego planu to i kibiców Barcelony potrafił oczarować swoimi umiejętnościami. Szczególnie warta zapamiętania wydaje się jego bramka z El Clásico.

Barcelona okazała się jego (prawie) ostatnim klubem w Europie. Po rozegraniu 121 spotkań oraz zanotowaniu 49 goli i 27 asyst opuścił Europę i przeniósł się do New York Red Bulls.

Amerykańska emerytura i triumfalny powrót

Henry podążył zatem śladami wielu zasłużonych piłkarzy, którzy ostatnie chwile swojej kariery postanowił spędzić w Stanach Zjednoczonych. Choć wielu trofeów zdobyć nie zdołał, to też nie zamierzał iść w ślady podstarzałych gwiazd, które nawet przez moment nie starały się potraktować MLS poważnie. W 135 spotkaniach zanotował 52 trafienia i 42 asysty, co po prostu musi budzić uznanie.

Kiedy jednak Henry spacerował po Central Parku, to zimą 2012 r. ukochany Arsenal przeżywał swoje problemy. Z powodu wyjazdu Marouane Chamakha i Gervinho na Puchar Narodów Afryki możliwości kadrowe Arsène’a Wengera były dość mocno ograniczone. Klubowa legenda nie mogła pozostać bierna w takiej sytuacji i wróciła do północnego Londynu na półroczne wypożyczenie.

Henry do meczowej kadry powrócił na spotkanie z Leeds United w ramach Pucharu Anglii. Arsenalowi kompletnie nie szło w tym spotkaniu i sympatycy Kanonierów coraz bardziej oswajali się z perspektywą dogrywki. W 68. minucie trybuny jednak oszalały. Wówczas Henry wszedł na boisko i zrobił to co umiał najlepiej – strzelił bramkę i zapewnił swojemu klubowi zwycięstwo.

Do końca wypożyczenia zdołał zanotować jeszcze dwa trafienia w Premier League, co ostatecznie zatrzymało jego bilans w barwach zespołu z Emirates Stadium na 228 bramkach i 104 asystach w 376 spotkaniach. Te osiągnięcia do dziś utrzymują go na pierwszej pozycji w klasyfikacji strzelców wszechczasów Arsenalu.

Do 2014 r. występował jeszcze w Nowym Yorku, gdzie w wieku 37 lat zdecydował się zakończyć karierę. Choć wygrał wszystko na poziomie klubowymi i reprezentacyjnym, to zabrakło mu tego najważniejszego wyróżnienia indywidualnego, czyli Złotej Piłki. Najbliżej tej nagrody znalazł się w 2003 r., ale wówczas większe uznanie w oczach dziennikarzy France Football znalazł Pavel Nedvěd. Na osłodę pozostały mu jednak dwa Złote Buty dla najlepszego strzelca w Europie. Mogło być gorzej.

Henry w reprezentacji

W reprezentacji Francji zadebiutował w październiku 1997 r. podczas spotkania z RPA. Dla nastoletniego napastnika marzenia reprezentacyjne mogły oscylować wokół jednego wydarzenia – mistrzostw świata 1998 w ojczystej Francji. Sprawa nie była prosta, gdyż o miejsce w kadrze walczyło jeszcze dwóch innych młodych napastników – David Trezeguet i Nicolas Anelka. Jeden z nich musiał zostać w domu, a z kręgu zainteresowań selekcjonera Aimé Jacqueta wypadł ostatecznie ten drugi.

Henry świetnie rozpoczął fazę grupową, strzelając RPA i Arabii Saudyjskiej trzy gole. Mimo to musiał w fazie pucharowej ustąpić miejsca Stéphane Guivarc’howi, który trakcie całego turnieju nie zdołał wpisać się na listę strzelców, podobnie jak Olivier Giroud 20 lat później. Świetnie jednak spełniał założenia taktyczne w kadrze opartej przede wszystkim na skutecznej defensywie, która po strzeleniu trzech goli Brazylii w wielkim finale pierwszy raz w swojej historii została mistrzem świata.

Kolejnym wielkim turniejem w jego karierze było Euro 2000, rozgrywane na boiskach Belgii i Holandii. Nowy selekcjoner Roger Lemerre postrzegał Henry’ego jako skrzydłowego, a w roli napastników preferował Trezeguta i Anelkę. To rozwiązanie taktycznie sprawdziło się przeciwko Danii, gdzie Henry zdobył jedną z bramek w zwycięskim spotkaniu. W drugim meczu przeciwko drużynie Czech Thierry również zdołał wpisać się na listę strzelców. Zaliczył także asystę przy zwycięskiej bramce Youri’ego Djorkaeff’a, a Francja wygrała 2-1 i uzyskała awans do ćwierćfinałów, gdzie poradziła sobie z Hiszpanią.

REKLAMA 2
Thierry Henry – kula w armacie 10

W półfinale podejmowała Portugalię. Początek spotkania należał do rywali, bo już w 19. minucie prowadzili 1:0 po bramce Nuno Gomes’a. Jednak w 50. minucie Henry zdołał zdobyć bramkę wyrównującą na 1:1. Taki wynik utrzymał się aż do 117. minuty, gdy w polu karnym Portugalii ręką zagrał Abel Xavier, a arbiter wskazał na jedenasty metr. Karnego nie zmarnował go Zinédine Zidane, pakując piłkę do siatki i zdobywając złotego gola.

W finale na Francuzów czekali Włosi. Do przerwy utrzymał się bezbramkowy wynik, a w 55. minucie spotkania gola dla Włochów zdobył Marco Delvecchio. Francuzi zdołali jednak wyrównać rzutem na taśmę, gdy w 90. minucie wyrównującą bramkę zdobył Sylvain Wiltord. W 103. minucie złotego gola zdobył David Trezeguet, który dał tym samym Francji drugie w historii mistrzostwo Europy.

Ostatnim wielkim turniejem reprezentacyjnym, którego wygrania Henry nie miał jeszcze na koncie, był Puchar Konfederacji. Do czasu. Bramka Thierry’ego w 97. minucie finałowego spotkania z Kamerunem pozwoliła sięgnąć w 2003 r. i po to trofeum.

Na tym oczywiście reprezentacyjne występy Thierry’ego się nie zakończyły. W swojej karierze zagrał jeszcze na mistrzostwach świata w 2002, 2006 i 2010 r. oraz na Euro 2004 i 2008. Trójkolorowi nie zdołali jednak nawiązać wówczas do dawnych sukcesów i tylko podczas niemieckiego turnieju zdołali przebić się do strefy medalowej.

Bilans Henry’ego w kadrze narodowej zatrzymał się na 124 występach i 51 bramkach. Podobnie jak w przypadku Arsenalu, jest najlepszym strzelcem w historii reprezentacji.

Podsumowanie

Czy Thierry Henry zasługuje, aby stawiać go w jednym rzędzie z największymi legendami futbolu? Ciężko powiedzieć. W przypadku największych sukcesów swojej karierze (Liga Mistrzów i mistrzostwo świata) nie był kluczową postacią w zespole, ustępując miejsca bardziej przydatnym w określonym momencie zawodnikom. Wykazywał się jednak niesamowitą regularnością, która pozwoliło mu na grę przez ponad 20 lat przy zachowaniu niesamowitych statystyk strzeleckich. Warto o nim pamiętać, zwłaszcza jeśli przyjdzie Wam oglądać obecnie spotkania rozgrywane na Emirates Stadium. Kiedyś to jednak było.

MATEUSZ GĄDEK

[/su_spoiler]
Redakcja
Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. kontakt: 661-212-782, e-mail: redakcja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Kultowe zdjęcia w historii piłki nożnej

Zdjęcie może zaciekawić równie mocno, co film. Zapraszamy do zestawienia kultowych piłkarskich fotografii.

Statystyki polskich piłkarzy w 2 i 3 lidze niemieckiej.

W tym artykule przedstawiamy zestawienie polskich piłkarzy, którzy kiedykolwiek występowali w 2 bądź 3 lidze niemieckiej.

Patryk Małecki – niepokorny piłkarz z Wisłą w sercu

Patryk Małecki to postać nietuzinkowa - w tym artykule opisujemy jego historię.