Gwardia Warszawa – polscy pionierzy w europejskich pucharach

Wsiadamy w wehikuł czasu i przenosimy się dokładnie 60 lat wstecz. Jesteśmy w Sztokholmie, gdzie warszawska Gwardia staje przeciwko miejscowemu Djurgardens. Był to pierwszy występ polskiej drużyny w europejskich pucharach i trzeba przyznać, że wyszedł całkiem przyzwoicie. I właśnie z okazji 60-lecia tego meczu chcemy Wam przypomnieć historię rywalizacji Gwardii Warszawa z Djurgardens Sztokholm.

Zanim w ogóle zaczniemy tę opowieść musimy przypomnieć, dlaczego organizatorzy rozgrywek o Puchar Europejskich Mistrzów Krajowych wysłali zaproszenie Polakom. Początkowo nie było nas na liście 16 krajów, które miały wystąpić w tych rozgrywkach. Dopiero po rezygnacji federacji angielskiej, która nie zgodziła się by ich mistrz, Chelsea Londyn, miał grać ze słabszymi zespołami spoza Wysp Brytyjskich. Splendid isolation pozwoliło polskiej drużynie wystąpić już w pierwszej edycji PEMK.

W drugiej kolejności trzeba wyjaśnić, dlaczego to Gwardia reprezentowała Polskę w Pucharze Mistrzów. W końcu warszawianie nie byli mistrzami kraju. Aktualnym zwycięzcą ligi (historia już wtedy pokazywała, że zwycięzca ligi nie zawsze był mistrzem Polski) była Polonia Bytom i to ona powinna z urzędu wystartować w premierowej edycji europejskich pucharów. W kraju nad Wisłą grano wówczas systemem wiosna-jesień i działacze wykazywali dużą obawę o aktualną formę bytomskiej Polonii. Założono więc, że bytomianie będą mogli zagrać w pucharach tylko w przypadku, gdy po rundzie wiosennej będą znajdować się w pierwszej trójce. Mistrzowi ta sztuka się nie udała, więc wydawało się, że w edycji 1955/56 Polska nie będzie miała reprezentanta w Pucharze Mistrzów. MSZ szybko znalazło rozwiązanie tej sytuacji i złożyło organizatorom następującą propozycję: jeżeli zaprosicie do gry czwarty zespół poprzedniego sezonu, Gwardię Warszawę, to władze państwa nie będą robić żadnych problemów.

Czasy były, delikatnie mówiąc, trudne. Przed 1955 rokiem w lidze grały takie kluby jak Stal Sosnowiec, CWKS Warszawa, Unia Chorzów, Ogniwo Bytom, Włókniarz Łódź, Kolejarz Poznań czy Gwardia Kraków i dopiero zarządzenie przewodniczącego GKKF z marca pozwoliło na powrót do nazw Zagłębie, Legia, Ruch, Polonia, ŁKS, Lech czy Wisła. Zmiany zaczęły wchodzić w życie dopiero we wrześniu, a jako pierwsza sygnał dała Wisła. W takich warunkach polska wchodziła w rywalizację klubową w europejskich pucharach. Pomimo tych zmian dział propagandy funkcjonował bez zarzutu i jeżeli była choćby najmniejsza możliwość, by promować kluby wojskowe czy milicyjne, to nikt nie wahał się, by z niej skorzystać. Warszawska Gwardia była klubem milicyjnym i poza Legią (CWKS), która mogła mieć każdego polskiego piłkarza, wcielając go do wojska, miała największe wsparcie władzy. Gwardziści mieli też inny atut — po prostu świetnie grali w piłkę. Wiosną 1955 roku wygrali między innymi z Polonią (wcześniej Ogniwo, przemianowane w 1955 roku na Spartę) Bytom i to w stosunku 7:1. W zespole prowadzonym przez Edwarda Brozowskiego grali wówczas tacy piłkarze jak Tomasz Stefaniszyn, Edmund Zientara, Stanisław Hachorek czy Krzysztof Baszkiewicz.

Losowanie zdecydowało, że pierwszym rywalem Gwardii będzie mistrz Szwecji – Djurgardens Sztokholm. W tym klubie grało kilku znakomitych zawodników znanych z gry w reprezentacji Szwecji jak Sigge Parling, Gosta Sandberg czy bramkarz Arne Arvidsson. Najbardziej znany był 24-letni Sven „Tumba” Johansson, ale on zyskał ogromną sławę nie na boiskach piłkarskich, ale na hokejowych lodowiskach. Odpowiedzią na tych zawodników miał być świetny atak z Baszkiewiczem i Hachorkiem na czele, ale jeszcze przed wyjazdem do Sztokholmu okazało się, że z powodu kontuzji Hachorek nie będzie mógł zagrać w tym spotkaniu. Rezolutne władze szybko znalazły rozwiązanie tego problemu i na mecz w Szwecji ściągnęli do Gwardii piłkarza Polonii (wówczas Gwardii) Bydgoszcz — Mariana Norkowskiego, nie zważając na to, czy przepisy dopuszczają tego typu „wypożyczenia”.

System wspierał Gwardię, jak mógł, ale to nie znaczy, że na jego wsparcie mogli liczyć wszyscy gwardziści. Niektórzy przecież nie byli tak dalece posłuszni, jak sobie to wyobrażała ówczesna władza. Na przykład Edward Brzozowski, trener Gwardii, który miał na swoim koncie tytuł mistrzowski z warszawską Polonią, był człowiekiem wymagającym wobec siebie i swoich podopiecznych, a także pozostawał bezwzględnie wierny swoim zasadom. Czy ktoś taki mógł reprezentować Polskę za granicą? Władze uznały, że do Szwecji powinien pojechać ktoś bardziej lojalny, więc Brzozowskiemu nie wydano paszportu. I tak trenerem Gwardii w Sztokholmie został Tadeusz Foryś.

Mecz w Sztokholmie został rozegrany 20.09.1955 roku przy sztucznym świetle. Szwedzi mieli znacznie lepsze warunki fizyczne, co próbowali wykorzystać, grając górne piłki do swoich napastników. Gwardziści byli szybsi, ale szybko zostali pozbawieni tego atutu, bo już na początku kontuzji doznał Baszkiewicz. W tamtych czasach nie można było dokonywać zmian, więc jeden z najlepszych snajperów w zespole snuł się bez celu po boisku do końca spotkania. Piłkarze Djurgardens mieli wyraźną przewagę i pod koniec pierwszej połowy zdołali wywalczyć rzut karny, lecz Tomasz Stefaniszyn obronił strzał Sigge Parlinga. Debiut okazał się więc udany, a polska prasa pisała nawet, że duński sędzia pomagał Szwedom. Przegląd Sportowy posunął się jeszcze dalej i w relacji z tego spotkania pisał, że polskim zawodnikom przeszkadzał nawet… cień piłki!

− W meczu sztokholmskim pierwszoplanową rolę odgrywała nie forma jednej lub drugiej drużyny, lecz warunki, w jakich rozegrano to spotkanie. Rozegranie tego meczu przy świetle elektrycznym było poważnym handicapem dla gospodarzy. I w przebiegu spotkania można było znaleźć potwierdzenie tej opinii. Gospodarze czuli się dosłownie jak u siebie w domu, dla nich nie były problemem ani ciężka piłka, ani cień tej piłki. Gwardziści natomiast nie czuli się dobrze na pięknym boisku starego sztokholmskiego stadionu olimpijskiego, rzęsiście oświetlonym reflektorami umieszczonymi na dachach owalnej budowy. Każde spojrzenie w górę kosztowało zawodnika polskiego utratę panowania nad piłką, a w przyjmowaniu względnie w stopingu często dochodziło do sytuacji, które mogły zdenerwować nie tylko widza, ale i samego zawodnika. − pisał w Przeglądzie Sportowym Grzegorz Aleksandrowicz.

PS Gwardia

Remis w meczu wyjazdowym można było uznać za korzystny wynik, bo wszyscy się spodziewali, że w rewanżu Gwardia udowodni swoją wyższość, zwłaszcza że do gry miał wrócić Hachorek. Tylko Szwedzkie media były innego zdania. − „Mistrzowska gra Djurgardens przyjdzie wkrótce” − pisał poniedziałkowy Idrootsbladet. Dwa tygodnie później przewidywania dziennikarzy się sprawdziły.

Gwardia przygotowywała się do meczu rewanżowego w Jugosławii. Pojedynki z Vojvodiną Nowy Sad i Crveną Zvezdą Belgrad miały zapewnić lepsze przygotowanie, ale tak naprawdę odniosły odwrotny skutek. „Harpagony” przegrały oba spotkania. Tymczasem Szwedzi byli spokojni, stworzyli najlepsze możliwe warunki, wyczarterowali samolot i zatrzymali się w hotelu Bristol.

12 października spełniły się najczarniejsze sny gwardzistów, którzy grali już bez Norkowskiego, ale mieli na ławce trenerskiej Edwarda Brzozowskiego. Szwedzi już w 5 minucie wyszli na prowadzenie po strzale Erikssona. Kilka chwil później wyrównał Baszkiewicz, ale Eriksson odpowiedział kolejnymi trafieniami w 17, a potem w 22 minucie. Czwartą bramkę jeszcze przed upływem 30 minut strzelił Sandberg, ustalając tym samym wynik spotkania na 4:1.

Zastanawiająca jest nota na temat tego spotkania znaleziona w Przeglądzie Sportowym. − Nie wiem, gdzie tkwi tajemnica sztokholmskiego sukcesu Gwardii. Jakim cudem wywiozła ona wynik remisowy z pierwszego meczu. Chyba że Djurgarden jest drużyną pokroju naszych zespołów i cierpi na zmienność formy… Na podstawie środowego meczu można stwierdzić, nie znając całej prawdy, iż nasza piłka znajduje się w powijakach. I to jest najbardziej przykre. Nie możemy więc mieć wielkiej pretensji do Gwardii. Wiemy, na co ją stać i wiemy, że w tej chwili przeżywa ona ogromny kryzys. Gdyby miała te walory, którymi rozporządzała na wiosnę, Djurgarden musiałby się mocno napocić, by wygrać. − pisał w Przeglądzie Sportowym Jerzy Zmarzlik. Co ciekawe, nikt nie miał pretensji do sędziego, nikt nie obwiniał też zawodników, bo przecież może im się zdarzyć słabszy występ. A może po prostu gwardziści mieli prawo do słabszego występu.

PS Gwardia 3

Gwardia odpadła z europejskich pucharów, a w kolejnej rundzie taki sam los spotkał Djurgardens, który przegrał oba mecze z Hibernian Edynburg. Można się jedynie zastanawiać co by było, gdyby zamiast Gwardii w Pucharze Mistrzów wystąpiła Polonia Bytom. Trzeba jednak pamiętać, że bytomianie — mistrzowie Polski z 1954 roku — rok później spadli z ligi. Można było jeszcze dać szansę ŁKS-owi Łódź czy Ruchowi Chorzów, które miały tyle samo punktów co Gwardia, a w kolejnym sezonie radziły sobie znacznie lepiej niż bytomianie, ale to tylko gdybanie. Warto natomiast nadmienić, że w roku 1955 narodziła się już nowa potęga — Legia Warszawa. Tę historię przybliżymy wam już w innym miejscu.

GRZEGORZ IGNATOWSKI

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 99 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.