Mecz cenniejszy niż złoto

Na stadionie w Hamburgu zapadła grobowa cisza. A właściwie: zapadłaby, gdyby nie niespełna dwutysięczna grupa widzów zza żelaznej kurtyny. Z innego świata, oddzielonego od tego drugiego, lepszego, murem postawionym 13 lat wcześniej. Oni, żyjący w gorszej, szarej rzeczywistości, teraz mieli swą chwilę radości. Jedyną w historii.

Postawmy sprawę jasno: reprezentacja NRD nigdy nie była światową potęgą. Ba, nawet gdyby ograniczyć porównanie do samych jej sąsiadów, to zapewne z nikim nie mogłaby rywalizować na „dłuższym dystansie”. Oczywiście, miała swoje sukcesy, ale tylko w futbolu amatorskim – na igrzyskach olimpijskich czterokrotnie zdobywała medal. Raz ten najcenniejszy, gdy w roku 1976 pokonała w finale Polskę. Inaczej było na mistrzostwach Europy, na których… nigdy nie zagrała i mistrzostwach świata, gdzie… zagrała raz. I do tego występu zmierzamy.

Na wschód od kurtyny

Wszyscy doskonale wiemy, jak ważny był sport w krajach komunistycznych. Problem w tym, że w NRD piłka nożna wcale nie była jedną z tych dyscyplin, która niemalże bez przerwy siedziałaby w głowach partyjnych towarzyszy. Znacznie wyżej były te mogące przynieść na igrzyskach olimpijskich więcej medali. Bo to właśnie o te krążki tu chodziło i im niemal wszystko było podporządkowane. Całkiem inaczej niż choćby w Polsce, gdzie niemal każdy wypatrywał sukcesów czy to klubów, czy reprezentacji na europejskiej i światowej arenie.

Przeczytaj także: „Bitwa o Berno”

Z tego też powodu kłopoty miała zarówno kadra, jak i drużyny klubowe. Fakt, rodzili się świetni piłkarze, którzy – gdyby nie zakazy – zapewne zrobiliby karierę na miarę swoich „największych” kolegów z Niemiec Zachodnich. Fakt, niektóre kluby miały spore wsparcie władz (takim było m.in. Dynamo Drezno, klub milicyjny). To było jednak za mało, by zawojować międzynarodową scenę piłkarską. Zresztą, na piłkę nożną nie dało się wpłynąć tak, jak choćby na sporty indywidualne, czyli m.in. dopingiem, w którym w NRD się wręcz specjalizowano.

Gdy reprezentacja Niemiec Wschodnich dostała się na swoje jedyne mistrzostwa świata, radość była duża, owszem, ale nikt nic wielkiego po niej nie oczekiwał. Do momentu, gdy pół roku przed turniejem wylosowano grupy. A tam do karteczki z napisem „NRD” przypasowano tą, gdzie widniały trzy inne litery – „RFN”. Cel był od teraz jeden: zwycięstwo w tym meczu. I nagle, na pół roku, może rok, piłka nożna stała się w państwie sportem wyniesionym na piedestał. Inaczej zresztą być nie mogło. To nie był przecież tylko mecz piłkarski. To była rywalizacja pomiędzy dwoma „blokami”, możliwość udowodnienia sobie i innym, kto jest lepszy. Tak to widziano na wschodzie.

W mecz ten zaangażowano wszystkich, dosłownie. Wystarczy napisać, że Erich Honecker, ówczesny przywódca partii, był na bieżąco informowany z tego, co dzieje się we wschodnioniemieckiej kadrze. Wcześniej zakończono rozgrywki ligowe, tylko po to, by mieć więcej czasu na przygotowania do turnieju. Prawdopodobnie po raz pierwszy (i ostatni) w swojej karierze, piłkarze z NRD otrzymali tak komfortowe warunki przygotowań, jak wtedy. W niczym nie ustępowały one tym, które mieli ich pobratymcy zza granicy.

To wszystko miało zapewnić mundialowym debiutantom sukces. Słowo to w ich przypadku znaczyło jednak coś całkowicie odmiennego, niż gdy mówiono o nim w Polsce, Holandii czy RFN. Podczas, gdy inni marzyli o medalu, podopieczni Georga Buschnera mieli wygrać tylko jeden mecz. I aż jeden mecz.

Nie jest dobrze

Zwycięzcy mistrzostw Europy sprzed dwóch lat przystępowali do turnieju jako jedni z faworytów. Mieli swą niesamowitą generację, której przewodził Franz Beckenbauer, a za nim (choć na boisku wręcz przeciwnie) stali m.in. Netzer czy Grabowski. Choć trzeba dodać, że nie byli oni typowani na zwycięzców turnieju. Rok 1974 był bowiem czasem Holandii, grającej wtedy najlepiej w historii swej kadry, a być może i całej piłki nożnej. Futbol totalny święcił tryumfy, a Niemcy… no właśnie.

Franz Beckenbauer i Bernd Bransch RFN NRD
Przywitanie kapitanów: Franz Beckenbauer i Bernd Bransch.

U Niemców nie było najlepiej. I nie chodzi wcale o wyniki na boisku, bo problemy rodziły się głównie poza nim. Reprezentacja przygotowywała się do mistrzostw w hotelu, w którym podjęto specjalne środki ostrożności, przez co przypominał on „więzienie o zaostrzonym rygorze”, jak to ujął Ulrich Hesse. Obawiano się Frakcji Czerwonej Armii, a trzeba zauważyć, że dwa lata wcześniej, również na niemieckiej ziemi, miał miejsce atak terrorystyczny w trakcie igrzysk olimpijskich. Wszystkie środki podjęte, by zapewnić piłkarzom bezpieczeństwo jawią się więc jako rozsądne, problem w tym, że sami zawodnicy po pewnym czasie mieli ich dość. Atmosfera była bardzo nerwowa, kłócili się niemal wszyscy – trener Niemców, Helmut Schon z piłkarzami, piłkarze z federacją (m.in. w sprawie premii za turniej), a nawet sami gracze między sobą.

Ostatecznie, głównie za sprawą Beckenbauera, będącego już wtedy liderem drużyny w niemal każdym aspekcie jej funkcjonowania, wszystkie problemy udało się rozwiązać, ale znacząco wpłynęło to na postawę Niemców z Zachodu na boisku – wymęczone zwycięstwo 1:0 z Chile i wygrana 3:0 z Australią, która – nie oszukujmy się – miała być (i była) chłopcem do bicia, nie były w stanie zadowolić miejscowej publiczności, która gwizdami dawała upust swemu niezadowoleniu. Oczywiście, mecze te wystarczyły, by awansować do kolejnej rundy, ale po gospodarzach turnieju oczekiwano znacznie więcej. A najgorsze było dopiero przed nimi.

Cisza

Są takie momenty, które zapadają w pamięć kibiców na całym świecie. Piękne bramki, fantastyczne parady, niesamowite zwycięstwa czy występy jednego zawodnika. Czasem zdarzy się też, że ktoś uciszy stadion, jak niegdyś Raul zrobił to z Camp Nou. Nikt jednak nie uciszył całego kraju i połowy narodu. Nikt, poza Jurgenem Sparwasserem.

Sparwasser był zawodnikiem FC Magdeburga. Spędził w nim całą swoją piłkarską karierę, kilka miesięcy przed meczem przeciwko RFN zdobył nawet Puchar Zdobywców Pucharu po wygranym finale z wielkim Milanem. W kadrze zdobył piętnaście bramek. Ale tak właściwie mógłby strzelić tylko tę jedną, a i tak wszyscy by o niej (i o nim) pamiętali. Zresztą ssam powiedział później: „Kiedy umrę, napiszcie na moim grobie ‘Hamburg, Weltmeisterschaft 1974’. Każdy będzie wiedział, kto tam jest pochowany”.

Miał rację, biorąc pod uwagę, że na blogu Bloody Football! znaleźć możemy taką anegdotę:

Spotkałem kiedyś w Bratysławie turystów z Lipska doskonale pamiętających czasy podziału. Na koniec ciekawej rozmowy spytałem nestora rodziny, na oko sześćdziesięcioletniego postawnego piwosza z kuflem Paulanera w ręku, co najlepiej zapamiętał z czasów NRD. Ten, po krótkiej chwili namysłu, z diabelskim uśmiechem odparł: Jak to co?! Oczywiście, że bramkę Sparwassera!

Przejdźmy do samego spotkania – być może najważniejszego w historii wschodnioniemieckiej piłki nożnej. Dla NRD ten mecz był wszystkim, dla RFN jednym z wielu, choć jego wagę czuło się na stadionie, gdzie kibice pragnęli zwycięstwa nad rywalem z komunistycznej rzeczywistości. Mimo tego pojawiały się sugestie, jakoby Niemcy z Zachodu odpuścili to starcie. Ulrich Hesse, autor „Tora!”, stanowczo odrzuca takowe spekulacje:

Istnieje teoria spiskowa, że Niemcy Zachodnie specjalnie przegrały z NRD, by uniknąć spotkania z Holandią, Brazylią i Argentyną w drugiej fazie grupowej. To jedna z najbardziej niedorzecznych teorii związanych z futbolem(…) NRD nie był zwykłym rywalem, a mecz nie był po prostu kolejnym zwykłym meczem, ale spotkaniem z głębokim historycznym rezonansem.

Tak więc, podążając za opinią Hessego, odrzućmy teorie spiskowe i skupmy się na przebiegu spotkania. A w nim… wiele się nie działo. Tak, jeden z najsłynniejszych meczów w historii mundiali był po prostu nudny i niesamowicie chaotyczny (Gunter Netzer wspominał, że widząc to, co dzieje się na murawie, rozgrzewał się jak najdalej od ławki, byle tylko nie zostać wezwanym do wejścia na boisko). Nie pomagały w uporządkowaniu tego starcia reprymendy Beckenbauera, nie pomagały przedmeczowe założenia Schona. Nie pomagało nic.

Z tego chaosu narodziła się bramka, jedna jedyna, jaka padła tamtego wieczora. Sparwasser przyjął dośrodkowaną w jego stronę piłkę głową, posyłając ją równocześnie do przodu, co pozwoliło mu urwać się dwóm obrońcom i wyjść sam na sam z Seppem Maierem. Wszyscy trzej zawodnicy RFN próbowali jeszcze zablokować jego uderzenie, nie udało się żadnemu. Napastnik ze Wschodu trafił, a stadion i wraz z nim cały kraj, zamarł, bo tego nie spodziewał się nikt. Cieszył się jedynie sektor zajęty przez kibiców z NRD, którzy świętowali to jedno trafienie, jakby było bramką na wagę zdobycia tytułu.

Jurgen Sparwasser
Strzelec jedynego gola – Jurgen Sparwasser

O fanach ze Wschodu również warto wspomnieć. W teorii miało ich być na stadionie dwa tysiące. Wyselekcjonowanych spośród partii, starannie dobranych, według odpowiedniego klucza, z pilnującymi ich (ale ubranymi po cywilnemu) funkcjonariuszami STASI. Na trybuny weszło ich jednak mniej. Z prostego powodu – wielu wykorzystało mecz jako możliwość ucieczki do innego świata. Część z nich zrobiła to przed, niektórzy w trakcie, a część po spotkaniu. Wszyscy przenieśli do lepszej rzeczywistości, lepszego kraju, który wtedy – po raz pierwszy i ostatni – okazał się być gorszy.

Każdy ma swój happy(?) end

NRD w kolejnej rundzie nie wygrało żadnego meczu i z turniejem się pożegnało. Mimo tego piłkarze, po powrocie do kraju, zostali uhonorowani przez Ericha Honeckera, który przyjął ich na uroczystej „audiencji” w Berlinie. Sparwasser został też wybrany „Człowiekiem Roku 1974” w Niemczech Wschodnich, a pamięć o jego trafieniu prawdopodobnie nigdy nie zaginie w mrokach historii.

RFN awansowało dalej, choć po meczu z NRD sytuacja wydawała się wręcz fatalna. Znów pomógł Beckenbauer, który stawał się niejako drugim trenerem, tak urosła jego rola w drużynie. Potem rozegrano najbardziej znany mecz w historii polskiej piłki nożnej, obok „zwycięskiego remisu” z Wembley, czyli półfinał „na wodzie”. Ostatecznie – po finale przeciwko Holandii Johana Cruyffa – Niemcy sięgnęli po tytuł. Nie był to tryumf zasłużony, nie grali oni tak, jak umieli najlepiej, ale potrafili wyłączyć atuty Holendrów na tyle skutecznie, by ostatecznie móc wznieść w górę trofeum. Zresztą, reprezentanci Oranje bardzo szybko wyszli na prowadzenie, ale potem – niczym w finale z roku 1954 – Niemcy odżyli. Do przerwy. Po niej znów dominowali Holendrzy, jednak Sepp Maier był tamtego dnia (jak i w całym turnieju) w kapitalnej dyspozycji i zdołał wybronić gospodarzom zwycięstwo.

Po tym turnieju wielokrotnie z Niemiec Zachodnich słano propozycje rozegrania meczów towarzyskich do drugiej części narodu, znajdującej się po komunistycznej stronie świata. Odpowiedź nigdy nie była pozytywna, do spotkania nie doszło. Z prostego powodu – nikt w NRD nie spodziewał się, by możliwe było powtórzenie tamtego magicznego dnia, gdy Niemcy Wschodnie zwyciężyły w najważniejszym meczu, jaki dane było im rozegrać. Na tyle ważnego, że do dziś – nawet wśród byłych mieszkańców zachodniej części Niemiec, lepiej pamięta się tamto spotkanie niż starcie z Holendrami, które dało RFN złoty medal.

SEBASTIAN WARZECHA

 

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl