Paulo Roberto Falcão – Ósmy Król Rzymu

Czas czytania: 9 m.
4.8
(5)

Prawdopodobnie nie istnieje piękniejszy turniej sportowy od Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Choć w swoim stosunkowo krótkim życiu miałem okazję doświadczyć tego wydarzenia zaledwie pięciokrotnie, to za zdecydowanie najlepszy z nich wszystkich uznałbym ten rozegrany w 2014 roku na brazylijskich boiskach. Niemal równie dobrze, jak same zmagania pamiętam okres oczekiwania do jego rozpoczęcia, gdzie namiętnie pochłaniałem artykuły z magazynu FourFourTwo oraz reklamy przygotowane przez sponsorów.  

Paulo Roberto Falcão – biogram

  • Pełne imię i nazwisko: Paulo Roberto Falcão
  • Data i miejsce urodzenia: 16 października 1953 Abelardo Luz
  • Wzrost: 183 cm
  • Pozycja: Pomocnik

Historia i statystyki kariery

Kariera klubowa

  • SC Internacional (1972–1980) – 157 meczów, 21 bramek
  • AS Roma   (1980–1985) – 107 meczów, 22 bramki
  • São Paulo (1985–1986) – 10 meczów, 10

Kariera reprezentacyjna

  • Brazylia (1976–1986) – 28 meczów, 6 bramek

Kariera trenerska

  • Brazylia (1990–1991)
  • Club América (1991–1992)
  • SC Internacional (1993)
  • Japonia (1994)
  • SC Internacional (2011)
  • EC Bahia (2012)
  • Sport Recife (2015–2016)
  • SC Internacional (2016)

W jednej z reklam obserwujemy pozornie zwyczajną sytuację. Brazylijski golibroda kończy właśnie obsługiwać swojego zagranicznego klienta, a następnie bierze do ręki jego kartę płatniczą. Dopiero po zerknięciu na nazwisko właściciela zszokowany fryzjer zdaje sobie sprawę z kim ma do czynienia. Oto przed nim stoi Paolo Rossi, człowiek, który swoim hattrickiem z 1982 roku pozbawił Brazylię marzeń o awansie do półfinału turnieju oraz doprowadził do płaczu wszystkich kochających piękny, ofensywny futbol.

Nie zawsze jednak Rossi miał w Brazylii tyle szczęścia. Kiedyś w Sao Paulo został wyrzucony z samochodu przez wściekłego taksówkarza, który również w jednej chwili przypomniał sobie genialne pokolenie rodaków, którzy pomimo swojego kunsztu, nie osiągnęło, grając razem niczego znaczącego. Jednym z nich, być może niemal zapomnianym, jest Paulo Roberto Falcão, legenda notabene również włoskiego futbolu.

Początki kariery w ojczyźnie

Urodził się 16 października 1953 roku w miasteczku Abelardo Luz, w stanie Santa Caterina. Pierwsze piłkarskie kroki zaczął stawiać w SC Internacionalu, największego klubu z regionu Rio Grande do Sul. Już jako 19-latek zdołał przebić się do pierwszej drużyny, co zbiegło się z jednym z najlepszych okresów w historii tego klubu. Inter zapisał sobie trzy tytuły mistrzowskie brazylijskiej Série A w latach 1975, 1976 i 1979.

Szczególnie imponujący wydaje się tytuł z 1979 roku, gdyż Internacional zakończył rozgrywki bez porażki. Jest to osiągnięcie, którego nie udało się dotychczas powtórzyć żadnemu innemu klubowi z „Kraju Kawy”. Falcão nie zdołał jednak zatriumfować w rozgrywkach Copa Libertadores (lokalnym odpowiedniku europejskiej Ligi Mistrzów), gdyż finałowy dwumecz z Club Nacional zakończył się dla niego porażką.

Transfer do Włoch

Od czasu do czasu włoska AS Roma dokonuje transferu, który pozwala swoim kibicom marzyć o wielkości. Byli to chociażby Fulvio Bernardini w 1928 roku i Gabriel Batistuta w 2000 roku. Obaj posiadali takie pokłady indywidualnej klasy, aby wnieść klub na zupełnie inny poziom. Sympatycy Giallorossich nie mogli też narzekać na brak wielu świetnych Brazylijczyków w swojej historii – od napastnika Dino da Costy na początku lat 60, poprzez skrzydłowego Amarildo, a na wielkich Cafu i Aldairu kończąc. Kiedy jednak klub postanowił wybrać najlepszego obcokrajowca w swojej historii, to właśnie Falcão okazał się najlepszy z nich wszystkich.

Niewiele jednak brakowało, a wychowanek Internacionalu nigdy nie trafiłby do Wiecznego Miasta. Wcześniejsze porównania do Zico nie były przypadkowe, gdyż pierwotnie to właśnie on był rozważany. Ówczesny prezydent klubu, Dino Violi, swój pierwszy sezon w tej roli zakończył z Pucharem Włochem, ale chciał uczynić z Romy krajową potęgą. Minęły prawie cztery dekady, odkąd Giallorossi zdobyli swoje pierwsze – i wówczas jedyne – Scudetto. Chcąc nawiązać do tych czasów, Violi potrzebował prawdziwiej gwiazdy, a nie ma się co dziwić, że „Biały Pele” mógł wydawać się bardziej stworzony do tej roli.  Świetnie przechodził z pomocy do ataku, nie sprawiło mu kompletnie różnicy, którą nogą zagrywa piłkę, a wizją gry dorównywał najlepszym pomocnikom w historii.  Do tego był niezwykle bramkostrzelny i znakomicie wykonywał rzuty wolne.

Długotrwała obserwacja Falcão przekonała jednak włodarzy Giallorossich do sięgnięcia po niego, co wywołało powszechne zdziwienie. Tak opisywał go obserwujący wówczas piłkę w Ameryce Południowej syn Nilsa Liedholma, trenera AS Romy:

Jeśli potrzebujesz pomocnika, który zdobywa bramki, to Zico jest takim piłkarzem. Jednak jeśli potrzebujesz kogoś, kto zorganizuje zespół, to postaw na Falcão.

Falcão entuzjastycznie podszedł do możliwości przeprowadzki do Europy, a transfer ostatecznie wyniósł 650 000 funtów.

Gwiazda Romy

Na Półwyspie Apenińskim odnalazł się znakomicie – szybko nauczył się nowego języka, a wpływ na grę zespołu wywarł natychmiast. W swoim debiutanckim sezonie rozegrał 25 meczów i zanotował trzy trafienia, ale takie statystyki niewiele w przypadku jego gry są w stanie nam powiedzieć. Był on bowiem cofniętym rozgrywającym o niemal wybitnych wręcz zdolnościach technicznych i inteligencji taktycznej, a w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków, nie był zbyt szalony w swojej grze – nie przepadał za szalonymi dryblingami i widowiskowymi sztuczkami. W sposób wizjonerski za to wprawiał cały mechanizm w ruch odpowiednią dystrybucją piłki, co pozwalało błyszczeć kolegom z ataku i pomocy, takim jak Bruno Conti. Wydaje mi się, że najtrafniej jego wpływ na zespół opisała legenda Romy, Fulvio Bernardini:

Fãlcao jest w stanie pojawić się w każdym miejscu, w którym jest akurat potrzebny. Nie jest to gracz efektowny i często budzi zachwyt tylko w poszczególnych momentach, ale pomimo tego wydaje się wszechobecny. Pokazuje się swoim kolegom do gry oraz wymyka się rywalom spod kontroli.   

W jego pierwszym sezonie 1980/81 Roma długo liczyła się w walce o tytuł, lecz musiała ostatecznie uznać wyższość Juventusu. Na osłodę jednak udało się zdobyć Puchar Włoch, co wprawdzie nie zaspokajało wielkich ambicji prezydenta, lecz mogło stanowić dobry prognostyk na przyszłość. Mogło, bo z takimi oczekiwaniami podopieczni szwedzkiego szkoleniowca całkowicie się z nimi rozminęli. Sezon 1981/82 skończyli dopiero na trzecim miejscu, nie broniąc jednocześnie krajowego pucharu. Patrząc z perspektywy indywidualnej, Brazylijczyk zanotował moment prawdziwiej piłkarskiej magii, kiedy w meczu z Fiorentina zanotował asystę po podaniu z powietrza zewnętrzną częścią buta, ale brak ostatecznego sukcesu nakładał wielką presję zarówno na niego, jak i całą drużynę.

Presję, którą podopieczni Liedholma wreszcie zdołali udźwignąć. Pierwsza jedenastka Giallorossich z rozgrywek 1982/83 przeszła do historii Seria A, a w szczególności formacja pomocy, o której sile stanowili również Carlo Ancelotti i Agostino Di Bartolomei. Sam Falcao opuścił zaledwie 3 ligowe spotkania. Strzelił siedem goli w Seria A – w tym kluczowego przeciwko Pizie, który niemal przystemplował tytuł. Biorąc pod uwagę trzy trafienia w pucharach, osiągnął najlepszy wynik w karierze. Nigdy wcześniej ani później nie zdobył dwucyfrowej liczby goli. Nie zmienia to jednak faktu, że wówczas osiągnął całkowity szczyt swoich możliwości, a ważne trafienia w połączeniu z niesamowitą wydolnością i inteligentnym poruszaniem się po boisku uczyniła go prawdziwym idolem dla kibiców.  Podczas tej kampanii zyskał przydomek „Il Divino” (Boski) od fanów Romów. Naturalnie stał się także znany jako „L’Ottavo Re Di Roma” – ósmy król Rzymu.

Finał Pucharu Europy

W kolejnym sezonie Giallorossi niestety musieli się zadowolić już drugim miejscem.  Nie jednak nieudana obrona mistrzowskiego tytułu była najważniejszym wydarzeniem sezonu 1983/1984, a finał Pucharu Europy, który szczęśliwym zbiegiem okoliczności miał zostać rozegrany na Stadio Olimpico. Wszystko wydawało się wręcz perfekcyjnie ułożone pod ostateczny triumf ekipy ze stolicy Włoch, która w drodze do finału pokonała IFK Goteborg, CSKA Sofia, Dynamo Berlin i Dundee United.

Fãlcao był kluczowym zawodnikiem przez całą kampanię i wychodził w podstawowym składzie, aż do momentu, w którym opuścił pierwszy mecz półfinałowy z powodu drobnej kontuzji odniesionej w meczu ligowym. Roma wówczas poniosła w Szkocji porażkę 2:0, a kibice desperacko wręcz pragnęli powrotu swojego bohatera na rewanż. Wrócił, udało się odnieść zwycięstwo 3:0 i wydawało się, iż końcowy triumf znajduje się na wyciągnięcie ręki. Należało „jedynie” pokonać w wielkim finale Liverpool.

Początek finałowego starcia nie zwiastował wielkich emocji, a w zasadzie przez pierwsze dziesięć minut nie wydarzyło się nic szczególnego. Trzy minuty później jednak to Anglicy jednak wyszli na prowadzenie. Bramkarz Romy, Franco Tancredi, ktory próbował przejąć dośrodkowanie, został wówczas odepchnięty przez przeciwnika, po czym bezpańską piłkę skierował do bramki Phil Neal. Współcześnie zapewne takie zachowanie zostałoby uznane za faul na bramkarzu, lecz arbiter główny spotkania zdecydował się wskazać na środek boiska. Trafienie to jednak zmotywowało Giallorossich do znacznie lepszej gry, a kapitan Agostino Di Bartolomei zaczął zagrywać piękne, długie podania z głębi pola. Napór się opłacił i w czterdziestej drugiej minucie udało się doprowadzić do wyrównania po dośrodkowaniu i trafieniu Pruzzo. Poza tymi sytuacjami jednak nie wydarzyło się nic już wartego uwagi i zwycięzcę musiano wyłonić poprzez rzuty karne.

Sam wychowanek Internacionalu nie był w pełni przygotowany fizycznie do rozegrania tego meczu i znalazło to swoje odzwierciedlenie w jego boiskowych poczynaniach, gdyż rozegrał prawdopodobnie swój najsłabszy mecz w tej edycji Pucharu Europy. Mogło to jednak nie mieć znaczenia, gdyby zachował się w odpowiedni sposób podczas serii rzutów karnych. Wówczas jednak popełnił najbardziej haniebne przewinienie w swojej karierze w Rzymie, gdyż najzwyczajniej w świecie stchórzył, odmawiając wówczas oddania strzału z jedenastu metrów. Pod jego nieobecność reprezentanci Włoch Francesco Graziani i Bruno Conti fatalnie przestrzelili, co wykorzystał Liverpool, sięgając ostatecznie po końcowy triumf.

Koniec europejskiej przygody i powrót do Brazylii

To wydarzenie znacząco zepsuło relację z klubem, a nawracające problemy z kolanem nie czyniły całej sprawy łatwiejszą. W sezonie 1984/85 rozegrał zaledwie cztery spotkania, a Roma zajęła zaledwie ósme miejsce w lidze. Chcąc rozwiązać swoje problemy, zdecydował się na nieautoryzowaną operację w Nowym Jorku, co tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło włodarzy włoskiego klubu. Zdecydowali się więc rozwiązać z nim kontrakt, a on sam próbował jeszcze reaktywować karierę w  São Paulo FC. Rozegrał tam jednak zaledwie dziesięć spotkań i zakończył karierę.

W taki oto smutny sposób zakończyła się historia najlepszego obcokrajowca w historii Romy. Podczas swojej pobytu we Włoszech Brazylijczyk wystąpił w 107 meczach i zanotował 22 trafienia, które przełożyły się na jeden krajowy tytuł i dwa Puchary Włoch. Z pewnością największą rysą na jego wizerunku pozostaje niechęć do wykonania karnego w wielkim finale Pucharu Europy, co doprowadziło również do nieodwracalnych rozłamów między gwiazdą, a resztą zespołu.

Tragedia Agostino Di Bartolomei

Szczególnie to wydarzenie dotknęło kapitana Agostino Di Bartolomei’ego, którego los szczególnie chwyta za serce. Wielokrotnie prawdopodobnie mogliście usłyszeć niezwykle szkodliwe opinie, jakoby utytułowani i cieszący się życiem w luksusie zawodnicy są również pozbawieni poważniejszych problemów. W teorii tak było, żył w pięknej rezydencji razem z żoną i dziećmi, ale u schyłku kariery dopadła go pewna tragiczna przypadłość – depresja.

Po zakończeniu kariery, były kapitan AS Romy, został kompletnie przez ukochany klub zapomniany. Czekał wciąż na telefon z klubu. Liczył, że dostanie ofertę pracy za biurkiem lub jako trener młodzieży. Na próżno.

Moje życie się zmieniło. Nie trudnię się już tym, co każdego dnia czyniło ze mnie osobę publiczną. Schodzisz ze sceny i musisz szukać dla siebie innego miejsca – mówił niedługo po zakończeniu kariery.

30 maja, dziesięć lat po przegranym finale coś w nim pękło. Napisał krótki list do żony i dzieci, gdzie przeprosił, zapewnił, że to nie ich wina. Następnie wyjął z szuflady rewolwer i na pięknym tarasie oddał strzał w swoje serce. Człowiek, który tak kochał Romę, że nie potrafił bez niej żyć.

Kariera reprezentacyjna

Na osobny wątek zasługuje historia kariery reprezentacyjnej wychowanka Internacionalu, która dostarczyła mu jeszcze boleśniejszych rozczarowań. Pomimo świetnych występów w rodzimej lidze, nie znalazł uznania w oczach selekcjonera i nie znalazł się w kadrze na Mistrzostwa Świata z 1978 roku. Rok później znalazł się z kolei w kadrze na Copa America, ale nie odegrał tam ważnej roli, a Brazylia zajęła rozczarowujące trzecie miejsce.

W 1982 roku jednak jego pozycja w futbolu była już zupełnie inna. Grał świetnie w Romie, cieszył się miłością wielu fanów i szacunkiem ekspertów, a Brazylia zdawała się potrzebować zawodnika, który uporządkuje grę świetnego pokolenia ofensywnych piłkarzy. Początkowe nawiązanie do Paolo Rossiego pasuje jednak również tutaj idealnie, gdyż podobnie jak on dostał się do finalnej kadry na ten turniej w ostatniej chwili.  Zdążył jednak rozegrać dwa spotkania sparingowe z ZSRR, a każde spotkanie na samym turnieju zaczynał od pierwszej minuty.

Dziś wszyscy najlepsi zawodnicy z „Kraju Kawy” raczej występują w najlepszych klubach europejskich, takich jak Real Madryt. Wówczas jednak większość z nich grała w ojczyźnie i światowa publika mogła ich poznać właśnie dopiero przy okazji wielkich turniejów. Był to wręcz magiczny element obcowania z piłką nożną, który utraciliśmy wraz z rozwojem europejskiej piłki oraz telewizji. Wydaje mi się jednak, że nawet w dzisiejszych czasach ta reprezentacja zdobyłaby wielki rozgłos. Szczególnie zachwycała trójka pomocników, którymi poza Falcão byli również Zico i Sócrates. Sylwetka pierwszego została już przybliżona, ale myślę, że warto chwilę pozostać przy kapitanie tej kadry.

Jeśli wydaje wam się, że mówiąc o „Sócratesie”, posługuje się dość kreatywnym pseudonimem — jesteście w błędzie. Dorastał w towarzystwie pięciu braci, między innymi Sófoclesa i Sostenesa, a takie imiona swoim dzieciom wybrał ojciec, człowiek głęboko zafascynowany kulturą antyczną oraz tekstami starożytnych filozofów. W takich warunkach wyrósł niezwykle błyskotliwy i inteligentny człowiek, który był kimś znacznie więcej niż tylko piłkarzem. Doktor, jak go nazywano, skończył medycynę na raty (zaczął za młodych latach, skończył po karierze), prowadził klinikę dla kontuzjowanych zawodników, a także aktywnie udzielał się politycznie, chcąc doprowadzić do upadku rządzącej krajem dyktatury. Wracając jednak do jego piłkarskiej strony, był wysokim i dobrze zbudowanym pomocnikiem. Karierę zrobił, świetnie dyktując tempo gry dzięki wybornym umiejętnościom technicznym. Nie lubił przesadnego wysiłku fizycznego, ale biegać za dużo nie musiał — zawsze wiedział, gdzie powinien się pojawić. Mistrz prostoty, znany także z charakterystycznych zagrań piętą.

Z tak unikalną grupą piłkarzy Brazylia swobodnie rozjeżdżała kolejnych rywali, ZSRR, Szkocję, Nową Zelandię, Argentynę, każdemu z nich aplikując co najmniej dwa gole. Sam Falcão zdołał w nich  strzelić dwie bramki i zanotować asystę. Brazylia wydawała się mieć wszystko, decydującego o awansie do półfinału meczu z Włochami nie musiała nawet wygrać, wystarczyłby remis. Filozofia trenera Santany nie pozwalała jednak na tego typu kompromisy. Mecz był do wygrania; więc dlaczego mieliby bać się Włochów?

Cóż, takie podejście zapewniło nam być może jeden z najwspanialszych meczów w historii Mistrzostw Świata, lecz brutalnie obnażyło naiwność tej reprezentacji. Kadry, która niespecjalnie się przejmowała grą obronną – liczyły się piękne podania, a każdą stratę da się odrobić. Ciężko o większą antytezę ówczesnych Włochów, którzy bronili całą drużyną. Napastnicy Rossi i Graziani opóźniali akcję ofensywne przeciwnika już na jego połowie, czyhając też na błędy obrony rywali, co uwidoczniło zdobycie drugiej bramki w meczu z Brazylią. Udało się dwukrotnie doprowadzić do remisu dzięki trafieniom Sócratesa oraz Falcão, ale trzeci cios zadany przez Rossiego okazał się śmiertelny. Konsekwencje dla brazylijskiego futbolu były brutalne, gdyż już nigdy nie doczekali się kadry grającej z takim polotem. Choć zdobyli mistrzostwo świata w 1994 roku, to po pragmatycznej grze oraz wygranym w rzutach karnych finale. Canarinhos stracili swoją piękną twarz i w zasadzie nie odzyskali jej do dziś.

Sam Falcão stracił swoją kolejną wielką szansę na międzynarodowy sukces i już nigdy nie odegrał w kadrze głównej roli. Pojechał co prawda na mundial w 1986 roku, ale tam Brazylia pożegnała się z turniejem po ćwierćfinale, a on sam pełnił podczas tam rolę rezerwowego. Grupowe starcie z Algierią było ostatnim aktem jego pięknej i niespełnionej kariery.

Życie po życiu

Po zawieszeniu butów na kołku próbował swoich sił w trenerce, ale nigdzie nie zagrzał za długo miejsca. Zaczął od prowadzenia reprezentacji Brazylii, ale szybko z niej wyleciał po rozczarowującym Copa America 1991. Potem zaliczył jeszcze epizod w kadrze Japonii, lidze meksykańskiej czy rodzimej lidze, aż w końcu zdecydował dać sobie z tym spokój. Ostatnio, jako koordynator techniczny w Santosie, doświadczył znaczącego wydarzenia – pierwszego spadku klubu z ligi w jego historii. Ten człowiek chyba po prostu przynosi pecha.

Źródła

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 4.8 / 5. Licznik głosów 5

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img

Więcej tego autora

Najnowsze

„Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki” – recenzja

Co dzieli Polaków? Polityka, opinia o Robercie Lewandowskim, sprawy społeczne i tak dalej. Można wymieniać długo. Na pewno temat relacji polsko-niemieckich to poletko zainteresować...

Al-Saadi Kaddafi – zapomniane dziecko Dżamahriji

Al-Saadi Kaddafi miał marzenie, żeby zostać piłkarzem. Wykorzystując swoją pozycję zrobił wszystko, żeby zaistnieć w świecie futbolu.

Thierry Henry – kula w armacie

Przypominamy karierę jednego z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych napastników początku XXI w.