Retro Wywiad #20: Juliusz Kruszankin

Zdjęcie główne pochodzi z portalu: skarzysko24.pl

Juliusz Kruszankin to wychowanek ŁKS-u, kojarzony głównie z występami w Legii Warszawa. Ze stołeczną drużyną zdobył dwa mistrzostwa, w wywiadzie opowiada nam o trzecim, odebranym tytule, po słynnym 6:0 z Wisłą, wspomina także mecz Legii z Barceloną, transfer do Izraela, czy cyrki w kadrze narodowej. Mówi również o tym, jakie znaczenie ma dla niego praca z młodzieżą.

Cofamy się do roku 1993. ŁKS gra z Olimpią Poznań, a Wisła Kraków podejmuje na własnym stadionie Legię Warszawa. Co tak naprawdę się wtedy wydarzyło?

Rok 1993 na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Krytycy i hejterzy niech sobie mówią, co chcą, ale ja wiem jedno – to było najuczciwiej zdobyte mistrzostwo w polskiej lidze w tamtych czasach. Wszyscy będą się z tego śmiać, ale ja zapytam: w którym roku uczciwie zdobyto tytuł, cofając się o 20-30 lat? Zawsze były jakieś układy i układziki. Pieniądze wówczas krążyły, a mecze odbywały się sportowo. Jak to możliwe? Pewni ludzie z Legii jechali na mecz, załatwiając kilku zawodników z drużyny przeciwnej, ale na ten sam mecz przyjeżdżało też kilka osób z ŁKS-u. Wchodzili do szatni i mówili, że jeśli urwą punkty Legii, to otrzymają walizkę pełną pieniędzy. W efekcie mecz odbywał się normalnie, bo drużyna zarobiła bez względu na to, czy wygrała, czy przegrała. Dochodziło do takiego kuriozum, że w przykładowym meczu z Zawiszą Bydgoszcz strzeliliśmy bramkę w 89. minucie. Jeśli ten mecz był ułożony, to życzę powodzenia ludziom, którzy napisali scenariusz, w którym decydująca bramka pada w końcówce spotkania. Następny mecz – Pogoń Szczecin przyjeżdża do Warszawy w jednej z ostatnich kolejek. Gdybyśmy wygrali z Pogonią 5:0, to nikt nie miałby pretensji. Tymczasem zwyciężyliśmy 1:0 po golu w 87. minucie, a piłkarze Pogoni po ostatnim gwizdku sędziego walili głową w murawę, bo mieli takie pieniądze obiecane od ŁKS-u za urwanie punktów. Ktoś powie, że mimo wszystko mieliśmy do czynienia z korupcją, bo przecież w grę wchodziły pieniądze. Tak, ale w tamtych czasach szło się do lekarza i jeden przyjął kopertę, a drugi powiedział: „Nie, dziękuje”. Korupcja była wszędzie. Nie wiem, czy dzisiaj też tak jest, czy nie, ale jeśli coś takiego się dzieje, to na pewno funkcjonuje to na innych zasadach.

Przejdźmy do samego meczu, który decydował o losach tytułu mistrzowskiego. Były jakieś sygnały, że ktoś może grać nieczysto?

Ktoś powie, że przecież tam byłem i coś musiałem słyszeć, ale to tak nie działało. Ja sam nic nie załatwiałem. Dopiero po latach doszły do mnie głosy, jak to wyglądało. Musimy przede wszystkim wrócić do meczu ŁKS – Olimpia. Właścicielem Olimpii był Pan Krzyżostaniak – ojciec chrzestny dziecka Janusza Wójcika. Poznańscy piłkarze mieli walczyć za wszelką cenę o punkty w tym spotkaniu, ale pojawiły się też sygnały, że próbowano dogadać się, żeby zawodnicy Olimpii ten mecz odpuścili. Szczegółów jednak nie znam. Mogę za to powiedzieć coś więcej o meczu Wisły z Legią. Spaliśmy przed meczem w hotelu Royal. Było hucznie. Działacze Wisły siedzieli przy stole z Januszem Wójcikiem i wyglądali, jakby bawili się całkiem nieźle. To tyle. Jeśli chodzi o sam mecz, to byliśmy wtedy w takim gazie, że gdyby było trzeba, to strzelilibyśmy 10 goli. Po latach oglądałem to spotkanie i zastanawiałem się, jak oceniłbym to jako kibic. Patrzyłem, jak Maciej Śliwowski strzelał rzut karny i zobaczyłem, że bramkarz Wisły, Jacek Bobrowicz, chciał obronić tego karnego. Poszedł w prawy róg i piłka wpadła do siatki po jego ręce. Gdyby chciał, żeby piłka wpadła do bramki, to rzuciłby się w przeciwny róg i nikt nie miałby do niego żadnych pretensji. Zresztą, mieliśmy tych sytuacji znacznie więcej i na pewno nie strzelaliśmy na zawołanie w odpowiedzi na gole ŁKS-u z Olimpią, jak niektórzy sugerowali. Janusz Wójcik rzeczywiście mówił, że tamci strzelili, że trzeba gonić, a w nas krążyła taka adrenalina, że byliśmy zdolni do wielkich rzeczy. To tak jak z sytuacją, w której uciekasz i goni cię wściekły pies – wtedy biegniesz jeszcze szybciej, niż wydaje ci się, że jesteś w stanie. Podejrzenia, że coś jest na rzeczy, pojawiły się na długo przed tymi meczami. Pan Romanowski zgłosił się do PZPN z prośbą, żeby zorganizować baraż o tytuł mistrzowski, bo były przesłanki, że będą jakieś podchody. PZPN odmówił, tłumacząc się, że to wbrew regulaminowi. A potem odebrano mistrza Legii i drugie miejsce Łódzkiemu KS, nie mając żadnych dowodów. Moim zdaniem powinno się przywrócić tytuł mistrzowski dla Legii i wicemistrzowski dla ŁKS.

Mecze zostały unieważnione, przez co Legia zajęła drugie a ŁKS trzecie miejsce w tabeli. Argumentem było hasło Ryszarda Kuleszy „Cała Polska widziała”. Co Pan czuł, kiedy ta informacja dotarła do zespołu?

Przebywaliśmy wtedy na obozie w Zakopanem i wszyscy byliśmy zdruzgotani. Mieliśmy się szykować do eliminacji do Ligi Mistrzów. Wójcik powiedział „róbcie, co chcecie”, więc chłopaki poszli w miasto. Niektórzy wypili sporo alkoholu, właśnie z powodu żalu, że pracowali ciężko cały rok, a działacze jednym ruchem zabrali mistrzostwo Polski i przekazali je komuś innemu. A przekazano je Lechowi Poznań, który rzekomo grał uczciwie. Jednak sędzia Piotrowski, który sędziował mecz Hutnik – Lech, mówił, że słyszał wyraźnie, jak piłkarze komunikują się na boisko w sprawie ustalenia wyniku tego spotkania. Wtedy żadnego klubu nie ukarano. Wyrzucono natomiast sędziego Piotrowskiego…

W tym czasie media obiegła informacja, że Roman Zub wspomagał się niedozwolonymi środkami, tłumacząc, że brał zastrzyki z końskiego łożyska…

W świetle tamtych przepisów PZPN nie mógł odebrać Legii trzech punktów, ponieważ regulamin był tak skonstruowany, że za doping jednego zawodnika nie można prawnie zareagować. Czy Zub rzeczywiście coś brał? Nie wiem. Być może tak, bo miał żonę Ukrainkę, która uprawiała lekką atletykę, a wiadomo, jak wtedy wyglądała sytuacja w sporcie na terenie byłego Związku Radzieckiego.

Jak ta decyzja wpłynęła na trenera Wójcika?

Uważam, że był to w pewnym sensie zamach na Janusza Wójcika. Gdyby zdobył on mistrzostwo Polski, udowodniłby, że jest jednym z najlepszych trenerów i że należy mu się praca w reprezentacji. Wszyscy wiedzą, co przez usta Wojtka Kowalczyka powiedział Janusz Wójcik: „Zmieniamy szyld i jedziemy dalej”. Odnosiło się to oczywiście do drużyny narodowej i to się pewnym ludziom nie podobało. Gdyby Legia wygrała wtedy mistrzostwo, to okazałoby się, że Wójcik miał racje i być może pod jego okiem kadra odnosiłaby lepsze wyniki. To by oznaczało, że kilku działaczy z tak zwanego betonu musiałoby odejść, a ten beton trzymał się mocno i w białych rękawiczkach potrafił zdjąć „Wójta”. Wójcik wyjechał do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a Paweł Janas zdobył mistrzostwo Polski, chociaż na początku Legia miała trzy ujemne punkty, a w połowie sezonu zajmowała miejsce w okolicach środka tabeli.

Wójcik był dobrym fachowcem? Czy może jego wielkość tkwiła w niezwykłym talencie w dziedzinie motywacji?

O Wójciku mówiono, że to jest dobry motywator, ale jego treningi też były niezłe. Dziś sam jestem trenerem i wiem, że to, co robił, nie odbiegało znacznie od dzisiejszych standardów. Wiadomo, że dzisiaj są inne możliwości, ale w tamtych czasach po prowadzonych przez niego zajęciach wszyscy schodzili z boiska zmęczeni, jednak zadowoleni. Ciężkie treningi, ale jednocześnie dynamiczne i krótkie. Pamiętam też taką anegdotę w związku z „Wójtem”. Jeździliśmy na zgrupowania pod Piaseczno do hotelu Lando, gdzie była stadnina koni. Któregoś dnia Wójcik miał urodziny i właściciel podarował mu konia. Trener zaskoczył wszystkich i wjechał tym koniem na recepcje, a koń tak się przestraszył, że narobił na podłogę. Mieliśmy też takiego masażystę, Zbyszka Korolkiewicza. Zbyszek siadał w autobusie w drugim rzędzie, rozkładał się i niemal od razu zaczynał chrapać. Za nim siedział Lucjan Brychczy, który całą drogę trzymał fotel, bo bał się, że na niego spadnie. W pewnym momencie Zbyszek zaczynał chrapać, a wtedy siedzący przed nim Wójcik odwracał się i walił go w twarz. Korolkiewicz się budził i nie wiedział, co się wydarzyło.

W sezonie 1993/94 zdobyliście mistrzostwo, ale znów odbyło się to w kontrowersyjnych okolicznościach. Tym razem tytuł zapewnił wam remis z Górnikiem, który kończył mecz w ósemkę…

Tak słabo grającej Legii, jak w tym meczu, nie widziałem. Byliśmy całkowicie sparaliżowani. Zanim jednak opowiem o tym pojedynku, to wrócę do spotkania w półfinale Pucharu Polski, który był prawdziwą rzezią. W pierwszym meczu wygraliśmy 5:2. W drugim Górnik grał tak, jakby chciał urządzić nam wycinkę przed meczem ligowym. Potem wszyscy się spodziewali, że w ostatniej kolejce, w meczu decydującym o mistrzostwie Polski, będą jakieś odwety. Tymczasem już na początku meczu Grzegorz Mielcarski wyciął Marcina Jałochę w taki sposób, że powinien od razu zobaczyć czerwoną kartkę. Potem sędzia dawał żółte kartki w obie strony, ale to ich piłkarze faulowali po kilka razy i w efekcie po dwóch żółtych oglądali też czerwone kartki. Ja też mogę powiedzieć, że przy golu dla Górnika piłka ewidentnie wyszła za linię boczną, bo tak to wyglądało z perspektywy boiska. My stanęliśmy, sędzia nie podniósł chorągiewki, a Marek Szemoński strzelił wtedy bramkę. W końcówce strzeliliśmy na 1:1 po golu Fedoruka i dotrwaliśmy.

Jednak dwumecz z Hajdukiem był dla Legii prawdziwą katastrofą. Dlaczego?

Nie użyłbym słowa katastrofa. To była ostatnia runda przed Ligą Mistrzów. Być może nie wszyscy do tego drugiego meczu podeszli profesjonalnie, bo myśleli, że z Hajdukiem Split sobie poradzimy. Graliśmy z nimi rok wcześniej na turnieju, w którym grały trzy drużyny i przez 45 minut każdy grał z każdym. Wtedy oni prezentowali się słabo. Byliśmy pewni, że to nie jest wielki zespół, ale potem się wzmocnili i trochę nas zaskoczyli. Po latach, analizując to spotkanie, dochodzę do wniosku, że nie mieliśmy prawa wtedy awansować. Chorwacja była wtedy po wojnie i do Hajduka sprowadzono znakomitych zawodników, nie do końca wiadomo za czyje pieniądze. Ci gracze mieli pociągnąć nie tylko zespół, ale też cały kraj, bo potrzebowali sukcesu, żeby zacząć odbudowywać kraj po wojnie. W rewanżu wciąż mieliśmy szansę na korzystny wynik. Do przerwy remis 0:0, potem straciliśmy gola na 0:1, a później jeszcze sędzia pokazał Krzyśkowi Ratajczykowi czerwoną kartkę i straciliśmy wiarę. Mogło się skończyć na 0:2, wtedy może nikt by nie mówił o żadnej katastrofie.

Kilka lat wcześniej grał Pan w europejskich pucharach przeciwko Barcelonie. Legia napędziła jej sporo strachu. Jak Pan wspomina dwumecz z Katalończykami?

To była pierwsza runda europejskich pucharów. Wielka Barcelona z potężnym budżetem grała z biedną Legią, która miała chyba 13 zawodników w składzie do grania i to my pierwsi strzeliliśmy bramkę. Potem Roman Kosecki strzelił na 2:0, a sędzia boczny tak myślał, myślał i w końcu podniósł chorągiewkę, żeby pokazać spalonego. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, jakby ta Barcelona odpadła? Później, kiedy Legia grała z Sampdorią i Manchesterem United, to była taka sama sytuacja. Sampdorię udało się przeskoczyć, chociaż też działy się tam cuda. Nie było możliwości, żeby ktoś taki jak Legia dwa razy wyeliminował znacznie bogatsze kluby.

W Lidze Mistrzów Pan już nie zagrał, bo zdecydował się wyjechać do Hapoelu Hajfa. Nie było już dla Pana miejsca w Legii?

Paweł Janas chyba już nie widział mnie w swojej koncepcji, chociaż pamiętam, że nie we wszystkich sprawach to on podejmował decyzje. Miałem już swoje lata i trzeba było spróbować zarobić parę dolarów za granicą. Trafił się Izrael. Paweł powiedział, że nie będzie mnie na siłę zatrzymywać i mogę jechać. Gdybym był w jego koncepcji, to pewnie powiedziałby, że muszę poczekać, ale tak się nie stało.

Jak to się stało, że doszło do tego transferu?

Z Legią współpracował wtedy Marek Śledzianowski, który przez pięć lat pracował w Izraelu. Poszukiwano tam bramkarza i ostatniego stopera, i Marek zaproponował mnie. Pojechałem z nim do Izraela i szybko się dogadaliśmy. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że żałuję jednej rzeczy – miałem w tym czasie kontrakt z Legią i byłem tam jedynie wypożyczony. Potem wróciłem do zespołu opartego już na innych zawodnikach. Szukałem więc nowego klubu, ale tym razem to prezesi decydowali o tym, gdzie mogę odejść. Miałem propozycję z ŁKS-u, ale nie chciałem wracać do tej samej rzeki, więc zdecydowałem się na przenosiny do Bełchatowa. Zagrałem tam tylko jedną rundę. Nie szło nam. Prezes Drobniewski powiedział, że musi szykować drużynę na drugą ligę i nie było tam dla mnie miejsca. Znów wróciłem do Legii, skąd zostałem wypożyczony do Lechii Gdańsk, która wtedy właściwie była Lechią/Olimpią Gdańsk. Tam też długo nie zagrzałem miejsca, bo nie wszystkim wtedy pasowało przeniesienie drużyny z Poznania do Gdańska.

Jeszcze jako piłkarz ŁKS-u zadebiutował Pan w reprezentacji Polski, w meczu przeciwko Korei Północnej w Bydgoszczy. To był dziwny mecz…

To było dłuższe zgrupowanie przed meczem z Grecją. Nie pojawił się tam Włodzimierz Smolarek i jeszcze kilku zawodników, którzy grali za granicą. Trenerem był wówczas Wojciech Łazarek, który lubił powoływać wielu piłkarzy. Na to spotkanie nominował chyba 25 zawodników i prawie wszyscy zagrali. Wszedłem na 15 minut, zmieniając Krzyśka Barana. Zagrałem na lewej pomocy, co może się wydawać dla mnie dziwną pozycją, ale już wcześniej zdarzało mi się tam grywać. To nie było dla mnie nic nowego. Każdy mnie kojarzy z wysokiego wzrostu, a ja do 16 roku życia byłem niski, grałem jako lewy bądź środkowy pomocnik i na lewym skrzydle. W wieku 16 lat urosłem jakieś 20 centymetrów i brakowało mi koordynacji. Tylko swojemu charakterowi zawdzięczam to, że udało mi się pozostać w piłce.

Miał Pan szczęście do egzotycznych rywali, ponieważ grał Pan przeciwko Egiptowi w Kairze. Co Pan zapamiętał z tych wyjazdów?

To była inna reprezentacja. Wszyscy wiedzą, że podpisanoy kontakt i takie mecze musiały się odbyć. Potem zbierano ludzi, żeby je rozegrać. Pierwszy mecz w Egipcie przegraliśmy 0:4, ale jak się leci do Kairu przez Londyn, gdzie czeka się na lotnisku osiem godzin, przylatuje się w nocy, a potem wieczorem gra się mecz, to nie można oczekiwać dobrych wyników. W drugim meczu było 0:0, bo już się wyspaliśmy i mogliśmy grać.

Grał Pan też przeciwko Gwatemali, która była chyba najbardziej egzotycznym rywalem w tamtych czasach…

I znów sytuacja, że ktoś podpisał kontrakt i trzeba lecieć. Tym razem chodziło o tournee. Rozegraliśmy oficjalny mecz z Gwatemalą, ale mierzyliśmy się też z reprezentacjami Meksyku i Kolumbii. Większość czasu spędziliśmy w samolocie – ciągle startowaliśmy i lądowaliśmy. Pozbierano wtedy zawodników, którzy ocierali się o reprezentację i byli jednocześnie pod ręką. Poleciał też Romek Kosecki z żoną, który strzelił w meczu z Gwatemalą dwie bramki. Fajna wycieczka, którą tylko trochę połączono z wyjazdem sportowym. Dokładnie tak samo było w przypadku wyjazdu do Iranu, gdzie graliśmy jako Polska B.

W reprezentacji brakowało wtedy profesjonalizmu…

Przypomina mi się takie zdarzenie. Graliśmy mecze z Turcją i Holandią. W Legii mieliśmy wtedy buty Adidasa, a w kadrze powiedziano nam, że musimy grać w obuwiu firmy Lotto. Problem w tym, że trudno się gra w nowych butach, trzeba je najpierw rozbić, żeby czuć się w nich komfortowo. Pojechałem więc po nie do siedziby PZPN. Wszedłem i powiedziałem po co przyjechałem i dowiedziałem się, że nie ma mojego rozmiaru. Mimo tego musiałem grać w obuwiu marki Lotto, bo inaczej groziła nam jakaś potężna kara. Zagrałem więc w butach, które były o półtora numeru za duże. W kolejnym meczu z Holandią już nie obchodziły mnie żadne kary.

Od 2002 roku jest Pan trenerem. Jak się Pan czuje w tej roli?

Bardzo dobrze. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że to jest to, co chcę robić. Potrafię się dostosować jako trener bez względu na to, czy pracuje z seniorami, czy z juniorami. Dzieci do mnie przychodzą, a to jest chyba najlepszy sprawdzian umiejętności pracy z nimi, bo trener musi umieć przyciągnąć młodzież.

Ostatnio prowadził Pan Bzurę Chodaków, która niedawno wycofała się z IV ligi. Co zadecydowało o takiej decyzji władz klubu?

Zadecydowały pieniądze. Klub miał za mały budżet na czwartą ligę. W grupie mazowieckiej wyjazdy są dalekie, a to generuje bardzo duże koszty. Burmistrz nie był zainteresowany dołożeniem pieniędzy na klub, który ma chyba najniższy budżet w IV lidze i prezes zadecydował o wycofaniu drużyny. Bzura otrzymała 120 tysięcy od miasta, a z tego, co wiem, kluby IV-ligowe otrzymują pomiędzy 180 a 240 tysięcy złotych. Były też pieniądze z Banku Spółdzielczego, jakieś 40 tysięcy złotych, ale potrzeby na IV ligę są znacznie większe. Prezes nie otrzymał żadnej pomocy i stąd decyzja o wycofaniu drużyny. Ja czuje się usatysfakcjonowany poprzednim sezonem. Pierwszą rundę skończyliśmy nisko, a w drugiej udało się zająć miejsce gwarantujące utrzymanie, pomimo najniższego budżetu. A trzeba też powiedzieć, że spadało wtedy aż siedem drużyn. To był jeden z moich największych dotychczasowych sukcesów.

Z czego to może wynikać, że miasto nie chce zwiększyć budżetu? Czy nie jest tak, że w Sochaczewie nie ma zapotrzebowania na piłkę na tym poziomie?

A co to znaczy zapotrzebowanie na piłkę? Czy chodzi tylko o to, żeby kibice przychodzili na mecze?  Spójrzmy na to z innej strony. W Akademii Piłkarskiej Sochaczew jest 200 dzieci, w Unii Boryszew i Orkanie Sochaczew pewnie jest drugie tyle, więc mamy już około 400 osób. Oni muszą mieć na miejscu alternatywę grania w wyższej klasie rozgrywkowej. Na tę chwilę IV klasa rozgrywkowa to jest minimum, które wymusza średni poziom sportowy, niżej jest już zabawa. Nawet trener musi mieć w IV lidze licencję UEFA A. Region potrzebuje klubu na tym poziomie, żeby ta młodzież mogła się rozwijać. Owszem, można też powiedzieć, że jeśli ktoś chce się rozwijać, to niech jedzie do Warszawy, ale wyjazd do innego miasta często wiąże się z trudnościami związanymi ze zmianą środowiska, które powodują duży spadek formy.

Jednym ze sposobów na próbę przyciągnięcia sponsorów była zmiana nazwy klubu, a właściwie miasta z Bzura Chodaków na Bzura Sochaczew, co spotkało się z negatywną reakcją i burmistrza Sochaczewa i kibiców. A skoro kibice protestują, to znaczy, że zapotrzebowanie na piłkę nożną jest…

Prezes zmienił nazwę miejscowości – nazwa klubu i barwy zostały. Zrobił to, ponieważ pytał ludzi, którzy mogliby wspomóc klub i usłyszał, że pieniądze od prywatnych sponsorów będą, jeśli w nazwie będzie Sochaczew. Władze miasta nie chciały tej zmiany, ale jednocześnie nie zdecydowały się na dołożenie do budżetu, dzięki czemu klub mógłby dalej funkcjonować. Można grać w niższych ligach, ale jak mówiłem, będzie to ze szkodą dla wszystkich, a przede wszystkim dla dzieci, które mają duże możliwości, a grając niżej, nie będą mogły się rozwijać.

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

Zobacz też:
Retro wywiad – Siergej Szypowskij

Retro wywiad – Dariusz Wolny

Retro wywiad – Damian Łukasik

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 110 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.