Jan Woś – Legenda Odry Wodzisław

Czas czytania: 27 m.

Przez ekstraklasę prześlizgnęło się w przeszłości wielu zawodników, którzy pozostali kompletnie anonimowi, niczym się nie wyróżniając. Nieraz narzekamy na brak dobrego poziomu, ale także wyrazistych postaci, wyraźnie odciskających swoje piętno na rozgrywkach. Oczekujemy ubarwienia szarej rzeczywistości, z którą się nieustannie mierzymy każdego roku. Chcemy się oderwać od codziennych obowiązków, zasiąść przed telewizorem i odpalić sobie jakiś meczyk. Dzisiejsze mecze nie zawsze są w stanie jednak zagwarantować nam odpowiedniego przypływu fluidów. Tęsknimy za dawnymi latami i pragniemy powrotu do przeszłości. Przypominamy sobie stare dzieje, kiedy w ekstraklasie grały takie zespoły, jak Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski czy Odra Wodzisław. W tych klubach bez wątpienia nie brakowało wyrazistych postaci, a jedną z nich był Jan Woś.

Jan Woś – Biogram

Dane osobowe:

  • Pełne imię i nazwisko: Jan Woś
  • Data i miejsce urodzenia: 17 lutego 1974 r., Pacanów
  • Wzrost: 177 cm
  • Pozycja: Pomocnik, Napastnik

Historia i statystyki kariery

Kariera juniorska

  • Czantoria Nierodzim (1985-1988)
  • Odra Wodzisław Śląski (1988-1991)

Kariera klubowa

  • Odra Wodzisław Śląski (1991-2000)

221 występów, 21 bramek

  • Ruch Chorzów (2000-2002)

48 występów, 14 bramek

  • Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski (2003)

12 występów, 0 bramek

  • Odra Wodzisław Śląski (2004-2011)

163 występy, 11 bramek

  • Skra Częstochowa (2011)

Kariera trenerska

  • Skra Częstochowa (2011-2014)
  • Unia Racibórz (2014-2015)
  • GKS Pniówek 74 Pawłowice (2015-2018)
  • GKS 1962 Jastrzębie (2018-2020) – asystent
  • Miedź Legnica (2020-2021) – asystent
  • Ruch Chorzów (2021-) – asystent

Wywiad

Jan Woś przyszedł na świat 17 lutego 1974 r. w Pacanowie. Po ukończeniu pierwszego roku życia jego rodzina przeprowadziła się do Górek Wielkich w Beskidach.

Retro Futbol: Kiedy zaczął Pan uprawiać piłkę nożną?

Jan Woś: Regularne treningi zacząłem w wieku 11 lat i 7 miesięcy w Czantorii Nierodzim [dzielnica Ustronia – przyp. autora]. W Górkach Wielkich, gdzie mieszkałem, nie było wówczas drużyny trampkarzy. Wtedy oficjalnie rozpoczęła się moja przygoda z piłką. Wiadomo, że wcześniej grało się na różnego rodzaju placach w szkole czy przed blokami, gdzie mieszkałem w Górkach.

RF: Dlaczego wybrał Pan akurat Czantorię Nierodzim? W okolicy były też inne kluby, jak Beskid Brenna czy Beskid Skoczów.

JW.: Nie pamiętam już, co o tym zadecydowało. Faktem jest, że do Nierodzimia jeździliśmy większą grupą zawodników. Być może któryś z tych chłopaków grał już wcześniej w Nierodzimiu.

RF: Czy wyjeżdżał Pan z trampkarzami Czantorii Nierodzim na jakieś turnieje do Czechosłowacji?

JW: Nie. Wtedy raczej nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Mieliśmy tylko jeden obóz w Lipowcu. Spaliśmy tam w szkole podstawowej. To był tzw. obóz dochodzeniowy.

RF: Miał Pan okazję również zobaczyć reprezentację Polski Antoniego Piechniczka w Górkach Wielkich.

JW: Tak. Zatrzymali się wtedy w takiej restauracji w Górkach. To było wielkie wydarzenie dla nas, dla tych młodych chłopaków. Pozbieraliśmy oczywiście autografy. To był moment, kiedy pomyślałem sobie, że fajnie byłoby zostać piłkarzem.

RF: Chodził Pan na mecze seniorów Beskidu Brenna. Czy któryś z zawodników tego zespołu robił na Panu szczególne wrażenie?

JW: Bracia Jasińscy, a w szczególności jeden z nich. W pewnym sensie na nich się wzorowałem. Grali wtedy w „okręgówce”, a to był już wyższy poziom dla klubów ze Śląska Cieszyńskiego.

RF: Na mecze Beskidu Brenna chodziło wtedy więcej ludzi, niż na spotkania Cukrownika Chybie w III lidze.

JW: Ta drużyna rzeczywiście skupiła uwagę większej ilości ludzi, którzy pochodzili z okolic (Górki Wielkie, Nierodzim).  Poziom „okręgówki” sprawiał, że powiało nowością w naszym regionie.

RF: Jak Pan trafił do Odry Wodzisław?

JW: Do Wodzisławia sprowadził mnie trener Jan Grabiec, który był oddelegowany z ramienia Odry na Śląsk Cieszyński. On też sprowadził do klubu braci Stańków. Musiał mnie zobaczyć na jednym z meczów trampkarzy Czantorii Nierodzim. Pewnego dnia zaproponował, abym spróbował swoich sił w Odrze Wodzisław.Wtedy nawet nie wiedziałem za bardzo, o czym jest ta rozmowa. Nie interesowałem się piłką na tym wyższym poziomie.

RF: Czy utrzymywał Pan szczególny kontakt z braćmi Staniek?

JW: Rysiek był starszy ode mnie o 3 lata, a Mirek aż o 6 lat. W tym samym czasie zostało ściągniętych 3 zawodników Piasta Cieszyn: Praszywka, Wisełka i Cielusek; doszedł do nas także jeden chłopak z Chrzanowa, Zbyszek Błąkała. Bardziej trzymałem się tego towarzystwa. Mieszkaliśmy w takim hotelu górniczym na budowlance, to było nasze pierwsze lokum.

27 lipca 1991 r. Jan Woś wyszedł w pierwszym składzie na mecz II ligi ze Ślęzą Wrocław. Trener Marian Piechaczek wystawił go na prawym skrzydle. Zawodnik został jednak zmieniony już w 31. minucie spotkania przez Damiana Cicheckiego.Odra Wodzisław przegrała 0:1. Jak się później miało okazać, pierwszy mecz sezonu zwiastował nadchodzącą katastrofę. Drużyna spadła do III ligi i stanęła na krawędzi bankructwa.

RF: Zadebiutował Pan w pierwszej drużynie w wieku 18 lat. Nie może Pan go jednak zaliczyć do zbyt udanych. Dostał Pan nawet „wędkę”.

JW: Debiut był słabiutki w moim wykonaniu i ta „wędka” była jak najbardziej zasłużona. Przyznam szczerze, że w okresie przygotowawczym dobrze się przygotowałem i wydawało mi się, że gra w II lidze nie będzie tak wymagająca. Ten pierwszy mecz w seniorskiej piłce ze Ślęzą Wrocław spowodował u mnie duży napływ emocji, dlatego też nie wszystko wychodziło. Czasami większe znaczenie od dyspozycji fizycznej ma dyspozycja psychiczna.

RF: W pierwszym składzie zaczął Pan regularnie występować za czasów trenera Franciszka Krótkiego. To był burzliwy okres w dziejach klubu. Po spadku Odry do III ligi, Kopalnia im. 1 maja przestała być sponsorem strategicznym. Klubowi  groziło nawet bankructwo. Jak Pan wspomina III-ligową rzeczywistość?

JW: Miejsce w pierwszym składzie wywalczyłem sobie jeszcze w rundzie wiosennej sezonu 1991/92 w II lidze. Spadek był sporą tragedią dla klubu. My jako młodzi chłopcy nie przeżywaliśmy tego tak bardzo, bo dzięki temu dostaliśmy swoją szansę. Wielu chłopaków, którzy pracowali wcześniej w kopalni, po spadku przeprowadziło się do innych zespołów, jak np. Rymer Niedobczyce czy Górnik Pszów. Wtedy zrobiło się miejsce dla młodych chłopaków: dla mnie, dla Witka Wawrzyczka, dla Sławka Palucha, dla Zbyszka Błąkały, dla Grześka Wisełki… Strzeliłem wtedy 13 bramek. Od razu zrobiliśmy awans. Wtedy też zostaliśmy zatrudnieni na pół etatu w Mosirze. Podlewaliśmy boisko, sprzątaliśmy targowisko czy trybuny. Następne pół etatu pracowaliśmy natomiast jako piłkarze.

„Nie zapomnę pewnej sytuacji, która dziś jest nie do pomyślenia dla zawodników. Pamiętam mecz z Lechią Dzierżoniów, w którym broniłem. Jasiu Woś brał wtedy swój ślub. Nie przeszkodziło mu to jednak w rozegraniu meczu. Zagrał pierwszą połowę, po której prowadziliśmy 3:0. Mecz zakończył się naszym zwycięstwem 4:2. Jasiu się wykąpał, potem coś nam postawił i pojechał na swoje wesele. Mecz dla takich ludzi, jak on, był wielkim świętem” – mówił Dariusz Kłoda, bramkarz Odry Wodzisław w latach 1994-2000.

RF: Rozgrywał Pan nawet mecz w dniu swojego wesela!

JW: To była już II liga. 3 czerwca 1995 r. rozegraliśmy mecz z Lechią Dzierżoniów, w której grał Paweł Sibik. Strzelił nam zresztą w tym meczu jedną bramkę. O 11:30 wziąłem ślub, potem zjadłem obiad i pojechałem z żoną na mecz. Przebrałem się w szatni i grałem, a żona siedziała na trybunach. Po meczu natomiast pojechałem na wesele.

29 maja 1996 r. Odra Wodzisław pokonała na wyjeździe Krisbut Myszków 3:0. Zespół z Myszkowa był sponsorowany przez obuwniczego potentata i przed sezonem liczył na awans do I ligi. Swoje ogromne aspiracje potwierdzał ciekawymi transferami, rok później do klubu przyszedł nawet Grzegorz Więzik. W tym spotkaniu Krisbut nie miał jednak nic do powiedzenia. Jak pisała „Trybuna Śląska”: „Gospodarze grali na remis i ograniczali się tylko do kontrataków, które nie przynosiły efektów”.Myszkowski bramkarz musiał wyciągać piłkę z siatki aż trzykrotnie. Wynik spotkania ustalił jeszcze w pierwszej połowie Andrzej Jasiński. Tak oto Odra Wodzisław na 3 kolejki przed końcem sezonu zapewniła sobie pierwszy w historii klubu awans do I ligi.

RF: Niedługo po powrocie do II ligi rozpoczęliście z Marcinem Bochynkiem marsz w kierunku I ligi. Spodziewaliście się takiej sytuacji?

JW: Na początku sezonu 1995/96 zawodnikom, którzy wygrzebali się 2 lata wcześniej z III ligi, chyba nawet nie przyszła do głowy myśl o grze w ekstraklasie. Odra była drużyną środka tabeli. Walkę o ekstraklasę raczej każdy traktował wtedy z przymrużeniem oka. Później natomiast ku naszemu zaskoczeniu awans okazał się faktem.

RF: Gwiazdą tamtej drużyny był bez wątpienia Ryszard Wieczorek. Trener Bochynek nazywał go nawet „wodzisławskim Platinim”. Czy był to piłkarz wyróżniający się nie tylko pod kątem piłkarskim, ale także charakterologicznym?

JW: Rysiu miał mocny charakter, to trzeba przyznać. Jako trener również to później potwierdził. Był bezkompromisowy, twardy, a przede wszystkim był dobrym piłkarzem. Miał świetne uderzenie z rzutu wolnego nad murem, stąd jego przydomek. Rzeczywiście trochę tych bramek nastrzelał i były to bramki pięknej urody.

image 7
Drużyna Odry Wodzisław w Domu Kultury w Wodzisławiu Śląskim po awansie do I ligi. W lewym górnym rogu Dariusz Kłoda.
Źródło: Archiwum Jana Wosia
25 czerwca 1997 r. Odra Wodzisław w ostatnim meczu sezonu z Hutnikiem Kraków (3:2) przypieczętowała swój awans do Pucharu UEFA. To nie były jednak jedyne rozgrywki europejskie, w których miała wziąć udział Odra Wodzisław, bowiem klub ten występował już w Pucharze Intertoto. Nikt wcześniej nie zakładał, że zespół z Wodzisławia Śląskiego może wyprzedzić w tabeli GKS Katowice i zakwalifikować się do Pucharu UEFA. Wielu ekspertów zastanawiało się nad tym, czy jest to zgodne z przepisami. Zawodnicy nawet o tym nie myśleli. Grali po prostu najlepiej, jak mogli. Ostatecznie ich wysiłek nie poszedł na marne.Zawodników czekały atrakcyjne wyjazdy do Wiednia czy Wołgogradu. Swoimi wrażeniami z tych podróży podzielił się ze mną Dariusz Kłoda.
„W Wiedniu zostaliśmy zakwaterowani w hotelu w centrum miasta. Pod hotelem były tunele, baseny, jacuzzi, sauny, a nawet kręgielniei małe pole golfowe. Patrzyliśmy na tę Austrię Wiedeń, która miała 5 boisk do dyspozycji. Dla nas to był szok. Odra Wodzisław miała praktycznie jedno boisko. Tam był taki profesjonalizm! 5 boisk, każde z nich oświetlone… Wtedy spotkaliśmy się z rzeczywistością Zachodu. Szatnie były zrobione pod odprawy trenerów. Muszę przyznać, że rozegrałem tam jeden z najlepszych meczów w mojej karierze”
„Szatnia w Wołgogradzie przypominała natomiast halę. Zamiast krzeseł były w niej fotele, na których siadaliśmy, aby się przebrać. Szatnie były po prostu pozłacane! Później zostaliśmy zaproszeni na jakiś bankiet po meczu, na którym byli merowie i oligarchowie. Kiedy wyszliśmy wieczorem na miasto, widzieliśmy, jak tamci mieszkańcy żyją jeszcze II wojną światową. Tam było strasznie dużo pomników, a nawet muzyki wojennej”

RF: W sezonie 1996/97 zaszokowaliście całą Polskę. Zakwalifikowaliście się do europejskich pucharów. Co zadecydowało o tak spektakularnym wyniku?

JW: Trudno powiedzieć. Jest takie powiedzenie, że beniaminek gra dobrze siłą rozpędu. Przeszliśmy jak burza przez rozgrywki I ligi, najpierw kwalifikując się do Pucharu Intertoto, co wynikało ze zgłoszenia drużyny. Potem okazało się, że gramy na tyle dobrze, że grozi nam nawet 3. miejsce i uzyskaliśmy ten wynik, awansując do Pucharu UEFA.To był chyba jedyny przypadek w historii, kiedy jedna drużyna grała w dwóch europejskich rozgrywkach jednocześnie. Myślę, że siła kolektywu i nowa sytuacja sprawiły, że potrafiliśmy udźwignąć ten ciężar. To było coś, co nas napędzało.

RF: Ciekawe, co by było, gdybyście poprzez Puchar Intertoto awansowali do Pucharu UEFA? Może gralibyście dwa dwumecze…

JW: No tak, byłoby ciężko. Nasza kadra na pewno nie była aż tak mocna, żeby sobie poradzić na tylu frontach. Następstwem naszych gier w pucharach był następny sezon, kiedy walczyliśmy o utrzymanie. Byliśmy zmęczeni tym sezonem, byliśmy wręcz wyeksploatowani.

RF: Dostaliście duże premie za awans do europejskich pucharów?

JW: Wydaje mi się, że nie dostaliśmy żadnej premii za awans do europejskich pucharów. Przynajmniej nie przypominam sobie takiej sytuacji. Dostaliśmy jedynie premię za awans do ekstraklasy.

image 8
Drużyna Odry Wodzisław w szatni po awansie do I ligi
Źródło: Archiwum Jana Wosia

RF: Co świętowano bardziej – awans do I ligi czy do Pucharu UEFA?

JW: Myślę, że awans do I ligi był wydarzeniem, które przyćmiło wszystko, co się wydarzyło później. To był wyjątkowy moment. Zrobiliśmy to w sposób pewny, zdecydowany i niepodlegający żadnej wątpliwości. Awans do europejskich pucharów był następstwem tego, co się wydarzyło rok wcześniej.

RF: Który mecz europejskich pucharów zapamiętał Pan najlepiej?

JW: Najbardziej zapamiętałem mecz z Olympique Lyon, który przegraliśmy 2:5. To było fajne przeżycie. Po tym meczu mieliśmy zapewnione wczasy z małżonkami w Nicei. Drugi mecz, który zapamiętałem to spotkanie z Austrią Wiedeń, choćby z tego powodu, że wygraliśmy w Wiedniu 5:1.

RF: Lech wygrał ostatnio w Poznaniu tylko 4:1.

JW: Widocznie mieliśmy lepszy skład (śmiech). To była niespodziewana sytuacja. Wyjechaliśmy na mecz z bardzo silnym rywalem. Wygraliśmy i to jeszcze w fantastycznym stylu. Dla porównania w meczu z Olympique Lyon odczuwaliśmy ogromną różnicę między tym zespołem a nami. W tym przypadku to chyba przeciwnik mógł się tak czuć.

RF: Niedawno sprawdzałem typy meczów Pucharu Intertoto z 1997 r. w jednej z austriackich gazet. Austrię Wiedeń upatrywano w roli zdecydowanego faworyta, więc rzeczywiście piłkarze musieli się nieźle zdziwić, kiedy zobaczyli, jaki łomot dostają od Odry Wodzisław.

JW: Myślę, że mieli w ogóle problem wymówić naszą nazwę.

RF: Który wyjazd był bardziej wyczerpujący – do Macedonii Północnej czy do Rosji?

JW: Na pewno wyjazd do Macedonii Północnej był szczególny, gdyż lecieliśmy takimi dwoma małymi samolocikami, gdzie wszystko było słychać. Ta podróż była bardzo nerwowa. Ten samolot był zupełnie inny niż samolot rejsowy. Byliśmy tam niesamowicie stłoczeni, a warkot silników był bardzo męczący. Zaskoczyły nas tam też warunki socjalne. Na ulicach czy w hotelach widać było sporą biedę. Wyglądało to dużo gorzej niż w Polsce. Na mecz z Rotorem Wołgograd natomiast lecieliśmy dużym wyczarterowanym samolotem. Potem czekaliśmy parę godzin na jakimś lotnisku wojskowym, gdzie nas sprawdzano. Każda podróż na mecze europejskich pucharów była tak naprawdę doświadczeniem, którego większość z nas wcześniej nie przeżyła. Wiedzieliśmy, że każdy z tych momentów będziemy przeżywać długo i tak jest do dzisiaj.

RF: Odpadliście w II rundzie eliminacji Pucharu UEFA z Rotorem Wołgograd. Czy Rotor Wołgograd był do przejścia?

JW: Oczywiście, że był! W Wołgogradzie mieliśmy 2 doskonałe sytuacje, zanim oni zdobyli swoją bramkę. Mieli je Sławek Paluch i Bogdan Prusek. W jednej z akcji obaj parli 2 na 1, ale niestety jej nie wykorzystali. Myślę, że to był moment, kiedy mogliśmy pokonać Rotor. Zapłaciliśmy wtedy frycowe, bo nie byliśmy gorszym zespołem ani w jednym, ani w drugim meczu. W drugim meczu prowadziliśmy nawet 3:1, ale później Wierietiennikow strzelił nam 2 bramki [Odra przegrała u siebie z Rotorem 3:4 – przyp. autora]. To była postać, wiele się o niej mówiło. Patrząc na ten mecz, wiedzieliśmy już, dlaczego się tyle o nim mówi.

RF: Mirosław Staniek niegdyś mówił, że Rosjanie byli świetnie wyszkoleni technicznie.

JW: No tak, spotkania w pucharach ogólnie pokazywały pewne różnice w wyszkoleniu. W niektórych klubach zawodnicy byli wyselekcjonowani i zarabiali ogromne pieniądze, a my tak naprawdę dokonaliśmy bardzo dużego skoku dzięki drużynie, którą stworzyliśmy. Pamiętajmy jednak, że większość z nas wcześniej grała jeszcze w III lidze i nie wiedziała, jak łączyć pracę z pasją do gry w piłkę.

RF: W 1997 r. został Pan najmłodszym radnym miasta Wodzisław Śląski. Czy zabierał Pan głos w jakichś sprawach?

JW: W ogóle nie zabierałem głosu. Może w komisji sportu kiedyś się wypowiedziałem na jakiś temat. Każdy radny musiał przynależeć do 2 komisji. Ja przynależałem do komisji sportu, a także komisji prawa i porządku publicznego. Byłem wtedy za młody na sprawowanie takiej funkcji. Znalazłem się nie w tym miejscu, co trzeba. Była to potrzeba chwili, klub miał jakieś problemy finansowe i trzeba było silnego wsparcia. Prezes Ireneusz Serwotka postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i dzięki temu, że wystartowaliśmy w wyborach, dostaliśmy się do Rady Miasta. Do tego gremium dołączyło wielu ludzi, którzy pomagali klubowi, a nawet byli jego sponsorami. Stworzyliśmy koalicję, która na prezydenta miasta wybrała prezesa Serwotkę. Ja natomiast zostałem szeregowym radnym.

RF: Czy był Pan skonfliktowany z Marcinem Bochynkiem? Słyszałem, że w pewnym momencie chciał Pana nawet odesłać do rezerw.

JW: Był taki moment w naszej współpracy, kiedy trener na mnie nie stawiał. Dla mnie zawsze taka sytuacja była problematyczna. W pewnym momencie się zbuntowałem i dogadałem się z prezesem Włókniarza Kietrz, natomiast jeden z działaczy, pan Bolesław Pluta, znalazł taki przepis, że musiałbym zostać w Kietrzu przez całą następną rundę, a to chodziło bardziej o wypożyczenie do końca rundy jesiennej. To sprawiło, że do transferu nie doszło, a ja zimą powalczyłem o miejsce w składzie i zakopałem wojenny topór z trenerem Bochynkiem. Dzięki temu znowu zostałem podstawowym zawodnikiem i wszystko dobrze się skończyło. W życiu piłkarza są takie momenty, kiedy trzeba podjąć pewne decyzje. Gdy jesteś młody, czasami są one jednak nierozważne.

RF: Najczęściej grał Pan jako prawy bądź lewy pomocnik, ale nieraz Marcin Bochynek czy Albin Mikulski wystawiali Pana także w formacji ataku. Jak Pan się czuł w napadzie?

JW: Bardzo często grałem jeszcze na „10” za napastnikiem i praktycznie w każdym meczu miałem sytuacje bramkowe, z tym że ich nie wykorzystywałem. Byli zawodnicy, którzy mieli o wiele mniej sytuacji, a mimo to potrafili strzelać więcej bramek. W całej swojej przygodzie z ekstraklasą miałem tylko 31 goli. W pewnym momencie trenerzy uznali, że warto mnie przesunąć na bok i zrobić miejsce dla zawodnika, który będzie te sytuacje wykorzystywał. Drużyna mogła liczyć na to, że z moich podań padnie dużo goli, gdyż miałem dobre dośrodkowanie i zmysł do gry ofensywnej.

RF: Bardziej cieszyły Pana asysty niż gole?

JW: Myślę, że tak. Zdobywanie bramek jest oczywiście bardzo fajnym przeżyciem, to właśnie z nich się zapamiętuje zawodników. Ja byłem jednak najbardziej usatysfakcjonowany po meczu, kiedy zagrałem dobrą piłkę do kolegi z drużyny. Asyst miałem zresztą zdecydowanie więcej niż bramek. Tak, asystowanie cieszyło mnie bardziej niż zdobywanie bramek.

RF: W 2000 r. odszedł Pan z Odry Wodzisław do Ruchu Chorzów. Czy ta decyzja była spowodowana zapowiedziami odejścia z klubu Ireneusza Serwotki i Edwarda Sochy?

JW: Raczej nie. Dostałem po prostu propozycję od Krystiana Rogali, ówczesnego prezesa Ruchu Chorzów. Skorzystałem z niej, wiedząc, że Ruch będzie grał w europejskich pucharach. Miałem już wtedy na koncie ponad 100 meczów rozegranych w ekstraklasie w barwach Odry Wodzisław. Czułem, że stoję w miejscu i chcę spróbować swoich sił w jakimś innym zespole, a Ruch był zespołem, który miał grać w europejskich pucharach. To był jedyny powód, dla którego odszedłem do Chorzowa.

RF: Po podpisaniu kontraktu z Ruchem Chorzów pojechał Pan z klubem na tournée do USA i tam zerwał więzadła krzyżowe. Czy z tego powodu pozostał Pan tam dłużej niż reszta zespołu?

JW: Tak, zostałem tam miesiąc dłużej. Więzadła krzyżowe zerwałem chyba już na pierwszym treningu po przylocie do Stanów Zjednoczonych. Trening odbywał się niedaleko Chicago. Pojechaliśmy do szpitala i stwierdzono u mnie zerwanie więzadeł krzyżowych. Operację wykonano 2 tygodnie po wyjeździe Ruchu z USA. Czekałem tam jeszcze kolejne 2 tygodnie na ściągnięcie szwów. To był moment, kiedy opiekowała się mną drużyna z amerykańskiej Polonii, Chicago Eagles. Mieszkałem w ich budynku, gdzie miałem zapewnione jedzenie i rehabilitację. W tej drużynie grało wielu polskich zawodników, którzy po zakończeniu swojej kariery w Polsce przyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych, aby tam łączyć pracę z grą w piłkę. Spotkałem się również z Piotrem Nowakiem w Chicago. To było niedługo po zerwaniu więzadeł krzyżowych. Skorzystałem z tej znajomości, aby umówić się na spotkanie z lekarzem Chicago Fire.

RF: W Ruchu spotkał Pan Sławomira Palucha, który grał z Panem jeszcze w Wodzisławiu. Jak Pan wspomina tego zawodnika?

JW: To był najszybszy zawodnik, którego widziałem w życiu. Możepoza Rafałem Adamkiem grającym obecnie w Tempie Puńców. Uważam też, że to był największy talent, z jakim miałem przyjemność pracować. Gdyby nie kontuzje, w szczególności ta kontuzja więzadeł, która nie została należycie wyleczona, zrobiłby na pewno największą karierę. On był dobry pod każdym względem. Miał dobre uderzenie zarówno z lewej, jak i prawej nogi. Był bardzo szybki. Miał także zmysł do gry kombinacyjnej. Kiedy trafiłem do Ruchu, generalnie było tam wielu wybitnych piłkarzy: Krzysztof Bizacki, Łukasz Surma, Mamia Jikia, Mariusz Śrutwa, no i oczywiście Sławomir Paluch. 

Jak przyznawał Jan Woś, dał się skusić Ruchowi Chorzów perspektywą gry w europejskich pucharach. Zerwanie więzadeł krzyżowych spowodowało jednak, że ominął go dwumecz z Interem Mediolan w I rundzie Pucharu UEFA. Kiedy wrócił do gry po kontuzji, runda wiosenna sezonu 2000/01 zdecydowanie należałado niego. Zawodnik ten kilkakrotnie był wybierany do drużyny miesiąca tygodnika „Piłka Nożna”. Strzelił wówczas 7 goli.

RF: Pierwszego gola dla Ruchu strzelił Pan w Wielkich Derbach Śląska. Czy spotkał się Pan kiedyś z porównywalną atmosferą do tej, która miała miejsce podczas WDŚ?

JW: Trochę było tych derbów. Mecz, o którym Pan wspomniał był natomiast dla mnie meczem szczególnym, gdyż było to moje pierwsze spotkanie na stadionie Ruchu. Na chwilę ten mecz był nawet przerwany. Zdobyłem bramkę z rzutu karnego w 45. minucie, kiedy presja była bardzo duża. Był to dla mnie mecz podwyższonego testosteronu i pełen wielkich emocji. Tak jak już powiedziałem, trochę tych derbów było. Swego czasu rozgrywano nawet derby między Odrą Wodzisław a Ruchem Chorzów na Stadionie Śląskim. Wydaje mi się jednak, że te pierwsze Wielkie Derby Śląska były dla mnie czymś szczególnym.

RF: Czy będąc w Ruchu, oczekiwał Pan powołania do reprezentacji Polski?

JW: Raczej nie, chociaż to był mój najlepszy okres w karierze. Gdyby to miało miejsce w dzisiejszych czasach, być może dostałbym powołanie. Dziś nawet nie znam niektórych zawodników, którzy zostają powołani do kadry. Gdzieś tam się przebąkiwało o tym, że mógłbym dostać powołanie. Ja natomiast zawsze uważałem, że na poziomie reprezentacyjnym powinni grać lepsi zawodnicy niż ja, chociaż rzeczywiście czasami grali tam gorsi ode mnie.

RF: Czy skądś docierały do Pana sygnały o możliwym powołaniu?

JW: Tylko od dziennikarzy. Być może łatwiej byłoby mi dostać powołanie do kadry, gdybym miał menadżera, który jest w stanie wiele zrobić, żeby zawodnik dobrze prezentujący się w danym klubie dostał powołanie. Teraz czasy się zmieniły. Menadżerowie mają dużą władzę i są w wielu sytuacjach wpływowi.

RF: Miał Pan pecha, że nie rozgrywano wtedy akurat rozgrywek o Puchar Króla Tajlandii. Nieco wcześniej, w 1999 r. Janusz Wójcik zabrał do Azji mocno rezerwowy skład. Powołanie dostał wtedy nawet bramkarz Grzegorz Tomala, który akurat miał sezon życia w Odrze Wodzisław.

JW: Tak, pamiętam. Bronił nawet w meczu z Brazylią. Wiadomo, że gra w kadrze jest marzeniem każdego chłopaka, który zaczyna grać w piłkę. Mnie się wprawdzie nie udało, ale i tak uważam, że to, co mi się w życiu przydarzyło, było czymś szczególnym – czymś, o czym chłopak z takiej miejscowości, jak ja, mógł tylko pomarzyć. A mnie się to przydarzyło.

RF: Czy Jan Woś w najwyższej formie był lepszy od Pawła Sibika w okresie prosperity?

JW: Nie. Mieliśmy ze sobą wiele spotkań na treningu. Trener Wieczorek często preferował taki sposób treningu, jak 1 na 1 w różnych sektorach boiska. W tym elemencie gry Pawełek był bardzo dobry. Raczej z nim przegrywałem niezależnie od tego, kim byłem w tym pojedynku – obrońcą czy atakującym. Pawełek mocno zasłużył na powołanie do kadry, ponieważ w sezonie 2001/02 był jednym z najlepszych prawych pomocników w Polsce.

RF: Wracając do Ruchu Chorzów, był to zespół, który służył wielu zawodnikom. Zarówno Pan, jak i później Wojciech Grzyb, wykręcaliście niesamowite liczby do statystyk. Czy to była zasługa doktora Jerzego Wielkoszyńskiego, który pracował w najlepszych czasach z reprezentacją Polski?

JW: Jest takie powiedzenie, że to jest szkoła Ruchu Chorzów i coś w tym jest. Teraz nawet Wojtek Grzyb, którego Pan wspomniał, a tworzy ze mną obecnie sztab szkoleniowy w Ruchu Chorzów, odpowiada właśnie za przygotowanie fizyczne i też robi dokładnie to samo, co robiono wtedy z nami w Ruchu. To oznacza mniej biegania,bardzo dużo siły, bardzo dużo mocy, dużo małych i krótkich gier opartych na dużej dynamice i szybkości. Duże znaczenie ma wyrabianie siły, która moim zdaniem bardzo pomaga zawodnikowi praktycznie w każdym elemencie gry. Przeciwnicy tego sposobu trenowania twierdzą, że nie ma wtedy sił na cały mecz, ale to jest nieprawda. Kiedy spojrzy się choćby na to, jak wyglądały wyniki z naszych czasów, to widać efekty. W tym kontekście przypomniał mi się ostatni mecz sezonu 2000/01, kiedy pokonaliśmy u siebie Groclin 4:3. Strzeliłem wtedy zresztą 3 bramki. Jeśli porównamy wcześniejsze osiągnięcia moje i Wojtka do tych, które osiągaliśmy wcześniej (1-2 bramki w sezonie), widać rękę śp. doktora Wielkoszyńskiego. Jego metody wdrażali do swojego warsztatu wszyscy trenerzy Ruchu: Bogusław Pietrzak, Orest Lenczyk czy Piotr Mandrysz.

RF: Czy w Grodzisku Wielkopolskim zabrakło Panu właśnie doktora Wielkoszyńskiego?

JW: Na pewno w Grodzisku Wielkopolskim był inny sposób trenowania, dlatego przyplątało mi się sporo kontuzji. Można więc powiedzieć, że treningi Groclinu rzeczywiście mi nie służyły. Nie sądzę jednak, żeby to był główny powód mojej słabej dyspozycji. Po prostu była duża rywalizacja, na to złożyło się ogólnie dużo czynników. Nie zwalałbym więc winy na ten sposób treningu. To nie spowodowało, że byłem zawodnikiem drugiego planu w Grodzisku.

„Piłkarz z Chorzowa potrafi reżyserować grę i strzelać bramki. Imponuje spokojem i doświadczeniem. Jako jeden z pierwszych śląskich ligowców w tym roku znalazł chętnych na swoje usługi. Jego odejście z pewnością jest dla klubu sporym osłabieniem, ale pieniądze w kasie też mają swoją wartość” – donosił „Kibic” 6 stycznia 2003 r.
image 9
Wicemistrz Polski w sezonie 2002/03 – Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski. W lewym dolnym rogu siedzi Jan Woś.
Żródło: Archiwum Jana Wosia

RF: Czy transfer do Groclinu był koniecznością? Nie miał Pan wtedy ofert z innych klubów?

JW: To była moja jedyna oferta. Sytuacja w Chorzowie była wtedy tragiczna, nie było już wypłat od jakiegoś czasu. Jedynym rozwiązaniem był transfer i akurat nadarzyła się okazja, żeby przenieść się do Grodziska. Skorzystałem z niej ja, ale także i klub, który otrzymał za mnie 800 tys. zł. Pieniądze zostały bardzo szybko rozdysponowane, bo długów było wtedy tyle, że to była zaledwie kropla w morzu potrzeb. Z ekonomicznego punktu widzenia to był transfer, który musiał się wydarzyć. Dla mnie była to szansa, aby spróbować gry w drużynie, o której się mówiło, że będzie bardzo mocna, że buduje się bardzo mocny zespół. Oprócz mnie trafili do Grodziska Piotruś Rocki, Ivica Kriżanac czy Andrzej Niedzielan, Radek Mynář. Uważam, że nie było innego wyjścia i musiałem z tej oferty skorzystać.

RF: Jak Pan to ładnie niegdyś określił, Groclin był finansowym Porsche. Dlaczego więc ten klub nie został mistrzem Polski?

JW: Ponieważ są też inne marki, które mają szybkie auta. Groclin starał się wykupić z polskich zespołów zawodników, którzy decydowali o obliczu zespołu. W ten sposób też się przecież osłabia przeciwnika. Była jednak Wisła Kraków, która zdobyła tytuł mistrzowski. Wisła miała dobrych zawodników i nie musiała się nikogo pozbywać. Groclin nie był w stanie z tego klubu nikogo wykupić. To był bardzo silny zespół. Nie podołaliśmy sportowo i zostaliśmy tylko wicemistrzem. W następnym sezonie mieliśmy bezpośredni mecz z Wisłą Kraków. Prowadziliśmy na Wiśle 2:0, ale przegraliśmy 2:3. Pamiętam, że ten mecz bardzo dobrze się dla nas zaczął i bardzo łatwo zdobyliśmy te bramki. Przy stanie 2:0 Marcin Zając miał sytuację sam na sam, której nie wykorzystał, a potem straciliśmy 3 bramki. Niestety Wisła okazała się w tym dniu skuteczniejsza. Wisła, podobnie jak my, miała bardzo dobrą kadrę i wyszła zwycięsko z tej rywalizacji.

RF: Dla wielu osób to tak mityczny mecz, jak Legii z Widzewem w 1997 r.

JW: Być może. Widzew i Legia to są jednak marki, które miały rzesze kibiców. Groclin był zespołem nowym i nie miał takiej rzeszy kibiców. Łatwiej pamiętać więc o meczu Legii z Widzewem. Grodzisk stał się takim smaczkiem tej ligi. To zespół z małej miejscowości, który osiągnął niemałe sukcesy. Niestety okazało się, że to wszystko było na krótką metę. Piłka nożna jednak ma to do siebie, że najważniejsi są w niej kibice, którzy są cały czas z klubem. Tak jak na Widzewie, gdzie wykupiono 16 tysięcy karnetów. Tak jak na Wiśle Kraków, gdzie ostatnio miał okazję grać Ruch Chorzów, a było tam ponad 22 tysiące kibiców. Tak jak na Ruchu, gdzie na każdy mecz w I lidze przychodzi 7-8 tysięcy kibiców, a w meczu barażowym zasiadł na trybunach komplet publiczności [9300 osób – przyp. autora]. W Grodzisku natomiast chyba tego wszystkiego zabrakło.

RF: W 2002 r. prezes Lecha, Radosław Majchrzak, powiedział, że nie zna nikogo z Poznania, kto by jeździł na mecze do Grodziska Wielkopolskiego, za to zna wiele osób, które mieszkają w Grodzisku Wielkopolskim, a jeżdżą na mecze do Poznania. To jednak pokazuje siłę marki Lecha.

JW: To jest właśnie to. Tak samo jest teraz z Ruchem. Gdzie byśmy nie pojechali na mecz, okazuje się, że na stadionie jest więcej kibiców Ruchu niż gospodarzy.

RF: Jaka była atmosfera w zespole Groclinu?

JW: Wiadomo, że towarzyszyła tutaj inna atmosfera niż klubom na Śląsku, gdzie z drużyną utożsamia się więcej kibiców. W Grodzisku było troszeczkę inaczej. Było tam więcej pieniędzy, a w takich warunkach ludzie trochę inaczej funkcjonują. Nie można jednak narzekać. Miałem dom, w którym mieszkałem razem z Piotrkiem Rockim. Zdarzało się, że robiliśmy jakiegoś grilla. Większość chłopaków mieszkała w blokach, a my mieliśmy na obrzeżach taki duży domek z ogródkiem, więc u nas takie grillowe wieczorki czasem się odbywały. W zespole była fajna atmosfera. Przede wszystkim dlatego, że tu był dobry wynik, a to zawsze idzie ze sobą w parze.

image 10
Jan Woś na lotnisku po meczu Manchester City – Groclin Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski 1:1. W tle Radek Mynář.
Źródło: Archiwum Jana Wosia

RF: Na początku 2004 r. wrócił Pan do Odry Wodzisław. Dlaczego wybrał Pan akurat ten zespół? Nie jest tajemnicą, że interesowało się Panem wiele innych klubów, m.in. GKS Bełchatów, Pogoń Szczecin czy GKS Dospel Katowice.

JW: Miałem propozycje z klubów, które Pan wymienił. Żona była jednak w ciąży, trzecie dziecko było w drodze. Zdecydowaliśmy się powrócić na stare śmieci. Zbudowaliśmy na miejscu dom i tutaj się zadomowiliśmy. Poza tym prezes Serwotka zaczął już myśleć o tym, żebym został w przyszłości trenerem. Miałem wówczas zrobiony jeden kurs i zacząłem robić drugi. Przejąłem również zespół rocznika 1991. Szykowałem się nie tylko do bycia zawodnikiem, ale również jakąś częścią tego klubu, która być może w przyszłości stanie się także trenerem. W którymś momencie zaczęło mi to odpowiadać, żeby się tu osiedlić i nie ruszać się już z Wodzisławia.

„Czasami przebywaliśmy w jednym pokoju na zgrupowaniach. Później w Pniówku Pawłowice byłem jego asystentem. To był bardzo pozytywny człowiek. Absolutna legenda Wodzisławia, ulubieniec publiczności. Kibice skandowali ileś razy „Jasiu Woś, Jasiu Woś”. Nikogo tak nie dopingowali, żadne inne nazwisko nie wybrzmiewało na stadionie tak często, jak jego. Był strasznie lubiany przez kibiców, bo miał charakter górala. Wynikało to pewnie z tego, że wychowywał się w Beskidach. Strasznie charakterny zawodnik, wszędzie wsadził nogę czy głowę. Był walczakiem zostawiającym na boisku serducho” – skonstatował Dariusz Kłoda.

RF: Jak Pana po powrocie do klubu przywitali kibice?

JW: Raczej dobrze. Na pewno lepiej by to wszystko wyglądało, gdybym był takim zawodnikiem jak w Ruchu Chorzów, a więc strzelającym bramki i asystującym, w co drugim czy trzecim meczu. W tym okresie zostałem jednak kapitanem drużyny. Zawsze słynąłem z waleczności i kibice to doceniali. Powrót do klubu okazał się dobrym rozwiązaniem.

RF: Czy otrzymanie opaski kapitana było dla Pana wielką nobilitacją?

JW: Mieliśmy taki zwyczaj, że kapitana wybierała u nas drużyna w tajnym głosowaniu. Trenerzy oczywiście również brali w tym udział. Pierwsze 4 osoby były wybierane do rady drużyny, a osoba, która zdobyła najwięcej głosów spośród tej czwórki, zostawała kapitanem. Wymienialiśmy się opaską co jakiś czas z Marcinem Malinowskim w zależności od tego, jak drużyna głosowała. Było to duże wyróżnienie. Jeśli jesteś kapitanem z nadania trenera, to nie wiesz do końca, czy zespół myśli tak samo. Skoro dostałeś najwięcej głosów, masz pewność, że jesteś właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

RF: Czy Marcin Malinowski był Pańskim najlepszym przyjacielem z boiska? W jednym z wywiadów stwierdził, że rozumie się z Panem ze słów.

JW: Z Marcinem graliśmy właściwie od początku w ekstraklasie. Początkowo dzieliłem pokój z Pawłem Sibikiem, a później najczęściej z Marcinem Malinowskim na obozach w Turcji czy zgrupowaniach przedmeczowych. Dojeżdżaliśmy razem, w pewnym momencie mieszkaliśmy na jednym osiedlu. Nawet w Chorzowie byliśmy w jednym mieszkaniu, które wynajmowaliśmy. Mogę potwierdzić, że z Marcinem Malinowskim rozumiałem się bez słów. To jest zawodnik, z którym spędziłem najwięcej czasu zarówno na boisku, jak i poza nim.

RF: Czy Polonia Warszawa była Pańskim ulubionym rywalem? W ekstraklasie strzelił Pan temu zespołowi 5 goli w ekstraklasie.

JW: Rzeczywiście tak się złożyło, że często strzelałem bramki Polonii Warszawa. 4 bramki strzeliłem jednak też Groclinowi. A wracając do Polonii, wydaje mi się, że jedna z tych bramek jest mi po prostu niesłusznie przypisana i jest tam pewne zakłamanie. Polonii strzeliłem więc tyle samo bramek, co Groclinowi.

RF: Jednego z tych goli strzelił Pan po narodzinach syna Arkadiusza. Czy to była najważniejsza bramka w Pańskim życiu? A może bardziej Pana satysfakcjonowały trafienia, które miały większe znaczenie ze sportowego punktu widzenia?

JW: Ta bramka była bardzo fajna. Pamiętam, że to był bardzo ciężki mecz. Po mojej bramce Polonia miała jeszcze rzut karny, który obronił Marcin Bęben. To bramka, którą szczególnie zapamiętałem. Są nawet zdjęcia z tego okresu, kiedy urodził się mój syn. Na tym meczu był biathlonista Tomasz Sikora, któremu również urodził się syn w tym samym tygodniu i razem to świętowaliśmy. Również jednemu redaktorowi, Piotrkowi Cylcowi, urodził się wtedy syn. Mamy taką fotografię, na której jesteśmy w trójeczkę. Zapamiętam więc tę bramkę do końca życia. Najbardziej utkwił mi jednak w pamięci mecz z Jagiellonią Białystok w sezonie 2007/08, gdzie strzeliłem 2 piękne bramki.

RF: Bramki z Jagiellonią były niezwykle ważne, bo dawały Odrze Wodzisław utrzymanie. Czy były to też najładniejsze bramki w Pańskiej karierze?

JW: Były bardzo ładne, a szczególnie ta z woleja. Ładną bramkę strzeliłem też Arturowi Borucowi w meczu przeciwko Legii Warszawa, gdzie wygraliśmy 1:0. Te bramki z Jagiellonią jednak szczególnie zapamiętałem, bo oprócz przepięknej bramki z woleja, zdobyłem bramkę z rzutu wolnego. Wcześniej nie wykonywałem rzutów wolnych, gdyż zawsze ktoś to robił lepiej. Później też dograłem piłkę przy sytuacji na 3:1. Akurat uderzałem, ale zeszła mi piłka. Bartek Socha dostał świetną piłkę na głowę i strzelił bramkę [mecz ostatecznie zakończył się zwycięstwem Odry 3:2 – przyp. autora]. To był szczególny mecz, który dał nam utrzymanie. Później nie zdobyliśmy już ani punktu w 3 ostatnich spotkaniach. To były zresztą moje 2 ostatnie bramki w ekstraklasie. Później strzeliłem jeszcze jedną ładną bramkę w I lidze ze Stilonem Gorzów po uderzeniu piłki głową. Niestety przegraliśmy ten mecz 1:2. Poza tym w I lidze prześladowały mnie kontuzje i niezbyt dużo tam grałem.

W czerwcu 2004 r. Odra Wodzisław rywalizowała w Pucharze Intertoto z mistrzem Białorusi A.D. 2004, Dinamem Mińsk. Rywalizacja ta przybierała nieraz nieoczekiwany obrót spraw. Występ Jana Wosia w białoruskiej stolicy pozostawał pod znakiem zapytania ze względu na stłuczony palec. Ostatecznie wyjechał z drużyną na mecz. Na miejscu miała spotkać go niejedna niespodzianka. Białorusini nie zamierzali odpuszczać tego spotkania, co wyraźnie podkreślali w wypowiedziach przedmeczowych. Kapitan Dinama, Ihar Roszkow, mówił: „Puchar Intertoto jest dla nas niezwykle ważny, bo możemy zaistnieć i pokazać się w Europie”. Inny z zawodników, Petar Zlatinow, dodawał: „Dla nas ten mecz to być albo nie być”.

RF: Jak Pan wspomina ostatni dwumecz Odry Wodzisław w europejskich pucharach z Dinamem Mińsk?

JW: U siebie wygraliśmy 1:0. Bramkę strzelił Marek Kubisz, a ja zaliczyłem asystę. To był mecz w strugach deszczu, bardzo trudny dla nas. Piotrek Szymiczek po tym meczu nawet stracił śledzionę. W trakcie meczu został trafiony w śledzionę po wślizgu jednego z  zawodników białoruskiej drużyny i potrzebna była operacja, aby ją usunąć. Jeśli chodzi o rewanż, pamiętam, że to był egzotyczny wyjazd. Dzień przed meczem w Mińsku spaliśmy w takim hotelu przy głównej drodze i nagle zaczęły grzać mocno kaloryfery. Trzeba było więc otwierać okna, a tam jakaś defilada! Latały samoloty, jechały czołgi, słychać było strzały… Zakończyło się to wszystko dopiero po 2:00. Nie można było zamknąć okien, gdyż było bardzo ciepło. Wyglądało to tak, jakby zrobiono to specjalnie, abyśmy nie mogli się dobrze przygotować do meczu. Wtedy ta hipoteza wydawała się być nieco na wyrost, ale patrząc na to, co teraz dzieje się na świecie, myślę, że to było zrobione specjalnie, aby Dinamo wygrało. Zresztą to ulubiony klub przywódcy Białorusi, którego nazwiska nie chcę nawet wymieniać. Przegraliśmy 0:2, ale w 87. minucie Krzysztof Bizacki trafił w poprzeczkę. Mimo wszystko byliśmy więc bardzo blisko awansu.

RF: W Odrze miał Pan okazję też współpracować z dwoma selekcjonerami reprezentacji Polski: Franciszkiem Smudą i Waldemarem Fornalikiem. Który z nich był lepszym fachowcem?

JW: Każdy z tych trenerów osiągnął swoje wyniki. Myślę, że porównywanie takich ludzi nie ma sensu. Ogólnie fajnie było poznać ludzi, którzy coś znaczyli w polskiej piłce. Trener Fornalik był wtedy na początku swojej drogi. Wiem, że teraz to jest zupełnie inny trener niż w Odrze. Na pewno nie jest łatwo pracować w zespole, który od pierwszego meczu jest skazany na pożarcie. Obaj podołali jednak temu zadaniu. Przychodząc do klubu, trener Smuda na pewno nie spodziewał się, że będzie musiał grać o utrzymanie jeszcze w barażach ze swoim byłym klubem [Widzewem Łódź – przyp. autora], ale wyszedł z tego obronną ręką. 

13 maja 2009 r. w Wodzisławiu Śląskim rozegrano finał Pucharu Ekstraklasy. Frekwencja, która już nie była tak duża w tych latach, w tym meczu akurat zdawała się dopisywać. „Nowiny Wodzisławskie” donosiły, że przed meczem rozdano łącznie 3 tys. czerwonych i niebieskich koszulek. Na zwycięzcę oprócz pucharu czekała gratyfikacja finansowa w wysokości 600 tys. zł.

RF: W sezonie 2008/09 doprowadził Pan Odrę do finału Pucharu Ekstraklasy. Wprawdzie były to niszowe rozgrywki. Podejrzewam jednak, że dla takiego klubu, jak Odra Wodzisław, każde trofeum w gablocie miało duże znaczenie.

JW: Sam udział w tych rozgrywkach nie był jakąś nobilitacją. Bardziej te rozgrywki traktowano jako możliwość sprawdzenia zawodników, którzy grają w lidze w mniejszym wymiarze czasowym. Sam finał był jednak wielkim wydarzeniem. Finał miał się odbyć we Wrocławiu, ale prezes Serwotka zorganizował to wszystko tak, żeby odbył się on u nas. Dla nas to było święto. Dla nas ten puchar był naprawdę ważny. Prezes robił wszystko, abyśmy wygrali. Na mecz przyszedł komplet publiczności. Niestety ulegliśmy 0:1, a puchar pojechał do Wrocławia. Myślę jednak, że wszyscy w Wodzisławiu wspominają to wydarzenie z wielkim sentymentem. Nie udało się, ale jest co wspominać.

RF: Komplet publiczności na stadionie w Wodzisławiu nie był regułą.

JW: Zdecydowanie, w którymś momencie Wodzisław najadł się ekstraklasy. Wiadomo, że kibice lubią wygrywać, a my nie byliśmy w stanie wygrywać zbyt często. Nie mieliśmy nigdy tak mocnej kadry, żeby zajmować co roku miejsca 4-7. Po jednej rundzie sprzedawało się najlepszych piłkarzy choćby do Grodziska. Trzeba było zasilić budżet, aby można było zawodnikom płacić zaległości. Zawsze byliśmy skazani na walkę o utrzymanie. Wszyscy mówili, że jesteśmy murowanym kandydatem do spadku, a przez 14 lat udawało się nam jednak utrzeć nosa ekspertom i zostać w ekstraklasie. Byliśmy taką ciekawostką w tej lidze.

„Jan Woś był bardzo życzliwym człowiekiem, nigdy o nic się nie obrażał. Żartowniś. Wspaniale podchodził do życia. Na boisku był taki sam, jak poza boiskiem” – trafnie zauważył Dariusz Kłoda.

RF: Niestety ta znakomita passa zakończyła się w 2010 r. W czym Pan upatruje przyczyn spadku z ekstraklasy?

JW: Myślę, że zadecydowała ekonomia. Ekonomia była nieubłagana. Jako młody zawodnik dostajesz wprawdzie mniej, ale kiedy wyrobisz już sobie markę, kontrakt jest wykładnią twojej wartości. Jeśli sprowadzaliśmy zawodnika, który zarabiał 6 tys. zł, a naprzeciwko nas stawał zawodnik, który zarabiał 60 tys. zł, o czymś to świadczyło. Nie było nas stać na wielkie transfery. Zaprzeczyła temu runda rewanżowa sezonu 2009/10, kiedy sprowadziliśmy zawodników zarabiających dużo więcej, niż wynosiła wcześniejsza średnia. Okazało się, że pieniądze nie grają i w tym akurat przypadku to nie był sposób na uratowanie Odry przed spadkiem z ekstraklasy. Ekonomia pokazywała, że bez wielkiego wsparcia kibiców, którzy płacą za bilety i kupują jakieś gadżety, jest ciężko utrzymać się w ekstraklasie. Ciężko to zrobić tylko na bazie lokalnych sponsorów i pieniędzy z „kanału”.

RF: Po spadku do I ligi Zdenek Zlamal został większościowym właścicielem klubu. Na stanowisko prezesa natomiast desygnowano Marka Zdrahala. Czesi obiecywali złote góry, tymczasem doprowadzili klub do upadku. Jak wyglądało z Pańskiej perspektywy zaangażowanie Czechów w działalność klubu?

JW: Tego Zlamala to nigdy nikt nie widział. Być może to był człowiek, na którego się tylko powoływano. Być może to ktoś taki, jak Vanna Ly. A może grał w Kac Vegas? Trudno powiedzieć. Był to chłop, którego nikt nigdy nie widział. Cała ta ekipa pseudoudziałowców, menadżerów z Markiem Zdrahalem na czele liczyła na to, że będzie mogła poupychać swoich zawodników w ekstraklasie. Mocno się jednak przeliczyli. Być może nie zdawali sobie sprawy z tego, jakie zadłużenie spowodowało zatrudnienie dużej liczby zawodników. Ich pensje wynosiły 5-6 razy więcej niż średnia, która przez całe lata tutaj obowiązywała. Klub został bardzo mocno zadłużony przez dużą chęć utrzymania się w ekstraklasie. Chyba, kiedy zobaczyli w pewnym momencie dokumenty, stwierdzili, że jedyne, co mogą zrobić, to w miarę normalny sposób ewakuować się z tego klubu. I tak właśnie zrobili. Zostawili po sobie spaloną ziemię i klub musiał się rozpaść.

RF: Do Odry Wodzisław trafił w pewnym momencie także czeski trener Miroslav Čopjak.

JW: Tak. Odbyłem z nim nawet jakąś rozmowę na temat powstania wielkiej akademii szkolącej młodzież w Wodzisławiu. Ja miałem być twarzą tej akademii, ale nic z tego nie wyszło. Kiedy Czesi zorientowali się, że nie będzie tutaj pieniędzy, wszystkie ambitne plany spaliły na panewce.

RF: W jakich okolicznościach pożegnał się Pan z Odrą Wodzisław. Czy odbyło się to w podobny sposób, jak zwolnienie trenera Jarosława Skrobacza przez telefon?

JW: Przez rok czasu chyba nie dostałem ani złotego z Odry Wodzisław. Zapłacili nam jedynie za pierwsze 2 miesiące: styczeń i luty. Być może jeszcze za marzec. Kiedy już było wiadomo, że ciężko będzie się utrzymać, przestano nam płacić. W I lidze nie było już żadnych pieniędzy mimo tego, że mój kontrakt zmniejszył się czterokrotnie. Były przecież słynne przelewy, które podobno wychodziły tydzień wcześniej z Czech. Było tu dużo śmiesznych sytuacji. Nie dostałem ani jednej wypłaty i doszedłem z kolegami do wniosku, że złożymy do PZPN-u wniosek o rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Wyrokiem sądu zostałem zwolniony z obowiązującego kontraktu. Wcześniej, urzędujący w klubie prokurent Mucha dał mi pismo, które zawierało zapis, że nie muszę uczestniczyć w treningach. Myślę, że bardzo chciano się pozbyć z Odry takiego zawodnika, jak ja, który coś znaczy i może coś powiedzieć. Myślę, że tu było szykowane miejsce dla czeskiej ekipy, która będzie rządziła. Krótko mówiąc, przyszła tutaj ekipa, która chciała coś zrobić,ale zorientowała się, że nie ma na to żadnych szans przez brak pieniędzy.

RF: Jaka była najbardziej absurdalna sytuacja, z jaką spotkał się Pan w Odrze Wodzisław?

JW: Była taka sytuacja. Pojechaliśmy na mecz do Lubina. Oczywiście skład był znany, wszyscy wiedzieli, kto będzie grał. Jeden z prezesów wpadł na zajebisty pomysł. Chłopcy przypomnieli mu, że w klubie są spore opóźnienia z wypłatą pensji. Prezes stwierdził, że zapłaci pieniądze tym zawodnikom, którzy wyjdą jutro w pierwszym składzie. Już były dla nas szykowane przelewy, oczywiście tylko część pensji. Powiedzmy, że jakaś 1/10. Zaczęto się zastanawiać, co się stanie, jeśli zostaną zapłacone pieniądze tym zawodnikom, którzy mają jutro wybiec na boisko, a 2 z nich dostanie akurat gorączki i do składu będzie musiało wejść za nich 2 zawodników, którzy nie dostali tych przelewów. Miałoby to wyglądać wtedy tak, że będzie grało 9 zawodników z przelewami, 2 bez przelewów i na ławce będzie siedziało 6 rezerwowych bez przelewów. To jest myślenie niektórych prezesów, którzy piłkę nożną „widzieli z samolotu”. Prowadzili jakieś swoje biznesy, nagle stawali się prezesami klubu i wpadli na niesamowity pomysł, żeby zapłacić tylko niektórym. Na szczęście nie znaleźli żadnych pieniędzy i nie zapłacili nikomu.

RF: Ostatecznie przygarnęła Pana do siebie Skra Częstochowa, która była ostatnim Pańskim przystankiem w karierze zawodniczej. To właśnie Skra, a nie Odra, zorganizowała Panu pożegnalny mecz.

JW: Tak się złożyło, że pod koniec kariery trafiłem do Artura Szymczyka. Grałem tam przez ostatnie pół roku w swojej karierze. Tego okresu niestety nie wspominam zbyt dobrze, bo to było dla mnie zupełnie inne granie. Byłem już stary i nie miałem sił, a piłka nożna na tym niższym poziomie jest zupełnie inna niż ta na wysokim poziomie. Wszystko tam dłużej trwa i każdy musi tę piłkę przyjąć, poprawić. Bardzo się jednak cieszę, że tam trafiłem i miałem pożegnalny mecz, na który przyjechało wielu moich znajomych z dawnych czasów. Po tej rundzie zostałem trenerem Skry. Przez 3 lata miałem przyjemność prowadzić ten zespół w III lidze. Było to fajne przejście z kariery zawodniczej do kariery trenerskiej.

RF: Marcin Bęben zabierał ze sobą na każdy mecz obrazek św. Agnieszki, który miał mu przynosić szczęście. A Pan miał swój talizman?

JW: Nie. Nigdy nie miałem żadnego talizmanu. Nie miałem również żadnego rytuału przedmeczowego.

RF: Który trener pozwolił się Panu najbardziej rozwinąć?

JW: Trener Jan Adamczyk z juniorów Odry, który mówił mi, że mogę zagrać słaby mecz, ale w każdym meczu muszę zapierdzielać. To stało się moim mottem na każdy mecz. Jeśli chodzi o względy wolicjonalne, w każdym meczu starałem się z siebie dawać maksimum możliwości. Tego również oczekuję od zespołu: walki, mobilizacji, poświęcenia. Jest to potrzebne do dobrej organizacji taktycznej, aby budować swoją pozycję zarówno w ofensywie, jak i w defensywie, gdyż do tego potrzeba dużego wysiłku. Trener Adamczyk wpłynął na mnie najbardziej. Bardzo mi pomógł również trener Pietrzak po zerwaniu więzadeł krzyżowych. Był on moim pierwszym trenerem w Ruchu. Powierzył mi wykonywanie rzutów wolnych i rzutów karnych. Moja kariera wtedy nabrała tempa, regularnie strzelałem bramki i asystowałem.     

RF: Jak doszło do nawiązania Pańskiej współpracy z Jarosławem Skrobaczem na niwie szkoleniowej?

JW: Jarosław Skrobacz pracował w Odrze już wtedy, kiedy klub był w ekstraklasie. Prowadził wówczas drużynę w Młodej Ekstraklasie. Trenował ją przez kilka lat. Wcześniej prowadził inne drużyny młodzieżowe. Był również koordynatorem w klubie. Mieszkamy zaledwie 300 metrów od siebie. Znaliśmy się już wcześniej, ale w Odrze poznaliśmy się znacznie lepiej. Czasami, gdy zabrakło dla mnie miejsca w pierwszym składzie, rozgrywało się mecz w Młodej Ekstraklasie. Grałem, m.in. w meczu z Jagiellonią, w którym strzeliłem bramkę i wygraliśmy u siebie 3:0. W 2018 r. odszedłem z Pniówka Pawłowice, a Jarek zrobił awans z GKS-em Jastrzębie do I ligi. Zaproponował mi współpracę, gdyż na tym poziomie rozgrywek potrzebował już jakiegoś asystenta. Od tamtego czasu ze sobą współpracujemy w każdym klubie i dobrze nam się ta współpraca układa.

Jan Woś to jeden z dwóch zawodników, którzy zagrali zarówno w pierwszym, jak i ostatnim sezonie Odry Wodzisław w ekstraklasie (drugim zawodnikiem jest Marcin Malinowski). Ponadto jest jedynym piłkarzem, który zagrał zarówno w pierwszym, jak i ostatnim meczu Odry Wodzisław w ekstraklasie. Ten przykład idealnie pokazuje, dlaczego wymawiając nazwę klubu z Wodzisławia, myślimy zawsze o Janie Wosiu. Wielu ludzi do dziś wspomina tego zawodnika z wielkim sentymentem. Ogromny wpływ wywarły na to nie tylko umiejętności piłkarskie, ale również względy charakterologiczne. Zarówno Odra Wodzisław, jak i Jan Woś stanowili w ekstraklasie rzadkie okazy. Gdyby w ekstraklasie nigdy nie było kogoś takiego jak Jan Woś, trzeba byłoby jego po prostu wymyślić.

Źródła:

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

„Czerwona kartka” – recenzja

Recenzja książki o ciemnych stronach światowego futbolu. Ken Bensinger w "Czerwonej kartce" opisuje przestępcze mechanizmy, które są szeroko obecne w świecie piłki nożnej.

Historia Mundiali: Niemcy 2006

Każdy turniej o piłkarskie mistrzostwo świata jest wyjątkowy. Nie ma mundialu, który nie niósłby ze sobą ciekawych historii. Niektóre mistrzostwa stoją na wyższym poziomie,...

Historia starć Polski z Arabią Saudyjską

Trzy mecze, trzy wygrane — takim bilansem legitymizuje się reprezentacja Polski w starciach z Iranem, Wyspami Owczymi, Kostaryką oraz Arabią Saudyjską. Biało-Czerwoni na Mundialu...