Retro Wywiad #9: Robert Kasperczyk

 

Uwaga! Nie jesteś na pierwszej stronie artykułu. Jeśli chcesz czytać od początku kliknij tutaj.

Mimo niewielkiej kwoty wykupu trafiali się wartościowi zawodnicy.

Dowiaduje się Pan, że w rezerwach Żiżkow, drugiej ligi czeskiej jest taki chłopak jak Demjan. Przyjeżdża na testy, jest z nami dwa, trzy dni, a ja idę do prezesa i mówię „to jest to, musimy go mieć, to ten człowiek, który będzie świetnym uzupełnieniem Adama Cieślińskiego w ataku”. Nie mogłem uwierzyć, że zawodnik z rezerw drugiej ligi czeskiej, robi taką furorę w pierwszej lidze, a później Ekstraklasie.

W ostatnich latach nie widziałem, aby Podbeskidzie korzystało z wielu wychowanków. Brakuje zdolnej młodzieży w Bielsku?

Z młodzieżą to też szerszy problem, wydaje mi się, że stanowczo za krótko z nami był koordynator pracy z młodzieżą, trener Włodzimierz Małowiejski. To chyba też problemy finansowe spowodowały, że był tak krótko. Miał tam zrobić taki model szkolenia młodzieży jak w Lechu Poznań. W Bielsku to nie jest takie ujednolicone. Nie uderzając w nikogo, tam chyba potrzebna jest strategia prowadzenia tego od pierwszego trenera. Podbeskidzie nie słynie z produkcji piłkarzy. Cieszy mnie postęp np. Mateusza Kupczaka i żal, że gra w innym klubie, a nie u „Górali”. Aż się prosiło, żeby takiego chłopaka, który jest z okolic Bielska zostawić. Już nie mówię o innych. Oprócz Damiana Byrtka w pucharach grał też Damian Nowak. Osobiście lubiłem w takich momentach sięgać po młodzież, zapraszając ją chociażby na treningi. Szło to w dobrą stronę. Myślę, że ostra walka o utrzymanie w ostatnich latach to też nie był dobry czas na wprowadzanie zawodników, to tak w obronie Bielszczan. Każdy chciałby mieć taki komfort jak trener Fornalik, że trafia do pierwszej ósemki i pokazuje takiego 16-letniego Bargiela.

W debiutanckim sezonie zajęliście wysokie 12 miejsce. W 19 kolejce byliście swojego rodzaju rewelacją będąc nawet na szóstej pozycji! Nie wytrzymaliście presji?

Po rundzie jesiennej zajmowaliśmy wysokie miejsce. Baliśmy się okresu przygotowawczego, że wyjdzie to, co robiliśmy. Byliśmy jedyną drużyną obok ŁKSu, która nigdzie nie wyjechała. Obóz zrobiliśmy w Grodzisku, gdzie warunki socjalne były świetne, ale treningowe fatalne. Nie dlatego, że tam nie ma bazy, ale temperatura -18C dochodząca do -26C. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na zewnątrz od naszego sztabu medycznego. Prawdziwa parodia. Próbowaliśmy nadrobić to treningami siłowymi, na hali, graliśmy w siatkonogę. Biegaliśmy, a chłopcy po 15 minutach mieli tak zmarznięte płuca, że się nie dało. To był najgorszy okres, nie podtrzymaliśmy tego potencjału. Ze zazdrością czytaliśmy o przygotowaniach innych drużyn, które były w Turcji czy Hiszpanii. To był najgorszy okres finansowy, potem się to nie powtórzyło. Szkoda, bo to rykoszetem uderzyło we mnie, nastąpił marazm, był problem z premią za utrzymanie, milion złotych poszło w eter. Nowe władze wycofały te kwotę, chłopcy czuli się oszukani. Jeszcze potem zacząłem rotować, żeby sprawdzić innych zawodników, to również miało wpływ na porażki i remisy.

Po serii 15 meczów bez zwycięstwa rozwiązano z Panem kontrakt. Dlaczego drużyna nie potrafiła się przełamać i wygrać?

Jeżeli na poziomie Ekstraklasy nie dostaje pan przez kilka miesięcy pensji, to nie jest to komfortowa sytuacja. Ciężko było chłopaków zmotywować. Z takimi trochę nowymi siłami przystąpiliśmy do nowego sezonu, myślałem, że problemy finansowe przy drobnych korektach odejdą na bok. Ale jednak chyba nie. Może w tamtej sytuacji trzeba było większej rewolucji personalnej? A może jednak zmiany trenera. Formuła się wyczerpuje, trzy lata w jednym klubie, ciągle te same buźki. Później byli trenerzey Sasal, Kubicki i Michniewicz, kiedy to zespół był z pieniędzmi na bieżąco, fajnie to wyglądało. Okazało się, że zawodnicy, którzy jesienią nie mieli w sobie motywacji, nagle ją znaleźli. Chyba ta decyzja o zmianie była w tym momencie słuszna. Potem ten sam problem miał Czesław Michniewicz, na jesień znowu po kilku meczach problem, chociaż wycisnął z nich maksimum.

Kibice ciągle miło wspominają Pana na trybunach.

Byłem raz na meczu Podbeskidzia, nieoficjalnie. Pojechaliśmy z kolegą prywatnie, zobaczyć spotkanie, odwiedzić znajomych. Miałem chyba nawet nakrycie głowy, żeby usiąść między kibicami. Przyznam szczerze, że to, co wydarzyło się w tym meczu, przerosło moje oczekiwania. Gdy mnie rozpoznano, zaczęto śpiewać, skandować moje nazwisko. Było mi tak cholernie głupio, bo nie chciałem swoją osobą zawracać głowy, ale z drugiej strony było mi tak miło. Stwierdziłem, że do Bielska o każdej porze dnia i nocy mogę się wybrać z podniesioną głową.

Pracował Pan później w Stali Rzeszów, Motorze Lublin, Limanovii Limanowa czy Sandecji Nowy Sącz. Dlaczego te przygody trwały tak krótko?

Każdy klub to inna bajka. Dużo sobie zarzucam, absolutnie. Kiedyś pewna osoba powiedziała mi „ty Robert jesteś długodystansowcem, nie możesz pracować pół roku”. Wracając do Bielska, co sprawiło, że byłem tam dłużej? Wygrana z Flotą 3:0, i prezes Janusz Okrzesik, który zaufał mi w perspektywie długofalowej. Przeważnie wynik tutaj, już, teraz. Najlepiej, gdy jest pomysł. Gdy robota jest dobrze wykonywana, to ona wyjdzie. To jest myślenie zachodnie. Niestety, gdy tutaj się przegra kilka meczów, już się rozmawia z innymi trenerami. Plus organizacja, gdy dotknąłeś już jakiejś lepszej, to ciężko się początkowo odnaleźć. Zabrakło też cierpliwości.

Pracuje Pan obecnie jako skaut w Cracovii, jak wyglądają tam Pańskie zadania?

Nie tylko skaut. To nie jest precyzyjne określenie. Jestem skautem, pomagam w pierwszym zespole, jeżdżę po boiskach, nie tylko polskich. Pomagam szukać wzmocnień. To ciężka robota, bo jak się jakiś chłopak podoba, to okazuje się, że menadżer zwariował i można tylko machnąć ręką. Ja zajmuję się również koordynowaniem pracy nad grupami młodzieżowymi. Mam jakby ośmiu trenerów pod sobą i staram się układać to na model, taki jaki ja chciałbym widzieć.

Czy jest sposób na to, aby wykluczyć ryzyko, że zawodnik się nie sprawdzi?

Nie ma reguły na to, czy transfer będzie udany. Nawet najlepszym klubom, trenerom trafiają się niewypały. To, że Bartek Kapustka jest tu, gdzie jest to wynika z tego skautingu. Warto czasem zainwestować w taką sieć, warto się pomylić parę razy, żeby wyłowić perełkę. Bo ona w momencie sprzedaży się zwraca, a także spłaca tych, którzy nie wypalili.

Czy to już koniec przygody Roberta Kasperczyka z trenowaniem pierwszych zespołów?

Posiadam obecnie taką filozofię. Chcę zrobić tutaj fajną pracę, żeby powalczyć o siebie w przyszłości. Niech tak zostanie.


ROZMAWIAŁ: MARIUSZ ZIĘBA

Zachęcamy do polubienia nas na FACEBOOKU, a także obserwacji na TWITTERZE , INSTAGRAMIE i YOUTUBE

Strona 1 2 3

#wspieramretro
O Mariusz Zięba 75 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz