Finał Pucharu UEFA 2001, czyli dortmundzki rollercoaster

Zapomnieć o Heysel

Liverpool w drodze do finału był bardziej pragmatyczny. W dwunastu spotkaniach poprzedzających batalię z Babazorros zaaplikowali swoim rywalom zaledwie czternaście goli. Jednakże lista eliminowanych przez The Reds zespołów była chyba jeszcze bardziej imponująca niż w przypadku Alaves. Rapid Bukareszt, Slovan Liberec, Olympiakos Pireus, AS Roma, FC Porto i FC Barcelona. Skalpy zebrane przez podopiecznych Gerarda Houlliera robiły wrażenie.

W dodatku Liverpool udawał się na Westfalenstadion, dzierżąc już dwa trofea, które zgarnęli w tamtym sezonie. Mieli jednak chrapkę na to, by do Pucharu Ligi i FA Cup dorzucić nagrodę za triumf w rozgrywkach międzynarodowych. Szczególnie że był to dla nich pierwszy występ w finale europejskich pucharów od czasu feralnego wieczoru na Heysel. Inna sprawa, że zespół z Anfield już wtedy pozostawał od ponad dekady bez tytułu mistrza Anglii. Ciekawe ilu kibiców Liverpoolu, wiedząc, że to jeszcze nawet nie połowa drogi do kolejnego zwycięstwa w rozgrywkach ligowych, oddałaby wszystkie trzy trofea w zamian za jedno mistrzostwo, zdobyte w erze Stevena Gerrarda?

Drużyna Gerrarda Houlliera była stawiana przed finałem w roli zdecydowanego faworyta. Francuski menadżer doceniał jednak rywala i tonował nastroje.

Słyszałem sugestie, jakoby Alaves miało zagrać w finale w roli statystów i to najłatwiejszy rywal, jakiego mogliśmy sobie wymarzyć. To nieprawda. Nie popełnimy tego błędu i nie uwierzymy w to. Skoro zagrają w finale, to muszą być dobrą drużyną. W przeciwieństwie do wielu osób wierzyłem, że mogą dotrzeć tak daleko. Nie lekceważymy tego, co mówią nam nasi scouci.

Opiekun Liverpoolu miał rację. Nie było mowy o łatwym i przyjemnym spacerku Anglików. W zamian dostaliśmy prawdziwy piłkarski heavy metal.

Pierwsza połowa

Zwolennicy teorii o łatwiej przeprawie The Reds już w trzeciej minucie gry mogli wymownie spojrzeć na tych, którzy im nie dowierzali. 20-letni Steven Gerrard posłał dośrodkowanie wprost na głowę Markusa Babbela, ten poszybował ponad Argentyńczykiem Martinem Astudillo i strzałem głową wyprowadził swój zespół na prowadzenie.

Trzynaście minut później angielski supertalent wystąpił już w roli kata, a nie tylko asystenta i kąśliwym, płaskim uderzeniem podwyższył prowadzenie przybyszów z Wysp Brytyjskich. Martin Herrera zdołał jeszcze musnąć futbolówkę, ale ta i tak zatrzepotała w siatce bramki Alaves. Wiele osób spodziewało się, że reszta spotkania to będą już tylko dożynki szybko rozbitych Basków. Nigdy jednak nie należy przekreślać szans tego walecznego narodu.

Mane postanowił szybko zareagować. Grający z kędzierzawą czupryną Norweg Dan Eggen, nie znał recepty na zastopowanie akcji ofensywnych Liverpoolu tak jak pięć lat wcześniej, grając jeszcze w barwach Broendby, nie potrafił zastopować piłkarzy Widzewa. Hiszpański szkoleniowiec uznał, że bardziej przyda mu się na boisku piłkarz o cechach snajpera i posłał na plac gry w miejsce Skandynawa Ivana Alonso. Wielu upatrywało w tej roszadzie krzyku rozpaczy, ale kiedy kilka minut później Alonso zdobył gola kontaktowego, kibice kiwali głową z uznaniem.

Kolejny cios wyprowadzili jednak Anglicy. Martin Herrera sfaulował wychodzącego sam na sam Michaela Owena, a sędziujący to spotkanie francuski arbiter Gilles Veissiere wskazał na jedenasty metr. Chociaż Herrera wyczuł intencje strzelca, to Gary McAllister uderzył na tyle skutecznie, by pokonać argentyńskiego golkipera. Faworyci schodzili na przerwę, prowadząc 3-1.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…