Wayne Rooney, czyli prawdziwy diabeł z Liverpoolu

12 lutego 2011 roku byliśmy świadkami jednego z najważniejszych spotkań ówczesnego sezonu. Manchester United mierzył się bowiem z rodzącą się potęgą Manchesteru City, a ewentualne zwycięstwo podopiecznych Sir Alexa Fergusona mogło znacząco podciąć skrzydła „Hałaśliwym Sąsiadom”. Od czasu, gdy na trafienie Naniego odpowiedział David Silva, wydawało się jednak, że podział punktów wisi w powietrzu. Nic bardziej mylnego, a to, co wydarzyło się w 78. minucie, najlepiej podsumował okrzyk Andrzeja Twarowskiego: „O matko boska, co za bramka, przecież to jest w ogóle niepojęte”. Tak właśnie strzelał Wayne Rooney.

Cudowne dziecko angielskiego futbolu raz jeszcze błysnęło w kluczowym momencie i zapewniło zwycięstwo swojej drużynie pięknym strzałem z przewrotki. Taki był właśnie Wayne Rooney, zdolny do rzeczy wręcz niewyobrażalnych, ale czy w pełni spełniony piłkarsko?

Wayne Rooney. Dzieciństwo

Wayne Rooney przyszedł na świat 24 października 1985 roku w Croxteth, na przedmieściach Liverpoolu. Otoczenie to nie cieszyło się w tamtych czasach zbyt dobrą sławą, a jego mieszkańcy musieli sobie radzić z wieloma przeciwnościami losu. Ojciec Wayne’a korzystał z zasiłku dla bezrobotnych bądź od czasu do czasu pracował na budowie. Matka zaś wydawała obiady w szkolnej stołówce za 100 funtów tygodniowo oraz dorabiała, sprzątając domy w wolnym czasie.

Przyszła legenda Manchesteru United była więc typowym przedstawicielem nizin społecznych. Choć nigdy nie uskarżał się na swój to los, to w tych warunkach ukształtował się trudny charakter zawodnika, który nie raz dał o sobie znać.

Piłkarskie narodziny

Od wczesnych lat młody Wayne wierzył, że będzie w stanie zostać piłkarzem. Wątpliwości mogło jednak budzić to, w jakim klubie zdecyduje się rozpocząć swoją karierę. Z racji urodzenia w grę wchodziły dwa kluby z tego samego miasta: Everton i Liverpool. Rooneyowi zdecydowanie bliżej było jednak do tego pierwszego, lecz skauci The Reds zdołali ściągnąć nastolatka na testy do swojego klubu. Pojawił się na nich w… koszulce Evertonu. Nikt jednak nie śmiał zwrócić mu na ten fakt uwagi, był po prostu zbyt utalentowany. Choć dobrze wypadł na pierwszym etapie rekrutacji, to nie dane mu było kontynuowanie kariery na Anfield. Włodarze klubu z Goodison Park dość szybko zdali sobie sprawę, że nie mogą przepuścić tak wielkiego talentu i wystarczył jeden telefon, aby przekonać nastolatka, do spełnienia marzeń z dzieciństwa.

Tam rozwijał się w piorunującym tempie. Jako dziewięciolatek występował z jedenastolatkami, a już trzy lata później z siedemnastolatkami. Gdy w wieku piętnastu lat dzielił szatnie z dziewiętnastolatkami wydawało się pewnie, że już w niedalekiej przyszłości doczeka się debiutu w pierwszej drużynie.

Okazja na pokazanie się publiczności z dobrej strony nadarzyła się 5 października 2002 roku, pięć dni przed siedemnastymi urodzinami. W tym dniu jego Everton podejmował Arsenal. Podopieczni Arsene Wengera w niczym nie przypominali przeciętnego zespołu, jedynie aspirującego do walki o trofea, jakim są obecnie. Wówczas był to bowiem nie tylko aktualny mistrz Anglii, lecz również tytan śrubujący niesamowitą serię 30 kolejnych spotkań bez porażki.

Nastolatek jednak wyraźnie nie odczuwał presji i z coraz większą niecierpliwością wyczekiwał momentu aż zamelduje się na murawie. David Moyes jednak zdecydował się skorzystać z usług nastolatka dopiero w 80 minucie, gdy wprowadził Rooneya na murawę kosztem Tomasza Radzińskiego. I to co wydarzyło się w samej końcówce starcia jest już historią. Kilka sekund przed końcowym gwizdkiem arbitra młody Anglik zdecydował się huknąć z 35 metrów, czym brutalnie zakończył piękną serię „Kanonierów”.

Był to niewątpliwie spory cios dla zespołu z północnego Londynu, co przyznał sam Wenger na konferencji prasowej:

Jestem zawiedziony, że dobiegła końca nasza seria bez porażki, ale na pocieszenie mogę powiedzieć, że zakończył ją gol wyjątkowego piłkarza. To największy angielski talent, jaki widziałem, od kiedy pracuję w Premier League.

Wydarzenie to nie umknęło uwadze selekcjonera reprezentacji Anglii, Svena-Gorana Erikssona, który również nie bał się postawić na 17-latka na poziomie międzynarodowym, nie szczędząc mu przy tym komplementów:

Pracowałem w przeszłości z wieloma wielkimi talentami: Rui Costą, Roberto Baggio czy Paulo Sousą. Ale myślę, że Rooney jest z nich wszystkich najlepszy.

Trudno stwierdzić czy zostało to powiedziane nieco na wyrost, lecz bez wątpienia do powszechnej euforii postanowiły dołączyć się angielskie media. Trudno się tej miłości dziwić, gdyż na pierwszy rzut stanowił perfekcyjne wręcz uosobienie angielskiej klasy robotniczej. Dobry technicznie, ale raczej bazujący na prostych zwodach niż brazylijskich sztuczkach. Za to piekielnie szybki o bardzo charakterystycznej budowie ciała – niski, krępy, silny, pewnie trzymający się na nogach. Dysponujący zabójczym uderzeniem z dystansu.

Swój pierwszy sezon w seniorskim futbolu zakończył z sześcioma ligowymi trafieniami. Tak szybki rozwój młodego napastnika z pewnością musiał wywoływać niemały ból głowy u włodarzy The Toffees. Musieli bowiem zdawać sobie sprawę, iż lada chwila będą musieli pozwolić odejść wychowankowi do jednego z najlepszych klubów Europy.

ZOBACZ TEŻ:

Transfer do Manchesteru United

W kolejnym sezonie poprawił swoje statystyki, wypisując się dziewięciokrotnie na listę strzelców w Premier League, a piękną puentą okazał się fantastyczny występ na Mistrzostwach Europy. Steven Gerrard powiedział wówczas, że w takiej formie Rooney jest najlepszym zawodnikiem na starym kontynencie. Sven Goran Eriksson zaś porównywał go do nastoletniego Pelego z czasów mistrzostw świata w 1958 roku. I choć kibice, śpiewając później o „białym Pele”, patrzyli na to z lekkim przymrużeniem oka, to spragnieni wielkich sukcesów przedstawiciele angielskiej prasy dość szybko podchwycili temat. Tym samym podkręcili oczekiwania wobec Wayne’a do poziomu, którego nigdy nie zdołał osiągnąć.

W tamtym okresie jednak chłopak z Croxteth mógł jedynie zastanawiać się, gdzie chciałby kontynuować swoją karierę. Zdecydował się wybrać Manchester United, który wyłożył za zawodnika Evertonu ponad 25 milionów funtów, co wówczas stanowiło transferowy rekord dla transferu nastolatka. Sir Alex Ferguson obserwował go od wielu lat i próby sprowadzenia go na Old Trafford podejmował już wcześniej.

Jim Ryan, nasz dyrektor odpowiedzialny za system szkolenia młodzieży i rekrutację, wrócił z jednego z meczów drużyn do lat 14 i powiedział: „widziałem zawodnika”. Samo słowo „zawodnik” brzmiało dosyć poważnie, bo był to młody chłopak. Pod koniec sezonu rozgrywek młodzieżowych było tygodniowe okno transferowe, które pozwalało nam na sprowadzenie Wayne’a. Rekomendacja Jima wystarczyła i staraliśmy się go namówić do gry dla Manchesteru United, ale odmówił. Powiedział, że chce zostać. Kochał swój klub i był jego wielkim fanem. Drugie podejście nasz klub zrobił, kiedy Wayne miał 16 lat. Odrzucił ofertę, ale nie tylko naszą. Chyba każdy widział skrót meczu z Arsenalem i jego gola.

To tylko potwierdziło słowa Jima. Szybki, silny, dobry technicznie, z olbrzymim instynktem. On musiał zostać naszym graczem. Widzisz młodego chłopaka i wiesz, że będzie świetnym zawodnikiem. Od razu było widać jego charakter i charyzmę. Kiedy jest jakaś sytuacja sporna na boisku, często młodzi gracze zachowują się jak koguty, skaczą do gardła przeciwnikowi dużo bardziej doświadczonemu i przede wszystkim silniejszemu. Robią to na pokaz, bo doskonale zdają sobie sprawę, że jest sędzia i kilku starszych braci (kolegów z drużyny), którzy nie dadzą zrobić krzywdy młokosowi. Wayne to był gość, który stanąłby w szranki z każdym, nawet z tymi, którzy byliby więksi i nie potrzebowałby pomocy. Kiedy patrzyłeś, jak krzyczał na starszych kolegów z drużyny, było jasne, że już jako młody chłopak zaskarbił sobie ich szacunek. Był chłopakiem stamtąd, który dorastał w specyficznym miejscu, totalnie oddanym Evertonowi – opowiadał Ferguson.

Decyzja ta nie spotkała się z aprobatą kibiców The Toffies, którzy wiązali z nim wielkie nadzieje. Nazywali go zdrajcą, lecz warto pamiętać, że też sam piłkarz dawał im nadzieje na dłuższy pobyt w klubie. Przykładowo po jednym z goli pokazał T-shirt z napisem: „Once a Blue, always a Blue”. Niechęć do wychowanka w niebieskiej części Liverpoolu utrzymywała się przez wiele lat, a donośne gwizdy na trybunach zdawały się to jedynie potwierdzać.

Prawdziwy Diabeł

Jak to Rooney miał w zwyczaju, błyszczeć zaczął wyjątkowo szybko. Jego debiut przypadł na spotkanie z Fenerbahce, w ramach fazy grupowej Ligi Mistrzów. Anglik zdobył w tym spotkaniu hattricka i dołożył do tego jedną asystę. Wielkie oczekiwania wzrosły jeszcze bardziej.

Na poziomie klubowym w dużej mierze je jednak spełnił, a sezon 2004/2005 zakończył zdobyciem 17 bramek. Kolejny był jeszcze bardziej udany, a w 48 spotkaniach trafił do siatki do 19-krotnie, czym zasłużył sobie na wyróżnienia w postaci nagrody dla najlepszego piłkarza sezonu w klubie oraz najbardziej wyróżniającego młodego zawodnika ligi. Najważniejszym skalpem było jednak Puchar Ligi, pierwsze trofeum w profesjonalnej piłce.

Kolejne tytuły posypały się lawinowo. Po pięciu latach gry na Old Trafford mógł cieszyć się z trzech mistrzostw Anglii z rzędu oraz dwóch finałów Ligi Mistrzów, w tym jednego wygranego. W młodym wieku miał już zatem na swoim koncie tytuły, które niejednemu piłkarzowi pochodzącemu z okolic Liverpoolu wyślizgnęły się z rąk. Świetnie odnajdywał się, współpracując z Cristiano Ronaldo, czy też Carlosem Tevezem, a nawet bez tych świetnych zawodników obok czuł się jak ryba w wodzie. W sezonie 2009/2010 zagrał w 42 spotkaniach, które uwiecznił zdobyciem 34 goli i siedmiu asyst.

Koniec sielanki

Wydawać by się mogło, że Rooney i Manchester United tworzą związek idealny, którego nic nie jest w stanie zakłócić. Relacje Anglika z kibicami zostały wystawione jednak na poważną próbę, gdy Sir Alex Ferguson ogłosił, że jego podopieczny pragnie zmienić barwy klubowe.

David Gill (były dyrektor wykonawczy Manchesteru United – przyp. red.) na początku lata rozpoczął rozmowy z agentem Rooneya. Miały być one kontynuowane po mundialu. Byłem w moim biurze 14 sierpnia, kiedy David oznajmił mi, że zatelefonował do niego agent Rooneya i powiedział mu, że jego klient nie przedłuży kontraktu. Nie mogłem w to uwierzyć, bo jeszcze miesiąc wcześniej Wayne mówił, że jest w największym klubie na świecie i chce tu zostać do końca kariery. Nie wiemy, co zmieniło decyzję tego chłopaka. David był zszokowany, ja również – przyznał sir Alex Ferguson na antenie klubowej telewizji MUTV.

W tym miejscu warto pochylić się nad skomplikowaną relacją Rooneya ze swoim zwierzchnikiem. Dlaczego dochodziło między nimi do konfliktów? Legendarny Szkot sprowadzając utalentowanego nastolatka na Old Trafford zakochał się zarówno w umiejętnościach wychowanka Evertonu jak i wyróżniającym się profilu oraz charakterze nastolatka. Był w czasach zawodników skupiających się głównie na umowach sponsorskich, wymyślnych fryzurach i dziewczynach-supermodelkach rzadkim wyjątkiem. Futbol stanowił dla niego priorytet, a trenerzy Czerwonych Diabłów musieli często ściągać go z boiska treningowe. W pewnym sensie Ferguson zobaczył w nim młodszą wersję samego siebie, co musiało oznaczać kłopoty. Rooney często traktował przełożonego jako równego sobie i nie bał się wytykać menadżerowi błędów.

Były obrońca United, Richie de Laet wyznał na łamach The Athletic, że Wayne odpyskiwał Szkotowi w czasie meczowej przerwy, jeśli nie zgadzał się z taktycznymi założeniami. Sam napastnik na łamach The Guardian opowiedział co nieco o tych utarczkach:

Zawsze pamiętam, że jako dzieciak, w każdej przerwie meczu kłóciłem się z nim. Zawsze.

Pamiętam, że myślałem: Czemu to mnie się czepia? Przecież są zawodnicy o wiele gorsi niż ja. Jednak kiedy stajesz się starszy, rozumiesz, czemu to robi. Czepiał się, kiedy dryblowałem, co robiłem rzadko.

Były szkoleniowiec Aberdeen F.C. również poruszył ten temat w swojej autobiografii:

Przyznaję, że udzieliłem mu kilku reprymend. Szalał w szatni, kiedy krytycznie go wytykałem. Jego oczy płonęły, jakby chciał mnie znokautować. Następnego dnia przepraszał. Kiedy gniew ulatywał, wiedział, że miałem rację – bo zawsze ją miałem – w taki sposób się z nim drażniłem.

Ferguson nie kierował się w tych uwagach czystą złośliwością. Dostrzegał talent posiadany przez swojego napastnika i starał się, aby wykorzystał go w jak największym stopniu. Bronił go również przed atakami mediów. Dobrym przykładem może być przemowa, którą wygłosił w ramach wsparcia, gdy reprezentant Anglii został ukarany za uderzenie Tal Ben Haima z Boltonu.

Oni [Władze Premier League] powinni przyjrzeć się raczej zawodnikowi Boltonu, ale będziemy musieli poczekać na rozwój wydarzeń. Największym zmartwieniem powinno być w takiej sytuacji to, co zrobił drugi gracz. Leżał na ziemi przez dwie minuty i to on powinien zostać poddany weryfikacji, a nie Wayne. To, co zrobił, było hańbą i to on powinien zostać oskarżony o zniesławienie. Turlał się w żenujący sposób, jakby umierał, ale ten problem nawet nie został rozwiązany. Słyszę tylko o tym, co zrobił Wayne Rooney. Uderzył chłopaka? Nie, nie zrobił. Po prostu go odsunął, a zrobiono z tego wielką tragedię. Wayne Rooney nie zrobił nic, by zasłużyć na zainteresowanie władz ligi, ale ponieważ jest to Wayne i Manchester United, to rozumiem, z czego to wynika.

Mimo to wciąż między nimi do spięć. Napastnik czuł się zobowiązany do maczania palców w transferowych planach United, szczególnie gdy nie wyglądały zbyt imponująco.

Latem 2009 r. United pozwoliło odejść Cristiano Ronaldo do Realu Madryt za rekordowe 80 milionów funtów, a Carlos Tevez nie został wykupiony z West Hamu United. Klub zastąpił tę parę młodymi Gabrielem Obertanem i Mame Biramem Dioufem, a za najpoważniejsze wzmocnienia uznani zostali Antonio Valencia i Michael Owen. Rooney miał wobec tego poważne obawy co do ambicji Czerwonych Diabłów.

Kolejny rok nie rozwiał tych wątpliwości. United podpisało kontrakt z Javierem Hernandezem oraz Bebe, a drużynę wspierały młode talenty w postaci Chrisa Smallinga i Danny’ego Welbecka.

Napastnik nie omieszkał podzielić się swoimi uwagami na łamach Sky Sports:

Byłem zły, kiedy Ronaldo odszedł. Poszedłem do Aleksa Fergusona i powiedziałem mu: O co chodzi? Sprzedaliśmy Teveza, sprzedaliśmy Ronaldo, kto przyjdzie do klubu? Bez obrazy, ale ściągnęliśmy Smallinga nie wiedząc, czy jest wystarczająco dobry. Jeśli miałem zobowiązać się na następne pięć lat, a nie chciałem czekać, aż Alex Ferguson zbuduje zespół dopiero po tym czasie.

Sam Ferguson postanowił się odnieść do tych słów w swojej autobiografii:

Moją odpowiedzią było, że to nie jego interes. Powiedziałem mu, że jego zadaniem było grać i się dobrze spisywać. Moim zadaniem było wybierać dobry zespół. A do tej pory wychodziło mi to dobrze.

Powyższe okoliczności doprowadziły do wspomnianej wcześniej prośby o transfer zaledwie kilka tygodni po zamknięciu letniego okienka transferowego w sezonie 2010/11.

Ferguson zdołał jednak przekonać swojego podopiecznego do pozostania, a Czerwone Diabły zdołały wywalczyć kolejne mistrzostwo i dotrzeć do finału Ligi Mistrzów. Podobnie jak w 2009 roku Manchester United musiał jednak uznać wyższość FC Barcelony. Ten moment można uznać za symboliczne zejście tego legendarnego klubu ze szczytu, na jaki nie zdołał wrócić do dziś, a problemy z poukładaniem zespołu przez następców Sir Alexa sugerują, że w wielu aspektach napastnik mógł mieć rację.

Relacja między Fergusonem a Rooneyem nigdy nie wróciła do początkowego stadium, a sam Szkot nie uwzględnił Anglika w swoim ostatnim domowym spotkaniu w roli menedżera. Po meczu wyznał zaś, że Anglik wręczył mu kolejną prośbę o transfer.

Rooney potwierdził, że pierwsza prośba wynikła z frustracji wywołanej kiepskim występem na mistrzostwach świata. Druga, według The Athletic, wynikła ze statusu “złotego chłopca”, jaki osiągnął Robin van Persie. Rooney musiał w takiej sytuacji zadowolić się drugoplanową rolą, co nieszczególnie mu się podobało.

Uszczypliwe uwagi w kierunku byłego bossa wygłasza dość często, jak chociażby w ramach ostatniego wywiadu w Sunday Times, gdzie skrytykował Fergusona za taktykę, jaką obrał w finałach Ligi Mistrzów z 2009 i 2011 roku.

Warto jednak nie mylić chłodnych relacji z wrogimi. Obaj panowie mają na koncie fantastyczne sukcesy i w dużej mierze nie byliby w stanie ich osiągnąć bez wzajemnego wsparcia. Nie mam żadnych wątpliwości, że doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

Życie po Fergusonie

Następcą Sir Alexa Fergusona w Manchesterze United okazał się być David Moyes, ten sam, który dał Rooneyowi szansę na debiut w Premier League. Od razu jednym z priorytetów nowego menadżera stało się przedłużenie kontraktu z legendarnym już Anglikiem. Negocjacje przeciągały się tygodniami, lecz ostatecznie udało się dojść do porozumienia w lutym 2014 roku.

Jestem przekonany, że to początek kolejnego udanego rozdziału w historii Manchesteru United – powiedział Rooney

To wydarzenie było jednym z niewielu pozytywów tego kiepskiego sezonu. Manchester United był wyraźnie słabszy od ligowych rywali i w momencie podpisania nowej umowy coraz mniej prawdopodobnym scenariuszem wydawał się awans do kolejnej edycji Ligi Mistrzów. I choć tego celu osiągnąć się nie udało, a Moyes został pozbawiony pracy jeszcze przed zakończeniem sezonu, to do samego Wayne’a ciężko mieć większe pretensje.

W późniejszych latach było jednak już coraz gorzej. W pewnym sensie Anglik był idealnym symbolem rodzimej piłki, gdyż zdawał się uosabiać jej stereotypowe ograniczenia. Rzadko kojarzono go z majestatyczną, finezyjną grą, częściej bazował na prostych środkach, co w połączeniu z jego niezłomnym charakterem i świetnymi atrybutami fizycznymi czyniło z niego zabójczą broń. W przypadku takiego stylu gry czas bywa jednak nieubłagany i nie zamierzał oszczędzić nawet legendy Old Trafford. Na ten fakt zwrócił niegdyś uwagę wielokrotny boiskowy rywal Rooneya, Jamie Carragher:

Rooney ma na swoim zapewne około 600 spotkań na pozycji środkowego napastnika. To lata walki ze środkowymi obrońcami oraz olbrzymiej presji, z którą musiał się mierzyć. Myślę, że grał tak długo, że oglądamy zawodnika, który nie będzie w stanie grać na najwyższym poziomie w wieku 30 lat. Ma trzydziestkę na karku według aktu urodzenia, ale jeśli chodzi o liczbę rozegranych spotkań, bardziej przypomina 35-latka. Do tego, żeby udowodnić wszystkim, że wciąż może być środkowym napastnikiem w Manchesterze United, potrzebowałby serii 10 meczów, w których strzeliłby siedem lub osiem bramek.

Istotnie, Wayne w bardzo młodym wieku odnalazł się w profesjonalnej piłce i nawet na samym początku drogi nie zamierzał się oszczędzać. Przez dłuższy czas omijały go poważniejsze urazy, ale organizm zaczął się w pewnym momencie buntować. I to w momencie, gdy znajdował się w życiowej formie, jak choćby przed ćwierćfinałowym starciem z Bayernem Monachium w ramach Ligi Mistrzów, z którego wykluczył go uraz kostki. Z pewnością miał on też wpływ na fatalny występ na mundialu w RPA, gdzie nie zdołał nawet strzelić gola. Choć podniósł się po tych niepowodzeniach i zachwycał wielokrotnie, to w kolejnych latach coraz częściej kwestionowano jego pozycje w klubie oraz reprezentacji, do czego nie mógł być przyzwyczajony.

W takiej sytuacji dobrym rozwiązaniem wydawała się zmiana pozycji. Już wspomniany David Moyes stwierdził, iż jego podopieczny w przyszłości mógłby być świetnym środkowym pomocnikiem. Do samego pomysłu dość optymistycznie zdawał się też podchodzić sam zainteresowany.

Wiem, że mogę grać na tej pozycji. Przez lata oglądałem Paula Scholesa w akcji i zawsze wiedziałem, że pewnego dnia to jest miejsce na boisku, na którym będę występował. Próbowałem patrzeć na niego i uczyć się tego, co robił – powiedział Rooney.

Kiedy jednak Louis van Gaal postanowił spróbować go na tej pozycji, nie wyglądał zbyt przekonująco. Widać było, że oddalony od pola karnego nie czuł się zbyt pewnie, a bez swojej imponującej dynamiki i wydolności ciężko było mu rywalizować z innymi zawodnikami w tej strefie. Eksperyment ten skończył się zatem klapą, a kolejny Czerwonych Diabłów dość szybko uciął temat jego gry na tej pozycji:

Na boisku wolę specjalistów, nie multizadaniowców. Możecie mówić, że ma niesamowite podania, ale ja też takie mam, kiedy nie gram pod presją. U mnie Rooney nie będzie “szóstką” albo “ósemką” – mówił. Ale gdzie we współczesnej piłce jest miejsce na to, by mieć dla siebie tyle miejsca, by grać bez asysty przeciwników?

Jego rola w zespole za czasów słynnego Portugalczyka systematycznie malała, a większą rolę w drużynie zaczęli odgrywać Zlatan Ibrahimović, Marcus Rashford, Jesse Lingard czy też Anthony Martial. W takiej sytuacji latem 2007 roku zdecydował się opuścić i wrócić na rok do rodzimego Evertonu. Mimo smutnej końcówki kariery, bez wątpienia był jednym z najlepszych zawodników w historii klubu, a z tym wspaniałym dziedzictwem w przyszłości przyjdzie się zmierzyć jego synowi.

Powrót do Evertonu i koniec kariery

Choć kibice Evertonu wielokrotnie dawali upust swojej niechęci do wychowanka, to czas zdołał wyleczyć te rany. W 2012 roku pojawił się jako kibic na spotkaniu Evertonu z Blackpool w Pucharze Anglii, a już trzy lata później wystąpił w pożegnalnym meczu Duncana Fergusona, za co otrzymał od kibiców owację na stojąco. Powrót do klubu, któremu zawsze kibicował, wydawał się więc na tym etapie kariery dobrą decyzją.

Kampanie 2017/2018 okrasił zdobyciem zaledwie 10 ligowych goli, a The Toffies ukończyli rozgrywki poza europejskimi pucharami, co dla klubu o takich ambicjach było sporą porażką. Konieczna była przebudowa zespołu, a wyraźnie wypalony zawodnik nie mógł być już uwzględniany w długofalowych planach, z czego sam zainteresowany doskonale zdawał sobie sprawę i po zaledwie jednym sezonie odszedł do amerykańskiego D.C. United:

Dali mi jasno do zrozumienia, że w przypadku wpłynięcia dobrej oferty, będą chętni mnie sprzedać. Zrozumiałem, że nowy menadżer (Marco Silva przyp. red.) oraz jego sztab planują przebudowę zespołu. Natychmiast zdałem sobie z tego sprawę i powiedziałem włodarzom, że jeżeli tego chcą, to nie mam zamiaru tutaj zostawać i być dla nich ciężarem. Pójdę grać gdzieś indziej. Obrałem kierunek amerykański. Czułem, że mnie i mojej rodzinie będzie łatwiej zaaklimatyzować się w Waszyngtonie, aniżeli w Los Angeles lub Nowym Jorku. Rozmawiałem z właścicielami, którzy opowiedzieli mi o nowym stadionie, bazie treningowej, która zostanie otwarta w kwietniu przyszłego roku. Ten klub wydaje się być idealny dla moich ambicji. Podpisałem kontrakt na trzy lata i moim celem jest wygrywanie trofeów – skomentował Anglik.

Ani jednego jednak za oceanem jednak nie zdobył, choć jego bilans bramek i asyst w barwach stołecznego klubu wypadł dość solidnie (25 bramek i 14 asyst w 52 spotkaniach). Ogólne wrażenie zepsuł jednak brutalny faul jakiego dopuścił się w spotkaniu z Los Angeles FC.

Karierę piłkarską zakończył jednak nie w Stanach Zjednoczonych, a na brytyjskiej ziemi. Ostatnim pracodawcą Rooneya okazało się być Derby Country, które po świetnym sezonie pod wodzą Franka Lamparda zamierzało skuteczniej powalczyć o powrót do Premier League. Były pomocnik reprezentacji Anglii zdecydował się jednak przyjąć ofertę poprowadzenia ukochanej Chelsea, a jego następcą został Phillip Cocu. Wayne stał się nie tylko wzmocnieniem kadry zespołu, ale również sztabu szkoleniowego. Wszystko po to, aby pójść w przyszłości w ślady byłych kolegów z reprezentacji Anglii i spróbować sił jako menadżer w Premier League.

Zapewne sam nie spodziewał się, że dostanie taką szansę już rok później, ale seria kiepskich wyników zmusiła włodarzy Baranów do zwolnienia holenderskiego szkoleniowca. 15 stycznia 2021 roku skończył więc piłkarską karierę i w pełni poświęcił się misji uratowania Derby Country przed spadkiem.

Wayne Rooney i kariera reprezentacyjna

Reprezentowanie własnej ojczyzny to z pewnością najmniej chlubny okres w karierze Wayne’a – ten, który zawsze dostarczał mu najwięcej frustracji i rozczarowań.

Jego debiut w reprezentacji Anglii miał miejsce 12 lutego 2003 roku, kiedy wszedł na boisko w drugiej połowie przegranego 1:3 towarzyskiego starcia z Australią. Miał wówczas 17 lat i 111 dni, co uczyniło go najmłodszym reprezentantem Synów Albionu w historii (do czasu debiutu Theo Walcotta w 2006 roku), zostawiając w pokonanym polu Jamesa Prinsepa z 1879 roku.

Tuż po spotkaniu selekcjonera Svena-Gorana Erikssona oraz jego podopiecznych zalała fala krytyki, lecz samego Wayne’a (tym razem) oszczędzono. Gra zespołu wyraźnie poprawiła się po wejściu nastolatka na boisku, a nawet miał spory udział przy bramkowej akcji Francisa Jeffersa.

Pierwszego gola zaś zdobył przeciwko Macedonii w ramach eliminacji do mistrzostw Europy 2004. Po długim podaniu Davida Beckhama, piłkę zgrał głową Emil Heskey, a mający 17 lat i 317 dni napastnik został najmłodszym strzelcem gola w angielskiej kadrze, która wygrała grupę eliminacyjną oraz pojechała na portugalski turniej.

Tam młoda gwiazda oczarowała Europę, będąc przy tym bez wątpienia najlepszym Anglikiem na tym turnieju. Czterokrotnie wpisał się na listę strzelców w fazie grupowej, a gol przeciwko Szwajcarii uczynił go najmłodszym strzelcem w historii mistrzostw Europy. Reprezentacja Anglii pożegnała się jednak z turniejem na etapie ćwierćfinału, niemal tradycyjnie przegrywając serię rzutów karnych. Sam Rooney nie miał jednak okazji wziąć w nich udziału, gdyż w 27 minucie musiał opuścić boisko wskutek złamania piątek kości śródstopia.

Z Rooneyem w składzie awansowalibyśmy do półfinału. Mielibyśmy szansę na zdobycie tytułu. On sam mógłby też zostać najlepszym piłkarzem turnieju, ale trudno na takiego wybrać zawodnika, który rozegrał trzy mecze i 27 minut – stwierdził Roy Hodgson, późniejszy selekcjoner Anglików.

Choć sam turniej należy uznać za spore rozczarowanie, to sam zainteresowany pewnie sam nie spodziewał się, że właśnie te mistrzostwa Europy będą najmilej wspominaną imprezą reprezentacyjną w jego karierze.

Niewiele brakowało by na następny nawet nie pojechał, a wszystko przez kontuzję jaką doznał w ligowym starciu z Chelsea. Choć zdołał się wykurować, to o mistrzostwach świata z 2006 roku najpewniej chciałby jak najszybciej zapomnieć. Nie zdołał bowiem strzelić ani jednego gola, a w ćwierćfinałowym starciu z Portugalią obejrzał czerwoną kartkę. Co ciekawe, pierwszym zawodnikiem, który podbiegł do arbitra w celu wywarcia na nim presji, był klubowy kolega Rooneya, Cristiano Ronaldo. Cel swój osiągnął, a kamery zdołały wyłapać jeszcze moment, w którym szczęśliwy wychowanek Sportingu puszcza oczko do własnej ławki rezerwowych. Cała sytuacja wywołała niemałą burzę na w Wielkiej Brytanii, a samego Ronaldo zalała fala krytyki.

Myślę, że kiedy Rooney zjawi się na treningu Manchesteru United, wymierzy Ronaldo cios – mówił między innymi Alan Shearer.

Pomijając jednak ten incydent, Anglicy wciąż mieli szansę na awans do półfinału. Wystarczyło pokonać Portugalię w serii rzutów karnych. Cóż…

Szansy na rewanż za Euro 2004 nawet nie doczekał, gdyż Anglicy skompromitowali się w eliminacjach do turnieju z 2008 roku i zajęli miejsce w grupie za Chorwacją i Rosją.

Zupełnie inaczej miało być mistrzostwach świata w RPA. W topowej formie znajdowali się Gerrard, Frank Lampard, Rio Ferdinand oraz oczywiście Wayne, który w eliminacjach zanotował dziewięć goli. Tradycyjnie jednak wielkie oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością, a Anglicy pożegnali się z turniejem już na etapie 1/8 finału. Choć w kontekście tego spotkania najwięcej mówiło się o kontrowersyjnie nieuznanej bramce Lamparda, to i piłkarze tradycyjnie musieli zmierzyć się z krytyką. Szczególnie oberwało Rooneyowi, który skrytykował kibiców, kiedy ci wygwizdali zespół po bezbramkowym remisie z Algierią.

Tak, właśnie na tym polega prawdziwe wsparcie zespołu w trudnych chwilach. To żenujące – stwierdził zirytowany Anglik

W kolejnych latach nie było lepiej. Nawet na Euro 2012, gdzie wypadł nieźle, a jego gol w spotkaniu z Ukrainą zapewnił Synom Albionu awans do ćwierćfinału. Tej bariery jednak ponownie nie zdołał przebić, a Anglicy pożegnali się z turniejem po, a jakże, serii rzutów karnych z Włochami.

O klęskach w postaci mundialu w Brazylii i Euro we Francji raczej niewiele można powiedzieć. Kadra pożegnała się z turniejem odpowiednio na etapie fazy grupowej i 1/8 finału. Rooney strzelił po na obu turniejach po golu (jedynym w historii występów na mistrzostwach świata), ale to nie mogło satysfakcjonować spragnionych sukcesów Anglików.

Coraz częściej kwestionowano przydatność legendy Manchesteru United w kontekście gry w reprezentacji, co ostatecznie doprowadziło do zakończenia reprezentacyjnej przez Rooneya. Swój pożegnalny mecz rozegrał 15 listopada 2018 roku w towarzyskim starciu z reprezentacją USA.

Wiecznie Kontrowersyjny

Kończąc wątek reprezentacyjny, warto pochylić się nad opinią jaką bohater tego tekstu „cieszył się” w oczach opinii publicznej.

Dość często bywał krytykowany, a brało się to w dużej mierze z przeczucia, iż nigdy nie wykorzystał pełni swego potencjału. Z drugiej strony nigdy nie dbał o wizerunek medialny. Był pod tym względem całkowitym przeciwieństwem Davida Beckhama, który oprócz niewątpliwej klasy piłkarskiej stał się także piłkarskim celebrytą. Zatrudnił nawet sztab ludzi dbających o jego wizerunek medialny. Dla Wayne’a media były zbędnym ciężarem, który starał się ignorować. Taka postawa niestety nie popłaca. Dość powiedzieć, że obecny właściciel Interu Miami pożegnał się z futbolem jako legenda, a w kontekście Rooneya dość rzadko padały takie opinie.

Inna sprawa, że na własne życzenie często stawiał się ofiarą ataków. Dość głośnym skandalem był jego udział w imprezie weselnej, na którą udał się w trakcie zgrupowania reprezentacji Anglii. Uroczystość zakończyła się o piątej rano, a mocno „zmieszany” Rooney z trudem dotarł do własnego pokoju.

Jeszcze bardziej problematyczne dla wizerunku zawodnika były jego kontakty z prostytutkami. Już w wielu 19-lat był rzekomo częstym gościem domów publicznych w Liverpoolu. Jak zeznała pracująca w jednym z nich Patricia Tierney, kiedy pojawił się w nim po raz drugi, postanowiła przemówić mu do rozsądku.

Odepchnęłam go i powiedziałam, że ma iść do domu – wspomina kobieta. – Kazałam mu się opanować, zanim zniszczy siebie i swoją karierę. Zaproponowano mi później 30 tysięcy funtów za opowiedzenie mojej historii na łamach „News Of The World”, ale nie zgodziłam się na przyjęcie tej oferty.

Z tej formy spędzania wolnego czasu korzystał również w 2010 roku. Pikanterii całej sprawie dodawał również fakt, iż był wówczas szczęśliwie żonaty, a co więcej spodziewał się dziecka. Tym razem bohaterką skandalu była niejaka Jennifer Thompson.

Problemów w jego życiu prywatnym było oczywiście więcej. Jak wyznał sam zainteresowany, przez długi czas zmagał się również z uzależnieniem od hazardu:

Byłem młodym chłopakiem, który na początku zarobił dużo pieniędzy. Kiedy spędzałem czas w hotelu, nudziłem się i robiłem różne rzeczy, żeby znaleźć sobie jakieś zajęcie. Hazard był jedną z nich. Łatwo obstawia się mecze na smartfonie, gdyż nie czułem, że to są prawdziwe pieniądze. Nie musiałem iść do bukmachera, nie było dla mnie żadnych limitów. Zanim się zorientujesz, to już tracisz sporo i nie zdajesz sobie z tego sprawy. Wygrałem na początku i pomyślałem, że to łatwe pieniądze. Trochę to wciągające, w pewnym momencie przegrałem wiele i stoczyłem się. Obstawiałem dalej, chcąc odzyskać moje pieniądze. Znajdowałem się w momencie, w którym powinienem myśleć głównie o grze dla swojego kraju lub klubu, lecz kiedy tracisz pieniądze w taki sposób jak ja, to musi to wpłynąć na ciebie. Na szczęście udało mi się uwolnić od problemów finansowych i skończyłem z tym. Nauczyłem się wiele na moich własnych błędach. Brnąc dalej w hazard, jesteś w stanie stracić bardzo dużo, co może stać się źródłem wielkich problemów.

Wyciągnął również wnioski w życiu prywatnym i obecnie tworzy szczęśliwą rodzinę z żoną Coleen, która wybaczyła niewiernemu mężowi zdrady. Wiele nauczył się na własnych błędach, a choć kontrowersje wokół jego osoby uczyniły z niego idealny symbol przegranego pokolenia genialnych angielskich piłkarzy, to kibice Manchesteru United kochali go ze wszystkimi wadami i zaletami.

Najlepszy

Wychowanek Evertonu zakończył karierę jako najlepszy strzelec w historii zarówno Manchesteru United jak i reprezentacji. W obu przypadkach to miano odebrał Bobby’emu Charltonowi, innej legendzie Czerwonych Diabłów. Na poziomie klubowym zanotował 253 gole i 146 asyst w 559 występach w barwach 20-krotnego mistrza Anglii. W kadrze może poszczycić się zdobyciem 53 goli i 21 asyst. Niezłe liczby jak na wielkiego przegranego.

MATEUSZ GĄDEK

Źródła