USA – Kolumbia na mundialu 1994. Morderczy gol Andresa Escobara

Mistrzostwa świata w Stanach Zjednoczonych, to było wielkie święto piłki. Zorganizowany z ogromnym rozmachem turniej w jednej grupie skrzyżował drogi reprezentacji gospodarzy oraz Kolumbii, w której to część specjalistów upatrywała czarnego konia tych rozgrywek. Bezpośredni pojedynek tych ekip dla wielu miał dodatkowo kilka podtekstów – w tym etniczny i polityczny. A zdarzenia po meczu USA – Kolumbia zapisały się tragiczną kartą w historii mundialu 1994.

O ile na płaszczyźnie czysto piłkarskiej goście z Ameryki Południowej nie mieli prawa mieć żadnych kompleksów względem Jankesów, to już pod wieloma innymi względami mogli czuć się jak kopciuszek. Przez wielu kibiców mecz USA – Kolumbia był postrzegany wręcz w kategoriach pojedynku z największym wrogiem. W tamtym czasie, przez sytuację w Kolumbii rządy obu krajów ściśle ze sobą współpracowały, co nie podobało się dużej części ludności tego kraju.

Tło społeczno – polityczne

Futbol kolumbijski przez wiele lat nie mógł uciec od splotu dwóch najpoważniejszych problemów społeczno-politycznych tego kraju, mianowicie: przemocy i narkotyków. Liczne gangi i kartele narkotykowe korumpowały sędziów, działaczy, bądź piłkarzy poszczególnych klubów, by mieć wpływ na przebieg meczów. Po czym oczywiście obstawiały ich wyniki w totalizatorze piłkarskim.

W niektórych klubach gangi prały po prostu brudne pieniądze. Kiedy ktoś odmawiał współpracy, dochodziło do zastraszeń, porwań czy nawet zabójstw.

Jedno z najsłynniejszych miało miejsce 30 kwietnia 1984 roku, kiedy to tamtejszy minister sprawiedliwości Rodrigo Lara Bonilla został zastrzelony w samochodzie, podczas powrotu z pracy do swojego domu w Bogocie. Wraz z nim zginęło dwóch jego ochroniarzy.

Morderstwo nastąpiło z rąk Ivana Dario Guisado, członka „Los Priscos”, grupy przestępczej na usługach kartelu narkotykowego z Medellin. Zamachowiec podróżował na czerwonym motocyklu Yamaha prowadzonym przez Byrona de Jesusa Velazqueza alias Quesito (Serek).

Służby niezwłocznie rozpoczęły pościg za mordercami, w wyniku którego kierowca motocykla stracił równowagę i obaj przestępcy z niego spadli. Guisado zmarł na miejscu w wyniku odniesionych obrażeń. Byron Velazquez został natomiast schwytany, a następnie skazany na jedenaście lat więzienia.

Minister od początku swojej kadencji prowadził aktywną walkę z kartelami narkotykowymi. Otwarcie potępiał obecność pieniędzy z narkotyków w polityce i futbolu. Kilka miesięcy przed śmiercią, w październiku 1983 roku Bonilla chcąc podjąć próbę oczyszczenia kolumbijskiej piłki, ogłosił publicznie: „Mafia opanowała kolumbijski futbol”. Nie mógł przypuszczać, że wydał na siebie wyrok.

Sytuacja pozornie, na jakiś czas została opanowana pod sam koniec lat 80., kiedy to w kolumbijską piłkę mocno zaangażował się znany już wtedy na całym świecie Pablo Escobar – zwany „królem kokainy”.

To właśnie Escobar – szef kartelu z Medellin i jednocześnie aktywny polityk – wydał kilka lat wcześniej zlecenie zabójstwa ministra Rodrigo Lary Bonilli. Wszyscy o tym wiedzieli, nikt nie miał dowodów. Skazano wykonawców, reszta okryła się milczeniem.

Baron narkotykowy był prawdziwym entuzjastą futbolu. Sponsorował stadiony, budował mniejsze boiska piłkarskie dla biednej ludności, a nawet zaopatrywał je w reflektory i inne potrzebne wyposażenie. Otwierał też szkółki piłkarskie dla młodzieży.

W tamtym okresie Pablo Escobar został umieszczony przez najbardziej poczytny amerykański dwutygodnik o tematyce biznesowej – Forbes – na siódmym miejscu najbogatszych ludzi świata. A jego gang, według szacunków kontrolował, aż 80% światowego rynku kokainy, z czego ogromna część trafiała na rynek amerykański.

Nie ma się co dziwić, że był wrogiem dla rządów Kolumbii i USA. Dla przeciętnych Kolumbijczyków zaś, a już w szczególności dla mieszkańców jego rodzinnego Medellin był filantropem i kimś w rodzaju współczesnego Robin Hooda, który zawsze pomógł w potrzebie. Ludzie go kochali.

Korzystała na tym również reprezentacja narodowa, która pod „nadzorem” Pablo mogła spokojnie pracować i się rozwijać. To właśnie wtedy nadeszły dla niej dobre czasy, które zwane są przez niektórych „złotym okresem” kolumbijskiej piłki.

Eliminacje do mistrzostw świata w USA, Los Cafeteros — jak się o nich potocznie mówi — przeszli w bardzo efektownym stylu. Cztery mecze wygrali, a dwa zremisowali, tracąc przy tym zaledwie dwie bramki. W ostatniej kolejce eliminacji, we wrześniu 1993 r., przypieczętowali awans miażdżącym zwycięstwem 5:0, w Buenos Aires nad bardzo silną Argentyną, która dokładnie dwa miesiące wcześniej wygrała Copa America.

Wygrana ta była jednym z ogniw długiego łańcucha ponad dwudziestu meczów Kolumbijczyków bez porażki. Najwięksi rozpływali się nad ich grą, a sam Pele okrzyknął Kolumbię najlepszą drużyną w Ameryce Południowej i w przededniu mundialu to właśnie w nich upatrywał zwycięzców turnieju.

Już pół roku przed mundialem Kolumbia przeżyła szok. Pablo Escobar, który od kilkunastu miesięcy często zmieniał miejsce pobytu, ukrywając się — z jednej strony w obawie przed ekstradycją do Stanów Zjednoczonych, a z drugiej przed zamachem ze strony któregoś z konkurencyjnych karteli — został namierzony przez służby.

Połączone siły amerykańskiej Delta Force oraz specjalnej jednostki policji kolumbijskiej, znanej jako Search Bloc, przeprowadziły obławę na jego kryjówkę w jednej z dzielnic Medellin. Najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń mówi, że El Patron chwilę przed schwytaniem odebrał sobie życie strzałem w głowę.

Spora część Kolumbii, a szczególnie Medellin i okolice popadły w żałobę. Na ulicach miasta znów zaczęła się walka o wpływy. Rozpadający się gang Escobara został szybko zdominowany przez konkurencyjny kartel narkotykowy z Cali.

Przedmundialowe kłopoty Kolumbijczyków

Nie były to dobre wieści również dla kadry narodowej. Parasol ochronny, jakim była otoczona za życia Pablo się skończył.

Plantatorzy kawy mieli jechać na mundial i spokojnie awansować z pozornie łatwej grupy do dalszej fazy rozgrywek. Reprezentacje Rumunii i Szwajcarii były zdecydowanie w ich zasięgu. Amerykanie natomiast, mimo że byli gospodarzami imprezy, wciąż uchodzili za nieopierzonych i niedoświadczonych.

Jedną z gwiazd, a zarazem filarem defensywy kolumbijskiej reprezentacji był wówczas Andres Escobar. Na co dzień piłkarz rodzimego Atletico Nacional Medellin. Nazwisko to samo co Pablo, lecz nie łączyły ich żadne więzy krwi. Obaj panowie się znali, bo El Patron był mocno zaangażowany w życie Nacionalu, gdzie grał Andres. Ten drugi jednak nigdy nie pokazywał się publicznie z ludźmi związanymi z półświatkiem.

Nikt nie mógł przypuszczać, że to właśnie o nim będzie się mówić najwięcej w kontekście Kolumbii po mundialu w USA.

Utrata protekcji, jaką reprezentacja była otoczona przez Króla kokainy, sprowadziła na nią duże kłopoty. Kartel z Cali łakomy szybkiego zarobku, postawił ogromne pieniądze na mundialowe zwycięstwa kolumbijskich piłkarzy, ale wybrał przy tym najbardziej prymitywny i jednocześnie najgorszy z możliwych sposobów motywacyjnych – zastraszenie.

Gangsterzy zagrozili, że w przypadku niepowodzenia może stać się krzywda zarówno samym piłkarzom, jak i ich rodzinom.

Zawodnicy, zamiast jechać na najważniejszą imprezę w karierze z czystymi głowami i na pełnym luzie, by tam móc bawić siebie i kibiców grą w piłkę, byli w większości sparaliżowani strachem.

Przed meczem

W pierwszej kolejce rozgrywek w grupie A, amerykanie spotkali się ze Szwajcarią. Po dość przyjemnym dla oka i dynamicznym meczu zremisowali 1:1. Obie bramki padły po świetnie wykonanych rzutach wolnych. Pierwszą strzelił Georges Bregy, a do remisu doprowadził Eric Wynalda, wprawiając w euforię kibiców gospodarzy.

Szczególnej urody był gol tego drugiego. Wynalda uderzył z około 30 metrów wprost w okienko bramki Helwetów. Marco Pascolo zrobił wszystko, co mógł, nie miał jednak szans na obronę. Taki wynik zdecydowanie zadowalał graczy USA.

Kolumbijczycy rywalizację w mundialu 1994 zaczęli od konfrontacji z Rumunią. Pomimo kierowanych pod ich adresem pogróżek starali się nastawić pozytywnie przed tym spotkaniem. I widać to było na boisku, bo mecz ten rozpoczęli bardzo dobrze.

Widzieliśmy, ze Kolumbia miała wysokie notowania wśród piłkarskich koneserów i jej piłkarze w swym pierwszym meczu z Rumunią grali, przynajmniej przez pierwszych dwadzieścia pięć minut, jak pogromcy świata. Szybkie, krótkie podania nieustannie rozbijały rumuńską obronę, tyle że w piętnastej minucie, to Rumuni zdobyli po klasycznym kontrataku prowadzenie – pisał Tony Mason w książce „Pasja milionów. Piłka nożna w Ameryce Południowej.

Wspaniałe podanie Georghe Hagiego z głębi pola otworzyło Florinovi Raducioiu drogę do strzału. Ten w polu karnym zwodem oszukał dwóch obrońców i posłał piłkę w długi róg bramki strzeżonej przez Cordobe.

W 34. minucie Hagi dostał piłkę po lewej stronie boiska, tuż przy linii bocznej. Zobaczył, że po raz kolejny bramkarz kolumbijski jest źle ustawiony i zaskoczył go lobem z około 35 metrów. W ten sposób padła bodaj najładniejsza bramka tego mundialu.

Trzy minuty przed przerwą Adolfo Valencia wykorzystał w końcu jedną z wielu bramkowych okazji dla Kolumbii. Strzałem głową wykończył podanie z rzutu rożnego Wilsona Pereza. Ale okazało się jednak, że to wszystko, na co było stać tę drużynę.

Minutę przed końcem meczu wynik ustalił Raducioiu. Hagi szybko wykonał rzut wolny na połowie boiska, podając do napastnika. Ponownie fatalnie z bramki wyszedł Cordoba, mijając się z futbolówką i Rumun bez problemu umieścił ją w siatce. 3:1 dla Rumunii.

Przegrana ta była ciosem dla kolumbijskich aspiracji i szokiem dla wielu kibiców oraz znawców futbolu, ale nie oznaczała jeszcze wyeliminowania z mistrzostw. Do rozegrania zostały dwa spotkania. Nie zmieniło to jednak faktu, że wywierana na nich presja jeszcze bardziej wzrosła.

Jeden z zawodników dostał tuż po meczu telefon od swojego ojca, że w Medellín zamordowano jego brata. Gangsterzy dostali się też do systemu telewizji hotelowej i w pokoju każdego z graczy na ekranie odbiorników wyświetlił się film z groźbami. Trener reprezentacji, został zmuszony do roszad w składzie.

W dniu meczu przeciwko Stanom Zjednoczonym trener Kolumbijczyków Francisco Maturana, jego asystent Hernan Dario Gomez i brat tego ostatniego, pomocnik Gabriel Jaime Gomez, otrzymali telefony i faksy z pogróżkami, że jeśli Gomez wystąpi przeciwko Amerykanom, domy wszystkich trzech w Medellin zostaną zburzone. W Kolumbii takie groźby traktuje się na serio i Gomeza zastąpił w drużynie Hernan Gaviria. Nie był to z pewnością najlepszy sposób przygotowania się do meczu, ale czy w pełni usprawiedliwiał kiepski występ, jaki potem nastąpił? Wbrew oczekiwaniom Kolumbia wcale nie dominowała na boisku… – pisał dalej Tony Mason

W jakże odmiennych nastrojach do bezpośredniego pojedynku przystępowały więc oba zespoły. Z jednej strony podbudowani remisem ze Szwajcarią, pewni dopingu swoich kibiców i z wielkimi szansami na wyjście z grupy Amerykanie. Po drugiej mający świadomość, że porażka eliminuje ich z turnieju i jednocześnie będący pod – niemającym nic wspólnego ze sportem – naciskiem Kolumbijczycy.

USA – Kolumbia. Przebieg spotkania

Rzeczony mecz był pierwszym w historii oficjalnym spotkaniem obu zespołów. Amerykanie, przygotowując swoją drużynę do mundialu 1994, grali mnóstwo meczów towarzyskich. Wśród nich były co prawda aż cztery potyczki z Kolumbijczykami rozegrane w latach 1990-93, ale żadna z nich nie odbyła się w terminie FIFA i co za tym idzie, nie wlicza się do oficjalnych statystyk.

Bilans tych gier wypadał na korzyść Kolumbii: 3 wygrane i 1 remis. Bramki 5-2.

Ich mundialowy pojedynek zagościł na Stadionie Rose Bowl w Pasadenie, na przedmieściach Los Angeles (stan Kalifornia). Obiekt, który jest otwartym stadionem lekkoatletycznym oraz futbolu amerykańskiego, został specjalnie przygotowany jako główna arena mundialu w USA. Na co dzień występują na nim zawodnicy futbolowej drużyny UCLA Bruins (Uniwersytetu Kalifornijskiego, Los Angeles). Stadion ten zajmuje obecnie 16 miejsce na świecie pod względem pojemności.

Mecz został rozegrany w środę, 22 czerwca 1994 roku , przy aplauzie aż 93,8 tysiąca kibiców. Na rozjemcę tego spotkania FIFA wyznaczyła doświadczonego włoskiego arbitra Fabio Baldasa.

Zespoły zaczęły w następujących składach:

USA: Tony Meola – Fernando Clavijo, Alexander Alexi Lalas, Marcelo Balboa, Paul Caligiuri – John Harkes, Tab Ramos, Thomas Dooley, Mike Sorber – Earnie Stewart, Eric Wynalda

Trener: Velibor „Bora” Milutinovic

Kolumbia: Oscar Cordoba – Luis Herrera, Luis Carlos Perea, Andres Escobar, Wilson Perez – Freddy Rincon, Carlos Valderrama, Leonel Alvarez, Hernan Gaviria – Faustino Asprilla, Anthony de Avila

Trener: Francisco Maturana

Od początku do ataku ruszyli amerykanie. Już w 3. minucie ładne podanie w przysłowiową uliczkę otrzymał Earnie Stewart, wbiegł w pole karne z lewej strony i strzelił mocno, ale dość precyzyjnie. Kolumbijski bramkarz Oscar Cordoba końcami palców odbił piłkę na boczną siatkę, co dało amerykanom rzut rożny.

W 6. minucie fenomenalną akcję przeprowadzają Kolumbijczycy. Na piątym metrze z lewej strony pola karnego znalazł się Hernan Gaviria, delikatnie wrzucił piłkę w centralną strefę przed bramką, a ta minęła wychodzącego z bramki, by skrócić kąt Tonyego Meole. Jej lot przeciął wracający Mike Sorber. Odbita od niego piłka trafiła w słupek, a następnie wpadła pod nogi stojącego trzy metry przed bramką Faustino Asprilli.

Ten bez zastanowienia uderzył sytuacyjnie. Futbolówkę właściwie na linii bramkowej ponownie zablokował Sorber, a następnie jeden z obrońców ostatecznie wybił ją poza pole karne.

13. minuta to ponowny atak Los Cafeteros. Z prawej strony na linii szesnastki trzech obrońców minął skrzydłowy Freddy Rincon. Nie podał do lepiej ustawionego Asprilli, tylko strzelił sam z lewej nogi w środek bramki. Meola najpierw sparował uderzenie, a później bez problemu chwycił piłkę.

Sześć minut później, 20 metrów przed bramką, po lewej stronie piłkę dostał niepilnowany Ernie Stewart. Zdecydował się na strzał spoza pola karnego, ale obrońcy zdążyli przysłonić mu światło bramki, w efekcie czego uderzenie było zbyt słabe i nie mogło zagrozić Cordobie.

Niedługo potem popis techniki użytkowej dał w środku pola Freddy Rincon, który to udaną przekładanką zabawił się z trzema amerykanami.

Kolejna sytuacja, to uderzenie z 13 metrów Rincona. Dobrze dysponowany tego dnia Kolumbijczyk, po dynamicznym uwolnieniu się od obrońców strzelił mocno prawą nogą, tuż nad ziemią, ale minimalnie obok lewego słupka bramki strzeżonej przez kapitana The Stars and Stripes (Gwiazdy i pasy).

Na strzał z dystansu zdecydował się również lewy obrońca Wilson Perez, piłka jednak poszybowała w ręce bramkarza amerykanów.

W 27. minucie Faustino Asprilla wrzucił futbolówkę z prawej strony boiska przed pole bramkowe. Wyskoczył do niej Anthony de Avila, ale ubiegł go będący na posterunku środkowy obrońca gospodarzy Alexi Lalas. Amerykański wieżowiec greckiego pochodzenia wybił piłkę głową daleko przed pole karne. Ta spadła pod nogi Carlosa Valderramy, który jednak dotknął ją ręką i sędzia przerwał akcję.

Minutę później amerykanie mieli rzut wolny na 40 metrze w środku pola. Do piłki wrzuconej w kierunku bramki strzeżonej przez Cordobę, doszedł drugi ze stoperów gospodarzy Marcelo Balboa, strzelając głową z 11 metrów nad poprzeczką.

Kontra Jankesów w 34. minucie. Po dalekim przerzucie z prawej strony piłkę na lewej stronie boiska otrzymał John Harkes. Na obieg, wzdłuż linii wychodził mu lewy obrońca Paul Caligiuri. Harkes zdecydował się jednak zejść lekko do środka i z około 25 metrów od bramki posłać niskie, penetrujące dośrodkowanie w pole karne do wchodzącego między dwóch obrońców Stewarta.

Środkowy obrońca Kolumbijczyków Andres Escobar wyciągnął się jak długi, by móc dosięgnąć to podanie i nie dopuścić by piłka trafiła do napastnika. Udało mu się przeciąć lot futbolówki, ale przy okazji zmylił własnego bramkarza, który śledząc ją – i nie spodziewając się interwencji Escobara – przesunął się kilka kroków w drugą stronę, odsłaniając światło bramki. Trącona czubkiem buta piłka wpadła do siatki.

Cordoba padł na murawę jak rażony piorunem. Escobar wciąż leżąc po swojej interwencji, z niedowierzania złapał się za głowę. Amerykanie, którzy właśnie wyszli na prowadzenie w tym meczu, tonęli w swoich objęciach. Publiczność szalała z radości.

Zarówno te prawie 94 tysiące kibiców na stadionie, sami piłkarze, jak również miliony widzów przed telewizorami na całym świecie nie zdawali sobie sprawy z tego, jaki ciężar gatunkowy – jak się miało później okazać – będzie miał ten gol. Nikt nie mógł wtedy przypuszczać jakie piętno odciśnie na historii mundialu 1994 r.

Kolejne minuty meczu, to duża nerwowość w szeregach Plantatorów kawy. W 38. minucie długie podanie po lewej stronie boiska dostał Eric Wynalda. Chcąc do niego dotrzeć, starł się w pojedynku biegowym z Luisem Herrerom. Naprzeciw nim, zupełnie niepotrzebnie z bramki poza szesnastkę wybiegł Cordoba.

Przy piłce był pierwszy, ale wybijając ją, trafił w zawodnika amerykańskiego, co pozwoliło mu kontynuować akcję. Na szczęście Herrera wyłuskał piłkę spod nóg tego drugiego i zażegnał niebezpieczeństwo, nie pozwalając mu pobiec z piłą w kierunku pustej bramki.

Chwilę później na strzał z dystansu zdecydował się Hernan Gaviria. Znów w środek bramki i znów pewnie chwycił Meola. Świetną okazję z drugiej strony miał też Wynalda, który wpadł w pole karne z lewej flanki i mimo ostrego kąta oraz asysty trzech obrońców uderzył w długi róg, a piłka trafiła w słupek.

Tuż przed przerwą Anthony de Avila będąc w lewym narożniku pola karnego zwodem na zamach położył na murawę Marcelo Balboe. Jednak, zamiast podawać do lepiej ustawionych kolegów zdecydował się na strzał z niełatwej pozycji. Meola ponownie był na posterunku.

Sędzia zakończył pierwszą połowę. USA – Kolumbia 1:0.

W przerwie trener Kolumbijczyków dokonał dwóch zmian. Niespodziewanie zdjął z boiska największą w tamtym czasie gwiazdę reprezentacji – Faustino Asprille. Zastapił go Ivan Valenciano. Drugi schodzący to Anthony de Avila, a w jego miejsce wszedł Adolfo Valencia.

Tym sposobem zostali zmienieni obaj napastnicy. Trener chciał poprawić skuteczność, która mimo stwarzanych sytuacji była tragiczna w pierwszej połowie. Doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że jego reprezentacja nie może tego meczu przegrać, by dalej liczyć się w grze o wyjście z grupy na tym mundialu.

Druga odsłona tego pojedynku znów zaczęła się od zdecydowanych ataków Jankesów. W 49. minucie futbolówka wybita przez obrońców trafiła na około 40 metrze do jednego z amerykanów. Ten zdecydował się na strzał mimo gąszczu zawodników obu ekip, wychodzących ze strefy obronnej.

Piłka najpierw odbiła się od któregoś z graczy Kolumbii, następnie przypadkowo od pięty Alexi Lalasa, znów zmieniając swój kierunek i lecąc w stronę pola karnego. Pierwszy w sytuacji zorientował się Tab Ramos. Ruszył do niej i bez przyjęcia, z linii szesnastki huknął na bramkę Cordoby. Ta odbiła się od poprzeczki i znalazła się w siatce. Jeszcze zanim tam trafiła, rozległ się gwizdek sędziego. Spalony.

Trzy minuty później nie było już żadnych wątpliwości. Ramos posłał świetne podanie z głębi pola do szukającego pozycji Earniego Stewarta. Piłka minęła Escobara, znów niepotrzebnie z bramki wyszedł Cordoba a spóźniony za Amerykaninem był drugi ze stoperów – Luis Carlos Perea. W efekcie czego dwaj ostatni przeszkodzili sobie wzajemnie w interwencji i Stewart uderzył kozłującą piłkę obok bramkarza, która ocierając jeszcze słupek, wylądowała w bramce. 2:0

W 57. minucie po lewej stronie boiska, na wysokości pola karnego sfaulowany został Thomas Dooley. Rzut wolny wykonał Balboa, na jedenastym metrze najwyżej w powietrze wyskoczył Lalas i potężnie uderzył futbolówkę głową w długi róg bramki. Tym razem kapitalnie zachował się kolumbijski bramkarz, ekspediując trudną do wybronienia piłkę na rzut rożny. Wyróżniający się burzą rudych loków stoper amerykański nie mógł w to uwierzyć.

Ted Ramos wbiegł w pole karne w 63. minucie, mijając zwodem dwóch obrońców. Oddał potężny strzał, lecz prosto w bramkarza. Chwilę później po drugiej stronie boiska obudził się wreszcie Carlos Valderrama, posyłając podanie w uliczkę do Rincona. Czujny Meola jednak zdążył przejąć piłkę.

Dośrodkowanie z rzutu rożnego w 73. minucie zakończyło się mocnym strzałem głową Hernana Gavirii. Tony Meola znów pokazał, że tego dnia był pewnym punktem swojej ekipy. Czas gry płynął nieubłaganie, a wraz z nim i trwającą nieskutecznością rosło napięcie w szeregach Kolumbijczyków.

Dziesięć minut przed końcem kibice mogli oglądać bodaj najciekawszy moment meczu, a na pewno najefektowniejszy. Precyzyjną centrę z kornera posłał Ramos. Niepilnowany na ósmym metrze Marcelo Balboa fenomenalnie uderzył nożycami. Piłkę trafił bardzo czysto, a zarazem piekielnie mocno, ta minimalnie minęła prawy słupek bramki Plantatorów kawy.

Gdyby to uderzenie znalazło drogę do siatki, mielibyśmy nie tylko nokaut, ale również kandydata na gola całego mundialu. Marcelo, którego ojciec – Luis Balboa – był niegdyś zawodowym piłkarzem argentyńskim, pokazał w tej sytuacji, że technikę użytkową na wysokim poziomie ma we krwi.

83. minuta, to kopia sytuacji sprzed dziesięciu minut dla reprezentacji Kolumbii. Rzut rożny, dośrodkowanie i strzał głową – tym razem Valderramy. Ponownie bramkarz Jankesów bez problemów interweniował.

Duży błąd amerykanów w 89. minucie. Próbujący wybijać futbolówkę na linii szesnastki Balboa, trafił w jednego ze swoich kolegów. Ta wróciła w pole karne wprost pod nogi będącego za plecami obrońców Ivana Valenciano. O spalonym nie mogło być mowy. Kolumbijczyk jednak – mając przed sobą tylko Meole – bardzo źle trafił w piłkę, nie stwarzając żadnego zagrożenia.

W 90. minucie gry, na jedenastym metrze, centralnie naprzeciw amerykańskiej bramki piłkę po długim podaniu od Carlosa Valderramy dostał Freddy Rincon. Zwodem przełożył ją sobie na swoją lepszą, lewą nogę, oszukując przy tym dwóch obrońców i oddał potężny strzał. Meola odbił piłkę, ale ta spadła na szósty metr wprost pod nogi Adolfo Valencii, który nie miał problemów z umieszczeniem jej w siatce.

Jak się okazało, był to gol na pocieszenie. Marne pocieszenie. Dwie minuty później sędzia zagwizdał po raz ostatni w tym meczu. Zawodnicy amerykańscy w euforii biegali wokół boiska i świętowali z kibicami. Prawie każdy z narodową flagą w rękach. To zwycięstwo praktycznie dawało im awans do następnej rundy.

Kolumbijczycy załamani schodzili z boiska. Wielu z nich płakało. Dla nich stało się najgorsze – faworyzowani przez wielu, po dwóch meczach żegnają się z turniejem.

USA – Kolumbia 2:1 (1:0)

Po meczu

W ostatniej kolejce grupowej The Stars and Stripes po dość wyrównanym meczu ulegli Rumunom 0:1. Jedynego gola meczu zdobył Dan Petrescu, który po podaniu Florina Raducioiu, strzałem w krótki róg bramki z ostrego kąta po prawej stronie pola karnego, zaskoczył Meole.

Kolumbia natomiast rozegrała dobre spotkanie, stwarzając dużo sytuacji podbramkowych i gładko pokonując Helwetów 2:0. Autorem pierwszego gola był Hernan Gaviria, który pod koniec pierwszej połowy wykorzystał dośrodkowanie Carlosa El Pibe Valderramy z rzutu wolnego. Drugiego strzelił rezerwowy Harold Lozano w ostatniej minucie meczu po dwójkowej akcji z Faustino Aprillą.

Ostatecznie Los Cafeteros zajęli czwarte miejsce w grupie A, odpadając z mistrzostw. Do dalszej fazy rozgrywek awansowały pozostałe trzy drużyny. Amerykanie zaś w 1/8 finału postawili się, ale ulegli Brazylii, która to dotarła do finału i sięgnęła po Puchar Świata.

Kraj ten produkuje piłkarzy dobrych technicznie, z wyobraźnią, ale ich pomysł na grę krótkimi podaniami nie został zrealizowany. Zabrakło przyspieszenia, a przede wszystkim – gry skrzydłami. W meczach przeciwko Rumunii i Stanom Zjednoczonym ataki Kolumbijczyków odbijały się od zgrupowanych na środku, bo nie zagrożonych ze skrzydeł obrońców. Każda piłka była rozgrywana przez poruszającego się jednym tempem Valderramę, który zaczyna się okazywać jednym z najbardziej niezrealizowanych piłkarzy. Stwarzano szanse, ale ich nie wykorzystywano, a ostatecznym grymasem ironii były błędy bramkarza Cordoby. Wybrany jako bezpieczna alternatywa wobec ekscentrycznego i mającego wiele wad Higuity, stał się winny drugiej i trzeciej bramki dla Rumunów. Można sobie wyobrazić rozczarowanie w Kolumbii – pisał Tony Mason

Wydarzenia w Kolumbii

Po powrocie do kraju wszystkim piłkarzom drużyny narodowej przydzielono ochronę i dla bezpieczeństwa zakazano wychodzić z domów. Jednak po kilku dniach Andres Escobar, który zawsze żył w zgodzie ze swoimi fanami postanowił wyjść z kolegami do restauracji, odstresować się i spotkać się wreszcie z ludźmi.

W sobotę 2 lipca, na parkingu restauracji Estadero El Indio na przedmieściach Medellin, tuż po jej opuszczeniu został werbalnie zaatakowany przez dwóch mężczyzn – braci Pedro Davida i Juana Santiago Gallona Henao. Znani byli oni w mieście ze swojej paramilitarnej i narkotykowej działalności. Obrażali go, wypominali „samobója”. Andres prosił ich o zachowanie spokoju i szacunek dla jego osoby. Oni nadal się awanturowali.

Chwilę później obserwujący całe zajście Humberto Munoz Castro, ochroniarz i kierowca braci, który czekał na nich w swoim samochodzie, wysiadł z pojazdu, wyciągnął rewolwer i oddał sześć strzałów w plecy Escobara. Świadkowie zawieźli go do szpitala. Niedługo potem zmarł.

Sprawcę morderstwa, jak również jego pracodawców aresztowano. Ci drudzy nie zostali nigdy postawieni przed sądem. Przekupiony prokurator nie dopuścił do tego, a morderca Humberto Castro został skazany jedynie na 43 lata więzienia, mimo że w tamtym czasie obowiązywała w Kolumbii kara śmierci.

Wyrok ten później – wraz z wejściem w życie nowego kolumbijskiego kodeksu karnego w 2001 r. – został skrócony do 23 lat. Ostatecznie sprawca opuścił jednak więzienie po 11 latach, co bardzo oburzyło opinię publiczną.

Oczywiście początkowo pojawiło się wiele spekulacji dotyczących motywu zbrodni. Jednak nie da się ukryć, że te najbardziej oczywiste przeplatały się ze sobą, były powiązane.

Andres zginął, bo padł ofiarą rozgniewanych członków kartelu, którzy nie mogli pogodzić się ze stratą ogromnych pieniędzy postawionych na zwycięstwo drużyny narodowej ze Stanami Zjednoczonymi. Zginął, bo był jednym z filarów tej reprezentacji. Zginął, bo sam w sposób bezpośredni przyczynił się do tej porażki, posyłając piłkę do własnej bramki.

I, mimo że do tej tragedii doszło już po powrocie piłkarzy do ojczyzny, jest ona ściśle powiązana z ich występem w Mistrzostwach Świata. Co za tym idzie los Andresa Escobara stał się czarną kartą w historii nie tylko samych Mundiali, ale piłki nożnej w ogóle.

Andres był spokojnym i ułożonym człowiekiem, intelektualistą. Przede wszystkim był powszechnie szanowany, zarówno przez rywali z boiska, jak i poza nim. Nazywano go nawet El Caballero del Futbol (Dżentelmen Futbolu). Całą swoją karierę grał z numerem 2, przez co pośmiertnie dorobił się kolejnego przydomka El Inmortal #2 (Nieśmiertelny #2)

Dla piłki zrezygnował ze studiów na uniwersytecie. Miał nawet swoją rubrykę w „El Tiempo” – największej ogólnokrajowej gazecie codziennej w Kolumbii – do której regularnie pisał felietony, nie tylko o futbolu.

Był zaręczony z dentystką Pamelą Cascardo, z którą planowali się pobrać. Po mundialu miał wyjechać do Europy. W swoich szeregach widział go wielki AC Milan, który dopiero co wygrał Ligę Mistrzów UEFA.

W jego pogrzebie, który odbył się 4 lipca na cmentarzu Campos de Paz w Medellin, wzięło udział około 120 tysięcy osób, w tym ówczesny prezydent Kolumbii Cesar Gaviria Trujillo. Jego koledzy z reprezentacji pojawili się na nim pod dużą eskortą służb mundurowych.

Na jego pogrzeb przyszło wiele tysięcy ludzi, łącznie z prezydentem Cesarem Gavirią. »El Tiempo« nazwało to morderstwo »samobójczym golem przeciwko całemu krajowi«. W ostatnim, jak się okazało, akrtykule napisanym dla tej gazety Andres Escobar prosił czytelników, by nie pozwolili, aby »ta porażka wpłynęła na nasz szacunek dla tego sportu i tej drużyny. Do zobaczenia, bo życie toczy się dalej«. Ale dla dwudziestosiedmioletniego Andresa Escobara przestało się toczyć. Jego pierwszy w życiu gol samobójczy okazał się ostatnim – pisał dalej Tony Mason

Epilog

Piłka nożna, to pasja dla wielu ludzi. Piłka nożna, to także historia i emocje, ale również rozczarowania, porażki i niestety dramaty. Tak jak po zakończonym niedawno Euro 2020, już zawsze wspominać będziemy wstrząsająco wyglądającą, ale szczęśliwie zakończoną reanimację Christiana Eriksena na murawie stadionu Parken w Kopenhadze, podobnie nierozłączną historią związaną z Mundialem w USA jest i będzie tragiczna śmierć Andresa Escobara.

W tym przypadku określenie „bramka samobójcza” nabrało zupełnie innego wymiaru. Gol, jakich pada wiele na piłkarskich stadionach, okazał się morderczy w skutkach dla tego wspaniałego kolumbijskiego zawodnika.

WOJCIECH ŚLUSARCZYK

Źródła
  • Książka: Tony Mason – „Pasja milionów. Piłka nożna w Ameryce Południowej”
  • https://rfbl.pl/youtube-kolumbia-escobarow/
  • https://www.transfermarkt.pl/spielbericht/index/spielbericht/936051