Demba Ba – snajper, który pogrążył Stevena Gerrarda

Demba Ba

Sympatycy Premier League przez lata mogli wielu świetnych afrykańskich zawodników. Bracia Toure zapisali się w historii Arsenalu oraz Manchesteru City, Didier Droga sięgnął po wszystkie możliwe trofea z Chelsea, a Mohamed Salah od lat zachwyca sympatyków The Reds niesamowitą skutecznością. Kibice Newcastle z kolei zapewne dobrze wspominają czasy, gdy barwy ich klubu reprezentowali Papiss Cissé i Demba Ba, którego historię zamierzam tutaj przytoczyć.

Demba Ba. Początki

Były już reprezentant Senegalu urodził 25 maja 1985 roku we francuskim Sèvres. Podobnie jak swoi rodzice, od najmłodszych lat był głęboko wierzącym muzułmaninem. Wielokrotnie dawał temu wyraz w trakcie swojej kariery, szczególnie podczas występów na boiskach tureckiej Süper Lig, gdzie swoje zdobycze bramkowe świętował poprzez charakterystyczny „pokłon”. Choć sam nie spotkał się z lekceważącym podejściem do wywodzących się z mahometanizmu zwyczajów, to twierdził, iż muzułmanie wciąż zmagają się z tego typu problemami w niektórych państwach europejskich.

Jestem muzułmaninem i pracuje w kraju muzułmańskim (wówczas był zawodnikiem Beşiktaşu – przyp. red.). Bardzo się cieszę, że mogę wypełniać swoje zobowiązania religijne. Turcja zapewnia wolność religijną. Jeśli chce się pomodlić, mogę chodzić do meczetu, kiedy tylko zechcę. Nigdy nie miałem problemów, gdyż wszyscy mnie znali, co sprawiło, że nie mogłem być oceniany przez wzgląd na moje przekonania religijne. „Niektórzy menadżerowie” jednak prosili mnie, jak i moich muzułmańskich kolegów o nieprzestrzeganie postu podczas ramadanu, który przypadał na okres rozgrywania spotkań – mówił o swojej wierze.

W dzieciństwie miał jedno szczególne marzenie: chciał zostać piłkarzem. Tak jak twardo obstawał przy swoich przekonaniach duchowych, tak samo nic nie było w stanie odwieść go od realizacji tych planów. Trzeba bowiem przyznać, że niejeden nastolatek poddałby się po takiej ilości niepowodzeń, jakie napotkał Senegalczyk na swojej drodze w młodości. Czuł się jednak odpowiedzialny za swoją liczną rodzinę (miał sześcioro rodzeństwa) i chęć zapewnienia im dostatniego życia dodawała mu sił.

Jego wielkim marzeniem była Anglia i tam właśnie postanowił spróbować w wieku 19 lat, po nieudanych testach w Olympique Lyon i Auxerre. Pierwszą próbę na angielskiej ziemi podjął w prowadzonym przez Rayana Lewingtona Watfordzie. Wówczas w zespołach juniorskich Szerszeni występował jego rodak, Gauthier Diafutua, który również usiłował wywalczyć sobie miejsce w pierwszej drużynie.

To właśnie on usiłował przekonać wspomnianego szkoleniowca do sprawdzenia możliwości Demby. Lewington nie zdążył jednak tego zrobić, gdyż stracił pracę, a Senegalczyk musiał szukać szczęścia gdzie indziej. Udał się więc do Barnsley, gdzie spędził tydzień, a później zahaczył jeszcze o Swansea i Gillingham. Efekt był jednak w każdym przypadku taki sam, młody napastnik swój plan podboju angielskich boisk musiał odłożyć w czasie.

Pierwsze kroki w profesjonalnej piłce

Po wielu niepowodzeniach udało mu się wreszcie odnaleźć we francuskim Rouen. Tam pod okiem trenera Alaina Michela zdobył na czwartym poziomie rozgrywkowym 22 gole w 26 spotkaniach. Szybko zainteresowali się nim skauci nieco bardziej renomowanych klubów, a kolejnym pracodawcą Senegalczyka okazał się być belgijski Mouscron. Można stwierdzić, że w pewnym sensie został sprowadzony jako następca Marcina Żewłakowa, który na sezon 2005/06 został wypożyczony do Metz.

Determinacja w końcu doprowadziła go do profesjonalnego futbolu. Ciężko jednak pozbyć się wrażenia, że jak na piłkarza obdarzonego takim snajperskim nosem zajęło mu to zbyt wiele czasu. Sam zainteresowany odniósł się do tej kwestii w rozmowie z „TalkSport”.

Po prostu nikt mnie nie chciał. Nie miałem swojej drużyny, nie trafiłem jako nastolatek do żadnej porządnej akademii. Oblewałem testy po testach z różnych powodów. To wcale nie jest tak, że za późno zdecydowałem się na zostanie profesjonalnym piłkarzem. Próbowałem, naprawdę, ale zawsze spotykałem się z odmową.

Jego wejście do ligi belgijskiej można nazwać piorunującym, gdyż każde z pierwszych trzech spotkań kończył z trafieniami. Potem jednak złamał kość piszczelową, co doprowadziło do ośmiomiesięcznego rozbratu z piłką. Wrócił jednak w wielkim stylu, strzelając siedem goli w dziewięciu meczach. Kontuzja, która mogła zakończyć jego przygodę z profesjonalną piłką, jedynie opóźniła jego przybycie do upragnionej Premier League. Senegalczyk spakował walizki i przeniósł się do drugoligowego niemieckiego Hoffenheim.

Demba Ba i jego niemiecka przygoda

Sympatycy niemieckiej Bundesligi zapewne doskonale wiedzą, że TSG 1899 Hoffenheim to dość niezwykły zespół na piłkarskiej mapie Niemiec. Klub, który od 2008 roku gra nieprzerwanie w Bundeslidze, ulokowany jest w niewielkiej, liczącej niewiele ponad trzy tysiące mieszkańców wiosce. Został założony w 1899 roku, a współczesny TSG to kontynuator historii i tradycji tej drużyny. Prawie sto lat spędził jednak na tułaniu się po regionalnych ligach, a przełom nastąpił dopiero w sezonie 1989/90, gdy kontrolę nad zespołem przejął Dietmar Hopp.

Biznesmen ten jest jednym ze współzałożycieli przedsiębiorstwa informatycznego SAP, które doprowadziło go do majątku oscylującego wokół miliardów euro. Od lat jednak znany jest przede wszystkim ze swojej działalności charytatywnej. W 1995 roku przeznaczył 70 proc. posiadanych akcji holdingu SAP na rzecz Dietmar Hopp Foundation, obecnie jednej z największych w Niemczech i całej Europie prywatnych fundacji. Jej działalność skupia się na poziomie lokalnym, ponieważ życzeniem Hoppa jest przekazanie większości majątku swojemu rodzinnemu regionowi Rhein-Neckar. Fundacja wspiera młodzieżowe kluby sportowe, badania nad rakiem, leczenie chorób dziecięcych. Inwestował również w biotechnologię, a jego firma CureVac prowadziła badania nad wynalezieniem szczepionki na koronawirusa.

Odskocznią od codziennej pracy stanowiły dwie pasie: piłka nożna i golf, a lokalny patriotyzm skłonił go do inwestycji w miejscowy klub. Nie spotkało się to z powszechną aprobatą wśród niemieckich kibiców. Ci bowiem szczególnie cechują się przywiązaniem do historii i tradycji, a upadki wielkich marek jak na przykład FC Kaiserslautern, których miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej zajmują „twory” wielkich inwestorów, jak RB Lipsk czy Hoffenheim, są dla nich trudne do zaakceptowania. Z tego powodu starszy pan niejednokrotnie spotykał się z obelgami z ich strony, co nie zmienia faktu, że dał swojemu klubowi wszystko, czego dusza zapragnie – piękny stadion, występy w europejskich pucharach. Wypromował również piłkarzy takich jak Roberto Firmino czy też trenerów pokroju Juliana Nagelsmanna.

Wracając do Demby Ba, trafił do klubu przed sezonem 2007/08. Wraz z nim beniaminka 2. Bundesligi zasilili między innymi Carlos Eduardo, Vedad Ibisevic czy też Luiz Gustavo. Trenerem zaś został Ralf Rangnick, trener-wizjoner, odpowiedzialny później za ugruntowanie pozycji RB Lipsk w niemieckim futbolu. Stworzył on niezwykle efektownie grający zespół, który już w pierwszym roku jego pracy awansował do najwyższej ligi. Senegalczyk był jednym z architektów zarówno awansu, jak i pierwszego niezwykle udanego sezonu w Bundeslidze, które Wieśniaki zakończyły na siódmym miejscu.

Nie czuł się jednak szczególnie związany z tym klubem i wielokrotnie nosił się z zamiarem odejścia. Po raz pierwszy podjął taką próbę w lipcu 2009 roku, kiedy pozyskaniem zawodnika zainteresowane było VfB Stuttgart. Oblał jednak wtedy testy medyczne. Sytuacja ta powtórzyła się też, gdy po Senegalczyka zgłosiło się Stoke City. Nie poddał się jednak i ostatecznie dopiął swego w styczniu 2011 roku, kiedy przeniósł się do West Hamu United, zamykając tym samym swój bilans bramkowy w barwach klubu z Rhein-Neckar-Arena na 40 bramkach w 103 występach.  Po latach skomentował te wydarzenia dość krótko.

Wcześniejsze odrzucenia na testach nauczyły mnie, że jeśli coś się nie udaje, to znaczy, że tak musi być i znajdę sobie inny klub.

Krótki pobyt w West Hamie United

Młoty nigdy nie znajdowały się na tym poziomie rozpoznawalności, co choćby Chelsea i Arsenal, ale w XXI wieku zdołały wypromować kilku zawodników, którzy osiągali sukcesy w większych klubach. Warto wspomnieć, chociażby Joe Cole’a, Franka Lamparda, Javiera Mascherano czy też Carlosa Teveza.

Można zatem wysnuć wniosek, że Senegalczyk wybrał sobie świetne środowisko do rozpoczęcia przygody z Premier League. Jego debiut przypadł na starcie z Birmingham City, kiedy zmienił w 75. minucie Robbiego Keane’a. Sześć dni później z kolei zanotował pełny debiut, który okrasił dwoma trafieniami, a jego zespół ostatecznie zremisował 3:3 z West Bromwich Albion. Ostatecznie drugą połowę sezonu 2010/11 zakończył zdobyciem siedmiu bramek w dwunastu spotkaniach.

Podopieczni Awrama Granta nie notowali jednak najlepszych występów, a porażka na wyjeździe 2:3 z Wigan Athletic ostatecznie przypieczętowała spadek do Championship. Mimo wielu namów ze strony włodarzy West Hamu, Demba nie zamierzał grać ponownie w niższych ligach. Skorzystał z odpowiedniej klauzuli w swoim kontrakcie i opuścił londyński klub za darmo.

Gwiazda Newcastle

Zainteresowanie reprezentantem Senegalu wykazały Everton oraz Newcastle, które ostatecznie okazało się szczęśliwym nabywcą jego karty zawodniczej. Jego debiutancki sezon 2011/12 z pewnością jest jednym z najmilej wspominanych okresów przez kibiców Srok.

Podopieczni Alana Pardew zajęli wówczas piąte miejsce w lidze, najwyższe od 2004 roku. Legendą zwłaszcza obrósł słynny duet senegalskich napastników, który wcale dobrze ze sobą nie współpracował. Suche liczby wyglądają pięknie, bo Demba Ba i Papis Cisse zdobyli łącznie 29 goli w 34 meczach. W praktyce jednak obaj panowie niezwykle się kanibalizowali.

Przed przyjściem rodaka w zimowym okienku transferowym, bohater tekstu miał na swoim koncie 15 goli w 19 meczach. Później, chcąc „upchnąć” obu napastników w wyjściowej jedenastce, Alan Pardew zaczął ustawiać Ba na skrzydle. Zmiana ta znacząco ograniczyła możliwości snajpera, który w poszukiwaniu golu coraz częściej musiał schodzić ze skrzydła. W efekcie do końca rozgrywek zanotował na tej pozycji zaledwie jedno trafienie. Cisse zaś, zdobył 13 bramek w 14 meczach.

Na początku sezonu Pardew postanowił wykorzystać atuty swoich podopiecznych w inny sposób i Cisse tym razem miał występować jako podwieszony napastnik. Były zawodnik Hoffenheim grał wreszcie na szpicy, gdzie odzyskał wielką formę, co tylko potwierdzają statystyki – 13 goli i dwie asysty w 20 spotkaniach. Tym razem jednak zmiana odbyła się niekorzystnie dla Papisa, który zaledwie trzy razy wpisał się na listę strzelców.

Ich wspólny rok raczej pokazał, że Senegalczycy byli zbyt podobnymi do siebie zawodnikami, którzy nie powinni na dłuższą metę występować razem. Z tego powodu odejście jednego z nich najprawdopodobniej było najlepszym rozwiązaniem dla samych zawodników, jak i klubu. Padło na Dembę, który w styczniu 2013 roku zamienił Newcastle na Chelsea. Ze Srokami pożegnał się po strzeleniu 40 bramek w 106 spotkaniach.

Powrót do Londynu

Kibice londyńskiej Chelsea doskonale wiedzą jak trudne może być znalezienie następcy skutecznego napastnika. Legendarnego Didiera Drogbę próbował przede wszystkim zastąpić Fernando Torres, który trafił na Stamford Bridge z Liverpoolu za ponad 50 milionów funtów. Jedna z legend złotej generacji reprezentacji Hiszpanii swoje najlepsze lata miała już za sobą i kompletnie nie sprawdziła się w roli lidera The Blues. Dość powiedzieć, że w 142 meczach dla Liverpoolu Torres zdobył 81 bramek. W Chelsea zaś zaledwie 45. Spektakularny upadek zawodnika, który wydawał się napastnikiem kompletnym.

Nic dziwnego zatem, że w klubie Romana Abramowicza uznano, że warto nieco poszerzyć opcję w ataku, a pozyskanie za zaledwie siedem milionów funtów skutecznego napastnika sprawdzonego na poziomie Premier League wydawało się świetną opcją. Nie ma co naciągać rzeczywistości stwierdzeniem, iż Demba Ba był niezwykle istotnym zawodnikiem w trakcie pobytu na Stamford Bridge. Wszak zanotował jedynie 14 trafień w 51 spotkaniach. Jednakże zaliczył tam kilka wielkich momentów, o których warto wspomnieć.

Pierwszym z nich był ćwierćfinał Pucharu Ligi z Manchesterem United, który The Blues ostatecznie wygrali 1:0. Senegalczyk był bohaterem spotkania, który zdobył piękną bramkę po zagraniu z głębi pola od Juana Maty.

Kolejny miał już miejsce w znacznie poważniejszych rozgrywkach, gdyż na poziomie Ligi Mistrzów, konkretnie w ramach ćwierćfinałowego starcia z Paris-Saint-Germain. Wtedy, 8 kwietnia 2014 roku, pojawił się boisku w 66. minucie, zmieniając Franka Lamparda. Podopieczni José Mourinho przystępowali do tego starcia z nożem na gardle, gdyż pierwszy mecz przegrali 3:1. Awans do półfinału był zatem uzależniony od zdobycia co najmniej dwóch bramek. Pierwszą strzelił André Schürrle, który w 18 minucie pokonał Salvatore Sirigu. Na drugą jednak trzeba było czekać aż do 87. minuty, kiedy nieudany strzał Azpilicuety zamienił na gola Demba Ba. Tak oto spełnił marzenie z dzieciństwa wielu chłopców – stał się bohaterem wieczoru w Lidze Mistrzów.

Ostatnie, prawdopodobnie najważniejsze wydarzenie, które zamierzam przytoczyć, z pewnością nie jest dobrze wspominane przez sympatyków Liverpoolu. The Reds na trzy kolejki przed końcem sezonu 2013/14 znajdowali się na najlepszej drodze do zdobycia pierwszego mistrzowskiego tytułu od 1990 roku. Pięć punktów przewagi nad Chelsea oraz sześć, wraz z meczem rozegranym mniej, nad Manchesterem City wydawało się bezpieczną przewagą. Podopieczni Brendana Rodgersa musieli jednak zanotować korzystny rezultat w starciu z The Blues, co koniec końców nie udało się za sprawą Stevena Gerrarda oraz Demby Ba właśnie.

Legendarny pomocnik Liverpoolu poślizgnął się na murawie, czym umożliwił przejęcie piłki Senegalczykowi. Później ówczesny reprezentant Anglii mógł tylko bezradnie patrzeć na napastnika zamierzającego nie tylko dobić jego zespół, ale brutalnie spuentować jego całą karierę w Premier League – nigdy nie zdobył mistrzostwa Anglii, a tamten mecz (a także późniejszy remis 3:3 z Crystal Palace) przekreślił największą szansę na osiągnięcie tego sukcesu. Ostatecznie bowiem strat nie udało się odrobić, a rywali w końcówce zdołał jeszcze dobić Willian.

Wielu angielskich kibiców wielokrotnie wracało do tego spotkania poprzez prześmiewczą piosenkę, która brzmiała następująco:

Steve Gerrard, Gerrard,
He slipped on his f*cking a*se,
He passed it to Demba Ba,
Steve Gerrard, Gerrard…

Był to jeden z ostatnich momentów w karierze Senegalczyka na Stamford Bridge. Późniejszy transfer Diego Costy z Atlético Madryt dość jasno uświadomił Dembie, że jego czas w Premier League dobiegł końca. Przez dwa i pół roku spędzone w Anglii nie zdołał zdobyć krajowego trofeum, ale udało mu się sięgnąć po triumf w Lidze Europy w 2013 roku.

Końcówka kariery

Nowym przystankiem w karierze Demby Ba była turecka Süper Lig, gdzie reprezentował trzy kluby: Beşiktaş, İstanbul Başakşehir oraz Göztepe. W barwach dwóch pierwszych sięgnął po krajowy tytuł, a pracodawcy nie mogli narzekać na jego skuteczność – w 103 spotkaniach zanotował 46 trafień na poziomie ligowym.

Od czasu do czasu potrafił błysnąć jednak również na europejskiej arenie, a jeden z takich momentów miał miejsce w sezonie 2020/21. Wówczas Başakşehir debiutował na poziomie Ligi Mistrzów, gdzie w fazie grupowej zmierzył się z Manchesterem United, Paris-Saint Germain oraz RB Lipsk. Jedyny swój mecz ówczesny mistrz Turcji zdołał wygrać z Czerwonymi Diabłami u siebie, gdzie duet Visca-Ba doskonale wykorzystał niechlujstwo w grze podopiecznych Solskjaera.

Pomiędzy klubami ze Stambułu spędził trochę czasu w chińskim Shanghai Shenhua, gdzie dalej robił, to co potrafił najlepiej, strzelał bramki, a konkretnie 34 w 54 spotkaniach. W tamtym okresie doszło jednak do dramatu. W 2016 roku drużyna grała derby z Shanghai SIPG, a Ba złamał nogę.

Zdaniem trenera Gregorio Manzano ta kontuzja mogła zakończyć jego karierę. Skuteczna operacja wraz z wrodzoną determinacją pozwoliła mu jeszcze na kilkuletnie podróże między Chinami, Turcją oraz Szwajcarią. I to właśnie w tym ostatnim kraju zdecydował się zakończyć karierę, gdzie barwy FC Lugano reprezentował zaledwie w trzech meczach.

Kariera reprezentacyjna

Senegalczyk zadebiutował w kadrze w 22 spotkaniach, gdzie na listę strzelców zdołał się jednak wpisać zaledwie czterokrotnie. Nie miał okazji reprezentować swojego kraju na mistrzostwach świata, lecz znalazł się kadrze Lwów Terangi na Puchar Narodów Afryki 2015. Podopieczni Amary Traoré nie zdołali jednak awansować do fazy pucharowej, plasując się w grupie za Ghaną i Algierią. Ba nie zanotował na tym turnieju żadnego trafienia.

Ocena zawodnika

Wydaje mi się, że każdy kibic kocha historie, w których moment chwały na najwyższym poziomie zalicza zawodnik solidny, walczący o każdą szansę na zaistnienie przez większą część swojego życia. Strzelając wiele goli w słabszych klubach i kilka niezwykle istotnych w tych większych zapisał się w pamięci kibiców Premier League na wiele lat.

Wspaniała to była podróż. Poza wszystkimi trudami i łzami, jakie spotkałem po drodze, futbol dał mi tyle pięknych emocji – tak podsumował swoją karierę.

Czym zajmie się na piłkarskiej emeryturze? Nie wiemy, ale niewykluczone, iż zobaczycie go w polskich sklepach szukającego syropu marki Łowicz.

MATEUSZ GĄDEK