Retro Wywiad #5: Siergiej Szypowski

Siergiej Szypowski grał w ekstraklasie w latach 1991-2002 i rozegrał w tym czasie 166 spotkań. Spodziewaliśmy się, że rozmowa o jego karierze zabierze nam jakąś godzinę, tymczasem okazało się, że z byłym bramkarzem Hutnika Kraków czy Pogoni Szczecin można rozmawiać bez końca. A co naprawdę ważne, można dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy, jak na przykład dlaczego Zakari Lambo rozebrał się na olsztyńskim rynku, czy jak się bawił w Polsce Oleg Salenko.

Twoja przygoda z piłką zaczęła się jeszcze w Związku Radzieckim. Jak wyglądała w tamtych czasach futbolowa droga przyszłego piłkarza?

Jak wszędzie. Zaczynało się od podwórka, potem jakiś trener zaprosił mnie na treningi i tak się zaczęło. Początkowo grałem jako obrońca. Później gdzieś w VI klasie zauważył mnie trener w klubie z Iżewska i zaprosił mnie na treningi już jako bramkarza. W ogóle muszę powiedzieć, że w życiu spotkało mnie szczęście, bo od początku kariery trafiałem na trenerów bramkarzy. Wówczas nie było takiej specjalizacji, ale ja spotykałem na swojej drodze takich szkoleniowców, którzy wcześniej byli bramkarzami.

 

Przeczytaj także: „Retro Wywiad #3: Marek Koniarek”

 

Wcześniej grałeś w solidnych klubach, jak Karpaty Lwów czy Szachtar Donieck

W wieku 19 lat wyjechałem z domu. Zostałem zaproszony do drugoligowego klubu Gastello Ufa, więc zabrałem swoją dziewczynę i pojechaliśmy tam razem. Pamiętam, że jak wchodziłem do tego klubu, czy do każdego kolejnego, to zawsze było tam trzech czy czterech bramkarzy. Takie były realia. Nie wyróżniałem się tam może warunkami fizycznymi, ale sprawnością, skocznością czy techniką i szybko zaproszono mnie do Krylii Sowietow, wtedy jeszcze z Kujbyszewa. Dwie, trzy kolejki siedziałem na ławce, ale potem wskoczyłem między słupki i nikt mnie nie mógł stamtąd wyciągnąć. Po roku grania w Krylii Sowietow przyszedł czas na wojsko. Trzeba było  odsłużyć dwa lata. Dostałem rozkaz wyjazdu do Moskwy do klubu CSKA. Sportowych klubów wojskowych w ZSRR było kilka, na przykład Karpaty Lwów, ale też Chabarowsk, oddalony o dziewięć tysięcy kilometrów od Moskwy i gdyby ktoś się nie sprawdził w CSKA, to mógłby wylądować właśnie w Chabarowsku. I wtedy dostałem telefon od trenera Karpat Lwów, który zaprosił mnie do odrobienia służby wojskowej.  Grałem tam półtora roku, dostałem mieszkanie, samochody, byłem zadowolony. Potem dostałem propozycje z Szachtiora Donieck i Spartaka Moskwa.

Spartak był wtedy niezwykle silny. Dlaczego nie wybrałeś jednej z najsilniejszych drużyn w kraju?

W Spartaku kończył wtedy karierę znany golkiper, Rinat Dassajew i pokonanie go było go niemożliwe. Nawet Stanisław Czerczesow musiał być drugim bramkarzem i czekać na swoją kolej. Poszedłem do Szachtiora, gdzie nie było wybitnych bramkarzy, których nie mogłem przeskoczyć. Dwa, trzy mecze spędziłem na ławce, a potem aż do kontuzji ścięgna Achillesa grałem w pierwszym składzie dosyć regularnie. Pamiętam, że grałem tam m.in. z Viktorem Onopką czy Andrijem Kanczelskisem, którzy zrobili potem dużą karierę. Po kontuzji przeszedłem do Tekstilczika Kamyszyn. Potem nastały czasy pieriestrojki. Zrobił się wielki burdel w Związku Radzieckim i wszyscy chcieli uciekać. Trzeba było szukać chleba.

Jak to się stało, że trafiłeś właśnie do Hutnika Kraków?

W Szachtiorze grał taki piłkarz, Michał Sokołowski, który po zakończeniu kariery wyjechał do Polski i został trenerem Siarki Tarnobrzeg, i to on powiedział, że może załatwić mi klub w Polsce. Akurat kończył mi się kontrakt, więc stwierdziłem, że mogę spróbować. Trafiła mi się doskonała okazja, bo Wisła Kraków chciała sprzedać Jacka Bobrowicza do Austrii. On bronił kapitalnie! Przyjechałem do Krakowa, ale dostałem informację, że Jacek podpisał jakiś superkontrakt z Wisłą. Potem pojechałem do Lecha, gdzie był Kazimierz Sidorczuk. Henryk Apostel był ze mnie zadowolony, ale ostatecznie z Lechem się nie dogadałem. Wróciłem do Krakowa, ale już do Hutnika, gdzie bronił Krzysztof Tyrpa. Atmosfera była tam bardzo fajna, choć w klubie było biednie. Grali wtedy tam Mirosław Waligóra, Andrzej Sermak, Leszek Kraczkiewicz czy Kazimierz Węgrzyn. To chyba Kazimierz Węgrzyn powiedział wiceprezesowi Hutnika, żeby mnie wziął, bo bramkarz był wówczas potrzebny. No i wiceprezes Stanisław Kmita wykupił mnie za swoje pieniądze. Dwa, trzy mecze poczekałem, a potem wskoczyłem między słupki i zagrałem jakieś 150 meczów.

Czym się w tamtych czasach różniły liga polska od ZSRR?

Różnica była ogromna, oczywiście na korzyść ZSRR. Kiedy opowiadałem piłkarzom jak wyglądała organizacja w Szachtiorze, to mi zwyczajnie nie wierzyli. W Doniecku dawali nam mieszkania blisko siebie, a o ósmej rano autokar zabierał wszystkich piłkarzy na stadion spod domów. Mieliśmy boiska treningowe, basen, wszystko co było potrzebne. Przyjeżdżaliśmy rano, odpoczywaliśmy, wypiliśmy kawę i o 10:30 zaczynaliśmy trening, pracując na sprzęcie z górnej półki, z pięcioma trenerami i z pięcioma bramkarzami. Trening, potem obiad, potem znów trening, kolacja i wieczorem odwożono nas do domu. I tak dzień w dzień. Dwa dni przed meczem jechaliśmy na przedmeczowe zgrupowanie i tam byliśmy zamknięci, żeby jak najlepiej przygotowywać do meczu. Po zakończeniu spotkania były masaże, odnowa, kolacja i dopiero potem odwozili nas do domu. Jak to opowiadałem, grając w Hutniku, to się ze mnie śmiali, bo myśleli, że to jakiś żart.

Łatwo było zaaklimatyzować się w Polsce?

Bardzo szybko się zaaklimatyzowałem. Języka polskiego w ogóle się nie uczyłem. Łapałem słówka w szatni i choć popełniałem błędy, to mogłem się dogadać. Pomogła mi też świetna atmosfera, jaka panowała w Hutniku. Poza tym mam polskie korzenie. Jestem spokrewniony z hrabią Szypowskim i na przykład Conrado Moreno Szypowski też pochodzi z mojej rodziny.

Wspomniałeś nazwisko Mirosława Waligóry. To był wyjątkowy piłkarz! Dlaczego, Twoim zdaniem, nie zrobił większej kariery, bo sądząc po tym, co robił w Hutniku, można dojść do wniosku, że powinien zajść znacznie dalej…

Mirek to bardzo fajny facet w relacjach międzyludzkich. Za granicą trzeba mieć jednak charakter. Porównując na przykład Waligórę do Tomasza Hajty od razu wiadomo, że przewaga jest po stronie Mirka, który miał znakomitą technikę, świetny drybling, strzał na bramkę i tak zwaną „krótką nóżkę”, ale do sukcesu potrzebny jest jeszcze specyficzny charakter. Hajto zrobił karierę właśnie przez niego. Mirkowi chyba go zabrakło. Gdyby Waligóra był bardziej zdecydowany, może bardziej bezczelny, to osiągnąłby znacznie więcej.

Na sukcesy z Hutnikiem trzeba było poczekać parę lat, ale w końcu udało się zakwalifikować do Pucharu UEFA. To była duża niespodzianka, bo chyba nikt się nie spodziewał, że biedny klub z Nowej Huty zagra w Europie.

Sama liga wtedy nas zaskoczyła, bo tabela bardzo się spłaszczyła, ale według mnie to była duża zasługa trenera Jerzego Kasalika. To był trener z twardą ręką. Dla niego dzień bez konfliktu był dniem straconym. W Hutniku zawsze była taka miła rodzinna atmosfera, a trener Kasalik zaczął to burzyć. Chciał nas sprowokować i to mu się udało. Pojawiła się złość, ambicja, ktoś się lubił, potem się nie lubił i starał się komuś i sobie coś udowodnić. To był sposób!

I potem w pucharowym debiucie wygraliście 9:0 z Chazri Buzowna, a jedną z bramek strzelił Siergiej Szypowski.  Jak to wspominasz?

Gol z karnego zawsze zostanie mi w pamięci. Pamiętam też, że ludzie obawiali się tego meczu, ale ja znałem ten futbol. Grałem przeciwko klubom z Azerbejdżanu, Gruzji czy Armenii i wiedziałem, że oni grali do pierwszej bramki. Na początku atakowali, ale jak tracili gola, to potem była już anarchia. No i tak też było w meczu Hutnika z Chazri Buzowna. Strzeliliśmy bramkę i potem poleciały kolejne, a później był ten rzut karny. Cały stadion krzyczał „Siergiej, Siergiej”, więc ja biegnę do tego karnego, a trener Kasalik na to „a ty gdzie?”, na co odpowiedziałem: „trenerze, ludzie chcą”. No i strzeliłem tego gola. Wygraliśmy 9:0 i do tej pory ten wynik jest rekordem, bo żaden inny polski klub nie wygrał wyżej.

Wyjazd do Baku też był wyjątkowy, choć na boisku było tylko 2:2.

Tam było bardzo gorąco. Pamiętam, że menedżerka z Baku powiedziała mi, żebyśmy nie strzelali dużo bramek, bo jeszcze ludzie przestaną przychodzić na mecze, albo jeszcze gorzej – sponsor zrezygnuje. Piłkarze bali się tego wyjazdu, ale mówiłem jeszcze przed wejściem do autobusu, że na zachodzie nie przyjmą nas tak dobrze, jak tam. Przylecieliśmy, a tam podstawiony autokar szybko zawiózł nas do hotelu. Kolacja już czekała, a na niej kawiory, piwo czeskie, dziewczyny wykonujące taniec brzucha, dosłownie wszystko. Oni byli bardzo gościnni. My mieliśmy jednak jedno życzenie. Chcieliśmy spędzić trochę czasu bez trenera Kasalika. Pogadaliśmy więc z organizatorami i oni zabrali trenerów na jakiś bankiet z menedżerami, a my mieliśmy dwa dni odpoczynku.

Następnie graliście z Sigmą Ołomuniec, która uchodziła za zdecydowanego faworyta.

Jechaliśmy tam na pożarcie. W Sigmie grało kilku reprezentantów Czech, zespół był doświadczony w europejskich pucharach i nikt nie dawał nam szans. Mieszkaliśmy w jakimś zajeździe i być może dzięki temu zmotywowaliśmy się wewnętrznie. Pierwszy mecz, rozegrany bez publiczności, przegraliśmy 0:1, ale pamiętam, że zagrałem bardzo dobrze. Ten wynik nas podbudował, bo nie było 0:5, jak się wszyscy spodziewali. Do Krakowa oni przyjechali na pewniaka i szybko strzelili bramkę, ale my w drugiej połowie zaczęliśmy grać w piłkę. Świetnie grali Michał Stolarz i Moussa Yahaya. Strzeliliśmy trzy gole i awansowaliśmy dalej.

Moussa Yahaya czy Zakari Lambo byli wyjątkami, ale w Hutniku grało wielu czarnoskórych piłkarzy, którzy się nie przebili. Dlaczego?

Z czarnoskórymi piłkarzami wiązała się ciekawa historia. Do Hutnika przywożono ich „na wagę”. Klub kupował ich za pięć tysięcy dolarów, a na przykład taki Zakari Lambo odszedł za 250 tysięcy dolarów, a Yahaya do Albacete za 450 tysięcy. To była ogromna przebitka! Pamiętam też, że hotel Hutnika był oddalony od stadionu o dwa przystanki, ale piłkarze z Afryki, nie mając sił chodzić, jeździli tramwajem. Normalna rzecz, ale oni jeździli, nie mając biletów i kanary ich bez przerwy łapali: „Nie, my tu Hutnik, prezes Figut, na trening” – odpowiadali chórem. W końcu ta firma zajmująca się kontrolą biletów się wkurzyła i zgłosiła się do klubu z prośbą, by kupiono tym chłopakom miesięczny abonament i prezes zarządził, że klub wyrobi im bilety. Porobili więc zdjęcia, przygotowali paszporty i menedżer poszedł do biura, żeby wyrobić niezbędne dokumenty, ale usłyszał tylko: „proszę pana, ja prosiłam o zdjęcia, a nie negatywy”.

Z tym tematem wiąże się też pewne miejsce – olsztyński bazar. Na mecz ze Stomilem przyjechał Zakari Lambo, który przyjechał w dżinsach, butach i koszulce, bez skarpetek i majtek. A była już jesień, więc musiało mu być zimno. Zrobiliśmy zrzutkę i zabraliśmy go na bazar, żeby coś kupić. Kupiliśmy mu skarpety – on zadowolony. Kupiliśmy jakąś bluzę, koszulę – on szczęśliwy. No i szukamy majtek. Ten bazar był otwarty i każdy wchodził i przymierzał na oczach innych. Znaleźliśmy majtki i mówimy „Zakari, przymierzaj”, on bez zastanowienia zdejmuje spodnie, a te wszystkie babki w tym samym momencie krzyczą „aaaaaaa….”.

Po przejściu Sigmy Ołomuniec graliście z AS Monaco. Mówiono, że piłkarze tego klubu zdziwili się, że w Polsce organizacja stoi na tak niskim poziomie…

Nie słyszałem tego, ale wiem, że oni byli zachwyceni murawą. Hutnik miał wówczas jedno z najlepszych boisk w Polsce. Trawa była lepsza od tej, która była na Legii czy Wiśle i im też się ona niezwykle podobała. Przed meczem zgłosili też, że potrzebują 25 nowych piłek. Kierownik drużyny zaczął panikować, bo my mieliśmy wtedy tylko 12 piłek i to starych. Dzwonił chyba po całej Polsce i w końcu załatwił te 25 piłek.

A jak wy się czuliście w Monako?

Każdy ma jakieś ambicje, chwile próby i dla nas to była taka chwila. Mieliśmy okazję porównać swoje umiejętności do europejskich gwiazd. My w dwumeczu z Monaco zaprezentowaliśmy się nieźle, choć przed rewanżem też mówiono, że nastrzelają nam dużo bramek. Przez pewien czas remisowaliśmy nawet 1:1. Nie było więc kompromitacji, wszyscy byli zadowoleni, bo nie spodziewali się, że zajdziemy tak daleko, a dodatkowo dzięki temu, że pokazaliśmy się w Europie, klub sprzedał Yahayę za dobre pieniądze. W Monaco mówiono też o mnie, dawano do zrozumienia, że dobrze broniłem, ale tam wtedy był Fabien Barthez.

Wyrobiłeś sobie markę w Polsce, zaistniałeś na arenie europejskiej i potem wróciłeś do Rosji. Dlaczego?

To wynikało z faktu, że wówczas nie było jeszcze prawa Bosmana. W klubie pojawiły się problemy, zaczęło brakować pieniędzy i w efekcie był spadek do pierwszej ligi. Mnie wybrano wtedy na kapitana, choć kończył mi się kontrakt. Potem zmienił się trener i nowy szkoleniowiec powiedział, że ja nie jestem mu potrzebny, ściągając przy tym jakiegoś innego bramkarza. Powiedziałem, że albo niech pozwolą mi grać i ja mogę zagwarantować powrót do ekstraklasy, albo niech pozwolą mi odejść. Wtedy zgłosił się do mnie trener Łazarek, który chciał mnie wziąć do Wisły Kraków, ale Hutnik postawił zaporowe warunki. Potem była taka sama rozmowa z KSZO Ostrowiec i GKS-em Bełchatów. Ja trenowałem i myślałem, że albo znajdę klub w Polsce, albo zacznę grać w pierwszym składzie, ale nic takiego się nie wydarzyło. W końcu powiedziałem, że jeśli klub mnie nie puści, to wrócę do domu. Myśleli, że blefuję, ale ja zabrałem rodzinę i wróciłem. Na znalezienie klubu w Polsce musiałem czekać dwa lata, bo tyle trwała wówczas karencja, natomiast w Rosji panował taki burdel, że nikt nie sprawdzał, czy w innym kraju była jakaś karencja, czy nie i mogłem spokojnie grac w Gazowiku Iżewsk.

I po dwóch latach rzeczywiście wróciłeś do Polski, do Pogoni Szczecin.

Zadzwonił do mnie Albin Mikulski, z którym znałem się jeszcze z Krakowa. Radek Majdan wyjechał wtedy z Maćkiem Stolarczykiem do Widzewa i Pogoń potrzebowała bramkarza. Przyjechałem, ale miałem pecha, bo wysiadając z pociągu spotkałem Majdana, który nie dogadał się z Widzewem i wracał do Pogoni. Radek może nie miał większych umiejętności ode mnie, ale był pupilem szczecińskich kibiców, więc wiedziałem, że nie mam szans na wygranie z nim rywalizacji. Zostałem jako jego zmiennik i zacząłem pracować z bramkarzami. Kasy wtedy nie było. Prowadzono różne rozmowy, a z klubem wiązano różnych ludzi, niekiedy związanych z mafią. A potem przyszedł Sabri Bekdas i opłacił wszystkie długi. Pamiętam, że dwóch takich wielkich Turków z bronią stało przy windzie i zapraszało kolejno zawodników na piętro. Drzwi się otwierały, a tam siedzieli Bekdas z Januszem Wójcikiem. „Panie Sabri, to jest bramkarz Siergiej Szypowski, potrzebuje takich ludzi” – powiedział Wójcik. Natychmiast dostałem kopertę ze spłatą całego zadłużenia i dostałem zaproszenie na spotkanie w sprawie nowego kontraktu. I tak wzywano każdego po kolei. Pamiętam, że niektórzy zawodnicy po wzięciu pieniędzy jechali na górę, gdzie było kasyno, a dwie godziny później pożyczali od nas kasę.

Sabri Bekdas był dla piłkarzy trochę jak filmowy „Ojciec chrzestny”, zgadzasz się z tym?

Tak było. Pamiętam, że Bekdas co tydzień w środę wieczorem organizował spotkania. Wynajmował grecką knajpę i tam spotykali się wszyscy piłkarze, razem z rodzinami i z dziećmi. W taki sposób chciał zbudować atmosferę. Przedstawiciele grupy rozrywkowo-zabawowej coś tam wypili, coś tam zjedli i wychodzili w miasto. Tak było raz, drugi, a za trzecim zatrzymali ich ochroniarze z bronią i jeden powiedział:  „Panie Majdanie, jak Pan prezes pozwoli, to wtedy wszyscy wychodzimy”.

Dlaczego Pogoń, mając takie zaplecze finansowe, nie weszła na stałe do czołówki polskich klubów?

Wszyscy narzekali, dlaczego Bekdas płaci tak wielkie pieniądze. Ja chciałbym, żeby tak było w każdym klubie, bo pamiętam, że my byliśmy na obozie w Antalyi, gdzie pojechali też kibice i to za pół darmo. Później zaczęły się jakieś nieporozumienia na linii miasto – klub. Podpisano jakąś umowę dotyczącą terenów przy stadionie, ale potem wybory wygrała inna opcja i wszystko się zmieniło, a Sabri natychmiast to wyczuł. Jestem pewny, że zdobylibyśmy mistrzostwo, ale Sabri nie akceptował tego, że zaczyna się z nim bawić i przykręcił kurek z pieniędzmi. On zbudowałby ten klub od podstaw i postawiłby stadion w Szczecinie, tak jak wybudował centra handlowe Blue City czy Maximus.

Przyszło mi na myśl pytanie: Jak Sabri Bekdas poradziłby sobie w polskim środowisku, w którym dziali ludzie pokroju „Fryzjera”, ale odpowiedzią jest pewnie nazwisko trenera – Janusz Wójcik.

Wójcik był z nami bardzo krótko. Janusza złapano na pewnych rzeczach, na które Bekdas nie mógł sobie pozwolić. Przy 15 ludziach, jakich sprowadzono do klubu, kilku z nich mogło przyjść za darmo. Na przykład Kazimierz Węgrzyn: Wisła go wyrzuciła, a Wójcik miał powiedzieć prezesowi Wisły „Dlaczego wy go wyrzucacie, przecież Pogoń może za niego zapłacić”. W końcu pogłoski o takich procederach dotarły do Bekdasa i Wójcik szybko z klubu wyleciał. Moim zdaniem Janusz Wójcik w ogóle nie był trenerem na polską ligę. To był trener na zachód, ze względu na umiejętność organizacji i motywacji. Dla niego nie było gwiazd, on potrafił każdemu powiedzieć : „Miśki, do roboty”! Może taktyka nie była jego mocną stroną, ale motywacja była kluczowa. Przy takich indywidualnościach jak Gęsior, Skrzypek, Podbrożny, taktyka nie była potrzebna, liczyła się mobilizacja.

W Pogoni grał wówczas król strzelców mistrzostw świata z 1994 roku, Oleg Salenko, chociaż „grał” to chyba za duże słowo. Jak to się stało, że taki piłkarz trafił do Polski i dlaczego zagrał w ekstraklasie tylko 15 minut

To był fajny facet, na wysokim poziomie, a jednocześnie na luzie. Przed przyjściem do Pogoni grał w Trabzonsporze. Chciano z nim rozwiązać kontrakt, ale Oleg powiedział „nie” i ostatecznie wziął wysokie odszkodowanie za rozwiązanie umowy. Bekdas chciał z kolei ściągnąć jakąś gwiazdę i skorzystał z faktu, że Salenko był bez kontraktu. Pamiętam, że on miał końskie zdrowie. Szedł na piwo, potem poprawiał winem, następnie pił wódeczkę i na koniec zamawiał whisky. Tak naprawdę on tu przyjechał odpocząć. Wziął jakąś dziewczynę z agencji towarzyskiej, zapłacił  jej z góry za parę miesięcy i ona była z nim na czas jego pobytu w Polsce.

Jak to możliwe, że Pogoń napompowana pieniędzmi Bekdasa odpadła w pucharach Europy z Fylkirem Reykjavik?

Atmosfera była wtedy umierająca. Chłopaki zaczęli już szukać nowych klubów. Nie wiedzieli, czy wspierać Bekdasa, czy trzymać stronę miasta. W Reykjaviku przegraliśmy 1:2 i jedną bramkę z pewnością mogę wziąć na siebie. Dziwnie się tam wszyscy czuliśmy. Pamiętam, że zrobiliśmy taki mały konkurs: siedliśmy w trójkę  ja, Jacek Bednarz i Jacek Kaczorowski na ławce, wszyscy łysi, i dziennikarz zrobił nam zdjęcie z tyłu. Konkurs polegał na rozszyfrowaniu kto to jest. Potem w meczu ligowym ze Śląskiem zaatakował mnie Piotr Jawny i doznałem kontuzji. Sugerowano mi, żebym podał go do sądu, ale tak się nie robi. W moje miejsce wszedł wtedy Wojciech Tomasiewicz, który grał w meczu rewanżowym z Fylkirem. Prowadziliśmy 1:0, ale „Tomacha” miał słabą psychikę i w końcówce złapał piłkę po podaniu Jacka Bednarza. Wszyscy byliśmy w szoku! Oni mieli rzut wolny z ośmiu metrów, po którym wywalczyli rzut rożny, a potem po tym rogu strzelili gola i już było po meczu i jednocześnie było też po Pogoni.

W Szczecinie rozpoczęła się też Twoja przygoda z zawodem trenera, jak to się stało?

Właściwie to moja kariera trenerska rozpoczęła się w momencie, kiedy zadzwonił do mnie Albin Mikulski. Przyjechałem do Pogoni i miałem dużo czasu, więc pracowałem z bramkarzami. Zajmowałem się też Radkiem Majdanem. Po odejściu Bekdasa miałem jakieś propozycje gry, ale zdecydowałem, że to już koniec. Potem zadzwonił do mnie Edek Lorens i poszedłem pracować jako trener bramkarzy w GKS-ie Katowice, grającym wtedy w europejskich pucharach. Tam bronił Jarosław Tkocz, z którym trochę popracowałem, a potem udało się go sprzedać do Rosji. W Katowicach atmosfera byłą napięta i jeszcze przed meczem w Macedonii kibice krzyczeli „Lorens ty chuju, Lorens ty chuju”. Tam była taka sytuacja, że prezes Dziurowicz zwolnił trenera Żurka, który wywalczył awans do europejskich pucharów, a zatrudnił kojarzącego się z Ruchem Chorzów Lorensa. Kibice nie mogli mu tego wybaczyć! Po meczu z Łęczną dostaliśmy telefon, że fani czekają na nas w Katowicach. Wjeżdżamy na stadion, tam około 30 ludzi w kapturach, a policja krąży wokół stadionu, bo nie może nic zrobić. Podchodzę do nich i pytam: „Co się dzieje? – Panie trenerze, my nic do pana nie mamy”. Wzięli „na słówko” Jacka Kowalczyka i kogoś jeszcze i pojechali do domu. Edka nie spotkali, bo on wyszedł wcześniej na mieście. Dostałem propozycje przedłużenia kontraktu, ale odmówiłem. Potem przez chwilę pracowałem jeszcze w Polonii Warszawa.

A potem założyłeś szkółkę bramkarską „Goalkeeper”. Skąd pomysł na prowadzenie szkółki piłkarskiej ze specjalizacją gry na bramce?

Zacząłem chodzić na różne młodzieżowe turnieje i zaobserwowałem, że rodzice byli wrogo nastawieni w stosunku do siebie. W tym samym czasie młodzi chłopcy sami zaczęli się do mnie zgłaszać na treningi. Zastanawiałem się, co mogę zrobić z tym dalej i doszedłem do wniosku, że muszę to zorganizować tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Po pewnym czasie rodzice już ze sobą rozmawiali, a później witali się ze sobą jak starzy przyjaciele. A przyjeżdżali chłopcy z całej Polsce, również z zagranicy.

Jakie są dalsze plany rozwoju szkółki Siergieja Szypowskiego?

Będę ten projekt rozszerzał. Już powstała filia w Warszawie i będę chciał to poszerzyć. Jak przyjechałem do Warszawy, to nie było chętnych, a dziś mam 40 bramkarzy. Organizujemy też obozy za granicą, mamy coraz więcej trenerów, zajmujących się młodzieżą, idziemy do przodu.

Jak radzą sobie obecnie bramkarze, z którymi miałeś okazję pracować?

Wystarczy spojrzeć na ekstraklasę. Jest Grzesiu Kasprzik, Radek Janukiewicz, Sergiusz Prusak, Konrad Forenc, a trenerem bramkarzy jest Jarek Tkocz. Z Grześkiem to była w ogóle inna sytuacja. Trafiłem do Floty Świnoujście, gdzie nie było wtedy dobrego bramkarza. Zaprosiłem więc Kasprzika, który nie miał wtedy dobrej reputacji. On dobrze grał w Gliwicach, ale po podpisaniu kontraktu w Lechu nie dał sobie rady. Zaczęli nawet mówić, że w Poznaniu polubił życie nocne i korzystanie z różnych używek. Jak powiedziałem, że chcę tego chłopaka, to w klubie powiedziano mi, że chyba zwariowałem, ale mnie to nie interesowało. Powiedziałem Grześkowi, że go chcę, bo on na treningach niemal umierał. W klubie nie było wtedy kasy i decyzję musiał podjąć zarząd, który składał się z kilku, może kilkunastu dziadków. Powiedziałem im, że jeżeli nie wezmą Kasprzika, to ja odchodzę i w końcu powiedziano mi, że klub podpisze z nim kontrakt, ale na moją odpowiedzialność. Gramy pierwszy mecz, prowadzimy 1:0, ostatnia minuta, dostajemy karnego i Grzesiek łapie. Potem już poszło, on złapał formę, odbudował się, rozwinął i dziś gra w Górniku Zabrze.

Na koniec chciałbym poruszyć temat niezwiązany z piłką. Kilka lat temu zrobiło się głośno o Twoim synu, Stanisławie, o którym dużo mówiono w mediach. Chodzi o aferę szpiegowską, w którą miał on być zamieszany. Chcesz to jakoś skomentować?

Do tej pory o tym nie mówiłem, odmawiałem wywiadów, bo sytuacja nie była jasna, ale dziś mogę powiedzieć wprost. W tej sprawie odpowiedzią jest polityka. Mój syn jest bardzo inteligentny, zna cztery języki i sam do tego wszystkiego doszedł. Interesuje się energetyką i ma kontakty w Rosji, Hiszpanii, czy w innych krajach. Był taki moment, że trzeba było w Polsce zrobić jakąś aferę, więc złapali chłopaka i zrobiło się głośno. Dziś sprawa jest w sądzie i ciągnie się w nieskończoność. Sądzę, że jeżeli zgarnia się człowieka, na którego ma się jakieś dowody, to sprawa krótko trwa, a ta ciągnie się już półtora roku, więc oni nie mają nic! Pewna opcja po prostu chciała zrobić szum i chyba dlatego się to wydarzyło. Czysta polityka. Ja mogę powiedzieć, że jestem bardzo dumny ze swojego syna.

ROZMAWIAŁ: GRZEGORZ IGNATOWSKI

Wywiad przeprowadzony na potrzeby książki „Polskie kluby w europejskich pucharach”

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Grzegorz Ignatowski
O Grzegorz Ignatowski 99 artykułów
Fanatyk historii futbolu i związanych z nim ciekawostek. Pochłania wszystko od meczów ligi argentyńskiej Primera Division aż do ligi kostarykańskiej, o ile czas pozwala. Twierdzi, że oddycha futbolem i coś w tym jest, bo dzień bez piłki działa na niego jak brak świeżego powietrza.