Ostatni mecz przed II wojną

Po awansie na MŚ 1938 i zaciętym pojedynku z Brazylią, wydawać by się mogło, że Polska stopniowo zaczyna stawać się znaczącym punktem na futbolowej mapie świata. Kolejne miesiące błyskawicznie jednak to zweryfikowały. Biało-czerwoni nie byli w stanie pokonać m.in. Łotwy, Norwegii czy Irlandii – rywali, którzy jeszcze do niedawna wydawali się być w naszym zasięgu. Na szczęście ze wsparciem przybyły posiłki w Wielkiej Brytanii. Na zaproszenie PZPN do Polski zawitał legendarny zawodnik Arsenalu – Alec James, który miał wpajać szkoleniowcom znad Wisły metody pracy poznane w ojczyźnie. Nasza kadra czekała na zwycięstwo już od 12 miesięcy, kiedy latem przybywał do kraju. A lato było piękne tego roku…

Alec James nie został ściągnięty do Polski w charakterze selekcjonera. Ponieważ pod względem wyszkolenia taktycznego, jak i przygotowania kondycyjnego nasz kraj znajdował się lata za Wielką Brytanią, postanowiono zainwestować w nauczyciela. James nie był trenerem, po zakończeniu kariery piłkarskiej realizował się bardziej jako dziennikarz. Tym niemniej w kraju, który nie miał od kogo czerpać wzorców, dobre było i to, nawet pomimo dużych problemów z przeskoczeniem bariery językowej. James, wbrew temu, co pisała większość ówczesnych gazet nie był Anglikiem, a Szkotem. Styl gry swojej ojczyzny starał się wpoić w naszej kadrze. Tym samym mieliśmy grać krótszymi podaniami i cierpliwiej przenosić piłkę z obrony do ataku, zamiast szukać natychmiastowych wykopów. Był on również wielkim zwolennikiem systemu WM, święcącego triumfy w Wielkiej Brytanii, a w Polsce praktycznie nieznanego. Jego wdrożenie u nas do najprostszych rzeczy jednak się nie zaliczało.

Przed meczem z Węgrami nikt nie dawał naszym zawodnikiem większych szans. My nie wygraliśmy 9 meczów z rzędu, zaś rywale byli aktualnymi wicemistrzami świata. Mimo, że skład Węgrów był nieco okrojony (do mniej niż połowy tego z finału MŚ), także i my mieliśmy swoje problemy kadrowe, wynikające z przygotowań mobilizacyjnych. Z tego powodu mimo klasy przeciwnika w podstawowym składzie naszych zawodników znalazło się aż trzech debiutantów, a czwarty pojawił się na murawie w trakcie spotkania.

Newralgicznym punktem był środek naszej pomocy, który sprawił, że w tym jednym meczu Polska zastosowała własną wariację systemu WM. Wszystkie gazety zapisały nasze ustawienie w formie 2-3-5, podkreślając jednak pozycję „stoppera”. W teorii miał to być, zgodnie z zamysłem twórcy tego systemu Herberta Chapmana i wdrażającego go Aleca Jamesa, jeden z pomocników wycofany do wspierania działań defensywy. W naszym modelu jednak pozostał on w drugiej linii.

polhun

Pierwsze próby z grą w tym stylu miały miejsce jeszcze przed pojawieniem się Anglika, kiedy w środku pomocy ofensywnie usposobionego Wasiewicza zastępowano zorientowanym bardziej na destrukcję Nycem. W tym spotkaniu nie mógł on jednak wystąpić. Zastępstwo było sporym zaskoczeniem – padło na Edwarda Jabłońskiego. Zawodnik Cracovii nie dość, że debiutował w kadrze, to dodatkowo po raz pierwszy grał w środku pomocy. Pod nieobecność przede wszystkim Wostala doszło też do przetasowań w ataku. Na flankach szansę dostali kolejni debiutanci – Jażnicki i Cyganek. Zwłaszcza ten drugi, wypatrzony w Fabloku Chrzanów, miał stać się jednym z kluczowych zawodników tego spotkania.

Węgrzy, jako pierwszy nasz rywal w meczu międzypaństwowym, zawitali do kraju samolotem. Było to jednak podyktowane względami bezpieczeństwa. W obliczu niepewnej sytuacji międzynarodowej chcieli jak najszybciej opuścić Polskę po meczu. Już przed nim dało się słyszeć drobne narzekania ze strony węgierskiej odnośnie terminu spotkania, który ich zdaniem nie pozwalał na odpowiednie przygotowani fizyczne. Nie zmienia to faktu, że z ich strony każdy spodziewał się zwycięstwa.

Pierwsze minuty tylko to potwierdziły. Po chwilowej przewadze Polaków, Węgrzy przejęli inicjatywę. Dzięki szybkim i krótkim podaniom, raz po raz przedzierali się pod nasze pole karne. Słabo wyglądał nasz środek, mający problem z łączeniem obrony i ataku. Piłki po ewentualnych przechwytach były wybijane na ślepo i rzadko zbierane przez naszych napastników. Pomoc z kolei nie zapewniała możliwości krótkiego rozegrania, sama zaś nie stanowiła trudnej do przejścia zapory. 30 minut potrzebowali nasi rywale na zdobycie dwubramkowego prowadzenia po składnych kombinacjach.

Chwilę później Polakom udało się jednak zdobyć kontaktowego gola, od którego rozpoczął się teatr jednego aktora. Ernest Wilimowski zaczął raz po raz rozmontowywać defensywę Węgrów indywidualnymi akcjami. Polacy zaczęli grać twardziej, zostawiając rywalom znacznie mniej miejsca niż do tej pory. W efekcie akcje naszych rywali stawały się mniej liczne, coraz częściej odzyskiwaliśmy piłkę wyżej. W środku harował za dwóch Dytko. Właśnie dzięki jego ofensywnym akcjom, Polacy atakowali całą szerokością boiska, rozciągając szeregi rywala. Bardzo często zapuszczał się on w głąb połowy Węgrów, kiedy nasza drużyna miała piłkę, natomiast w momencie jej straty, natychmiast cofał się by wesprzeć defensywę.

Z tego względu więcej ataków pozycyjnych tworzonych było naszą lewą stroną. Tutaj również objawił się talent Pawła Cyganka. Wynaleziony przez Kałużę na boiskach A-Klasy zawodnik swoją nienaganną techniką doskonale radził sobie w indywidualnych starciach z rywalami, dzięki dynamice i dryblingom tworzył przewagę, która dawała więcej miejsca innym zawodnikom. Mógł na tym korzystać Wilimowski, który w drugiej połowie był już nieco mniej pilnowany, nawet pomimo tego, że rywale zostali zepchnięci do głębszej i liczniejszej defensywy.

O ile Cyganek został cichym bohaterem tego spotkania (choć docenionym przez większość obserwatorów), tak pierwsze skrzypce kolejny raz zagrał Wilimowski. W drugiej połowie dorzucił dwa gole po indywidualnych akcjach. Według części źródeł także czwarty gol padł po tym, jak „Ezi” został sfaulowany w szesnastce po minięciu kilku rywali. „Przegląd Sportowy” w swojej relacji pisze z kolei o strzale Barana zablokowanym ręką. W obu wersjach egzekutorem rzutu karnego jest Piątek.

polska-wegry

Hat-trick Wilimowskiego wystarczył mu do zastania wg ówczesnych relacji prasowych najlepszym strzelcem w historii reprezentacji, wyprzedzając Józefa Nawrota. Wg aktualnych statystyk, w których nie liczona jest bramka długoletniego piłkarza Legii z uznanego za nieoficjalny meczu z Austrią, nastąpiło to jednak już wcześniej.

Po latach to zwycięstwo ocenia się jako wielki sukces, z konkluzją, że przez wojnę doskonały polski zespół nie miał możliwości pokazania swojej klasy. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że przez pierwsze 30 minut nasi zawodnicy nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Węgrzy królowali niepodzielnie i wszystko wskazywało na to, że ten mecz skończy się pogromem. Taktyka z wysoko grającym „stoperem” nie okazała się zbyt skuteczna. Nie udało się poprawnie wdrożyć ustawienia WM, o wskazówkach nauczyciela ze Szkocji szybko zapomniano, po wojnie grając ponownie ustawieniem 2-3-5. Samo zwycięstwo w dużej części można zawdzięczać woli walki i indywidualnym umiejętnościom zawodników, którzy doskonale radzili sobie w pojedynkach. James mógł czuć pismo nosem, że pod względem organizacji gry mimo wszystko kroi się katastrofa. Jego zalecenia na mecz z Węgrami zakładały skupienie się na defensywie i liczenie na szczęśliwy remis.

 

Wszystko to miało formę przekazu zdalnego, bo Aleca Jamesa nie było już w kraju. Wg jednych przekazów wrócił na wyspy po wypełnieniu kontraktu w połowie sierpnia, wg innych – nie poczekał na mecz, wyjeżdżając w obawie przed nadchodzącą wojną. A ta już wtedy wisiała w powietrzu. Na trybunach sporo było osób w mundurach, a na pomeczowym bankiecie (z którego zresztą goście urwali się tak szybko, że zapomnieli zabrać honoriarium za mecz) płk Kazimierz Glabisz stwierdził, że być może to ostatni mecz przed kolejną wojną. Słowa okazały się prorocze – już kilkanaście dni później dowodził improwizowaną grupą „Kielce”.

I choć wszystko zmierzało ku najgorszemu, te 90 minut meczu dało Polakom nie tylko mnóstwo radości, ale też, jeśli wierzyć cytowanym opiniom ze stadionu, wiarę, że skoro dało się wygrać ten mecz, da się wygrać i wojnę. Przy bramce na 4-2 jeden z widzów nie wiedząc za bardzo jak zamanifestować radość, zdecydował się otworzyć parasol. A lato było piękne tego roku…

ANDRZEJ GOMOŁYSEK

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl