Stefan Kisieliński – pionier polskich bramkarzy

Czas czytania: 16 m.
5
(2)

Przez historię polskiego futbolu przewinęło się wielu zawodników, którzy mimo osiąganych sukcesów, nie zdołali zaistnieć na dłużej w powszechnej świadomości. Bez wątpienia duży wpływ na zaistniały stan rzeczy miał upływ czasu, który sprzyjał zacieraniu pamięci o przedwojennych sportowcach. Poza tym warto odnotować, iż polskie władze komunistyczne nieraz starały się wręcz celowo skazywać niektórych z nich na zapomnienie. Jedną z takich postaci był Stefan Kisieliński, który został zaliczony przez Jacka Kurka do grona „piłkarzy wyklętych”.

Stefan Kisieliński – kluby i statystyki

  • Pełne imię i nazwisko: Stefan Antoni Kisieliński
  • Data i miejsce urodzenia: 13 grudnia 1901 r. w Morawskiej Ostrawie
  • Data i miejsce śmierci: 9 marca 1951 r. w Warszawie
  • Wzrost: 178 cm
  • Pozycja: Bramkarz, Napastnik

Historia i statystyki kariery

Kariera klubowa

  • Soła Oświęcim (1919-1924)
  • Bielitz SC (1924-1925)
  • PKS Katowice (1925-1927)
  • Polonia Warszawa (1927-1932) –

77 występów, 0 goli

Kariera reprezentacyjna

  • Polska (1926-1928) – 6 występów, 0 goli

Kariera trenerska

  • Polska (1949-1950)

Młodość

Stefan Kisieliński przyszedł na świat 13 grudnia 1901 r. w Morawskiej Ostrawie. Miejsce urodzenia może pozornie zaskakiwać. Jak sama nazwa wskazuje, miasto to znajdowało się na Morawach. Niewiele osób wie, iż na przełomie XIX i XX w. zamieszkiwało go wiele osób utożsamiających się z polską kulturą. Według austriackiego spisu ludnościowego z 1900 r. Polacy stanowili aż 20,8% mieszkańców Morawskiej Ostrawy!

O tak licznym zaludnieniu miasta przez Polaków decydowała bliskość geograficzna Śląska Cieszyńskiego i Galicji, które razem z Morawami stanowiły wówczas część monarchii austro-węgierskiej. Przynależność do jednego państwa ułatwiała im wewnętrzną migrację do bardziej uprzemysłowionych terenów. Morawska Ostrawa stanowiła łakomy kąsek szczególnie dla polskich robotników, liczących na lepszy byt. Nie przybywali tutaj jednak tylko i wyłącznie robotnicy, ale także np. urzędnicy. Jednym z nich był ojciec Stefana Kisielińskiego, Adam.

Rodzina Kisielińskich bardzo szybko wyniosła się jednak z Morawskiej Ostrawy i zamieszkała w Galicji. Młodszy o 6 lat brat Stefana, Walerian, urodził się już w Brzezince. Ich ojciec figuruje w austriackim periodyku „Almanach der k. k. österreichischen Staatsbahnen” jako pracownik sekcji utrzymania kolei państwowych w Oświęcimiu w latach 1908-1914. Sam Stefan uczęszczał natomiast do szkoły podstawowej w Oświęcimiu oraz szkoły wydziałowej w Krakowie.

28 lipca 1914 r. wybuchła I wojna światowa. Wiele osób myślało, że zmagania wojenne zakończą się jeszcze przed Bożym Narodzeniem, ale walki niemiłosiernie się dłużyły. Co gorsza, Galicja była w tym czasie mocno przetrzebiona przez wojska rosyjskie. Do Oświęcimia wprawdzie nie dotarły, ale i tam dało się wyczuć zapach wojny. Można było w tym mieście spotkać wielu żołnierzy monarchii habsburskiej, co przytrafiło się także Stefanowi Kisielińskiemu.

Co istotne, dzięki jednemu z nich zakiełkowała w chłopcu pasja do narciarstwa, które w przyszłości będzie miało dla niego nie mniejsze znaczenie niż piłka nożna. Po latach wspominał:

„Było to w czasie [I] wojny światowej. Przez miasto nasze przechodził oddział piechoty górskiej. Żołnierze nieśli na ramionach jakieś długie pozakrzywiane deski […] poprosiłem go, by mi wytłumaczył, do czego służą te deski, co się z tym robi, dlaczego są takie wyjęte? Za chwilę, w czasie postoju oddziału, gdy żołnierz ów przywołał mnie do siebie, stawiałem już pierwsze kroki na olbrzymich nartach”. Nieco później żołnierz miał zadać mu pytanie, czy na pewno chce spróbować. Jak stwierdził sam zainteresowany: „Propozycję oczywiście przyjąłem z entuzjazmem i… od tej chwili marzyłem o tym, aby posiadać takie deski i umieć na nich jeździć”.

Jego marzenie miało się później spełnić.

Wracając do I wojny światowej, przyniosła ona ludzkości ogrom przykrych doświadczeń. Niemniej jednak przyczyniła się do powstania wielu nowych państw, w tym Polski. Młody Stefan, wychowywany przez rodziców w duchu patriotycznym, przystąpił w 1918 r. do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Później jako żołnierz 9. pułku ułanów mazowieckich uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Triumf odniesiony przez naszych rodaków zadecydował o zachowaniu niepodległości państwa polskiego.

W takich okolicznościach Stefan Kisieliński stawiał swoje pierwsze kroki w seniorskiej piłce. Jego macierzystym klubem była Soła Oświęcim, w której występował od 1919 r. Koniecznie trzeba w tym miejscu odnotować fakt, iż osobiście położył podwaliny pod istnienie tego klubu. Swoją przygodę z futbolem rozpoczynali w tym zespole również bracia Stefana, Walerian i Czesław. Stefan i Walerian reprezentowali rzeczoną drużynę do 1924 r. Do dziś stanowią jedynych graczy Soły Oświęcim, którym udało się później zagrać w reprezentacji Polski.

Droga do sławy

Następnym przystankiem Stefana okazał się Bielitz SC, jednakże bardzo szybko zmienił barwy klubowe na Policyjny Klub Sportowy (PKS) Katowice. Drużyna ta stanowiła fenomen w skali ogólnopolskiej, gdyż posiadała aż 9 prężnie rozwiniętych sekcji sportowych. Poza tym dysponowała ona świetnym sprzętem, a także znakomitą infrastrukturą. Dość powiedzieć, że do PKS Katowice należał jedyny stadion z krytymi trybunami w Katowicach. Klub ściągał do siebie wielu utalentowanych zawodników, którzy stanowili potencjalny narybek dla reprezentacji Polski w różnorakich sportach (piłka nożna, szermierka, boks).

Stefan Kisieliński stał się kluczowym ogniwem zespołu z Katowic. Wielokrotnie bywał powoływany do reprezentacji Górnego Śląska, która rywalizowała z wieloma ciekawymi drużynami, w tym… reprezentacją Konstantynopola! Na to spotkanie Kisieliński również został powołany. Spotkanie rozegrane 8 września 1926 r. naturalnie wzbudziło niemałą ciekawość miejscowych widzów, którzy w kilka tysięcy wybrali się na stadion 1.FC Kattowitz. Kibice mieli szansę przekonać się na własne oczy, jak ich krajanie wyglądają na tle przeciwnika z Turcji. Stadion zapewne opuszczali w pełni usatysfakcjonowani, gdyż reprezentacja Górnego Śląska pokonała  Konstantynopol 2:1.

W innym spotkaniu reprezentacji Górnego Śląska (z reprezentacją Łodzi), Stefan Kisieliński został już wyszczególniony przez jedno ze śląskich czasopism. „Polonia” skonstatowała, że bramkarz zasługuje na wyróżnienie, a chociaż „ma gorący dzień, wywiązuje się jednak ze swej roli znakomicie”. Dzięki niemu drużyna nie straciła ani jednego gola, za to zdobyła 4 bramki i zdemolowała rywali. W następnym roku Kisieliński wciąż reprezentował kadrę Górnego Śląska. Wtedy już odgrywał w niej bardzo ważną rolę. „Polonia”, zapowiadając mecz tegoż zespołu z reprezentacją Lwowa, wymieniła go nawet jako kapitana drużyny.

Mimo wszystko nie należy zapominać, że najwięcej meczów w tym okresie rozgrywał dla PKS Katowice. Klub dawał mu możliwości gry nie tylko na bramce, ale również w formacji ataku. Taką szansę otrzymał w spotkaniu derbowym ze Słowianem Katowice, które „Policjanci” wygrali 2:0. Jak dowodziła „Polonia”: „wykazał również na tej pozycji bardzo dobre walory, zdobywając dwie bramki”. W innym spotkaniu z Bogucicami Kisieliński musiał nawet zmienić pozycję w trakcie meczu, aby rozruszać atak katowiczan!

Kisieliński przeżywał zresztą pasmo sukcesów nie tylko na boiskach piłkarskich. Trzeba wszakże wiedzieć, iż zawodnik urodzony w Morawskiej Ostrawie był również doskonałym lekkoatletą. W 1927 r. pobił nawet rekord Śląska w biegu na 110 metrów przez płotki. Parał się również narciarstwem; po latach na łamach „Dziennika Zachodniego” przyzna, iż narty, śnieg i góry sprawiają mu najwięcej frajdy. Jak mniemam, być może miało to także związek z miłymi wspomnieniami Kisielińskiego z dzieciństwa, o których już wcześniej napomknąłem.

Co jednak istotne, Kisieliński spełniał swoje marzenia o grze w piłkę na wysokim poziomie nie tylko w reprezentacji Górnego Śląska, ale także w reprezentacji Polski. Pierwsze powołanie od Tadeusza Synowca otrzymał w 1926 r. Zadebiutował w spotkaniu z Węgrami w Budapeszcie 20 sierpnia. Polacy ponieśli wówczas sromotną klęskę 1:4. Swojej premiery Kisieliński nie mógł więc zaliczyć do udanych.

Podobne odczucia musiały towarzyszyć Kisielińskiemu 3 października 1926 r. podczas meczu ze Szwecją na słynnym stadionie Rasunda. Otóż w 20. minucie stracił on 3 zęby, a Polska przegrała to spotkanie 1:3. W 1947 r. na łamach „Sportu” wspominał:

„Grałem do końca meczu… Po zejściu z boiska, w szatni poczułem dopiero ból. Nie życzę nikomu….  

Mimo tych przykrych okoliczności Kisieliński spełnił swoje marzenie z dzieciństwa. O Szwecji wypowiadał się w następujący sposób:

„Szwecja fascynowała mnie zawsze. Jako młody chłopak marzyłem o tym, aby choć raz w życiu znaleźć się w Sztokholmie […] Być choć raz za granicą… Nie daleko… I to właśnie w Szwecji. Było w tym coś z uporu maniaka”.

Po zwiedzeniu Szwecji, jego sympatia do Skandynawów jeszcze bardziej wzrosła. Jak pisał:

„Kraj ten, wraz z jego ludźmi i kulturą zrobił na nas potężne wrażenie”.

Wypad do Szwecji wiązał się również z pierwszym rejsem morskim w jego życiu. Kisieliński utrzymywał później, iż rejs ten pozostawił głębokie ślady w jego duszy.

„Otwarł się przed oczyma biednego, zakłopotanego chłopca, majestatyczny świat… Morze… Wszędzie woda… Przed tobą woda, za tobą woda, z boku woda…”

– tak opisywał po latach swoje wrażenia z podróży do Szwecji Stefan Kisieliński. Wspominał również o dużych przypływach fal, które wzmogły niepokój podróżujących. Ostatecznie statek szczęśliwie dobił do brzegu, a Kisieliński stwierdził, że za pobyt w Szwecji „nie żałował tej obfitej daniny, jaką złożyć musiał mewom…”.   

Niemniej mieszane uczucia musiały towarzyszyć tormanowi podczas spotkania z Rumunią, rozegranego 20 czerwca 1927 r. 20 lat później wspominał bardzo szczegółowo nie tylko sam mecz, ale także jego okoliczności. Sytuacja rzeczywiście była bardzo dziwna. Otóż FIFA na wniosek PZPN zabroniła drużynom zagranicznym rozgrywania meczów z polskimi drużynami z I ligi. Liga w ramach odwetu zapowiedziała, że nie puści swoich piłkarzy na zgrupowanie polskiej kadry. Ostatecznie wyrażono zgodę tylko na wyjazd piłkarzy Polonii Warszawa i Warszawianki. Szkopuł w tym, że wszyscy ci zawodnicy poza Stefanem Jelskim zrezygnowali z gry tuż przed wyjazdem pociągu do Bukaresztu. Jak pisał Stefan Kisieliński na łamach „Sportu”: „Wyjazd do Rumunii wisiał na włosku…”.

Wprowadzonemu w konfuzję selekcjonerowi Tadeuszowi Synowcowi nie pozostało wobec tego nic innego, jak skorzystać z usług graczy spoza I ligi. Co by nie mówić, reprezentacja złożona z zawodników słabszych klubów teoretycznie nie miała żadnych szans w starciu z pierwszym garniturem solidnej reprezentacji Rumunii. Kisieliński podkreślał:

„Sklecona naprędce jedenastka piłkarska Polski wyjechała do Bukaresztu na pewne ‹‹lanie››”.

Na szczęście Kisieliński, który już wcześniej bywał regularnie powoływany do kadry, mógł liczyć na ponowne zaproszenie. Wynikało to z faktu, iż nie grał jeszcze wówczas w I lidze (PKS Katowice nie rywalizował z najlepszymi klubami w najwyższej fazie rozgrywkowej).  Powołanie czołowego polskiego golkipera było więc możliwe.

Co ciekawe, zanim rozegrano mecz, rumuńscy działacze zabrali reprezentantów Polski na wycieczkę po Bukareszcie i jego okolicach. Mieli oni witać Polaków,

„nie szczędząc trudów, kosztów i zabiegów, aby nam czas pobytu w ich kraju uczynić jak najprzyjemniejszym”.

Spotkanie rozgrywano w ekstremalnych warunkach, które służyły Rumunii. Piłkarze rumuńscy zeszli do szatni przy prowadzeniu 2:0. Wszystko układało się zgodnie z ich planem. Polscy kadrowicze byli z kolei tak bardzo zalani potem, że musieli zmienić w przerwie meczu koszulki i spodenki. Odpowiednia motywacja w szatni zmieniła bieg rzeczy. Polakom pomogła również zmiana warunków atmosferycznych wskutek zajścia słońca. Ostatecznie odrobili straty i sensacyjnie zremisowali 3:3. Rumuńscy kibice z wrażenia oklaskiwali walecznych Polaków.

W tym miejscu warto oddać ponownie głos Stefanowi Kisielińskiemu:

„Dla mnie osobiście najmilszym był moment, gdy bezpośrednio po meczu podszedł do mnie olbrzym Mietek Wiśniewski [rezerwowy bramkarz], wziął mnie na ręce, jak dziecko i zniósł z boiska do szatni […] Ten dowód uznania okazany mi przez starego „repa” Wiśniewskiego, będącego wtedy rezerwowym bramkarzem, pozostał mi na zawsze w pamięci…”.

Szczyt kariery zawodniczej

Truizmem byłoby stwierdzenie, iż występy w reprezentacji Polski zwiększyły wartość zawodnika. Popularność Kisielińskiego wystrzeliła z taką mocą jak pociski ATACMS z wyrzutni rakietowej HIMARS. Zaczęły się o nim rozpisywać liczne czasopisma sportowe nie tylko w kraju, ale także za granicą, o czym świadczy fotografia Kisielińskiego zamieszczona w jednym z wydań „Illustriertes (Österreichisches) Sportblatt” z podpisem:

Polska szkoła bramkarska. Stefan Kisieliński (Katowice), jeden z najlepszych polskich bramkarzy”.

image
Illustriertes (Österreichisches) Sportblatt, nr 18, 1926

O bramkarza PKS Katowice dopominało się wiele zagranicznych klubów. W 1927 r. wśród kontrahentów pojawiły się: ówczesny wicemistrz Austrii Brigittenauer AC, Floridsdorfer AC oraz Brooklyn Wanderers. Zainteresowanie ze strony klubów austriackich, które były jednymi z najsilniejszych w Europie, najlepiej świadczyło o bardzo wysokim poziomie sportowym prezentowanym przez Kisielińskiego.

Nie mniejszą ciekawość czytelników musi wzbudzać jednak ostatnia z wymienionych drużyn, która miała swoją siedzibę w Nowym Jorku. Chociaż dziś wyjazdy polskich piłkarzy na podbój Stanów Zjednoczonych są powszechnym zjawiskiem, kiedyś było zupełnie inaczej. Co ciekawe, z zapisów „Zdroju” wynika, że to właśnie oferta Amerykanów była najatrakcyjniejsza dla bramkarza. Mimo wszystko Kisieliński pozostał w Polsce. Ostatecznie wybrał ofertę najpopularniejszego polskiego klubu, Polonii Warszawa.

Skąd wiadomo, że ów zespół był najpopularniejszy w kraju? Otóż w maju 1928 r. „Przegląd Sportowy” ogłosił konkurs, który miał wyłonić taki zespół dzięki głosom ludzi. Ci w największej liczbie zagłosowali na Polonię, która uzyskała 2116 głosów. Klub za zwycięstwo w plebiscycie otrzymał zegar boiskowy firmy Omega, który zawieszono na nowopowstałym stadionie przy ul. Konwiktorskiej.  

Bramkarz zadebiutował w nowym klubie 9 października 1927 r. w spotkaniu z 1.FC Kattowitz na stadionie w Katowicach (porażka 3:4). Już następny jego wyjazdowy mecz z Union-Touring Łódź (porażka 0:1) wywołał wśród tłumów pewien entuzjazm. „Express Wieczorny Ilustrowany” zdawał się nawet sugerować, że publiczność chciała znieść bramkarza do szatni na rękach. Mimo puszczenia jednej bramki prasa zdawała się mieć pozytywne zdanie o nowym golkiperze Polonii. Najlepszą opinią chyba są słowa dziennikarza „Kuriera Łódzkiego”, który stwierdził:

„Tylko on z całej drużyny jest naprawdę godny uznania”.  

Ostatni mecz w sezonie 1927 rozegrał przeciwko Legii Warszawa. Swój występ zakończył jednak już w 15. minucie, gdyż musiał zejść z boiska wskutek pogłębienia się kontuzji. Godny uwagi jest fakt, że spotkanie to Kisieliński rozpoczął z zerwanym ścięgnem! Ten przykład zdaje się doskonale odzwierciedlać determinację zawodnika, który za wszelką cenę chciał wystąpić w derbach Warszawy.

W kolejnych latach Stefan Kisieliński był zazwyczaj podstawowym bramkarzem „Czarnych Koszul”. Najwięcej meczów (21) rozegrał dla nich w sezonie 1928. Swoją kapitalną dyspozycję potwierdził m.in. w meczu wyjazdowym z Ruchem Wielkie Hajduki (zwycięstwo 2:1). „Polska Zachodnia” nie szczędziła pochwał golkiperowi gości, pisząc:

„Kisieliński zawsze jest na miejscu i swemi wybiegami oraz ofiarną grą – nie dopuścił do wyrównania”,

a potem dodając:

„Kisieliński swą pewną i brawurową grą wzbudzał zachwyt. Kilkakrotne rzucanie się pod nogi przeciwnikom, mogło go jednak wiele kosztować”.

To ostatnie zdanie zdaje się wyjaśniać powody częstych kontuzji Kisielińskiego.

Jedna z nich przytrafiła się mu podczas meczu z Wisłą Kraków 17 maja 1928 r. Jeśli wierzyć relacji „Czasu”, Kisieliński był nieustannie atakowany przez Józefa Kotlarczyka, który preferował nadzwyczajnie agresywny styl gry. W pewnym momencie gracz „Białej Gwiazdy” „sfaulował go [Kisielińskiego] tak dobitnie, że aż pogotowie rat. zabrało Kisielińskiego z boiska”. „Naprzód” uderzył wręcz w kombatanckie tony, sugerując, że: „prokuratura winna wytoczyć mu [Kotlarczykowi] dochodzenie o ciężkie i rozmyśle uszkodzenia ciała”. Gracz Wisły Kraków widocznie tym się absolutnie nie przejął, skoro kilka miesięcy później złamał nogę bramkarzowi TKS Toruń, Antoniemu Kellerowi.

Na szczęście kontuzja nie okazała się zbyt poważna i miesiąc później Kisieliński otrzymał kolejne zaproszenie do reprezentacji Polski. Ten ruch selekcjonera nie wzbudził żadnych kontrowersji w przeciwieństwie do zaangażowania innego bramkarza, Emila Görlitza. „Kurier Poznański” wypowiadał się o powołaniach do kadry w następujący sposób:

„Zestaw ten budzi bardzo poważne zastrzeżenia, przede wszystkim Goerlitz nie nadaje się obecnie na bramkarza, co uznała już macierzysta drużyna, przesuwając go na inne pozycje, powinien tu stanąć Kisieliński”.

Niemniej jednak 1 lipca 1928 r. w meczu ze Szwecją w polskiej bramce stanął nie Emil Görlitz, a Stefan Kisieliński. Spotkanie to odbywało się na stadionie w Katowicach. Żeby przyciągnąć na stadion jak największe tłumy, zarząd Śląskiego Związku Piłki Nożnej  zorganizował nawet przedsprzedaż biletów dla bezrobotnych. Mecz obfitował w wiele emocji i zakończył się triumfem Polaków 2:1. „Zdrój” konstatował:

„Pod względem taktycznym i technicznym górowali Polacy, którzy w swych szeregach mieli wybitne jednostki jak Kisielińskiego, Stalińskiego, Kotlarczyka i Karasiaka. Szwedzi zaś takich wybitnych piłkarzy w swych szeregach nie mieli”.

Jak się później miało okazać, był to ostatni mecz Stefana Kisielińskiego w reprezentacji Polski.

Wróciwszy do Warszawy, doczekał się otwarcia nowego stadionu Polonii przy ul. Konwiktorskiej. Stadion poświęcił ksiądz Jan Mauersberger, a jedno z uroczystych przemówień wygłosił pastor August Loth, łączący niegdyś funkcję prezesa Polonii Warszawa z rolą protestanckiego duchownego. Jak widać, Polonia cieszyła się również bardzo dużym zainteresowaniem ze strony duchownych. Tuż przed rozpoczęciem spotkania samolot zrzucił na boisko pęk kwiecia i piłkę. Zawodnikom towarzyszył również wielki zegar firmy Omega, który zawieszono już wcześniej. Zawodnicy nie stanęli jednak na wysokości zadania i mimo wielkich oczekiwań, polegli na placu boju z Wisłą Kraków 2:7.

Feralne w skutkach wydarzenie nastąpiło 7 października 1928 r. w meczu Pogoni Lwów z Polonią Warszawa. Kisieliński „zawalił” ostatnią bramkę, która zadecydowała o zwycięstwie lwowian nad warszawianami 4:3. Postawę Kisielińskiego „Wiek Nowy” ocenił następująco:

„puszczając tę bramkę, przekreślił swą całą dobrą markę”.

Po tym spotkaniu Kisieliński rozegrał jeszcze tylko jeden mecz w sezonie 1928.

Niemniej jednak główny bohater tego artykułu w następnych latach wciąż rozgrywał wiele meczów dla warszawskiej Polonii. W początkowej fazie sezonu 1929 nie mógł jednak występować w niektórych spotkaniach Polonii ze względu na to, iż uczęszczał na kursy Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego, a ich uczestnicy mieli zakaz gry. Dlatego też w meczach z Cracovią i Czarnymi Lwów wystąpił pod pseudonimem „Zahorski”. „Kurier Sportowy” dowodził, iż mimo fatalnej gry Polonii, sam bramkarz znajduje się w „doskonałej formie”. Cóż z tego jednak, jeśli Polonia po porażce z Wartą Poznań osiadła na samym dnie tabeli i czynnie włączyła się do walki o spadek z I ligi. Na szczęście dla „Czarnych Koszul”, piłkarze wzięli się w garść i utrzymali ostatecznie klub w I lidze.

W 1930 r. Kisieliński pokazywał swoje nietuzinkowe umiejętności również za granicą. Tak się składa, iż Polonia rozegrała wówczas kilka spotkań w Austrii. 7 czerwca podczas meczu z SK Post Wiedeń Kisieliński pod koniec pierwszej połowy został przypadkowo poturbowany przez jednego z obrońców Polonii. Skutkiem tegoż zderzenia był złamany nos i natychmiastowa interwencja medyczna. Niemniej jednak uwagę „(Wiener) Sporttagblatt” zwróciła nie tylko feralna kontuzja golkipera, ale także jego znakomita dyspozycja sportowa. Jak zauważono:

„Kisieliński bardzo dobrze rozumie swój fach”, a „Kornijewski, który go zastąpił w drugiej połowie, nie zbliżył się wystarczająco w swych umiejętnościach do Kisielińskiego”.

Wiadomo również, iż torman otrzymał wówczas jeszcze jedno powołanie na mecz reprezentacji Polski ze Szwecją w 1930 r., aliści w nim nie wystąpił.

W 1931 r. zawodnik przeszedł do historii w dość niechlubny sposób. Otóż stał się w tamtym sezonie I ligi bramkarzem, który puścił najwięcej goli w trakcie jednego meczu (aż 8). Z drugiej strony obronił 2 rzuty karne (po jednym w meczach z tym samym przeciwnikiem, Lechią Lwów), a jedna z tych interwencji zapewniła Polonii zwycięstwo. Media również przedstawiały tormana w korzystnym świetle. Oczywiście Kisieliński nie byłby sobą, gdyby po raz kolejny nie doznał jakiejś kontuzji. Podobnie, jak w zeszłym roku, złamał kość nosową, a poza tym stwierdzono u niego stłuczenie głowy. Ostatnie spotkania w barwach Polonii zanotował w 1932 r.

Dzięki ukończeniu kursu Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego w 1929 r. piłkarz uzyskał możliwość nauczania w szkole średniej. Przez kilka lat pełnił funkcję nauczyciela wychowania fizycznego w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Katowicach, był tudzież instruktorem wychowania fizycznego w Wydziale Oświecenia Publicznego w Katowicach. Tytułowano go profesorem. „Polonia” w kwietniu 1934 r. rozpisywała się o nim w kontekście zjazdu nauczycieli wychowania fizycznego na Śląsku, któremu sam przewodniczył. Pisywał również artykuły dla „Polski Zachodniej” i ukończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za swoje osiągnięcia otrzymał w listopadzie 1933 r. Srebrny Krzyż Zasługi.

Więzień Oflagu

Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła II wojna światowa, Kisieliński nie pozostał bierny i podjął walkę o swoją ojczyznę. Uczestniczył w kampanii wrześniowej w randze porucznika rezerwy 3. pułku ułanów śląskich. Nietrudno zgadnąć, że wkrótce wpadł w niemieckie sidła i trafił do niewoli. Przewinął się przez wiele obozów pracy, aż we wrześniu 1942 r. zakotwiczył w oflagu IIc w Woldenburgu (dzisiejszy Dobiegniew na Pomorzu Zachodnim).

Bardzo wiele ciekawych informacji o panujących warunkach oraz organizowaniu życia sportowego w obozie  podawały „Wiadomości Zagłębia” w 1966 r. Na jeden barak zazwyczaj przypadało 180 osób, wśród których bardzo łatwo rozprzestrzeniała się gruźlica. Życie w tych niegodziwych warunkach przysparzało więźniom sporo cierpienia. Jednym z niewielu ukojeń mógł być dla nich sport, który pozwalał przynajmniej chwilowo zapomnieć o swoim przykrym położeniu. Niemcy nie przeszkadzali w organizowaniu życia sportowego na terenie oflagu.

Sir Stanley Rous zwykł kiedyś mawiać:

„Jeśli lekkoatletykę określa się zaszczytnym mianem królowej sportu, to monarchą popularności może być tylko futbol…”.

Podobnie rozumowali więźniowie, którzy zgodnie z tą maksymą uprawiali przede wszystkim piłkę nożną. Sami podjęli się nawet budowy boiska. Na terenie obozu powstało kilka drużyn, które uwzględniały podziały dzielnicowe (np. Wawel, Lwów) oraz zawodowe (np. marynarze). Jednym z graczy był nie kto inny, jak Stefan Kisieliński. Niestety nie ujawniono jego przynależności drużynowej w rzeczonym artykule.

Mecze cieszyły się niezmienną popularnością. Uczestniczyli w nich również późniejsi politycy, pisarze i architekci. Jak pisały „Wiadomości Zagłębia”:

„Każdy mecz był wielkim przeżyciem dla polskich jeńców. Oklaskiwano żywo każdą udaną akcję. Było dużo serdecznych wzruszeń i łez. Długo potem w barakach, gdy zapadała noc, nasi żołnierze dzieli się swoimi wrażeniami”.

Nie ulega wątpliwości, że zmagania sportowe pozwoliły im przetrwać ten najtrudniejszy czas w życiu.

Czasy PRL

W 1945 r. II wojna światowa wprawdzie dobiegła końca, jednakże tragedia Polski się nie skończyła. Znalazła się ona w okowach innego światowego mocarstwa, mianowicie ZSRR. Kisieliński, wyszedłszy na wolność, zaczął szukać pracy. Został wizytatorem szkół w Katowicach. W dalszym ciągu zajmował się jednak sportem, mocno przyczyniając się do odbudowy sportowych struktur na Górnym Śląsku. Odbył też pewną podróż sentymentalną, wybierając się w czerwcu 1945 r. na katowicki stadion, aby zobaczyć mecz swojej dawnej drużyny, Polonii Warszawa z Pogonią Katowice. Zdaniem „Trybuny Robotniczej” wciąż była to „znana powaga naszego województwa”, co najlepiej oddaje status Kisielińskiego.

Komuniści wiedzieli, że jest on bardzo sprawnym organizatorem, który mógłby przyczynić się do rozwoju polskiego sportu. W 1946 r. został mianowany dyrektorem Wojewódzkiego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Obronnego w Katowicach. Poza tym zaczął pełnić funkcję wiceprezesa Polskiego Związku Narciarskiego. W tym samym roku kierował również wyprawą drużyny śląsko-małopolskiej do Szkocji. Ta rozegrała na Wyspach Brytyjskich kilka spotkań, które pozwoliły nabrać polskim piłkarzom potrzebnego doświadczenia. Walter Brom, Mieczysław Gracz czy Tadeusz Parpan zaimponowali działaczom szkockim tak bardzo, iż ci zaproponowali im grę w swoich klubach.

Kisieliński przedstawił również ciekawą koncepcję reorganizacji rozgrywek I ligi. Jego propozycja zakładała funkcjonowanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce aż 24 zespołów z różnych okręgów. Zgodnie z jego projektem I liga miałaby zostać podzielona na grupę północną i południową. Do każdej z nich trafiłoby po 12 klubów. Ligę północną miałyby stanowić: 3 kluby śląskie, 2 kluby poznańskie i po 1 klubie: wrocławskim, szczecińskim, częstochowskim, pomorskim, zagłębiowskim, kieleckim oraz radomskim. W lidze południowej swoje spotkania miałyby natomiast rozgrywać: 3 kluby krakowskie, po 2 kluby warszawskie i łódzkie, a także 1 klub: gdański, rzeszowski, lubelski, tarnowski i przemyski. Zwycięzcy obu grup powinni według koncepcji Kisielińskiego rozegrać między sobą 2 mecze, które zadecydują o tytule mistrzowskim. Projekt ten nie zyskał jednak uznania w oczach działaczy PZPN.

Po rezygnacji Henryka Reymana z funkcji selekcjonera reprezentacji Polski, najpoważniejszym kandydatem na to stanowisko został Stefan Kisieliński. Jak dowodził dziennikarz „Sportu”:

„Naszym zdaniem, na stanowisko kpt. Związkowego z wymienionej trójki kandydatów największe szanse ma prof. Stefan Kisieliński, którego przeszłość sportowa (reprezentacyjny bramkarz Polski, profesor wychowania fizycznego, wreszcie dyrektor Woj. Urz. WF i PW w Katowicach) daje pełną rękojmię należytego wywiązania się z obowiązków, jakie ciążą na kapitanie PZPN”.

Ostatecznie były zawodnik Polonii Warszawa nie otrzymał wtedy godności selekcjonera. Jak życie miało pokazać, na to jednak jeszcze przyjdzie czas.

Kisieliński pozostał obserwatorem polskiej piłki. Na łamach „Sportu” opublikował artykuł pt. „Problemy piłkarskie”, w którym opisywał różne systemy gry, ale także bardzo krytycznie oceniał nie tyle stan polskiej piłki, ile mentalność naszego społeczeństwa. Świadczą o tym najlepiej jego słowa:

„My Polacy nie kochamy systematycznej, żmudnej pracy. My wolimy improwizować”.

Chwilę później dodał:

„Jeśli idzie natomiast o umiejętności taktyczne w grach, o wprowadzenie jakiegoś systemu do gry, to stoimy daleko w tyle za innymi usportowionymi narodami”.

Żeby była jasność, Kisieliński pisał o tym nieraz.

Co ciekawe, już w tamtych czasach toczyła się zażarta dyskusja o narodowość selekcjonera reprezentacji Polski. Niektórzy uważali, że przydałby się nam fachowiec z zagranicy, inni natomiast opowiadali się za polskim szkoleniowcem. W międzyczasie przewinęło się przez naszą kadrę kilku szkoleniowców, ale żaden z nich nie spełnił pokładanych w nim nadziei. W lutym 1949 r. utworzono „kapitanat” złożony z kilku trenerów, w tym Stefana Kisielińskiego. Przewodnictwo nad tym dziwacznym tworem otrzymał Mieczysław Szymkowiak.

Andrzej Gowarzewski stwierdził, iż nie ma pojęcia, jak ważną rolę odgrywał w nim były bramkarz Polonii Warszawa. W każdym bądź razie jeździł on na mecze i przyglądał się formie poszczególnych zawodników. Swoje uwagi zapisywał w notesie, który pokazał pewnego razu dziennikarzom. Szkopuł w tym, że zapisane w nim informacje potrafił odczytać chyba tylko on jeden. Jak pisał „Sport”:

„Patrzymy długo, ale niestety niewiele możemy zrozumieć. Jakieś rubryki wzdłuż i wszerz powypełniane tajemniczymi cyframi obok nazwisk, jednym słowem abrakadabra niezrozumiała dla zwykłego śmiertelnika”.

Kisieliński na łamach „Sportu” najmocniej krytykował napastników reprezentacji. Kiedy boczni pomocnicy obniżyli loty w meczu z Czechosłowacją, trener starał się ich bronić, sugerując, że to wina formacji ataku. W żadnym z napastników nie dostrzegał wyszkolenia technicznego, warunków fizycznych czy kondycji. Twierdził, iż istnieje nieodparta potrzeba eksperymentowania w tej formacji. W następnym spotkaniu z Albanią w Warszawie Polska odniosła już zwycięstwo 2:1, jednak napastnicy znowu kompletnie zawiedli.

Wyniki osiągane przez naszą reprezentację na nikim nie robiły wrażenia. W 1950 r. już nawet nie potrafiliśmy pokonać Albanii. Niemniej jednak bezbramkowy remis z tym rywalem można by sarkastycznie uznać za sukces, zważywszy na fakt, że 3 lata później nawet to nam się nie uda. Leopold Tyrmand wtedy napisze:

„Mało co drażni mnie bardziej od dewaluacji Polaków w sporcie”.

A ta niestety już wcześniej była widoczna aż nadto. Rozegrany w październiku 1950 r. mecz z Czechosłowacją (porażka 1:4) był ostatnim, w którym Kisieliński zasiadł na ławce rezerwowych jako członek „kapitanatu”.

Tajemnicza śmierć

Później został przewodniczącym sekretarzem Głównego Komitetu Kultury Fizycznej (GKKF). Mocno zaangażował się w wykonywanie swoich nowych obowiązków. Gościł narciarzy z NRD w Zakopanem i uczestniczył w organizowaniu ich wspólnego treningu z narciarzami polskimi. Jeszcze pod koniec lutego 1951 r. osobiście dokonywał ceremonii zamknięcia Zimowych Mistrzostw Polski Zrzeszeń Sportowych. Zapewne nie zdawał sobie wówczas sprawy z tego, że to będą ostatnie dni jego życia.

Wydaje się, iż Kisieliński początkowo musiał być w dobrej komitywie z komunistami, skoro uzyskiwał całkiem znaczące stanowiska. W swoich wypowiedziach dla prasy zdawał się także wychwalać panujący ustrój, jednakże tutaj radziłbym zachować pewną ostrożność w ocenie, gdyż czasami była to gra pozorów. Faktem jest, iż w pewnym momencie wybuchł konflikt między nim a komunistami.

Jak dowodził w swoim tekście Jacek Kurek, dawny gracz warszawskiej Polonii w 1951 r. dowiedział się o nieprawidłowościach finansowych w trakcie organizacji spartakiady zimowej w Zakopanem. W sprawę mieli być zamieszani działacze SB, którzy grozili Kisielińskiemu. Wielokrotnie lądował także na dywaniku u Komitetu Centralnego PZPR. 9 marca 1951 r. został znaleziony martwy w wannie. Andrzej Gowarzewski ironicznie stwierdzał, że objął posadę sekretarza GKKF

„chyba tylko po to, aby zaszczuty przez ‹‹bezpiekę›› popełnić w swym pokoju w warszawskim hotelu ‹‹Bristol›› tajemnicze samobójstwo, w co najbliżsi nigdy nie uwierzyli”.

Śmierć Stefana Kisielińskiego do dziś pozostaje jedną z tajemnic historii.

Podsumowanie

Stefan Kisieliński był bardzo wszechstronnym sportowcem. Uprawiał głównie piłkę nożną, ale nie gardził również lekkoatletyką i narciarstwem. Należał do czołowych polskich bramkarzy okresu XX-lecia międzywojennego. Swoją świetną grą przykuwał uwagę zagranicznych korespondentów. Kiedy polska piłka była w permanentnym kryzysie, Kisieliński już jako trener dwoił się i troił, aby ją odbudować. Ponadto z jego felietonów przebrzmiewają duże pokłady inteligencji jako człowieka. Pod koniec życia pokazał, że wyznawał w życiu pewne zasady i za nie najprawdopodobniej oddał swe życie. Co by o nim nie mówić, jest to niesamowicie intrygująca postać. Cieszę się niezmiernie, że mogłem na łamach Retro Futbol przybliżyć jej historię.

BIBLIOGRAFIA

  • http://www.ipsb.nina.gov.pl:8080/
  • https://www.slzpn.pl/sylwetki/pilkarze-wykleci/4866/pilkarze-wykleci-stefan-kisielinski
  • „Almanach der k. k. österreichischen Staatsbahnen” 1908, 1909, 1910, 1911, 1912, 1913, 1914
  • „Dziennik Zachodni” 1946, 1949
  • „Dziennik Zachodni. Wieczór” 1947, 1949
  • „Illustriertes (Österreichisches) Sportblatt” 1926
  • „Iskra” 1926
  • „Na Straży” 1927
  • „Ogniwo” 1947
  • „Polak” 1926
  • „Polonia” 1926, 1927, 1928, 1929
  • „Polska Zachodnia” 1927, 1928, 1929, 1934
  • „Sport” 1947, 1948, 1949, 1950, 1951
  • „Sport i Turystyka. Środkowoeuropejskie Czasopismo Naukowe” 2021
  • „Trybuna Robotnicza” 1945, 1946, 1947
  • „Wiadomości Zagłębia” 1966
  • „(Wiener) Sporttagblatt” 1930
  • „Zdrój” 1927, 1928
  • Gowarzewski Andrzej, Mistrzostwa Polski. Ludzie: 1918-1939, t. 1, Katowice 2017.
  • Gowarzewski Andrzej, Biało-Czerwoni. Dzieje reprezentacji Polski (1947-1970), t. 2, Katowice 1995.
  • Memoriał w sprawie zwiększenia liczby Polaków w okręgu sądowym Morawska Ostrawa, przede wszystkim przez zakładanie szkół ludowych, 1911.
  • Miatkowski Jerzy, Owsiański Jarosław, 1927. Ten pierwszy sezon ligowy, Poznań 2022.
  • Miatkowski Jerzy, Owsiański Jarosław, 1928. Wisła po raz drugi, Poznań 2018.
  • Miatkowski Jerzy, Owsiański Jarosław, 1929. Zielone mistrzostwo, Poznań 2019.
  • Miatkowski Jerzy, Owsiański Jarosław, 1930. Liga dla Pasów, Poznań 2020.
  • Miatkowski Jerzy, Owsiański Jarosław, 1931. Mistrz z Ludwinowa, Poznań 2021.
  • Zarzeczny Paweł, Mój własny charakter pisma, Warszawa 2015.

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 5 / 5. Licznik głosów 2

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img

Więcej tego autora

Najnowsze

Rzeszowskie kluby – Junak Słocina (Rzeszów)

W kwietniu tego roku rozpoczęliśmy na naszych łamach cykl opowieści o klubach piłkarskich z Rzeszowa. Tak się złożyło, że po dwóch tekstach na chwilę...

„Wielki Widzew” – recenzja

Recenzja kultowej już książki Marka Wawrzynowskiego o "Wielkim Widzewie". Po 10 latach Wydawnictwo SQN przygotowało drugie wydanie tego świetnego reportażu.

Cesc Fabregas – gwiazda w cieniu

Zawodnik bardzo miło wspominany w każdym klubie, w którym grał. Nie widać go jednak często w różnego rodzaju rankingach, bo często przyćmiewany był przez...