Ledwie krok od historii. Szwedzka przygoda na Euro 2004

Fredrik Ljungberg, Henrik Larsson oraz młody Zlatan Ibrahimović – takie pokolenie zawodników napawało sporym optymizmem przed Mistrzostwami Europy. Ostatecznie udało się jedynie wyjść z grupy, ale Szwedzi z pewnością nie zawiedli swoich fanów. Szwedzka przygoda w EURO 2004 była kręta oraz wyboista – od kłopotów na początku eliminacji, po historyczny remis z Włochami, aż do przygnębiającej porażki z Holendrami. Ledwie krok od historii. Jako że niebawem zbliża się kolejny europejski czempionat, a przeciwnikiem Polaków w grupie będzie właśnie Szwecja, warto sobie przypomnieć jeden z najlepszych turniejów Skandynawów w XXI wieku.

Tre Kronor (Trzy Korony) trafiły do jednej grupy eliminacyjnej wraz z Polską, Łotwą, Węgrami oraz San Marino. Stosunkowo łatwa grupa nie miała przysporzyć Szwedom i Polakom większych kłopotów, lecz Ci pierwsi zaliczyli szokujący falstart, a drudzy przegrali aż trzy spotkania.

Falstart

Szwedzi przystępowali do kwalifikacji, cały czas mając w pamięci ogromny niedosyt po Mundialu w Korei i Japonii. Podopieczni Tomasa Söderberga i Larsa Lagerbäcka wyszli z grupy, w której były Anglia oraz Argentyna, ale zaraz po tym odpadli z Senegalem. Można było osiągnąć wiele więcej, lecz azjatycka przygoda zakończyła się jedynie na 1/8 finału. Ten turniej jednak dawał nadzieję, że Szwecję stać na wielkie rzeczy i sympatycy optymistycznie spoglądali w przyszłość. Grupa eliminacyjna delikatnie mówiąc, nie należała do najtrudniejszych – przewidywania wskazywały, że jedynie Polacy mogli sprawić kłopoty Szwedom.

Dla Blågult (niebiesko-żółci) kwalifikacje miały być dobrym treningiem przed rzeczywistym turniejem, lecz mało kto spodziewał się takiej katastrofy na samym początku. Zlatan Ibrahimovic i spółka zaczęli wzmagania w Rydze, gdzie po bezbarwnym starciu ledwie zremisowali bezbramkowo z Łotwą.  Kilka dni później już na Råsundzie (ówczesny stadion narodowy w Solnie) Szwecja do 76. minuty drżała w meczu z Węgrami, lecz Ibra zdołał doprowadzić do remisu. Dwa mecze, dwa punkty i jedna zdobyta bramka to nie był najlepszy początek. Szwedzi mocno skomplikowali sobie sprawę, ale szybko stanęli na nogi.

Akcja palenia mebli z Ikei

Po fatalnym początku szło jak z płatka. Wygrane z Węgrami (2:1), dwie z San Marino (5:0, 6:0), i co gorsza, dwie z Polską. Biało-czerwoni zawsze mieli problem ze Szwecją, ale 2003 był jakąś katastrofą. Pierwsza potyczka pomiędzy Szwedami a Polakami miała miejsce 11 czerwca na stadionie pod Sztokholmem. Nasi polegli z kretesem 0-3, a głównym antybohaterem spotkania został Jerzy Dudek. Szwedzka telewizja tego dnia rano puściła sklejkę ze wpadkami polskiego bramkarza, którą najwidoczniej uważnie oglądał Andreas Svensson – strzelec dwóch bramek. Ówczesny zawodnik Southampton upokorzył Dudka, który popełnił dwa kuriozalne błędy przy jego strzałach. Trzecią bramkę dołożył Marcus Allbäck, ale wtedy nasz golkiper nie miał najmniejszych szans. Polskie media po meczu nie pozostawiły suchej nitki na naszych.

Okładki Przeglądu Sportowego i Piłki Nożnej

Drugie polsko-szwedzkie starcie nie było już tak fatalne w wykonaniu podopiecznych Pawła Janasa. Polacy stwarzali sobie sporo sytuacji, ale brakowało skuteczności. Szwedzi wygrali w Chorzowie 2-0, choć był to najmniejszy wymiar kary. Kiepski występ tego wieczoru zaliczył Marcus Allbäck, który zmarnował wiele świetnych akcji, lecz i tak trzeba powiedzieć, że znacznie przyczynił się do zwycięstwa Skandynawów. Napastnik Aston Villi dwukrotnie dał się sfaulować Tomaszowi Hajto, który wyleciał przez to z boiska w 63. minucie. Biało-czerwoni po tym spotkaniu mieli już jedynie iluzoryczne szanse na awans, a Szwecja pewnie kroczyła po pierwsze miejsce w grupie.

Jerzy Dudek

Iluzoryczne szanse naszych jednak urosły. Wystarczyło, że w ostatniej kolejce Polska pokona Węgrów, a Szwecja Łotwę i mielibyśmy pierwszy w historii europejski czempionat z udziałem Polaków. Niedzielan i spółka sprostali zadaniu i pokonali swoich rywali 2:1, ale Szwecja zawiodła po całej linii. Oczywiście mogli sobie pozwolić na porażkę, ale mało kto spodziewał się, że ulegną Łotwie na własnym stadionie. Łotysze mimo gry w dziesięciu wygrali 1:0 i sami zapewnili sobie udział na EURO. Polscy kibice byli wściekli. Oskarżali Szwedów o celową klęskę i w niektórych miejscach w kraju miały odbywać się masowe podpalania mebli z IKEI (oczywiście z przymrużeniem oka). Jednak to polscy piłkarze byli sami sobie winni.

Faul Tomasza Hajto

Powrót Henrika Larssona do kadry

Szwecja w losowaniu trafiła do grupy C z Włochami, Danią oraz Bułgarią. Przed Blågult stało niełatwe zadanie, lecz sparingi przed turniejem dały dużo wiary na dobry wynik. Szwedzi ograli Finów oraz Polaków 3:1 i w dobrych nastrojach przygotowywali się do walki na EURO. Kolejnym pozytywnym akcentem był powrót Henrika Larssona do reprezentacji. Mówi się, że to nie miałoby miejsca, gdyby nie jego syn. To on sprowokował ojca do powrotu, pytając:

Czyli nie jesteś już wystarczająco dobry, by grać w reprezentacji?

I w ten oto sposób Henkie po rocznej przerwie zdecydował się ponownie ubrać żółto-niebieski trykot.

Henrik Larsson z synem

Szwedzki kocioł

Wzmagania na portugalskich boiskach Szwedzi rozpoczęli 14 czerwca w meczu z Bułgarią. Nikt nie spodziewał się takiego przebiegu wydarzeń, Skandynawowie zrobili Bułgarom istny kocioł i zdemolowali ich 5-0. Rywale stworzyli kilka niebezpiecznych okazji pod bramką Isakssona, jednak ani razu piłka nie wpadła do siatki. Szwedzi krytykowani za nudną i zachowawczą grę odpowiedzieli wszystkim najwyższym zwycięstwem w całym turnieju. Najlepszym zawodnikiem spotkania, ku uciesze syna, został Henrik Larsson. Ojciec Jordana (obecnej gwiazdy Spartaku Moskwa) zdobył dwie bramki i zaliczył asystę. Mógł mieć hat-tricka, jednak rzut karny oddał Zlatanowi. W wywiadzie powiedział:

Dlaczego nie strzelałem karnego? To prawda, że jestem numerem jeden pod tym względem, ale ustaliliśmy, że to Ibrahimović będzie strzelać. Dla napastnika strzelanie bramek to najważniejsza rzecz, a on jeszcze na EURO nie strzelił żadnej. Mam nadzieję, że wynagrodziłem kibicom swoją długą nieobecność.

Henrik Larsson po meczu z Bułgarią

Do siatki trafiali jeszcze Marcus Allbäck oraz Freddie Ljungberg, ale to bramka Henkiego zrobiła największą furorę.

Cud w Porto

Powiedzieć, że Włosi 18 czerwca byli lepsi od Szwedów, to nic nie powiedzieć. W pierwszej połowie Italia kontrolowała przebieg gry, zdecydowanie atakowała i gdyby nie świetna dyspozycja Andreasa Isakssona, ten mecz mógłby się zakończyć przynajmniej wynikiem 0-5. Bramkarz dwoił się i troił i dzięki temu skapitulował tylko raz. W 37. minucie Antonio Cassano uderzył nie do obrony i otworzył wynik spotkania. W drugiej części Szwedzi zaczęli śmielej atakować i widać było, że włoscy obrońcy mają niemały kłopot z duetem Larsson-Ibrahimović. W końcu doszło do cudu w Porto. Na 6 minut przed końcem Zlatan Ibrahimović w ekwilibrystyczny sposób pokonał piętą Buffona i dał Szwedom remis. Ta bramka już na zawsze wpisała się do kart historii. Fenomenalne zachowanie ówczesnego piłkarza Ajaksu.

Lagom

Lagom” – czyli innymi słowami najeść się, ale na tyle, by innym starczyło. Szwedzi w decydującym meczu fazy grupowej o awans bili się z Duńczykami. Derby Skandynawii miały zadecydować o tym, kto pozostanie w turnieju. Szwecja musiała jedynie zremisować, by awansować do 1/4 finału, więc nie forsowała tempa i pozwalała Duńczykom atakować. W drugim meczu grupy C Włosi męczyli się z Bułgarami, lecz ich starania, jak później się okazało, były na marne. Przed meczem wiadomo było, że remis 2-2 bądź większy da awans Skandynawom. Wnet rozpoczęła się rozmowa o spisku, w którym to Szwecja i Dania miała połączyć siły, by wyrzucić Włochów za burtę. Massimo Franchi, dziennikarz Tuttosport, wypowiedział się przed meczem:

Za trzy godziny zacznie się mecz Szwecja – Dania i myślę, że będzie remis 3:3. Zresztą prawie wszyscy znajomi w kraju, do których dzwoniłem, typują podobnie. Remis 2:2, chociaż też eliminuje Włochów, jest mało realny, bo wszyscy podejrzewają, że właśnie taki padnie. Spiski? Nie mówię o żadnych spiskach, tu nie chodzi o fair play, uczciwość i takie rzeczy. Powiem tak: jeśli Skandynawowie się ułożą, by nas wykopać z turnieju, zaakceptujemy to. Może i będzie głośny lament, ale będziemy mieć dla nich szacunek. Po co serio kopać się po nogach, które będą potrzebne później i jeszcze ryzykować odpadnięcie? Jeśli Duńczycy lub Szwedzi wygrają, to uznamy ich za kompletnych głupców. Jeśli chcą naszego respektu, powinni wysoko zremisować.

Massimo Franchi przed meczem Szwecja-Dania

Trzeba oddać Franchiemu, że prawie przewidział to, co się wydarzyło. Szwecja stosowała “lagom”, a Duńczycy starali się jak tylko mogli, by objąć prowadzenie. W pewnym momencie Szwedzi musieli zrezygnować z przedmeczowej dywizy, gdyż przegrywali 1-2 po dwóch bramkach Jona Dahla Tomassona. Ku uciesze kibiców w 89. minucie Mattias Jonson zdobył wyrównującego gola, który dał awans Tre Kronor z pierwszego miejsca. Potem Szwedzi podawali sobie futbolówkę na własnej połowie, a Duńczycy skonfundowani oskarżeniami przedmeczowymi nawet nie zamierzali im w tym przeszkadzać. Tak naprawdę nikt nie wie, czy spisek rzeczywiście miał miejsce. Sam Jon Dahl Tomasson uważał, że sprawiedliwiej by było, gdyby to Włosi wyszli z grupy. Niemniej masa oskarżeń ciągnie się aż do dzisiaj.

Wynik i strzelcy kontrowersyjnego meczu

Bolesny koniec

Szwecja w 1/4 finału mierzyła się z Holandią. Holandią, która od zdobycia mistrzostwa Europy w 1988 roku aż czterokrotnie odpadała po rzutach karnych. Obie drużyny wolały uniknąć rozstrzygnięcia w jedenastkach i wyglądało to tak, jakby grały swoje ostatnie mecze w karierze. Holendrzy naciskali, kopali w pręty, ale bramka była zaczarowana. Szwedzi, grając najlepszy mecz w całym turnieju, również nie odstawali. Przeprowadzali wiele groźnych kontr, Ljungberg uderzył w słupek, a Larsson w poprzeczkę.

Los chciał, by Szwecja i Holandia swój los rozstrzygnęły w rzutach karnych. Początkowo każdy był bezbłędny, ale pierwszy błąd popełnił ten, po którym się tego niespodziewanego. Zlatan Ibrahimović kompletnie przestrzelił i to Holandia była o krok od awansu do półfinału. Siły się jednak wyrównały, gdyż w kolejnej serii Philip Cocu trafił w słupek. Cały rollercoaster zakończył się nieszczęśliwie dla Szwedów. Mellberg nie zdołał oszukać van der Sara, a konkurs jedenastek skutecznie zakończył młodziutki Arjen Robben. To był bolesny koniec. Trudno jednak szukać winnych, po prostu zabrakło szczęścia.

Nie mam wiele do powiedzenia, poza pogratulowaniem Holandii awansu. Co więcej można powiedzieć po odpadnięciu w karnych? Nawet nie nazwałbym tego loterią – po prostu mogło się skończyć dokładnie odwrotnie. Nie twierdzę też, że mieliśmy dziś zły dzień. Wcale nie. Nasi piłkarze grali bardzo dobrze, Holendrzy zresztą tak samo. My mieliśmy okazje i oni mieli. Wszystkie zmarnowaliśmy, były poprzeczki i słupki. Ale to nie pech. Po prostu przeciwko tak silnym zespołom ma się zawsze bardzo mało miejsca i bardzo mało czasu na oddanie strzału. Gol w takim przypadku jest kwestią centymetrów. Zresztą nazywajcie to sobie szczęściem lub pechem, mnie wszystko jedno.

Cóż, na ostatnim mundialu odpadliśmy w ćwierćfinale z Senegalem, przegrywając w dogrywce po złotym golu. Widzę więc postęp, bo tym razem udało nam się doprowadzić do rzutów karnych. Strzelców karnych wybrałem już wczoraj. W ostatniej chwili po dogrywce zmieniliśmy tylko kolejność zawodników. Jak Olof Mellberg czuł się w szatni? Jak każdy z naszych piłkarzy – jakby uszło z niego powietrze. Wszyscy milczeli. Przegraliśmy jako drużyna

Lars Lagerbäck po meczu z Holandią

Kluczowa interwencja Edwina van der Sara

Sam Ruud van Nisterlooy pochwalił Szwecję, twierdząc, że grali najlepszą piłkę w całym turnieju. Co by się wydarzyło, gdyby Ibra trafił? Można gdybać, lecz ta szalona przygoda zakończyła się jedynie na 1/4 finału. To był ostatni raz w XXI wieku, kiedy Szwedzi wyszli z fazy grupowej na Mistrzostwach Europy. Ciekawe, jak będzie na EURO 2020.

MAREK WADAS

Źródła
  • Archiwum Gazety Wyborczej (Rafał Stec i Dariusz Wołowski)