Retro Wywiad #9: Robert Kasperczyk

 

Uwaga! Nie jesteś na pierwszej stronie artykułu. Jeśli chcesz czytać od początku kliknij tutaj.

Zaraz po zakończeniu kariery zajął się Pan trenowaniem, skąd pomysł na taką formę pracy?

Właściwie trójka ludzi miała na to wpływ. Borykałem się wówczas z myślami, walczyłem, nie wiedziałem co robić. Wtedy nawet grając w Ekstraklasie, nie zarabiało się kokosów. Cieszyłem się bardziej z pięciu minut sławy, że jestem popularny, że ktoś chce mnie pokazać w telewizji, trochę szpanu przed rodziną, znajomymi. Dzisiaj każdy patrzy na pieniądze, żeby sobie zabezpieczyć życie. Pierwszym człowiekiem, który mi pomógł był Marian Cygan. Trener, który już dzisiaj patrzy z dystansem na krakowską piłkę, ma swoje lata i swoje doświadczenia. Był koordynatorem w Małopolskim Związku Piłki Nożnej, miał wszystkie grupy młodzieżowe pod sobą. Teraz jest na zasłużonej emeryturze. To też człowiek, który pozwolił mi w barwach Hutnika w 1986 roku debiutować podczas meczu z Iglopoolem. Powiedział tak „Nie widzę Cię jako sędziego, ale widzę jako trenera. Rób papiery, idź w tę stronę, jeśli chcesz zostać przy piłce, bo masz do tego predyspozycje”. Drugą osobą był Aleksander Chradecki, który nauczył mnie kultury i dyscypliny pracy, całego tego rzemiosła trenerskiego. Powiedział co jest ważne, wyznaczył mi pewne pryncypia. Zaczynałem bez papierów, jako taki kierownik drużyn młodzieżowych, jako drugi trener u Roberta Orłowskiego, który prowadził rocznik 1979, z Krzyśkiem Przytułą jako gwiazdą zespołu. Robiłem wtedy papiery instruktora, trener Hradecki obiecywał mi grupy naborowe rocznika 84. Udało mi się prowadzić taki rocznik, że w roku 2000, chłopcy z rocznika 84 zdobyli srebrny medal na mistrzostwach Polski, przegrywając w meczu we Wronkach z Drukarzem Warszawa w rzutach karnych. Ta praca nie poszła na marne. Miałem przyjemność pracować z takimi zawodnikami jak Marcin Wasilewski czy Michał Pazdan.

Jak to się stało, że objął Pan stanowisko pierwszego trenera Hutnika?

Wcześniej pracowałem również w Wawrzyniance. Zrobiliśmy wtedy awans do B-klasy. Potem praca w Dąbskim Kraków, która pozwoliła mi się ubezpieczyć. Praca w Hutniku to była praca z dziećmi. Jeśli nie ma się wykształcenia pedagogicznego, to trzeba było o tym pomyśleć. Droga do pierwszego trenera Hutnika była długa. Najpierw 10 lat pracy z młodzieżą, a między 1999-2002 praca jako koordynator grup młodzieżowych w Hutniku. Przewinęło się wtedy mnóstwo świetnych trenerów, jak Grzesiek Kmita, którzy potem doszli gdzieś wysoko. Miałem się od kogo uczyć. Praca z młodzieżą musiała na to wpłynąć. Hutnik spadł do ówczesnej trzeciej ligi, odeszło 14 zawodników, drużyna w rozsypce, nie było żadnego zainteresowania sponsorów. Mnie jako wychowankowi powierzono misję ratowania klubu. Chcieli, aby te spółki, które były wokół klubu nadal współpracowały. No i udało się. Byłem tam 4 lata i cały czas byliśmy w górnej połówce tabeli, a to były czasy jedne z najcięższych.

Teraz pytanie o człowieka, który robi furorę. W Hutniku Kraków pod Pańską wodza trenował Michał Pazdan. Zapowiadał się na tak dobrego zawodnika?

Michała przez 7 lat prowadził Kordian Wójs, w tym wieku chyba najważniejszym dla wychowanka. Potrafił na tyle zaszczepić w nim miłość do piłki, że Michał osiągnął tyle, co osiągnął. Nie trzeba było być jakimś wielkim strategiem czy trenerem, aby dostrzec jego talent. Gdy byłem trenerem juniorów starszych, to on już raczkował w młodszych. Wziąłem go do tych najlepszych, o trzy lata starszych od niego, bo po prostu sobie radził. Gdy wchodził do juniora starszego, to debiutował już w III lidze w seniorach. Grał dlatego, że umiejętności mu na to pozwalały. W tym samym spotkaniu debiutował jeszcze jeden zawodnik, który dzisiaj gra dla GKS Katowice, Grzesiek Goncerz. Utrzymuje kontakt z Michałem, jak i z Grześkiem. Mam sporą satysfakcje z nich, jak i z zawodników, którzy grali na poziomie I ligi.

Skomentuje Pan sytuację ze „sprzedanym” meczem Hutnik Kraków – Motor Lublin?

Miałem teraz tydzień urlopu. Chodziłem dużo po lesie, żeby się wyciszyć. Szukałem też grzybów, niektóre były tak obrośnięte mchem, że nie byłem w stanie ich znaleźć. To, o co Pan pyta, też jest tak zarośnięte mchem tak, że ja tam nic nie widzę. Bardzo mi się podobały wypowiedzi dwóch znanych trenerów. Jeden krakowski powiedział „wszyscy w tym byliśmy, nikt nie ma czystych butów”, a drugi „jak dobrze, że los wytransferował mnie na zachód, jak ja się cieszę, że w Polsce mnie wtedy nie było, bo byłbym jednym z wielu”.

Później przeszedł Pan do KSZO Ostrowiec.

Pracę w KSZO dostałem po fajnym okresie w Wieliczce. Był to chyba najlepszy okres tego klubu na poziomie trzeciej ligi. Potem była reorganizacja i awansowaliśmy do 2 ligi. W tej lidze zajęliśmy piąte miejsce, gdybyśmy wygrali mecz z Wigrami, to gralibyśmy w barażach o pierwszą. Ta robota zadecydowała o ofercie. Ostrowiec był drużyną, która za korupcje została zdegradowana. Skład został ten sam, więc wrócili do 2 ligi bez problemów. Pomimo tego, że tam nie było pieniędzy, to był klub, w którym za pół roku dostałem jedną wypłatę. Okres, kiedy szukałem mieszkania, trzeba było jakoś żyć, ciężko było. Zrobiliśmy na jesień tych 25 punktów, które pozwoliły na wiosnę się utrzymać. Później otrzymałem ofertę od Podbeskidzia, z której skorzystałem.

Obejmowanie zespołu, który walczy o utrzymanie to trudna sprawa? Do ostatnich kolejek graliście dzielnie, co się później opłaciło.

To była drużyna, która chyba była punkt czy dwa nad strefą spadkową. Podjąłem bardzo ryzykowną grę. Nie zrobiłem rewolucji, a wiele osób, które było blisko mówiło mi „zrób coś, bo ta drużyna spadnie”. Ściągnęliśmy wtedy dwóch, trzech ludzi m.in. Richarda Zajaca. Trzon pozostał ten sam. Każdy wyjazd, każdy punkt na wyjeździe kosztował bardzo dużo zdrowia. U siebie nie byliśmy w stanie wygrać, tylko raz z Wartą Poznań 3:0 nam się udało. To była bardzo ciężka runda wiosenna. Te męczarnie były nieprawdopodobne, ale udało nam się na Flocie Świnoujście wygrać 3:0, ale z układu tabeli nawet wynikało, że i tak byśmy się utrzymali. Gdybyśmy tam jednak nie wygrali, to jestem pewien, że Roberta Kasperczyka już by nie było.

Grając jeszcze w I lidze, doszedł Pan z Podbeskidziem do półfinału Pucharu Polski edycji 2010/2011. Pamiętam tamto spotkania jak dzisiaj, dopiero druga połowa rewanżowego meczu u siebie przesądziła o odpadnięciu z rozgrywek.

Największym sukcesem tamtego pucharu było wyeliminowanie Wisły Kraków. Na Reymonta bramka Piotrka Malinowskiego, u siebie przegrywaliśmy 0:2, ale wyciągnęliśmy remis. W meczu w Poznaniu wyrównaliśmy w 91 minucie. Rewanż dla nas układał się korzystnie, a my wiedzieliśmy przed meczem, że jeśli wygramy to spotkamy Legię na swojej drodze. Prowadziliśmy już 2:0 z Lechem Poznań, dwa do zera… Ostatnie 15 minut meczu, kiedy zdecydowały talenty Rudniewa i Stilicia. Oni nas po prostu położyli. Kapelę Lech miał wtedy świetną. Pamiętam tę sytuację jak dziś, że przy stanie 2:0 dla nas Piotrek Koman powinien Siergieja Kriwca przeciąć, lecz tego nie zrobił i poszedł kontratak. Po zdobytej później bramce ruszyli, po prostu nas zmietli.

Walczyliście wówczas nie tylko o finał Pucharu Polski, ale także o awans do Ekstraklasy.

Ciężko było podzielić te dwa cele. W Pucharze Polski, po wyeliminowaniu Wisły już myśleliśmy o finale, a z drugiej strony walka o awans do Ekstraklasy. Trzeba było korzystać z tych samych zawodników. Nie ma takich drużyn, przynajmniej w ostatnich 20 latach, które dotarłyby do półfinału pucharu i zrobiło awans. Wiedzieliśmy, że jeśli w pucharze odpadniemy, to nam ludzie wybaczą. Nie wybaczyliby natomiast braku awansu, kiedy to ¾ sezonu jesteś na 2 miejscu.

Właśnie, awansował Pan z Bielskiem z drugiego miejsca do Ekstraklasy, jakie to było uczucie?

Ciężko w słowniku znaleźć słowa, które wyraziłyby tę radość. Życzyłbym każdemu trenerowi, aby tym wynajętym otwartym autobusem, przejechać się po centrum miasta. Feta na placu ratuszowym, koncert Pawła Kukiza z zespołem Piersi. Najlepsze momenty. Jestem z tego dumny i to zostanie mi na zawsze.

Odpowiadała Panu filozofia klubu? Ściąganie zawodników z bliskich rejonów, opieranie drużyny na Słowakach czy Czechach?

Pytanie trafione w dziesiątkę. Były trzy tory pozyskiwania zawodników. Pierwszym byli młodzi zawodnicy, nie tylko z okolic, utożsamiający się z klubem. Nie chcieliśmy, aby 90% składu klubu z Bielska stanowiła armia zaciężna, która jest na chwile. Jeśli ktoś jest tutaj trzy, cztery lata to przesiąknie tym rejonem. Nie chcieliśmy zawodników, którym nie zależy, takich, którzy chcieli się pokazać i po pół roku odejść. Drugim torem byli Słowacy i Czesi. Rynek Słowacki był wówczas wschodzącym. Wybieraliśmy opcje, brzydko mówiąc tańszą. Teraz jest różnie, ceny się trochę podrównały. Wtedy można było kupić, zapłacić prowizję menadżerską za słowackiego piłkarza 1/3 kwoty jak za Polaka, takie było przełożenie. Trzecim torem była ta armia zaciężna, ale to sporadycznie.

 

To nie koniec tekstu. Wybierz poniżej kolejną stronę, aby czytać dalej

Strona: 1 2 3 

#wspieramretro
O Mariusz Zięba 75 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz