Larbi Ben Barek – od uwielbienia do zapomnienia

Rok 1992. Wrzesień. Dzień szesnasty

Starszy mężczyzna leży na swoim łóżku. Nie wiemy, czy zdaje sobie sprawę, że za moment jego serce przestanie bić. Jest sam. Od czasu do czasu odwiedzają go jego synowie – ci, którzy wciąż żyją. Dwóch innych nie miało takiego szczęścia. Czy ich wspomina? Możliwe. Wspomnienia to niemal wszystko, co zostaje człowiekowi w takich chwilach. A Larbi, bo tak mu na imię, ma ich naprawdę sporo.

Gdybyśmy się tam wtedy znaleźli, przy tym łóżku, obok tego człowieka, o czym by nam powiedział? Od czego by zaczął? Czy od opowieści o tym, jak wyrwał się z biedy, by zostać największą marokańską gwiazdą piłki nożnej? Jak został ochrzczony, jako pierwszy, „Czarną Perłą” i otworzył drzwi do europejskiej piłki innym graczom o tym kolorze skóry? A może o swych sukcesach? Tłumach skandujących jego imię? Czy na początek opowiedziałby nam o końcu? Swoich ostatnich chwilach z zawodową piłką i rozstaniu z nią?

Nigdy się już tego nie dowiemy. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, byśmy tę historię opowiedzieli sobie sami. Historię człowieka, którego uwielbiali kibice w całej Francji, Maroku i (co najmniej) połowie Madrytu, a który teraz – w swych ostatnich chwilach – musi znieść przekleństwo samotności. Wielkiej – jego ciało zostanie znalezione dopiero trzy dni po śmierci. Jak to często jednak bywa, paradoksalnie, to śmierć, która zabrała go z tego świata, ocaliła pamięć o nim.

Rok 1954. Październik. Dzień szesnasty

Larbi Benbarek, wraz z dziesięcioma innymi francuskimi zawodnikami, wychodzi na murawę Niedersachsenstadion w Hanowerze. Rywalem reprezentacji Trójkolorowych są świeżo upieczeni mistrzowie świata, dzisiejsi gospodarze, reprezentanci Niemiec Zachodnich. Ale to nie oni, a nasz bohater, są dziś najważniejsi.

Po dwudziestu siedmiu minutach Benbarek zmuszony jest zejść z boiska. Herbert Erhardt, niemiecki obrońca, z którym walczył o piłkę, swym wejściem nabawił go kontuzji. Nie tak miała się kończyć przygoda Czarnej Perły z francuską kadrą. Bo o to tu właśnie chodziło. O ostatni występ w koszulce z kogutem na piersi. Mimo wszystko Larbi ma prawo być szczęśliwym. Sam udział w tym meczu jest dla niego wystarczającym wyróżnieniem. Wrócił do kadry po sześciu latach przerwy. Debiutował szesnaście lat wcześniej. Kawał czasu. A to wszystko dzięki kibicom.

Dziewięć dni wcześniej

Mecz towarzyski. Francja gra z zespołem „Afryki Północnej”. Areną zmagań jest Parc des Princes w Paryżu. Cel szczytny, bowiem w trakcie spotkania zbierane są fundusze na rzecz poszkodowanych w trzęsieniu ziemi w algierskim Szalifie (wtedy Orléansville). W drużynie afrykańskiej pojawia się na boisku m.in. Larbi Benbarek. Zawodnik Olympique Marsylia, który w przeszłości grał też w Paryżu.

12722022_963393370362464_1373877127_n

Na karku ma 37 lat. Lub 40, bo jego data urodzenia nie jest stuprocentowo potwierdzona żadnym ze źródeł. A gra… po prostu pięknie. Publiczność szybko zostaje oczarowana – każde jego zagranie wywołuje na trybunach okrzyki i burzę oklasków. To jego podanie na bramkę zamienia Abderrazak, otwierając tym samym wynik meczu. Reprezentanci Afryki Północnej ostatecznie wygrywają, 3:2. A Larbi? Publiczność domaga się jego powrotu do reprezentacji Francji. Jules Bigot, selekcjoner, pozwoli mu na to piękne zakończenie przygody z kadrą. Przygody bez sukcesów, która jednak rozpoczęła się w sposób wyjątkowy.

Rok 1938. Grudzień. Dzień czwarty

Faszystowskie Włochy. Dokładniej rzecz ujmując – Neapol. Delikatnie mówiąc: nie najlepsze miejsce na debiut dla czarnoskórego zawodnika. Miejscowa publika to zresztą potwierdza – Benbarek, rozgrywający swój pierwszy mecz we francuskiej kadrze, jest regularnie obrażany przez włoskich fanów z powodu koloru swej skóry.

Larbi jednak nic sobie z tego nie robi. Nie ucieka, nie unika konfrontacji z trybunami. Wręcz przeciwnie – dąży do niej. W odpowiedzi na skandowane przez kibiców hasła chwyta piłkę, przenosi ją na środek boiska, kładzie na murawie i… zaczyna śpiewać Marsyliankę.

Francja mecz przegrywa. Benbarek, w swoim prywatnym spotkaniu, zdecydowanie zwycięża.

Rok 1939

To musi być załamujące doświadczenie. Wyrwać się z biedy, zostać wicemistrzem Francji, rozegrać kilka meczów w kadrze tylko po to, by wrócić do własnego kraju w obawie przed wojną. Nie byle jaką, bo największą w dziejach świata.

Możemy tylko przypuszczać, jakie myśli kłębią się w tej sytuacji w głowie Larbiego. Mimo że wraca do, teoretycznie, bezpiecznej ojczyzny, nie może być całkowicie spokojny. Nie wie, co się z nim stanie. Stracił źródło utrzymania, uciekła, być może jedyna w życiu, szansa na wielką karierę. Benbarek nie jest jednak z tych, którzy by się załamywali. Znajduje klub – US Casablanca, w którym grał przed odejściem do Francji i amatorsko kopie w nim piłkę.

Nie może przypuszczać, bo nie przypuszcza nikt, że wojna zabierze mu niemal 6 lat życia. Jak wielkim piłkarzem byłby, gdyby nie to?

Rok 1945

Wojna dobiegła końca. Ludzie, często na zgliszczach tego, co przed nią było ich domem, budują sobie nowe życia. Dostali swą szansę. Przeżyli. Przeżył też Larbi, który całą wojnę grał w piłkę w Casablance. W 1942 roku wygrał nawet z tamtejszą drużyną mistrzostwo Maroka oraz Mistrzostwa Afryki Północnej – turniej organizowany w krajach znajdujących się pod francuskim protektoratem. Zresztą była to jedyna edycja, jaką zorganizowano w trakcie wojny.

Teraz jednak Benbarek przekonuje się, że Francja pamięta. Wielki, być może największy, trener w historii futbolu, Helenio Herrera, który właśnie objął pod swe władanie zespół Stade Français, potrzebuje kogoś takiego, jak Larbi. Kreatora gry. Człowieka, który pozwoliłby jego zespołowi wejść na wyżyny swych umiejętności. Nasz bohater znów trafia więc do Francji. A tam publika szaleje na jego punkcie. To jeszcze nie ten moment, gdy świat o nim zapomni.

Rok 1948

Trzy lata w Paryżu upłynęły Larbiemu bez sukcesów. W jego głowie rodzi się myśl o zmianie otoczenia. A szansa na to jest idealna – zainteresowanie naszym bohaterem wykazuje Atlético Madryt. Zapewne z każdym innym zawodnikiem poszłoby Rojiblancos łatwo. Ale to nie „każdy inny”, to Benbarek, ulubieniec tłumów. Atlético jest więc zmuszone wydać ogromne pieniądze. Dokładniej rzecz ujmując – osiem milionów franków. Suma doprawdy niebotyczna.

Ostatecznie zespół z Madrytu dopina swego. Larbi Benbarek, już w nowej koszulce, zostaje zaprezentowany kibicom. I z miejsca zdobywa ich serca. W tym samym czasie, we Francji, fani są zaskoczeni transferem. Podobnie dziennikarze. Jeden z nich pisze w swej gazecie: „Sprzedajcie wieżę Eiffla, ale nie Benbarka”. Wymowne.

Rok 1951. Kwiecień. Dzień 22

To już drugi z rzędu rok Larbiego pod „panowaniem” starego znajomego, Helenio Herrery. To też drugi z rzędu rok, w którym Atlético, dowodzone z ławki przez Argentyńczyka, a na boisku przez Marokańczyka, tryumfuje w lidze. Benbarek gra świetnie – rozprowadza piłki, asystuje, kontroluje tempo gry, zachwyca. I strzela.

12746590_963393373695797_1116571135_n

W całym sezonie gra w 22 meczach ligowych. Na 30 możliwych. Na więcej nie pozwala mu wiek (33 lub 36 lat, w zależności od tego, które źródło podaje tę informację) i ciało, które coraz częściej ulega drobnym urazom. Opuszczenie ośmiu spotkań nie przeszkadza mu jednak w zdobyciu 14 bramek. W tym tej najważniejszej. W ostatniej kolejce Rojiblancos grają na wyjeździe z Sevillą, ostatnim zespołem, który może pokrzyżować im szyki w walce o obronę tytułu. Mecz kończy się wynikiem 1:1, a bramkę dla, jak się okazało wraz z ostatnim gwizdkiem, mistrzów Hiszpanii zdobywa właśnie Benbarek.

To jego – powtórzony – największy sukces w karierze. Ma pełne prawo do świętowania, co zresztą czyni. Wielu takich momentów w karierze mieć już nie będzie, choć wtedy, oczywiście, o tym nie wie.

Lata kolejne. 1951-1957

Z Atlético Larbi nie osiąga już nic więcej. W 1953 wyjeżdża z Madrytu i wraca do miasta, które przywitało go w Europie jako pierwsze. Olympique Marsylia znów wyciąga rękę po „Stopę Boga”, jak nazwała go hiszpańska prasa przy okazji transferu do stołecznego miasta, od którego minęło już pięć lat.

Z Marsylią Larbi dociera do finału Pucharu Francji, trofeum nie udaje mu się jednak zdobyć. To po tym sezonie gra swój ostatni mecz w kadrze. Po kolejnym opuszcza Francję. Jedzie do Algierii i przez rok gra w tamtejszym USM Bel-Abbés. Dociera z nim jeszcze do finału Pucharu Północnej Afryki. Ten jednak… nie zostaje rozegrany, oba kluby są więc zaledwie „finalistami”, a Puchar nie ma zwycięzcy.

Tuż po zakończeniu piłkarskiej kariery, w roku 1957, Benbarek otrzymuje ofertę poprowadzenia kadry Maroka. Niepodległego, co należy podkreślić, Maroka. Tym samym staje się jej pierwszym selekcjonerem. Nie jest nim jedna długo, bowiem jego umiejętności trenerskie nie dorównują tym boiskowym. Po tej nieudanej przygodzie próbuje swych sił jeszcze w innych klubach, w żadnym nie zostając na dłużej. Powoli, choć nieuchronnie, odchodzi w cień. W zapomnienie.

Rok 1975. Marzec

Świat przypomina sobie o Larbim na krótko. Do Maroka przyjeżdża Pelé, który spotyka się z naszym bohaterem. To o nim powie później, że: „Jeśli ja byłem królem futbolu, to Benbarek był jego bogiem”. Teraz jednak przekazuje mu koszulkę ze swoim numerem, co zostaje doskonale udokumentowane fotografiami i relacjami w różnych mediach. Problem w tym, że po wizycie, Benbarek, wcześniej odrestaurowany i wyjęty z szafy, teraz na powrót zostaje do niej wtrącony. W najgłębszy kąt. Świat przypomni sobie o nim dopiero po 17 latach. Gdy znajdzie jego ciało.

SEBASTIAN WARZECHA

 

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl