Polska na mundialu w 1986 r.

Polska_na_mundialu_1986

Zdobyte przez kadrę Antoniego Piechniczka medale mistrzostw świata w Hiszpanii potwierdziły wysokie aspiracje i umiejętności polskich piłkarzy. Wydawało się, że reprezentacja na dłużej zadomowi się w światowej czołówce. Ciągle ważnymi elementami zespołu byli jeszcze doświadczeni zawodnicy, ale coraz mocniej do głosu dochodziła młodzież. Czwarte (w 1979 r.) i trzecie (w 1983 r.) miejsce na młodzieżowych mistrzostwach świata pokazały, że o następców naszej złotej generacji możemy być raczej spokojni. Pokoleniowa zmiana miała dokonać się m.in. na turnieju w Meksyku. Niestety z różnych względów mundialu z 1986 r. polscy kibice nie wspominają raczej dobrze.

Te wspomnienia dotyczą oczywiście tylko występów Polaków, bo neutralny kibic na brak emocji w czasie turnieju nie mógł narzekać. Trzecia drużyna poprzednich mistrzostw w czterech spotkaniach strzeliła tylko jedną bramkę. Ten jeden gol pozwolił przedłużyć gasnące nadzieje na to, że po wyjściu z grupy Polacy zdołają odzyskać dawny blask. Nie do końca się to udało, ale w 1/8 finału zagraliśmy swój najlepszy mecz na tamtej imprezie. Na świetnie grającą Brazylię było to jednak za mało. Porażka 0:4 była bardzo bolesna, ale wynik nie do końca oddawał przebieg gry.

Jeszcze w trakcie przygotowań do meksykańskiego turnieju Antoni Piechniczek zdecydował, że po imprezie bez względu na wynik pożegna się z reprezentacją. Po meczu w szatni podziękował i pożegnał się z zawodnikami, a swoją decyzję o rezygnacji z funkcji selekcjonera przekazał wszystkim w studiu TVP.

Przekazuję pałeczkę następcy. Życzę mu, żeby co najmniej dwa razy doprowadził reprezentację do finałów i w lepszym stylu, z lepszymi osiągnięciami dalej kierował polską piłką. Odchodzi trener, odchodzi grupa piłkarzy. Przyjdą inni, młodzi – zaczną na nowo. Nam wypada im tylko życzyć wszystkiego najlepszego – mówił ustępujący trener.

Kolejny raz w wielkim turnieju nasza reprezentacja zagra dopiero za 16 lat. Jeszcze dłużej przyjdzie kibicom czekać na awans narodowej drużyny z grupy na wielkiej imprezie. Sztuka ta uda się dopiero Adamowi Nawałce podczas francuskiego Euro 2016 – 30 długich lat po odpadnięciu z Brazylią.

Rzeczywistość po Hiszpanii

Z zamiarem ustąpienia ze stanowiska selekcjonera Piechniczek nosił się jednak już cztery lata wcześniej. Podjął wówczas nawet pierwsze kroki w tym kierunku. Po trzecim miejscu w Hiszpanii czuł się zmęczony i chciał trochę odpocząć. Zaczynał też myśleć o wyjeździe za granicę. Informacja o jego rezygnacji wyciekła jednak do mediów i minister sportu Marian Renke, spełniając polecenia najważniejszych osób w państwie, za wszelką cenę próbował nakłonić szkoleniowca do zamiany zdania. Ostatecznie po krótkich wahaniach Piechniczek zgodził się zostać.

Żeby mieć pełniejszy obraz naszego występu w Meksyku, warto po krótce prześledzić naszą drogę na ten turniej. Pierwsze spotkanie po hiszpańskich mistrzostwach reprezentacja zagrała już 31 sierpnia. W Paryżu po bardzo dobrym meczu pokonaliśmy Francję aż 4:0. Z zawodników, którzy niespełna dwa miesiące wcześniej grali o trzecie miejsce, na Parc des Princes wystąpiło ich tylko pięciu. Z poważnymi problemami ze zdrowiem borykał się Waldemar Matysik, Józef Młynarczyk był kontuzjowany, a Władysław Żmuda w trakcie okresu przygotowawczego doznał urazu kolana, po którym już nigdy nie wrócił na najwyższy poziom.

Znalezienie odpowiednich zastępców dla hiszpańskich medalistów i umiejętne wkomponowanie ich do drużyny stało się jednym głównych wyzwań, przed jakimi stanął po mundialu selekcjoner. Czasu było mało, bo już we wrześniu startowały eliminacje do mistrzostw Europy. Naszymi rywalami w walce o awans były Finlandia, Portugalia i ZSRR. Grupa dość wyrównana i ciężko było wskazać zdecydowanego faworyta. Kibice jednak mieli wielkie nadzieje, że wreszcie uda się przełamać pechową passę i uzyskać upragniony awans.

Uznałem, że eliminacje do mistrzostw Europy to dobry pretekst, żeby szukać nowych zawodników, dublerów, talentów. Nie można grać wciąż tym samym składem, trzeba szukać nowych rozwiązań – mówił selekcjoner w książce Pawła Czado i Beaty Żurek „Piechniczek. Tego nie wie nikt”.

W inauguracyjnym meczu z Finami prowadziliśmy 3:0, ale na własne życzenie zafundowaliśmy sobie nerwy w końcówce i skończyło się 3:2. Miesiąc później piłkarze udali się do Lizbony, gdzie ulegli Portugalii 1:2. Perspektywa awansu nieco się oddaliła, ale nie było jeszcze tragedii. Wszystko miało się zdecydować wiosną 1983 r. W kwietniu zdołaliśmy jednak tylko zremisować z Finlandią (1:1), a w maju taki sam wynik uzyskaliśmy w starciu z ZSRR. W obu spotkaniach napastników rywali wyręczali nasi piłkarze. Dla Finów samobójczą bramkę uzyskał Paweł Janas, a dla gości zza wschodniej granicy Roman Wójcicki. Szanse na wyjazd do Francji spadły praktycznie do zera.

Piechniczek doskonale zdawał sobie z tego sprawę i wiedział, że i tak już nienajlepsza atmosfera wokół reprezentacji, w najbliższym czasie raczej się nie poprawi. Zarówno on, jak i piłkarze będą musieli mierzyć z narastającą medialną krytyką. Sytuacji nie poprawiła październikowa porażka w Moskwie z ZSRR (0:2).

Od mundialu mija ledwie rok, a piłkarze podstawowego składu trzeciej drużyny świata byli już w mniejszości. Przed mistrzostwami świata w Hiszpanii mogłem scalić drużynę, spędzaliśmy na zgrupowaniach wiele czasu razem. Podczas tych eliminacji nie miałem już takiego komfortu. Próbowałem nowych zawodników i nie trafiałem. To było miotanie się – mówił trener.

Rok 1983 reprezentacja kończyła rewanżowym pojedynkiem z Portugalią we Wrocławiu. Polacy nie mieli już szans na awans, ale nasi rywale ciągle pozostawali w grze i gdyby wygrali, to mieli jeszcze szansę wyprzedzić ZSRR. To wystarczyło, żeby mogli liczyć na wsparcie polskiej publiczności. Doping dla Portugalczyków nie podobał się Piechniczkowi, który ten mecz uważa za swój najgorszy w całej kadencji. Goście wygrali 1:0, a dwa tygodnie później przypieczętowali awans, pokonując u siebie ZSRR.

Polacy kończyli pomundialowy rok z bilansem zaledwie sześciu (!) międzypaństwowych gier. Trzeba jednak tutaj zaznaczyć, że dopiero w lipcu zniesiono stan wojenny. Skutki jego wprowadzenia były odczuwane w każdym aspekcie życia. Sytuacja polityczna w kraju cały czas była niestabilna, a gospodarcza wręcz fatalna. Wszędzie brakowało pieniędzy i nie mogło się to nie odbić na sporcie. Mimo wszystko trzeci zespół świata powinien zaprezentować się nieco lepiej i odnieść więcej niż tylko jedno zwycięstwo (3:1 z Bułgarią w marcu w Łodzi).

Byłem załamany. Drużyna nie rokowała. Miałem dołek psychiczny – mówił Piechniczek po latach o sytuacji po przegranych eliminacjach.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…