Mariusz Jop, emocje w końcówce, ciekawa konferencja – reminiscencje po meczu Stali Rzeszów z Wisłą Kraków

Czas czytania: 8 m.
5
(6)

18 lutego 2024 roku Retro Futbol gościło na Stadionie Miejskim w Rzeszowie, gdzie odbył się mecz Furtuna 1. Ligi, w którym miejscowa Stal podejmowała Wisłę Kraków. Dla obu drużyn było to pierwsze ligowe spotkanie po zimowej przerwie. W naszym tekście poruszymy kilka wątków, sporo działo się bowiem nie tylko na boisku, ale również wokół meczu. Tradycyjnie też przeniesiemy się w przeszłość.

Przed meczem

Wyniki meczów sparingowych rozegranych w przerwie zimowej mogły napawać kibiców rzeszowskiej Stali dużym optymizmem. Zespół Marka Zuba mierzył się głównie z silnymi rywalami, wśród których były m.in. czołowa drużyna pierwszoligowych rozgrywek Motor Lublin oraz reprezentująca nasz kraj w europejskich pucharach Legia Warszawa. Z oboma tymi rywalami rzeszowianie przegrali, ale to nie wyniki są najważniejsze w grach towarzyskich. Poza tym były zwycięstwa nad Stalą Stalowa Wola i Górnikiem Łęczna.

W ostatnim ligowym meczu w roku 2023 Stal przegrała na wyjeździe 0:2 z GKS Tychy i do rywalizacji z Wisłą przystępowała, zajmując dwunaste miejsce w tabeli. Biała Gwiazda była piąta. Jesienne granie zakończyła zwycięstwem 2:1 nad Polonią Warszawa. W sparingach mierzyła się głównie z zagranicznymi zespołami i osiągała dobre wyniki.

Warto dodać, że nowym trenerem drużyny spod Wawelu został niedawno Albert Rude. 36-letni Hiszpan pracował m.in. w sztabie szkoleniowym Interu Miami. Co ciekawe, przy wyborze szkoleniowca posłużono się matematyczną analizą opartą na sztucznej inteligencji.

Przyjazd tak uznanej w polskim futbolu marki, jaką jest Wisła, wzbudził w Rzeszowie duże zainteresowanie. Podobnie było zresztą w poprzednim sezonie. Wówczas Stal, jeszcze pod wodzą Daniela Myśliwca, wygrała 2:1, Działo się to tego samego dnia, w którym polscy siatkarze pokonali Brazylię i awansowali do finału mistrzostw świata, a Igą Świątek triumfowała w wielkoszlemowym turnieju US Open.

Tym razem również można było poczuć wyjątkową atmosferę, mimo że mecz zaczął się o 12.40, więc nie był rozgrywany przy sztucznym świetle. Na trybunach zasiadło ponad sześć tysięcy ludzi. Kibice Wisły nie dostali zgody na wejście, lecz w sporej grupie przyjechali do Rzeszowa i zgromadzili się pod stadionem.

Pod koniec tekstu wrócimy do meczu Stali z Wisłą. Wcześniej zagłębimy się w historię, by przypomnieć zawodniczą karierę Mariusza Jopa, który przed laty grał w Wiśle Kraków,  obecnie zaś wciąż jest związany z tym klubem i pracuje w nim jako asystent trenera, a w bieżącym sezonie był przez chwilę nawet pierwszym szkoleniowcem.

Najsłynniejszy gol samobójczy

To była przedostatnia kolejka ekstraklasy w sezonie 2009/2010. Derby Krakowa rozgrywano na Suchych Stawach, czyli stadionie Hutnika. Wisła, która była liderem rozgrywek, rywalizowała z Cracovią. Każdy fan piłki nożnej wie, jak ważne są te mecze. Biała Gwiazda była bardzo bliska zdobycia mistrzostwa Polski. Wystarczyło, że ogra Pasy, a w ostatniej kolejce pokona Odrę Wodzisław Śląski. Szansę na tytuł miał także Lech Poznań, który tego dnia pojechał do Chorzowa mierzyć się z Ruchem. W ostatnim meczu sezonu czekało go jeszcze domowe starcie z Zagłębiem Lubin. Kolejorz musiał wygrywać, a także liczyć na potknięcie Wiślaków.

W końcówce meczu derbowego Wisła prowadziła 1:0, w Chorzowie był zaś remis 1:1. Takie wyniki dawały Wiśle mistrzostwo. Wszystko zmieniło się jednak w ciągu kilku chwil. W ostatniej minucie padła zwycięska bramka dla Lecha. To i tak nie satysfakcjonowało poznaniaków, którzy musieli jeszcze liczyć na gola dla Cracovii. W doliczonym czasie meczu w Krakowie doszło do niesamowitej sytuacji. Tuż przed końcowym gwizdkiem Mariusz Jop strzelił gola samobójczego. Derby zakończyły się wynikiem 1:1, a Lech objął prowadzenie w tabeli i zbliżył się do tytułu. W ostatniej kolejce nie wypuścił przewagi i świętował mistrzostwo kraju.

Gol samobójczy Mariusza Jopa sprawił, że Wisła nie zdobyła wówczas tytułu. Była to prawdopodobnie najsłynniejsza samobójcza bramka w historii polskiego futbolu. Tak obecny asystent trenera Wisły wspominał tamto wydarzenie po dziesięciu latach, w wywiadzie przeprowadzonym przez Mateusza Migę na portalu TVP Sport.pl:

Walczyliśmy o mistrzostwo Polski. Końcówka sezonu, przedostatnie spotkanie. Wróciłem po długiej kontuzji, zagrałem w meczu z Lechem, a mecz z Cracovią był kolejnym występem. Podjąłem w pewnym sensie ryzyko, bo nie byłem do końca przygotowany fizycznie. Zrobiłem to z myślą, by pomóc drużynie, ale też ze świadomością, że nie ma żadnych usprawiedliwień. Ten gol to był splot nieszczęśliwych wydarzeń i mam przede wszystkim na myśli czas i miejsce. Końcówka sezonu, doliczony czas gry. Brak czasu na reakcję. Bramki samobójcze w piłce zdarzają się dość często. Zdarzyło się mi i na pewno nie jest to ta część mojej kariery, którą lubię wspominać.

Można powiedzieć, że ten gol nie tylko zapisał się w historii polskiego piłkarstwa, ale także stał się elementem popkultury. Raper Quebanofide nawiązał do niego w utworze „SZUBIENICAPESTYCYDYBROŃ”. Słowa „Czego chce ode mnie Żulczyk, czemu nastrój samobójczy mam jak Mariusz Jop” nie spodobały się jednak piłkarzowi, o czym mówił on we wspomnianym wywiadzie:

To nie jest w porządku, że Quebo użył mojej historii w takim kontekście. Moja działalność publiczna ogranicza się tylko do sportu i nie podoba mi się to, że ktoś, kto mnie nie zna, bez żadnych podstaw przypisuje mi trudności, których nigdy nie miałem. W tym kawałku łączy się moje nazwisko bezpośrednio z samobójstwem. Chyba każdy człowiek doświadczył momentów, które go przygniatają i odbierają wiarę w siebie… To wielka lekcja pokory wobec tego, co i dlaczego nas spotyka w życiu, ale mimo różnych trudnych sytuacji nigdy nie byłem w takim nastroju. Chcę też podkreślić, że trzeba pamiętać o ludziach, którzy z różnych względów są w trudnej sytuacji emocjonalnej. Nie powinno się bagatelizować ich przeżyć, stawiając znak równości pomiędzy bramką samobójczą a samobójstwem.

Wypada się zgodzić z piłkarzem. Skierował on nawet sprawę do sądu, lecz ją przegrał. Warto jednak  pamiętać, że nieszczęsna bramka samobójcza nie była jedynym znaczącym momentem w karierze Mariusza Jopa. Bohater naszego tekstu przeżywał na boisku również dobre chwile, występował w reprezentacji i zapracował na opinię solidnego obrońcy.

Sukcesy klubowe

Mariusz Jop przyszedł na świat w sierpniu 1978 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim. Karierę rozpoczął w miejscowym KSZO. W 1997 roku, w wieku 19 lat, awansował z tym zespołem do najwyższej klasy rozgrywkowej. Dwa lata później przeszedł do Wisły Kraków, która właśnie budowała swą wielką potęgę.

Nie było łatwo o regularną grę w drużynie, w której występowali czołowi polscy piłkarze, dlatego w 2001 roku Marek Koniarek sprowadził Jopa do Widzewa Łódź. Przejście obrońcy do klubu z alei Piłsudskiego odbyło się na zasadzie wypożyczenia. W Łodzi nasz bohater był podstawowym obrońcą.

Jop wrócił do Wisły wiosną 2002 roku, po tym jak trenerem Białej Gwiazdy został Henryk Kasperczak. Zawodnik urodzony w Ostrowcu Świętokrzyskim tworzył parę stoperów z Arkadiuszem Głowackim. Grał m.in. w słynnych meczach Wisły z Schalke, Parmą i Lazio. Miał więc duży wkład w jeden z największych sukcesów polskiej piłki klubowej w XXI wieku.

W barwach krakowskiego klubu Jop trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski, dwa razy sięgał po krajowy puchar. Trudniejszy moment przyszedł zimą 2004 roku, gdy do Wisły przyszedł z FC Koeln Tomasz Kłos, który wygrał z Jopem rywalizację o grę w pierwszym składzie. 

Wychowanek KSZO chciał zmienić klub, żeby grać więcej. Jesienią 2004 roku przeszedł do FK Moskwa. W Rosji spisywał się bardzo dobrze. Był podstawowym zawodnikiem swojej drużyny, bardzo go ceniono. Występował tam do 2009 roku, po czym wrócił do Wisły. Wspomniane derby, w których strzelił samobójczego gola były jego ostatnim występem w barwach klubu spod Wawelu.

Karierę zawodniczą Jop zakończył w Górniku Zabrze, dla którego rozegrał jeden sezon. Później kopał jeszcze piłkę w oldbojach Wisły, gdzie grał, co ciekawe, na pozycji napastnika. Jednym z powodów zakończenia kariery przez Mariusza Jopa były problemy zdrowotne. Piłkarz w 2013 roku przeszedł przeszczep.

Reprezentacja 

Nasz bohater był przez pewien czas ważną postacią w reprezentacji Polski. Zanim trafił do dorosłej kadry, występował  m.in. w prowadzonej przez Andrzeja Zamilskiego reprezentacji juniorów, a także w kadrze olimpijskiej Pawła Janasa. Wówczas grał jeszcze na prawej stronie obrony, dopiero później został stoperem, miał bowiem dobre warunki fizyczne (188 cm wzrostu).

30 kwietnia 2003 roku Jop zadebiutował w pierwszej reprezentacji. Selekcjonerem był wówczas wspomniany Janas. Debiut obrońcy miał miejsce w Brukseli, ale nie był udany, gdyż Polacy przegrali towarzysko z Belgią 1:3.

Jop pojechał na dwie wielkie imprezy. W 2006 roku Janas zabrał go do Niemiec na mistrzostwa świata, a dwa lata później Leo Beenhakker powołał na rozgrywane w Austrii i Szwajcarii mistrzostwa Europy. Na pierwszym turnieju obrońca zagrał w przegranym 0:2 meczu z Ekwadorem, na drugim wystąpił w zremisowanym 1:1 spotkaniu z Austrią. Zarówno na mundialu, jak i na Euro Polacy nie wyszli z grupy. Ogólnie w dorosłej reprezentacji Jop rozegrał 27 meczów.

Te turnieje nie były dla nas udane. Oczekiwania były zdecydowanie większe. Dziś mogę jednak powiedzieć, że byłem na dwóch największych piłkarskich turniejach. Zaznaczyłem swoją obecność. Gra w reprezentacji była spełnieniem dziecięcych marzeń. Wcześniej przeszedłem przez wszystkie reprezentacje młodzieżowe – wspominał zawodnik w cytowanym wcześniej wywiadzie.

Obecnie Mariusz Jop pracuje w Wiśle Kraków. Jest asystentem Alberta Rude. Przez pewien czas, po odejściu ze stanowiska Radosława Sobolewskiego, został nawet pierwszym szkoleniowcem Białej Gwiazdy. Wcześniej trenował m.in. rezerwy Wisły oraz pracował jako asystent w młodzieżowej reprezentacji Polski.

Mecz w Rzeszowie

Wracamy do Rzeszowa, by opowiedzieć, o tym, jak drużyna, w której pracuje Mariusz Jop, poradziła sobie w meczu zapowiadanym we wstępie. W pierwszej połowie Stal zagrała dobrze w defensywie i długo nie pozwalała rywalom na stworzenie poważnego zagrożenia. Kosztowny błąd popełnili natomiast Wiślacy. Stało się to w 28. minucie, gdy piłkę czterdzieści metrów od bramki stracił Marc Carbo. Przejął ją Adrian Bukowski, który przeprowadził indywidualną akcję i zakończył ją celnym strzałem dającym prowadzenie gospodarzom.

Goście zaczęli mocniej atakować, co przyniosło efekt dwie minuty przed końcem pierwszej części. W polu karnym drużyny Marka Zuba doszło do dużego zamieszania, po którym piłkę do siatki wbił Carbo. Później gola zaliczono jednak Angelowi Rodado, gdyż już wcześniej po jego strzale piłka znalazła się za linią bramkową.

Druga połowa przyniosła ataki z obu stron, lecz nie przekładały się one na konkretne sytuacje.  Najwięcej wydarzyło się w końcówce. Bukowski został sfalowany w polu karnym przez Carbo. Po analizie VAR został podyktowany rzut karny dla Stali. Wydawało się więc, że gospodarze rzutem na taśmę zdobędą trzy punkty. Piłkę na jedenastym metrze ustawił Krzysztof Danielewicz, który zaledwie kilka chwil wcześniej pojawił się na boisku, zmieniając faulowanego Bukowskiego. Miejscowi kibice czekali na moment wielkiej radości, pomocnik jednak przestrzelił. Niedługo później, w szóstej doliczonej minucie, Wisła zadała decydujący cios. Do siatki trafił Eneko Satrustegui i to krakowianie wygrali 2:1.

Ciekawa konferencja  

Bardzo ciekawa była pomeczowa konferencja prasowa. Sala konferencyjna na rzeszowskim stadionie była prawie wypełniona, na mecz przyjechała duża grupa dziennikarzy z Krakowa. Najpierw z przedstawicielami mediów spotkał się Albert Rude. Trener Wisły tak podsumował to spotkanie:

W pierwszej połowie byliśmy bardzo daleko od naszych standardów. W drugiej zaczęliśmy grać naszą pikę i utrzymywaliśmy to aż do końca meczu. Dla nas najważniejsze jest nasze nastawienie – by nigdy się nie poddawać, iść do samego końca i wierzyć w zwycięstwo. 

Hiszpański szkoleniowiec, odpowiadając na jedno z pytań, przyznał, że wysoko ocenia poziom prezentowany przez pierwszoligowe drużyny w naszym kraju:

Po mojej obserwacji widzę, będąc w Polsce, że osiągnięcie naszego celu nie będzie łatwe. Zarówno w domu, jak i na wyjeździe będziemy cierpieć, będziemy się poświęcać.

Marek Zub, szkoleniowiec Stali Rzeszów, rozpoczął konferencję od kilkusekundowej ciszy. Niełatwo w końcu zebrać myśli po meczu, w którym nie udało się odnieść zwycięstwa, mimo że było ono tak blisko. Trener gospodarzy ocenił, że jego drużyna zaprezentowała się w tym spotkaniu lepiej od rywala:

Wygrała drużyna, która nie była lepsza. Była trochę mądrzejsza, może bardziej doświadczona, może miała lepszych piłkarzy, może trochę dodatkowej sztucznej inteligencji. Tak jak mówiłem na konferencji przedmeczowej, postawiliśmy na swoją własną inteligencję, ale gdzieś nam się tej sztuczności trochę wkradło.

Opiekun rzeszowskiej drużyny był zmartwiony wynikiem, ale także zbudowany grą swoich piłkarzy:

Uciekły nam punkty, ale mimo wszystko jestem zadowolony z postawy zespołu oraz z realizacji tego, co sobie zakładaliśmy. Wydaje mi się, że był to wyraźny efekt tego, co udało nam się w ostatnich dwóch miesiącach zmienić i poprawić. Podsumowując – przegrała drużyna na pewno nie gorsza. Jestem może subiektywny, ale w dzisiejszym meczu byliśmy lepszym zespołem i lepiej się nas oglądało.

Został również poruszony temat rzutu karnego wykonywanego przez Krzysztofa Danielewicza, który pojawił się na boisku kilka chwil przed swym niecelnym strzałem z jedenastu metrów. Marek Zub zdradził, że to inny zawodnik był przed meczem wyznaczony do podejścia do ewentualnej jedenastki:

Mam pretensje do tego zawodnika, który oddał oraz mam pretensje do tego, który nie strzelił. Nie chcę tego drążyć. Ujawniłem, że doszło do zmiany wykonawcy. Zawsze przed meczem wyznaczamy zawodników do rzutu karnego, jeśli taki się pojawi. Są natomiast sytuacje takie, jak dzisiaj, że piłkarze sami decydują o tym kto strzela. Ten, który jest wyznaczony jako pierwszy, musi sobie zdawać sprawę, że jeżeli odda wykonanie tego rzutu karnego komuś, a ten ktoś nie strzeli, to w dużej mierze spada to na niego. Ja oczywiście również mogę reagować, ale w tym wypadku zdecydowałem się tego nie robić. Namawiam zawodników do podejmowania decyzji między sobą.

W bramce Stali wystąpił Gerard Bieszczad, który spisał się dobrze. W rundzie jesiennej podstawowym bramkarzem był Jakub Wrąbel. Trener rzeszowskiej drużyny tłumaczył, dlaczego tym razem postawił na Bieszczada:

Jeżeli jest rywalizacja na jakiejś pozycji, to na to, kto wychodzi w pierwszej jedenastce w danym meczu, ma wpływ wiele rzeczy. Wygrana walka o miejsce to są czasem kwestie zdrowotne. Akurat w ostatnim okresie przygotowań przytrafiła się Kubie Wrąblowi poważna infekcja. Wypadł on z treningów na ponad tydzień. To w tym momencie zadecydowało, że postawiliśmy na Gerarda, który dzisiaj zaprezentował się odpowiednio.

Przed meczem zaskakiwała nieobecność w składzie Adlera Da Silvy. Na konferencji przedmeczowej trener Stali mówił, że wszyscy zawodnicy są zdrowi. Po spotkaniu szkoleniowiec wyjaśnił, dlaczego szwajcarski napastnik nie zagrał przeciwko Wiśle:

W ostatniej chwili nie dostał od lekarza zielonego światła na to, żeby wyjść. Jest w zasadzie gotowy do tego, żeby podjąć grę, ale dziś nie mogliśmy z niego skorzystać. 

Futbol jest okrutny, jak głosi tytuł świetnej książki Michała Okońskiego, dziennikarza „Tygodnika Powszechnego”. Tego dnia okazał się okrutny dla piłkarzy Stali Rzeszów. Wydawało się, że drużyna ze stolicy Podkarpacia pokona 13-krotnego mistrza Polski, a nawet nie zremisowała. Czasem jednak takie porażki działają mobilizująco i bywają źródłem motywacji do dalszej pracy. Czas pokaże, jak ostatnie niepowodzenie wpłynie na zawodników Marka Zuba.

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 6

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Grzegorz Zimny
Grzegorz Zimny
Absolwent pedagogiki na Uniwersytecie Rzeszowskim. Fan historii sportu, ze szczególnym uwzględnieniem piłki nożnej. Pisał teksty dla portalu pubsport.pl. Od 2017 roku autor artykułów na portalu Retro Futbol, gdzie zajmuje się zarówno światową piłką nożną, jak i historiami z lokalnego, podkarpackiego podwórka, najbliższego sercu. Fan muzyki rockowej i książek.

Więcej tego autora

Najnowsze

Alfred Hajos – sportowy człowiek renesansu

Zbliżają się Letnie Igrzyska Olimpijskie. Już wkrótce w Paryżu o medale rywalizować będą zawodnicy z całego świata. Z tej okazji warto poznać sylwetkę wyjątkowego...

Japońscy sportowcy w Białogardzie – historia olimpijskiego zgrupowania

Mało kto wie, że w mieście Białogard w województwie zachodniopomorskim, znanym do tej pory przede wszystkim jako miejsce urodzenia prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przebywała ekipa...

„Ja, kibic” – recenzja

Pozycja „Ja, Kibic”, która pojawia się w Polsce ponownie nakładem SQN Polska to powrót do przeszłości – do lat 80, kiedy w Anglii kultura...