Finał Pucharu UEFA 2001, czyli dortmundzki rollercoaster

Druga połowa

Być może kiedy cztery lata później w Stambule, Liverpool odrabiał trzybramkową stratę do Milanu, piłkarze z Anfield inspirowali się postawą Alaves z początku drugiej połowy finałowego starcia w 2001 roku? W każdym razie, gdy zegar na Westfalenstadion wskazał 50 minutę gry, na tablicy świetlnej widniał już wynik 3-3.

Pierwsze pięć minut drugiej odsłony spotkania należało do Javiego Moreno. Hiszpański napastnik przeżywał najlepszy sezon w swojej karierze. Rozgrywki La Liga zakończył z 22 trafieniami na koncie. Więcej od niego zanotowali tylko Rivaldo i Raul. Za nim uplasowali się Diego Tristan i Patrick Kluivert. To wiele mówi o ówczesnej formie strzeleckiej tego piłkarza. W Pucharze UEFA pokonywał bramkarzy rywala czterokrotnie. Kolejne dwa gole dorzucił w finale.

Najpierw wykorzystał wrzutkę Cosmina Contry, który chwilę wcześniej serią zwodów niemal wkręcił w ziemię Jamiego Carraghera, a następnie znalazł lukę w murze Liverpoolu i chytrym uderzeniem z rzutu wolnego wyrównał stan meczu.

Kibice Alaves zapewne do tej pory zastanawiają się, co kierowało Mane, gdy w 64 minucie postanowił ściągnąć swojego asa atutowego z placu gry i desygnować w jego miejsce Pablo Gomeza. Szczególnie że osiem minut później Babazorros znów musieli gonić wynik. Wprowadzony w miejsce bezproduktywnego w tym meczu Emila Heskeya Robbie Fowler ponownie dał The Reds prowadzenie.

Gdy sztab szkoleniowy Liverpoolu powoli myślał o tym, by zacząć wyciągać z lodówki szampany, Jordi Cruyff uprzedził wychodzącego do dośrodkowania z rzutu rożnego Sandera Westervelda i przedłużył nadzieje Basków. Był to czwarty gol w tym spotkaniu, który padł po strzale głową. Trzy z nich były autorstwa piłkarzy z Vitoria-Gasteiz. Westerveld kilkoma swoimi niepewnymi interwencjami pokazał, dlaczego już wkrótce włodarze z Anfield sięgnęli po Jerzego Dudka. Emocje zostały przedłużone o dogrywkę.

Dogrywka

W dogrywce finału Pucharu UEFA 2001 obowiązywała zasada Złotego Gola. W związku z tym obydwa zespoły podeszły do niej bardziej zachowawczo niż w pierwszych 90 minutach. Każdy czyhał na najmniejszy błąd rywala, by móc przeprowadzić decydującą akcję. Co prawda w pierwszej połowie dogrywki piłka zdążyła wpaść zarówno do bramki Anglików, jak i Basków, ale w obydwóch przypadkach chorągiewka bocznego arbitra powędrowała w górę.

Jednakże to sytuacja Alaves komplikowała się wraz z upływającym czasem gry. Najpierw w 98. minucie czerwony kartonik obejrzał Brazylijczyk Magno Mocelin, natomiast gdy obydwa zespoły mogły powoli myśleć o szykowaniu się do konkursu jedenastek, kapitan Babazorras Antonio Karmona sfaulował Vladimira Smicera, za co otrzymał drugą żółtą kartkę.

Prawo Murphy’ego mówi o tym, że jeśli coś może pójść źle, to tak się na pewno stanie. Jeśli piłkarze Alaves znali to powiedzonko, to nie byli zdziwieni dalszym przebiegiem zdarzeń. Konsekwencją faulu Karmony był rzut wolny. Cała dziewiątka piłkarzy z Vitoria-Gasteiz, która pozostała na placu gry, cofnęła się pod własne pole karne.

McAllister dośrodkował, piłka trafiła na głowę Delfiego Geli i minęła dążącego do jej wypiąstkowania Martina Herrerę. Podopieczni Mane zdobyli czwartego gola w tym meczu, po uderzeniu głową. Niestety ostatni z nich powędrował na konto Liverpoolu. Tak szalony finał nie mógł mieć mniej zaskakującego zakończenia niż gol samobójczy. Do zakończenia dogrywki pozostawały w tamtym momencie cztery minuty.

Liverpool po raz trzeci zatriumfował w rozgrywkach o Puchar UEFA (wcześniej w 1973 i 1976 roku), Deportivo Alaves pozostała chwała przegranych, którzy walczyli do samego końca.

Po meczu

W oczach wielu ekspertów dortmundzka batalia do dziś pozostaje najlepszym europejskim finałem w XXI wieku. Podopieczni Mane potrafili postawić się faworytom i zaaplikować im tyle goli, ile Olympiakos, Roma, Porto i Barcelona nie zdołały strzelić The Reds w ośmiu grach. Piłkarzem tamtego meczu uznano 36-letniego Gary’ego McAllistera. Szkot strzelił w tym spotkaniu gola i zaliczył dwie asysty. Gerard Houllier komplementował na pomeczowej konferencji zarówno swoich piłkarzy jak i rywali.

Gdy grasz w finale europejskich pucharów, szukasz nieśmiertelności. Ludzie pamiętają, kto w nim grał, a gdy spoglądają na program meczowy, przypominają im się najważniejsze fakty. Ci chłopcy stworzyli dziś widowisko, które zostanie zapamiętane na długo i za to musimy podziękować również Alaves.

Gerard Houllier

Jose Manuel Esnal również dziękował swoim graczom:

Graliśmy z dumą i klasą, by doprowadzić do wyniku 4-4. Na dogrywkę wychodziliśmy półżywi. Nadal jednak jesteśmy tą samą drużyną co dwie godziny temu. Jedna drużyna zawsze musi przegrać w finale, tak jak jedna zawsze wygrywa.

Dla Alaves była to jednorazowa przygoda z europejskimi pucharami. Baskom nie udało się na stałe dołączyć do kontynentalnej elity. Nie udało im się nawet dołączyć do elity Primera Division. Po finale w Dortmundzie rozegrali jeszcze cztery kolejki ligowe. Wszystkie mecze przegrali. Bój stoczony z The Reds, kosztował ich mnóstwo wysiłku. Ostatecznie zajęli dziesiąte miejsce w lidze. W kolejnych sezonach balansowali na krawędzi pierwszej i drugiej ligi, natomiast w latach 2009-2013 występowali zaledwie na trzecim szczeblu rozgrywkowym. Od 2016 roku znów grają w elicie.

Po sezonie 2000/2001 zespół opuścili Javi Moreno i Cosmin Contra. Obydwaj piłkarze trafili do AC Milan. Na San Siro nie zrobili jednak oszałamiających karier. O Hiszpanie możemy wręcz powiedzieć, że w ekipie z Vitoria-Gasteiz przeżył swój prime time. Chociaż próbował swoich sił w Milanie, Atletico czy angielskim Boltonie, to nigdzie już nie potrafił tak zachwycać jak na Estadio de Mendizorroza.

Zapewne wielu z was słysząc nazwiska Cosmin Contra czy Jordi Cruyff w pierwszej kolejności ma przed oczami tamtą piłkarską ucztę z 2001 roku. Alaves odegrało epizodyczną rolę w historii europejskich pucharów, ale tamten epizod na zawsze pozostanie w pamięci fanów futbolu. W dobie rozważań o utworzeniu Superligi dla najbogatszych europejskich klubów pamiętajmy, że to właśnie baskijski kopciuszek potrafił dać kibicom tyle emocji. Nie pierwszy i nie ostatni raz fani piłki mogli przeżywać romantyczną przygodę, której bohaterem okazał się klub z drugiego szeregu.

Liverpool-Alaves 5:4 pd. (4:4, 3:1)

Babbel 3′, Gerrard 16′, McAllister 40′ (karny), Fowler 72′, Geli 116′ (sam.) – Alonso 26′, Moreno 47′, 49′, Cruyff 88′

Liverpool: Westerveld – Babbel, Hyypia (c), Henchoz (55′ Smicer), Carragher, Hamman, Gerrard, McAllister, Murphy, Heskey (64′ Fowler), Owen (78′ Berger)

Trener: Houllier

Alaves: Herrera – Karmona (c), Tellez, Eggen (22′ Alonso), Contra, Geli, Cruyff, Tomić, Desio, Astudillo (46′ Magno Mocelin), Moreno (64′ Pablo)

Trener: Mane

Sędzia: Gilles Veisierre (francja)

A jeśli w dobie pandemii, ktoś chciałby sobie przypomnieć całe spotkanie, to proszę bardzo.

RAFAŁ GAŁĄZKA