Giorgi Kinkladze – gruziński Messi z Manchesteru City

Są w Europie takie reprezentacje, gdzie myślisz – najwybitniejszy piłkarz i mówisz nazwisko w pięć sekund. Chodzi mi tu o kraje bez sukcesów na międzynarodowej arenie, typowe eliminacyjne leszcze do zbicia dla poprawienia morale. Ale też takich leszczy, którzy urywając punkty – często decydują o tym, kto na te wielkie imprezy jeździ. Takim przeciętniakom trafi się czasami jakiś diament. No, albo chociaż bursztyn. Zobrazuję: Armenia – Mychitarian. Litwa – Jankauskas. Łotwa (tak, wiem, że raz nas ograli) – Pahars. Macedonia – Pandew. Gruzja – Kaladze. Gruzja. Stop. Mój tekst będzie właśnie o reprezentancie tego kraju. Kaladze do Messiego daleko jak Motorowi Lublin do Ekstraklasy. W latach 90. w Manchesterze City grał jednak pewien mikrus, któremu było do Argentyńczyka bliżej, wzrostowo i stylowo. Nazywał się Georgi Kinkladze i to dla niego przychodziło się na Maine Road.

Giorgi Kinkladze urodził się w ciepły dzień, 6 lipca 1973 roku. Nie no, wiem, że takich biografii nikt nie lubi. Zwyczajnie – jest to po prostu nudne. Mając roczek, nauczył się chodzić, jego ulubioną zabawką był pluszowy miś z wydłubanym okiem, a pierwszy rower był zapewne czerwony (w końcu to Gruzin). Nie – ode mnie tego nie będzie.

City na początku lat 90.

Lata dziewięćdziesiąte to prawdziwy rollercoaster drużyny The Citizens. Sezony 90/91, 91/92, 92/93 udawało się kończyć w górnej części tabeli. No, może nawet nie udawało – bo kolejno 5. 5. i 9. miejsce to raczej ligowa czołówka niż walka na śmierć i życie. Kryzys rozpoczął się w kolejnym sezonie, gdy już po czterech meczach bez zwycięstwa, chyba zbyt pochopnie, zwolniono trenera Petera Reida. Ten przecież świetnie radził sobie wcześniej.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Mike Sharon i Niall Quinn zdobyli w całym sezonie po 6 goli, zostając najskuteczniejszymi zawodnikami w drużynie. Tylko o jednego więcej od dwudziestominutowego „one man show” Sergio Aguero. Błękitni z Manchesteru skończyli sezon na 16. pozycji, a w następnym sezonie o jedno oczko niżej. Drużyna z solidnej szachowej figury – gońca lub wieży – stała się zwykłym pionem na podkładkę. W następnym sezonie objawił się jednak jeden z największych wirtuozów, Keysuke Miyagi futbolu. Człowiek, który uciekał z kraju przed wojną domową między Gruzinami a Czeczenami. Został kupiony z Dinama Tibilisi za cztery miliony euro. Znalazł schronienie i uwielbienie w Manchesterze.

Czarodziej na scenie przeciętniaków

Georgi Kinkladze przejmował piłkę na własnej połowie, potrafił okiwać całą drużynę rywala i kończyć akcję strzałem lewą nogą, ewentualnie zauważyć lepiej ustawionego partnera, do czego też zobowiązywała go pozycja playmakera. Gdyby wyszedł na miasto bez parasola i zaczęłoby padać, to zapewne czmychałby między kroplami deszczu. Ricky Hatton – znany, były angielski bokser, a prywatnie kibic Manchesteru City – wkomponował go do swojej najlepszej jedenastki w historii klubu. Usytuował go nawet ponad obecnym arcymistrzem i czarodziejem rozegrania – Davidem Silvą. Jako siedemnastolatek podziwiał Gruzina z wysokości trybun.

Kiedy dostawał piłkę, z ekscytacji przesuwałeś się bliżej krawędzi siedzenia, bo wiedziałeś, że za chwilę coś się wydarzy.

Złośliwi powiedzą, że Manchester City nie ma swoich legend. Kinkladze zostawił trwały ślad, podpisując się czarnym flamastrem w kronice klubu. Był tą jedyną perełką, wśród grona przeciętniaków lub też zawodników, którzy zatracili swoją formę z początków lat 90. Niezwykle rzadki okaz jak atrakcyjna madonna na mat-fizie.

Jego akcja, gdzie przedryblował całą drużynę Southampton jak plastikowe tyczki i strzelił bramkę podcinką nad leżącym golkiperem – przeszła do historii klubu. Została też uznana drugim najpiękniejszym golem sezonu. Jest to jedna z tych kultowych bramek, obok strzału Dickova w 1999 (o tym też wam kiedyś opowiem, obiecuję!), 94. minuty Aguero z QPR czy też przewrotki Dennisa Tuearta w finale Carling Cup 1976. Co ja wam będę opowiadał – po prostu tę bramkę pokażę:

Noel Gallagher, jeden z braci legendarnej angielskiej grupy „Oasis” w wywiadzie z 2000 roku dla Guardiana, wypowiadał się o swoich przeżyciach związanych z futbolem. Mówił o pierwszych wizytach na Maine Road, o historii kibicowania klubowi, o byciu w cieniu drugiego z Manchesterów, o nienawiści do sąsiada, ale i o szacunku do wielkiego Beckhama. Wypowiedział się oczywiście o Kinkladze, którego określił „najlepszym zawodnikiem, jakiego kiedykolwiek widział w barwach tego klubu (przypominam – 2000 rok)”. A chodził na mecze od 1971.

Wszyscy fani City byli zdenerwowani czy murawa będzie wygląda dobrze w sobotę i wreszcie stawiali się, żeby oglądać właśnie tego jednego gracza, lepszego od całej drużyny United. Nieważne czy byliśmy w tej samej lidze, nieważne, że oni zdobywali wszystko i grali w europejskich pucharach – bo to my mieliśmy najlepszego zawodnika w całym Manchesterze. Kinky był niesamowity. Powszechnie mówiło się, że mamy nawet najlepszego zawodnika w tym kraju. Aha, no i wyglądał dobrze w błękicie. Musiał potem odejść z powodu frustracji. Dlaczego strzelał te wszystkie bramki, biorąc na siebie ośmiu graczy? Bo nie miał komu podać. Wszyscy pozostali byli gówniani.

Czarodziej z Gruzji, mówiąc potocznie, był według Gallaghera żarówką w ciemnej dupie. Tylko on mógł uratować sezon, w którym jednak ostatecznie Manchester spadł do drugiej ligi. Barcelona, Inter, Celtic i kilka innych klubów postawiło sobie za cel wyciągnięcie Gruzina z upadłej drużyny. Stwierdzili, że Kinkladze na pewno wysiądzie z Titanica. Nic bardziej mylnego – Kinky obiecał pomoc w powrocie do Premier League. Ostatecznie sporo jednak zabrakło nawet do baraży, a „The Citizens” uplasowali się na 14. miejscu w First Division (wówczas drugiej lidze).

Klub znów obawiał się, że ktoś Gruzina podkupi, bo ten oczywiście nadal wyróżniał się wśród wszechobecnych przeciętniaków i tych trochę lepszych jak Paul Dickov. Oddanie „dziesiątki” i znaczna podwyżka przekonały jednak Kinkladze do pozostania w Manchesterze. Fani znów odetchnęli. Gruzin kupił sobie nowiutkie ferrari, co spowodowało konsternację wśród oficjeli, którzy nie chcieli, by jego zarobki wyszły na jaw, powodując zgrzyty w szatni.

Wiemy jak jest w życiu, Krzysiek zarabia więcej, więc jest frajerem i zapraszasz go na domówkę, ale obrażasz przy każdym jego wyjściu do toalety. Kinkladze postanowił oszukać przeznaczenie, jakkolwiek to brzmi, i rozbił swoje cacko, uderzając w most autostrady w Hale. Niesfornemu Gruzinowi założono 30 szwów, a przez wypadek pauzował przez dwa mecze ligowe.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…