Carlos Tevez – od miłości do nienawiści

W historii futbolu przewinęło się wielu graczy, którzy zapisali się w pamięci kibiców zarówno wielkimi umiejętnościami jak i ognistym temperamentem. Takim graczami byli, chociażby Eric Cantona i Diego Maradona, a przedstawiciele młodszego pokolenia zapewne wymawiają jedno nazwisko: Carlos Tevez.

Droga na szczyt

Dzieciństwo krnąbrnego napastnika nie należało do najłatwiejszych. Wychowywał się w ubogiej dzielnicy Fuerte Apache, gdzie miejscowe gangi nieustannie uprzykrzały życie mieszkańcom. Na domiar złego chłopca porzuciła uzależniona od kokainy matka, a ojciec został zastrzelony.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Nic dziwnego zatem, że młody Argentyńczyk szukał odskoczni od trudnej rzeczywistości. I podobnie jak w przypadku wielu świetnych zawodników z Ameryki Południowej, ukojeniem okazała się piłka nożna. Nieustannie jednak towarzyszyło mu jedno marzenie – zamienić ulicę na legendarną La Bombonerę. Zapewne sam nie spodziewał się, że spełni się tak szybko.

Po kilku latach w drużynie All Boys, talent Carlosa został dostrzeżony przez Boca Juniors i już w wieku 13 lat stał się zawodnikiem „Genueńczyków”. Równie szybko, bo jako 17-latek, zadebiutował w pierwszej drużynie argentyńskiego giganta.

Swój pierwszy pobyt w macierzystym klubie okrasił mistrzostwem kraju, Copa Libertadores, Copa Sudamericana oraz Pucharem Interkontynentalnym, który udało się wydrzeć w rzutach karnych wielkiemu Milanowi. Wielu zapewne się spodziewało, że młody zawodnik jeszcze przez wiele lat będzie prowadził swój ukochany klub do wielkich sukcesów.

Los jednak bywa przewrotny i już w styczniu 2005 roku utalentowany 20-latek zasilił brazylijskie SC Corinthians Paulista. Kierunek mógł się wydawać dziwny, zwłaszcza mając na uwadze wcześniejsze sukcesy w barwach Boca.

W grę wchodziły jednak gigantyczne pieniądze. Ówczesny inwestor klubu z São Paulo, grupa Media Sport Investment, miał wielkie plany utworzenia z „Timão” kontynentalnego giganta. W tym celu nie szczędził środków, a poza pozyskanym za 22,6 miliona dolarów reprezentantem Argentyny, kadrę zespołu zasilili również Javier Mascherano, Nilmar, Carlos Alberto, a w rolę szkoleniowca wcielił się mistrz świata z 1978 roku Daniel Passarella.

Mimo początkowych trudności, talent Carlosa rozkwitł, a swój pierwszy sezon naznaczył zdobyciem 25 bramek w 38 spotkaniach. Trafienia kapitana zespołu wydatnie przyczyniły się do zdobycia przez Corinthians mistrzostwa kraju. Otrzymał również nagrodę najlepszego piłkarza rozgrywek, stając się tym samym pierwszym od 1976 roku obcokrajowcem, który dostąpił tego zaszczytu.

Jak na „dream team”, drużyna z São Paulo osiągnęła jednak stosunkowo niewiele. W stanowych mistrzostwach Campeonato Paulista zajęła drugie miejsce, a z Pucharem Brazylii pożegnała się już w 1/8 finału. Równie słabo wypadła w Copa Libertadores 2006, gdzie na tym samym etapie rozgrywek szans na międzynarodowy sukces pozbawiło ich River Plate (jak na ironię, prowadzone przez Daniela Passarelle, który ze swoimi rywalami rozstał się po zaledwie dwóch miesiącach pracy).

Sytuacje pogorszyły Mistrzostwa Świata 2006, które pozbawiły „Timão” kilku ważnych graczy. Zespół został osłabiony na 8 spotkań, z których 7 zakończyło się porażką. Na drużynę spadła krytyka zawiedzionych kibiców, w której obliczu dał znać o sobie trudny charakter zawodnika.

Powróciwszy do składu, od razu zdołał wpisać się na listę strzelców, lecz wykonał przy okazji gest w stronę kibiców nakazujący uciszenie im się. Pierwsze problemy zaczęły się jednak już znacznie wcześniej. W 2005 roku podczas treningu opluł Carlosa Alberto, za co zarobił cios w twarz. Zaledwie dwa miesiące później z kolei pobił się z innym kolegą z zespołu, Marquinhosem, któremu nie podobał się agresywny styl gry napastnika. Oliwy do ognia dolewał też samymi wypowiedziami:

Wygląda na to, że nie chcą, żeby Argentyńczykowi powiodło się w brazylijskiej piłce. Jeśli nic się nie zmieni, trudno będzie mi tu pozostać.

Konflikt z nowym trenerem oraz chęć sprzedaży zawodnika do Europy przez MSI zaowocowało nieuniknionym, „Apacz” wyruszył na podbój Starego Kontynentu.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…