Wywiad: Michał Globisz

Zdjęcie główne: arkowcy.pl

Pracy z młodzieżą poświęcił prawie całą karierę. Jako selekcjoner juniorskich reprezentacji Polski zdobywał medale mistrzostw Europy, występował na mistrzostwach świata oraz wychował kilkudziesięciu reprezentantów Polski. O setkach przetestowanych piłkarzy, złotym roczniku 1982, czy szeroko pojętym szkoleniu młodzieży porozmawialiśmy z człowiekiem-instytucją polskiego futbolu młodzieżowego. Zapraszamy na wywiad z Michałem Globiszem. Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz

Prawie całą, bardzo bogatą w sukcesy karierę trenerską poświęcił Pan drużynom młodzieżowym. Nie kusiło Pana, żeby prowadzić seniorów?
W Gdańsku trzykrotnie prowadziłem zespół Lechii – w drugiej i nawet w pierwszej lidze, a także byłem asystentem trenera Łazarka, natomiast pracy z młodzieżą poświęciłem 90% czasu. W Lechii prowadziłem wiele zespołów trampkarskich i juniorskich, później oczywiście była przygoda w PZPN, również z zespołami młodzieżowymi. Dobrze się tu czułem, a właściwie główną przyczyna, dlaczego nie prowadziłem drużyn seniorskich jest to, że jestem domatorem. Bardzo dobrze mi w Trójmieście, nie uśmiechało mi się ruszanie po Polsce i mieszkanie w hotelach. Nie mam sobie nic do zarzucenia, czuję się spełniony.

Trzysta meczów w roli trenera młodzieżowych reprezentacji, udział w mistrzostwach świata i Europy – w czasach gdy kibice regularnie zawodzili się na pierwszej reprezentacji, juniorzy Michała Globisza dawali im nadzieję na rychłe odwrócenie karty. Jak mało kto potrafił Pan trafić do młodych zawodników.
Przyczyny tych sukcesów były różne. To były trochę inne czasy, mieliśmy duże szczęście, ponieważ funkcjonowały SMS-y. Chłopcy byli skoszarowani w pięciu głównych ośrodkach, razem trenowali, mieli wspólny program szkoleniowy, a ja miałem nad nimi pełną kontrolę. Co bardzo istotne, były to czasy kiedy chłopcy nie opuszczali tak szybko Polski, więc na każdy mecz towarzyski miałem ich wszystkich do dyspozycji. Łatwiej było stworzyć klimat i zbudować drużynę. Srebrne i złote medale zdobyliśmy drużyną – w tym zespole nie było jakichś supergwiazd. Oni tworzyli wspaniałą grupę kolegów, zgraną, bardzo mocno zmotywowaną i świetnie przygotowaną motorycznie; często robione były badania na AWF w Gdańsku i wiem, że na turniej jechaliśmy ze świetnymi wynikami, jeśli chodzi o ich przygotowanie fizyczne.

Przemówić do juniorów to jedno, ale chyba jeszcze trudniej jest ich wyselekcjonować. W przypadku rozgrywek seniorskich sprawa jest dużo prostsza – grono zawodników jest dużo węższe, a wszystkie mecze można obejrzeć w telewizji. Olbrzymia decentralizacja piłki młodzieżowej nie ułatwia doboru kadry.
Na pewno nie, ale do moich obowiązków należało też penetrowanie terenu. Miałem dwóch wspaniałych asystentów – Darka Wójtowicza, który obserwował teren południowej Polski oraz Mirka Dawidowskiego, który był trenerem ŁKS-u Łódź i miał na uwadze środek kraju, a ja penetrowałem Północ. Podzieliliśmy się na te trzy okręgi i według mnie zrobiliśmy bardzo dobrą selekcję, nie opuściliśmy żadnego zawodnika, który by się wyróżniał w roczniku 1982. Poza tym przeprowadzaliśmy bardzo dużo konsultacji, nie byliśmy głusi nawet na telefony od różnych trenerów, którzy chcieli nam podpowiedzieć, że w małym klubie istnieje chłopak wyjątkowo zdolny i zaprosiliśmy go na konsultację. Oczywiście, nie zawsze to wypaliło, ale wyznawaliśmy zasadę, że lepiej zobaczyć i mieć pewność, że nie popełnia się błędu, niż po czasie mieć kaca moralnego, że przeoczyłem takiego fajnego chłopaka i nawet go nie zobaczyłem.

Jak wielu zawodników musiał Pan sprawdzić, żeby wyselekcjonować grupę, która liczyła się w walce o wyjazd na mistrzostwa Europy lub świata?
Nie powiem dokładnie, ale to szło w setkach. Na konsultacje powoływaliśmy w granicach dwudziestu paru zawodników i często było tak, że wśród tych nowych graczy nikt nie zapisał się na tyle pozytywnie, żeby wejść do szerokiej kadry. Nie wiem, czy to było 300, 400 czy 500 piłkarzy. Olbrzymie ilości.

Ilu z pańskich graczy zaskoczyło i zrobiło zdecydowanie większą karierę niż się Pan spodziewał?
Powiedzmy sobie szczerze, nie ma na świecie trenera, który jednoznacznie powie: „tak, on będzie piłkarzem” i to się sprawdzi na 100%. Rozwój młodych ludzi jest bardzo różny. Często chłopcy w wieku 15-16 lat wyglądają wspaniale i wszystkim wydaje się, że osiągną wielki sukces, a potem ten rozwój hamuje, wskutek spraw związanych z różnym okresem dojrzewania, ważna jest też mentalność, mądrość tych chłopaków. Oczywiście, byli piłkarze, po których spodziewałem się więcej. Choć czułem, że będzie to dobry piłkarz, na pewno jestem zaskoczony pozycją Krychowiaka, jego grą w Sevilli, tym że znalazł się w PSG i gra w pierwszej reprezentacji. To bardzo duże i miłe zaskoczenie, ale były też przypadki, że nie każdy osiągnął taki sukces, jaki przypuszczałem, że osiągnie.

Przeczytaj także: Wywiad z Andrzejem Dawidziukiem

Dlaczego zaskoczyła Pana skala sukcesu Grzegorza Krychowiaka?
Najsilniejszą stroną Grzegorza były cechy wolicjonalne. On był klasycznym dowódcą, wojownikiem, który nigdy się nie bał. Zawsze był ambitny, głodny sukcesu i pozytywnie nastawiony, bez względu na to z kim graliśmy. Jego słabszą stroną była mimo wszystko indywidualna technika, dlatego mówię, że jestem zaskoczony, że potrafił sobie dać radę w takim wspaniałym klubie jak Sevilla, w którym grają mistrzowie techniki. To jest właśnie miłe zaskoczenie.

Z którego odkrytego zawodnika jest Pan najbardziej dumny?
Na pewno nie byłby jakiś jeden, tylko grupa graczy. W tej chwili najbardziej rzucają mi się nazwiska Krychowiaka, Mili, Kuszczaka, Wojtka Szczęsnego. Oni osiągnęli największe sukcesy.

Czy z miewał Pan problemy z jakimiś piłkarzami?
Nie. To była jedna z naszych najmocniejszych stron – w zasadzie nie mieliśmy problemów dyscyplinarnych. Oczywiście, zdarzało się, że w jakiejś drużynie, a prowadziłem przecież siedem roczników, nie wszystko było super idealne, ale nie mieliśmy żadnych problemów tej natury.

Czy miewa Pan czasem takie refleksje, że może ktoś został za szybko skreślony?
Nie. Są zawodnicy, którzy grają w tej chwili gdzieś w Ekstraklasie, są średniej klasy zawodnikami tego rocznika, który prowadziłem, ale ich rozwój nastąpił później, kiedy przestał być juniorem, gdy przebił się jako senior. Ciężko było przewidzieć, że za cztery lata ktoś będzie bardzo dobry i w związku z tym wziąć go do reprezentacji. Braliśmy zawodników najlepszych w danym momencie, a że ktoś przebił się później… Andrzej Szarmach na przykład nigdy nie grał w reprezentacji juniorskiej.

A ilu z tych wielu powoływanych przez lata zawodników ma Pan nadal w pamięci?
Pamiętam te roczniki, które były najzdolniejsze. 1982 – doskonale znam tych chłopców, zresztą z wieloma mam nadal w miarę bliski kontakt. 1990 był wyjątkowo zdolny, grali tam Krychowiak, Szczęsny, Janota, Kupisz, Klich i jeszcze sporo innych. Z niektórymi rocznikami pracowałem krócej, z innymi dłużej, ale gdy patrzę teraz na mecz Ekstraklasy, to trudno mi znaleźć drużynę, w której nie grałby chłopak, którego miałem w reprezentacji juniorskiej.

Rocznik 1982 został wspomniany już kilkukrotnie. Finały Euro U-16 w 1999 roku i U-18 w roku 2001 zna Pan pewnie na pamięć?
Oczywiście, do dziś mam nagrane te finałowe mecze zarówno drużyny U-16, jak i U-18. Najlepszy mecz, jaki rozegraliśmy, to chyba zwycięstwo 1:0 z Anglią na boisku Tottenhamu, które dało nam awans do finałów mistrzostw świata. Mam te wszystkie mecze i czasami, gdzieś raz na dwa lata, odtwarzam je sobie i wspominam.

Przeczytaj także: Wywiad z Sebastianem Milą 

I po latach ma Pan jakieś nowe spostrzeżenia? Na przykład na to, co zaważyło na porażce z Hiszpanią, albo o zwycięstwie nad Czechami, czy ogląda je Pan tylko sentymentalnie?
Z Hiszpanią przegraliśmy finał U-16 bo byliśmy słabszym zespołem. Siła hiszpańskiej techniki była tak wielka, że choć do przerwy nawet remisowaliśmy 1:1, to suma przebiegniętych metrów bez piłki jednak odbiła się w drugiej połowie. Nie wytrzymaliśmy fizycznie i dała o sobie znać wielkość młodzieżowej piłki hiszpańskiej. Natomiast kiedy graliśmy na Euro U-18, byliśmy już lepiej przygotowani, przede wszystkim motorycznie i zrewanżowaliśmy się temu samemu zespołowi, wygrywając 4:1.

Niestety, można powiedzieć, że po igrzyskach w Barcelonie jest to kolejne „stracone pokolenie” polskiej piłki, które olbrzymiego sukcesu młodzieżowego nie potrafiło przekuć na równie duże osiągnięcia w seniorskiej piłce.
Potwierdzam, że po takim sukcesie liczyło się, na to, że ci chłopcy osiągną więcej. Ale podkreślam – to był wygrany turniej. Wygrany turniej, gdzie stanowiliśmy wspaniałą drużynę, mieliśmy wspaniałych chłopców, którzy w większości grali później w zespołach Ekstraklasy. Stanowili wielką siłę jako drużyna, ale tam nie było indywidualności tak wielkich, że droga do pierwszej reprezentacji była krótka. Ich sukces to przede wszystkim sukces drużynowy.

Podobnie było z drużyną rocznika 1987 w Kanadzie 2007. Dwa lata temu rozmawiałem z Dawidem Janczykiem, który powiedział, że w jego przypadku, a także innych kolegów, którzy przepadli po mundialu w 2007 r., zabrakło odpowiedniego poprowadzenia, kontroli.
Ja się rozstałem z tymi chłopakami po mistrzostwach świata w Kanadzie i nie miałem już z nimi kontaktu, poza towarzyskimi. Kariera Dawida Janczyka potoczyła się fatalnie, ale on chyba sam doskonale wie dlaczego. Natomiast kariera innych potoczyła się w miarę nieźle. Wspominaliśmy już o Krychowiaku, Białkowski gra w Anglii, Fojut i Małecki grają w polskiej Ekstraklasie. Byli tam też Szczęsny, Tytoń, Cywka czy Danch. Znowu udało się nam stworzyć na turniej dobrą drużynę, która szczęśliwie wygrała z Brazylią, poniosła dotkliwą porażkę z USA, ale się podniosła i wywalczyła awans z Koreą. Potem przegraliśmy z późniejszym mistrzem świata, Argentyną, która wygrała wtedy wszystkie mecze, a w składzie miała m.in. Di Marię i Aguero. Do przerwy remisowaliśmy 1:1 i, podobnie jak z Hiszpanią, znowu opadliśmy fizycznie w drugiej połowie, a wyższość techniczna rywali zadecydowała o tym, że mieli więcej okazji do zdobycia bramki.

Patrząc na kadry rocznika 1982 i 1987, wygląda to mniej więcej tak: po tych turniejach połowa zawodników robiła kariery na poziomie ekstraklasowym, ocierała się o reprezentację, a połowa szła w przeciwnym kierunku. Proporcje 50-50 to bardziej sukces czy porażka?
Na pewno nie porażka, jednak te nazwiska gdzieś zaistniały. Zresztą, gdyby przeanalizował pan inne zespoły, które zdobywały mistrzostwo Europy, np. Hiszpanię, to też nie ma sytuacji, że nagle sześciu, siedmiu z nich zagra w reprezentacji – było też tak że zagrał jeden, dwóch, albo i żaden. To jest po prostu turniej drużynowy, to drużyna odniosła sukces. W pracy klubowej, gdy prowadzi się jakiś rocznik i dwóch zawodników z tej drużyny dostanie się do kadry pierwszego zespołu, uznaje się to za sukces, prawidłowo wykonaną pracę, normę. Tylko dwóch na pięć – siedem lat szkolenia rocznika. Jeśli rocznik 1990 dał reprezentacji Szczęsnego i Krychowiaka, to trudno tu mówić o braku sukcesu.

Przeczytaj także: Wywiad z Sonią Śledź 

Rozmawiając o dalszych perypetiach piłkarzy pańskich drużyn, trudno nie pominąć wątku najbardziej zmarnowanego talentu. Kiedyś powiedział Pan, że największy talent roztrwonił Dariusz Zawadzki.
Nie można robić rankingu, kto zmarnował się najbardziej, a kto najmniej. Jest grupa chłopców, po których się spodziewałem, że osiągną dużo więcej. Takim zawodnikiem na pewno był Darek Zawadzki i Łukasz Nawotczyński, a w roczniku 1990 Michał Janota. To naturalne, że w każdym roczniku, u każdego trenera znajdzie się grupa piłkarzy, która zaskoczyła go in minus i tacy, którzy może nie dysponowali takim talentem, ale swoją pracą zasłużyli na grę w lidze czy reprezentacji. Wymieniłem tych trzech, ale trudno tutaj tworzyć jakiś ranking.

Rozmawialiśmy o przeszłości, a teraz chciałbym przejść do najbliższej przyszłości. Za pół roku pańskim osiągnięciom spróbuje dorównać Marcin Dorna ze swoją reprezentacją U-21. Mówienie o naszych szansach na sukces jest uzasadnione, czy może jest pompowaniem balonika?
Podstawy do tego na pewno są. To dobra drużyna, mądrze prowadzona, dysponująca indywidualnościami, zakładając, że ta wiadoma czwórka zawodników wzmocni ten zespół. Wówczas siła tej drużyny jest duża, ale to jest piłka nożna, do tego ciągle młodzieżowa. Jak ci chłopcy zniosą presję bycia trochę w roli faworytów i grania u siebie? Czy stres nie spowoduje obniżki ich jakości gry? To wielka niewiadoma. Mogę tylko powiedzieć, że na pewno stać tę drużynę na zajęcie miejsca na podium. Pamiętajmy jednak, że dostaliśmy się na turniej jako gospodarze, a przeciwko nam są najsilniejsze europejskie drużyny. Łatwo na pewno nie będzie.

Ale czy powinno się powoływać takich piłkarzy jak Zieliński czy Milik z pierwszej reprezentacji?
Generalnie nie powinno się wracać zawodników ze starszej reprezentacji do młodszej – to zasada stosowana na całym świecie. Są jednak wyjątkowe sytuacje i ten turniej taką jest – mamy wyjątkową szansę osiągnąć sukces i uważam, że w tym przypadku ich dołączenie będzie prawidłowe. Ważne aby Marcin Dorna potrafił odpowiednio ich wkomponować – mam tu na myśli sprawy mentalne, bo umiejętności piłkarskie jak na ten wiek są wysokie, ale chodzi o to, by zostali wkomponowani w drużynę.

Ale czy nie obawia się Pan, że może to wpłynąć negatywnie na zawodników, którzy teraz mocno pracują na skład, a potem będą musieli zrobić miejsce dla czwórki, która nie ma zbyt wiele wspólnego z tą reprezentacją?
Sądzę że Marcin jest na tyle dobrym trenerem, że potrafi wytłumaczyć tym chłopcom, że jest to ich wspólny cel, że oni też będą w drużynie. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie wyjdą na boisko. Zawodnicy na ławce muszą ciągle czuć się potrzebni, bo to jest siła drużyny. Turnieju nie wygrywa się 11 piłkarzami.

Przechodząc do szerszego tematu, jakim jest szkolenie młodzieży – dziś prowadzenie młodych graczy wydaje się dużo bardziej profesjonalne, ale czy nie zabija trochę piękna futbolu? Mówi się, że piłkarskie szkółki wychowują rzemieślników, ale artystów rodzi ulica.
To prawda, ale to znak czasów. Może powtarzam się po raz pięćdziesiąty, ale w dawnych latach do klubu zapisywali się chłopcy w wieku 13-14 lat, którzy wcześniej gdy wracali ze szkoły, to rzucali plecaki, ustawiali dwa kamienie jako bramkę i do zmierzchu kiwali się. Żaden trener nie mówił im, że mają wybić piłkę i gdy szli do klubu, to byli już przygotowani technicznie. Poza tym, w tamtych czasach młodzież była sprawniejsza, bo wychowywała się na podwórku, biegała, skakała po drzewach. Teraz zapisuje się 6-letnich chłopców do szkółki, gdzie istnieje punktomania, nie mają radości z gry, bo w wielu drużynach najważniejszą rzeczą jest wynik, nawet w kategorii trampkarzy. Moim zdaniem w szkoleniu młodzieży brakuje indywidualnego szkolenia. W tej chwili pracuję w Arce Gdynia, gdzie razem z trenerem Klejndinstem opracowaliśmy model tzw. „Grupy Talent”. Najzdolniejsi juniorzy z kilku kategorii wiekowych mają dodatkowe treningi indywidualne. Jest ich na przykład ośmiu, przy tym dwóch trenerów i przez ok. 45 minut trwa taki trening nastawiony na szkolenie tylko techniki piłki nożnej. Częstotliwość tych powtórzeń jest tak duża, że musi to potem przynieść właściwy efekt. Tego brakuje w klubach. W Arce nie nastawiamy się na zwycięstwa i miejsce w tabeli, tylko na indywidualną pracę z najzdolniejszymi graczami młodzieżowymi, pod kątem awansu do pierwszego zespołu.

Równie dużą zmorą jest tzw. KOR. Czy słyszał Pan o Komitecie Oszalałych Rodziców?
Ja ten KOR już jakieś 30 lat temu nazywałem. KOR był, jest i będzie, choć w każdym klubie może być inaczej „poustawiany”. Jeżeli trener przejdzie z nimi na ty, wda się w układy towarzyskie, a już nie daj Boże przy okazji wypije sobie z nimi piwko, można powiedzieć, że będzie to początek końca tego trenera. Natomiast jeśli od początku mądrze poustawia sobie te sprawy, to będzie miał spokój, dystans do KOR-u i to zawsze będzie pan trener.

Jak w takim razie powinno prowadzić się takiego 7-latka, którego rodzic zapisał do szkółki?
Każda kategoria wiekowa ma swoje wymogi, ale generalnie podstawowe są dwie sprawy: sprawność ogólna, a w ramach tego koordynacja ruchowa, oraz technika piłki nożnej. W tym wieku potrzeba jak najwięcej ćwiczeń technicznych, gry na małe bramki, pozwolić tym chłopcom na kiwanie, natomiast im młodsi są, tym bardziej zapominać o sprawach taktyki. Taktyka przychodzi później, w wieku 16-17 lat, kiedy grają już w miarę „poważniejsze” mecze.

Kazimierz Górski jako swoją największą nagrodę uważał ludzką życzliwość i uśmiech. Pan zdobywał medale młodzieżowych mistrzostw Europy, brał udział w mistrzostwach świata, pokonał Brazylię, wychował reprezentantów Polski, ale o tym, jak bardzo jest Pan szanowany najlepiej świadczy reakcja pańskich graczy na wieść o kłopotach ze zdrowiem.
Oczywiście, to o czym Pan powiedział jest największym sukcesem, którego nie da się zmierzyć. Nie spodziewałem się, że pomoc będzie tak wielka i to nie tylko zawodników, ale przede wszystkim kibiców – ludzie, których nie znam często zaczepiali mnie na ulicy i życzyli mi wszystkiego dobrego. Wiadomo jak fantastycznie w związku z tą sytuacją zachował się Zbyszek Boniek. Najmilsze były oczywiście reakcje moich zawodników, którzy natychmiast zareagowali i powiedzieli, że nie muszę się o nic obawiać, bo nie ważne jaka by nie była potrzebna kwota pieniężna, to oni i tak to pokryją. Poza tym telefony, maile, życzenia… to było wspaniałe.

ROZMAWIAŁ: BARTŁOMIEJ KRAWCZYK

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz Globisz

Redakcja
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: kontakt@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl