„Idziemy wolnym krokiem w stronę trolejbusu i zaczynamy rozmowę o… teatrze. Wyszukujemy w pamięci nazwiska aktorów, którzy byli piłkarzami i zastanawiamy się, czy któryś z nich awansował aż do drużyny ligowej” – w ten oto sposób redaktor „Przeglądu Sportowego” opisywał swoją rozmowę z Marianem Łączem, którą odbył podczas wspólnej przechadzki ulicami Warszawy początkiem marca 1950 roku. Nazwisko Łącza pojawiające się w tym kontekście nie jest oczywiście przypadkowe, ponieważ we wspomnianym okresie próbował on pogodzić robienie kariery aktorskiej z karierą piłkarską.
Niejednokrotnie „podwójne życie” Mariana Łącza wymagało sporych poświęceń. Kiedy latem 1949 roku wszyscy zawodnicy ŁKS-u udawali się na trzytygodniowe wczasy do Kudowy, Łącz zrezygnował z tego luksusu ze względu na małą rolę w teatrze. Ponadto jeszcze w tym samym roku musiał odpuścić sobie przyjazd do Krakowa na zgrupowanie reprezentacji Polski przed meczem z Rumunią, ponieważ „nie mógł otrzymać zwolnienia z pracy”. Brak udziału w przedmeczowym zgrupowaniu nie przeszkodził mu jednak w rozegraniu dobrego meczu, o czym świadczy uznanie Łącza przez rumuńską prasę za jednego z najlepszych polskich zawodników.
Niedługo później „Przegląd Sportowy” odnotował wprawdzie przypadek tenisisty Andrása Ádám-Stolpy, który będąc „najsłynniejszą rakietą Węgier”, występował jednocześnie na deskach teatru, jednak piłkarza wciąż tutaj próżno szukać. To zdaje się doskonale odzwierciedlać wyjątkowość Mariana Łącza nie tylko w skali ogólnopolskiej, ale także w skali światowej.
O tym wyjątkowym człowieku porozmawiałem z Laurą Łącz, córką bohatera niniejszego artykułu. Pani Laura jest znaną aktorką, która przez wiele lat występowała na deskach Teatru Polskiego w Warszawie. Widzowie mogą ją kojarzyć z wielu charakterystycznych ról w kultowych polskich filmach i serialach, tj. „Dłużnicy śmierci”, „Filip z konopi”, „Kamienne Tablice”, „Białe tango”, „07 Zgłoś się”, „Ojciec Mateusz” czy „Klan”. Jak dowiedzą się Państwo z wywiadu, Laura Łącz odziedziczyła po ojcu nie tylko talent sceniczny, ale również zamiłowanie do sportu.
Rafał Urbaczka: Ilu wywiadów o swoim ojcu Pani już udzieliła?
Laura Łącz: Różne czasopisma i portale internetowe niejednokrotnie zwracają się do mnie, aby wspomnieć mojego ojca. Jest to dla mnie bardzo miłe, ponieważ chciałabym, żeby ludzie o nim pamiętali. To jest naprawdę ewenement w skali światowej, że tej klasy sportowiec został zawodowym aktorem Teatru Polskiego w Warszawie (wówczas niewątpliwie najlepszego teatru w Polsce). Mój ojciec, znany i lubiany piłkarz, nagle został zawodowym aktorem, który po ukończeniu studiów aktorskich w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej został zaangażowany do warszawskiego Teatru Polskiego przez wielkiego Leona Schillera (ówczesnego rektora szkoły teatralnej i dyrektora teatru polskiego). Ojciec grał w tym teatrze przez całe życie. Latem podczas przerw od występów teatralnych grywał w różnych filmach (np. wojennych). Tak więc warto pamiętać taką postać i cieszę się, że o nim rozmawiamy.
RU: Czy ojciec opowiadał Pani kiedyś, dlaczego piłka nożna stała się jego sportowym wyborem?
LŁ: Ojciec miał talent do różnych dyscyplin sportu. Wybrał ostatecznie piłkę nożną, sport uwielbiany przez większość chłopaków. Był jednak wszechstronnie uzdolniony. W naszym domu zawsze można było podziwiać wiele zdobytych przez niego pucharów z zawodów biegowych (biegi przełajowe, biegi na czas czy bieg przez płotki). Poza tym świetnie jeździł na nartach i pięknie skakał do wody. Mój ojciec miał po prostu talent i zamiłowanie do aktywności sportowej. To było zainteresowanie rodzinne. Dość wspomnieć, że jego rodzony brat, Tadeusz, był członkiem polskiej kadry w gimnastyce akrobatycznej i robił „piramidy”.
RU: Kiedy Pani mama, Halina Dunajska, poznawała Mariana Łącza, wiedziała w ogóle, że jest piłkarzem?
LŁ: Tak. Wiedziała o tym dobrze, ponieważ ojciec zaczął grać w piłkę w młodym wieku, a z mamą poznał się w szkole teatralnej. Oboje byli studentami szkoły teatralnej – najpierw w Łodzi, a później w Warszawie. To był ten jedyny rok, kiedy łódzka filmówka połączyła się z warszawską. Wszyscy wówczas mówili, że „zelwerczycy” (uczniowie Aleksandra Zelwerowicza) połączyli się z „schillerowcami” (uczniami Leona Schillera). Cały ten podwójny rok skończył Szkołę Teatralną w Warszawie. Później wspomniany przeze mnie Leon Schiller zaangażował moich rodziców do stołecznego Teatru Polskiego, gdzie pracowali razem aż do emerytury.
Moja mama przez długie lata w ogóle nie odpowiadała na zaloty ojca. Był wprawdzie bardzo zdrowym i witalnym mężczyzną, jednakże mojej mamie podobali się raczej inni mężczyźni. To się zmieniło, kiedy wraz ze swoją siostrą poszła na mecz Polonii Warszawa i zobaczyła, jakim uwielbieniem publiczność darzy mojego ojca. Kibice wciąż skandowali „Makuś, Makuś” i znosili go na rękach z boiska. Ojciec był mistrzem hat-tricków, więc nierzadko na oczach mamy strzelał po 3 bramki „z podskokiem”. Ostatecznie zdobył jej serce, a moi rodzice od pierwszej chwili stali się znakomitym i zgodnym małżeństwem, chociaż mieli zupełnie odmienne charaktery.
RU: Większą rozpoznawalność na przełomie lat 40. i 50. zapewniała Pani ojcu gra aktorska czy gra piłkarska?
LŁ: W tamtych latach na pewno gra piłkarska. Był wówczas bardzo znanym piłkarzem. Mam jeszcze dużo różnych wycinków prasowych z czasów, kiedy grał w piłkę. Mama nazbierała tego naprawdę sporo, ponieważ ciągle o nim pisano zarówno w prasie sportowej, jak i innych gazetach. Potem gdy został aktorem, ludzie oczywiście również ten fakt odnotowali i zauważyli. Tym bardziej że zaczął bardzo często grywać w filmach wojennych typu: „Zwycięstwo”, „Kierunek Berlin”, „Barwy walki”, „Ostatnie dni” czy „Skąpani w ogniu”. Tematyka militarystyczna była wówczas bardzo modna. Filmy te nakręcano głównie na poligonach w Drawsku Pomorskim, dlatego ojciec całe wakacje spędzał w okopach, z ekipą filmową. Pamiętam z dzieciństwa, gdy z całą klasą chodziłam do kina na takie filmy, bo były „poprawne politycznie”. Było mi bardzo miło, kiedy na ogromnym banerze, na budynku kina wisiał portret mojego ojca w hełmie czy czapce żołnierskiej.
„Kierownikiem ataku po przerwie mianowany został Łącz. Kolejarz (czyli Polonia Warszawa – przyp. RU) już przed meczem przewidywał słusznie, że wystąpi w meczu z Węgrami nie tylko jako rezerwowy. Musimy przyznać, że jego gra wniosła do akcji naszej ofensywy pewną myśl. Łącz, dzięki warunkom fizycznym, walczył o górne piłki dobrze, rozdzielał podania przytomnie, z jego właśnie inicjatywy padła po przerwie druga bramka dla Polski, zdobyta przez Cieślika” – „Przegląd Sportowy” o występie Mariana Łącza w meczu Polska-Węgry z 4 czerwca 1950 roku (porażka 2:5).
RU: Marian Łącz rozegrał 3 mecze w reprezentacji Polski…
LŁ: Muszę tutaj wyraźnie podkreślić, że zagrałby z pewnością więcej tych meczów, jednak na przełomie lat 40. i 50. niewiele ich się w ogóle odbyło (np. w 1951 roku reprezentacja Polski rozegrała zaledwie 1 oficjalne spotkanie – przyp. RU).
RU: Czy myśli Pani, że popularność sportowa i gra w reprezentacji Polski zwiększały jego notowania u reżyserów? Przypuszczam, że poprzez obsadzenie takiej postaci w spektaklu można było przyciągnąć większą widownię do teatru bądź kina…
LŁ: Z całą pewnością tak było. Ojciec zakończył karierę sportową, dopiero kiedy dyrektor teatru wezwał go do siebie i dał mu ultimatum: „Panie Łącz: albo piłka, albo teatr”. Oczywiście ojciec miał już wtedy swoje lata i zdecydował się na karierę teatralną. Chyba po roku pracy został zaproszony gościnnie (można w sumie powiedzieć, że został wypożyczony, tak jak bywał wypożyczany do innych drużyn piłkarskich) do bardzo popularnego wówczas Teatru Syrena. Ojciec wziął wtedy tylko taki urlop w Teatrze Polskim, aby po roku do niego wrócić. Podczas występów w Teatrze Syrena zagrał 2 główne role. W spektaklu „Hrabina z importu”, gdzie na wspomnianej zasadzie partnerował Hance Bielickiej, która również przeżywała wówczas szczyt swojej popularności, wystąpił wyłącznie dlatego, że jego nazwisko przyciągało widzów. Kibiców oczywiście też, bo chcieli zobaczyć w teatrze, jak piłkarz gra. Spektakl ten cieszył się dużą popularnością.
Ojciec okazał się zresztą utalentowanym aktorem, o czym świadczy fakt, że w ogóle zdał do Szkoły Teatralnej. Co ciekawe, do egzaminu wstępnego przygotowywał go Kazimierz Dejmek, późniejszy znany reżyser. Niektórzy mówią o nim, że to właśnie następca Leona Schillera. Jednocześnie mój ojciec i Kazimierz Dejmek przyjaźnili się, a moja mama w młodości przyjaźniła się z jego żoną, Ireną Remiszewską. Dejmek przygotował więc mojego ojca do egzaminu i uważał go za bardzo utalentowanego aktora.
RU: Jako reprezentant Polski Pani ojciec miał okazję pojechać za granicę: do Rumunii. Wspominał Pani może coś więcej o tej zagranicznej eskapadzie? W okresie stalinizmu każdy wyjazd zagraniczny był wielkim wydarzeniem…
LŁ: Na pewno każdy wyjazd zagraniczny był wtedy dużym wydarzeniem, dlatego wspomniałam, że tych meczów międzynarodowych, w których grała reprezentacja Polski, było stosunkowo niewiele. Oczywiście mnie jeszcze wtedy na świecie nie było, więc ojciec nie opowiadał mi o tym tak wnikliwie. Powiem jednak jako ciekawostkę, że w tym roku, kiedy ja się urodziłam, Teatr Polski był w Moskwie z występami gościnnymi. Ojciec tam właśnie dowiedział się o moich narodzinach. Nie było go w tym czasie w ogóle w Polsce. Wtedy mieszkaliśmy na warszawskim Starym Mieście, więc moja mama poszła na piechotę do szpitala położniczego na ulicy Karowej (słynnego szpitala warszawskiego) i na piechotę ze mną, czyli noworodkiem, wróciła. W stronę szpitala nie było bowiem żadnego miejskiego dojazdu. Co gorsza, trzeba było iść pod górę. Niemniej jednak wszyscy koledzy postarali się o to, by mój ojciec został w Moskwie zawiadomiony, że urodziła mu się córka. Cały Teatr Polski wspominał to przez wiele lat, bo ojciec oczywiście urządził wielką imprezę. Kupił mi sanki, które do dziś ma mój syn. Pamiętam, że te sanki były takie bardzo „bajeranckie”, z podnoszonym, wielopoziomowym siedzeniem. Wracając jednak do wizyty mojego ojca w ZSRR, to było ogromne wydarzenie, że Teatr Polski wyjechał do Moskwy.
Jego występy piłkarskie oczywiście były w domu często wspominane. Ojciec później grał w drużynach old-bojów, chociażby na meczach Aktorzy-Dziennikarze, gdzie zawsze był kapitanem Aktorów. Warto podkreślić, że w swoich wywiadach też go często wspomina znakomity aktor, Jan Englert, który potem, jako młodszy wiekiem aktor, przejął po nim pałeczkę i pełnił funkcję kapitana Aktorów w tych meczach.
RU: We wspomnianej drużynie Marian Łącz grał m.in. wraz z Mieczysławem Czechowiczem, Bohdanem Łazuką, Tadeuszem Łomnickim, Stanisławem Mikulskim. Z którymś z tych aktorów utrzymywał szczególnie dobry kontakt?
LŁ: Ojciec był człowiekiem bardzo wesołym, towarzyskim. Nigdy w życiu nie widziałam go w złym humorze. Zawsze budził się i zasypiał uśmiechnięty. Miał ogromne poczucie humoru – wszyscy to wiedzą. Odnosząc się konkretnie do Pana pytania, muszę tu poruszyć 2 wątki. Mieszkaliśmy wtedy na Starym Mieście, a ojciec grał w popularnym teatrze i był towarzyski, więc miał wielu przyjaciół. I te wszystkie nazwiska, które Pan wymienił, to byli znakomici aktorzy, ale również jego bliscy koledzy, którzy ciągle gościli w naszym domu. Ojciec często utrzymywał z nimi bliski kontakt. Z tym że ci znakomici koledzy nie byli piłkarzami, a bywali zapraszani na mecze na takiej samej zasadzie, jak dzisiaj np. pan Mroczek, żeby hobbystycznie zagrać sobie na boisku.
Bardzo lubię taką okładkę czasopisma „Sportowiec”, którą mam w domu. Tam widać ojca, który umorusany, cały w błocie idzie po meczu wraz z całą drużyną. To był po prostu piłkarz, a nie aktor, który zgłosił się na mecz charytatywny np. TVN kontra Polsat. To, że grał kiedyś z tymi kolegami na takim wydarzeniu, jest w ogóle inną historią. On był po prostu zawodowym piłkarzem, a potem zawodowym aktorem i to jest niezwykłe. A to, że pan Czechowicz czy pan Łomnicki kiedyś zagrali w piłkę… Równie dobrze dzisiaj może się zgłosić jakiś w miarę sprawny młody aktor i 15 minut „polatać” po boisku, a potem najlepiej zemdleć (śmiech).
RU: Mariana Łącza kojarzymy nieodłącznie z Polonią Warszawa. Tak się jednak zastanawiam, czy wiadomo może Pani coś na ten temat, aby Legia Warszawa o niego zabiegała?
LŁ: Wtedy był pewien podział, który istnieje do dziś. Wiadomo, że Polonia straciła opiekę finansową i Legia jest wyżej notowana, to jasne. Niemniej jednak, jak Pan pewnie wie, kiedy mój ojciec tam grał, Polonia zdobyła Puchar Polski. Kilka lat wcześniej zdobyła tytuł mistrza kraju. To nie była wtedy gorsza drużyna! Należy pamiętać, że to już był jednak schyłek jego kariery, miał wtedy ponad 30 lat, więc nie sądzę, żeby zabiegał o transfer do Legii… Tym bardziej że wówczas był także studentem szkoły teatralnej, a potem już w ogóle aktorem zawodowym. Mimo wszystko nie wiem, czy coś takiego miało miejsce. Oczywiście Polonia grywała prestiżowe mecze z Legią, ale to wszystko działo się, zanim ja się urodziłam. Już to, że tyle o nim pamiętam i my w ogóle o nim rozmawiamy, świadczy najlepiej o tym, jak ciekawym i charyzmatycznym był człowiekiem. Do dziś wszyscy wspominają, jaki to „Makuś” był wesoły, sprawny; jak wspaniale jeździł na motocyklu; jakim był świetnym kierowcą samochodu, itd.
RU: Jeszcze, kiedy Pani ojciec mieszkał w Rzeszowie, był nazywany „Makusiem”. Skąd się wziął ten pseudonim?
LŁ: Pseudonim wziął się oczywiście od imienia Marian. To jednak tak bardzo do niego przylgnęło, że któraś drużyna, w której grał (niestety nie pamiętam która) była nazywana „Makusiami” od jego imienia. Może dlatego, że on był takim pogodnym, wesołym kolegą? Niestety lubił się zabawić, lubił pić, lubił zapalić papierosa, co w dzisiejszych czasach jest bardzo negatywną sprawą. Być może to spowodowało, że przedwcześnie zmarł (Marian Łącz zmarł 2 sierpnia 1984 roku w wieku 62 lat – przyp. RU).
RU: Czy pani Ojciec znał się z Kazimierzem Górskim? Wiekowo byli podobni i mieszkali w tym samym czasie w Warszawie. Grali nawet przeciwko sobie w finale Pucharu Polski z 1952 roku…
LŁ: Tak, właśnie. Pamiętam, że o tym też wspominał. Niestety jednak zmarł młodo. Jeszcze nie miałam nawet dzieci, jak ojciec umarł. No, wnuków nie doczekał… Gdyby umarł 5 czy 10 lat temu, z pewnością odbyłabym z nim o wiele więcej rozmów i pokazałby mi o wiele więcej zdjęć. Wtedy ja sama wychodziłam za mąż, miałam w głowie swoją karierę i swoją miłość. Nie rozmawiałam tyle z ojcem, nie słuchałam raczej przy kominku jego wspomnień z młodości, chociaż dziś na pewno by tak było.
RU: A podkochiwała się Pani w jakimś piłkarzu?
LŁ: A tak, we Włodzimierzu Lubańskim. Tak, jak dziewczyny miały w swoich pokojach zdjęcia Andrzeja Łapickiego, Stanisława Mikulskiego czy innych wspaniałych kolegów, tak ja zdecydowanie wolałam Włodzimierza Lubańskiego. Pamiętam jeden taki wywiad, którego on kiedyś udzielił. Był zatytułowany „Kocham piłkę”. Wycięłam sobie ten wywiad z gazety i powiesiłam na drzwiach w moim pokoju. Widzę, że do dziś pan Włodzimierz jest przystojnym mężczyzną, w dobrej formie, co bardzo mnie cieszy.
RU: Bardzo inteligentnie też się wypowiadał.
LŁ: Tak. Bo to był właśnie dobry, inteligentny piłkarz. W ogóle kiedyś bardzo interesowałam się Górnikiem Zabrze, ponieważ byli tam fajni piłkarze, którzy w tym czasie świetnie grali.
RU: Mariana Łącza i Kazimierza Górskiego łączyła jeszcze jedna rzecz: obaj pochodzili ze wschodniej części Galicji, gdzie najważniejszym ośrodkiem był Lwów. Czy ta kultura Kresów Wschodnich rezonowała na Pani ojca?
LŁ: Bardzo możliwe. Ojciec pochodził z Rzeszowa, miał tam kilka kamienic i należał do takiej typowej zamożnej rodziny kamieniczników. W Rzeszowie zaczynał grać w piłkę i do Rzeszowa po wojnie wrócił. Co ważne, w jednej ławce siedział z Józefem Szajną, naszym wybitnym dyrektorem teatru i reżyserem. Przyjaźnił się w młodości ze wspomnianym Kazimierzem Dejmkiem, Adamem Hanuszkiewiczem czy Igorem Machowskim. To byli aktorzy, z którymi przyjaźnił się po wojnie, ale już przed wojną dobrze ich znał. Wszyscy byli w podobnym wieku, mieszkali i chodzili do szkoły w Rzeszowie.
Ja uważam, że ludzie z tego miasta i tego okręgu są wspaniałymi, pozytywnymi ludźmi. Kiedy mój mąż, Krzysztof Chamiec, obchodził 50-lecie swojej pracy zawodowej, Ministerstwo Kultury i Sztuki pozwoliło mu wybrać sobie rolę, spektakl, miasto, teatr, gdzie chciałby obchodzić swój jubileusz. On wybrał słynny rzeszowski teatr im. Siemaszkowej i w Rzeszowie zagrał wojewodę w „Mazepie” Słowackiego. Tam jeździł na próby i zagrał w spektaklu, a premiera ta okazała się wielkim sukcesem. Rzeczywiście mówił mi, że tam mieszkają jacyś inni ludzie: wspaniali, ciepli, życzliwi, serdeczni. Był zachwycony tym środowiskiem teatralnym i w ogóle ludźmi w tym mieście. Również mój ojciec opowiadał bardzo miłe rzeczy o swoim dzieciństwie spędzonym w Rzeszowie i okolicach.
RU: Czy Pani Ojciec miał jakieś arystokratyczne korzenie?
LŁ: Nie. To była typowo mieszczańska rodzina. Jeszcze tylko wspomnę, że wieloletni prezydent Rzeszowa, Tadeusz Ferenc, zaproponował już wiele lat temu nadanie którejś ulicy im. Mariana Łącza. W tym celu zaprosił mnie nawet na rozmowę. Regularnie jeżdżę na koncerty z Wielką Orkiestrą Impressione pani Mileny Lange i odbywają się np. na rynku w Rzeszowie. Zwykle bywa na nich obecny prezydent Rzeszowa, Konrad Fijołek. On też mówił, że pamięta o Marianie Łączu. Obecnie jest tam budowany nowy stadion, są remontowane ulice i po dłuższym czasie oczekiwania wreszcie pojawi się ulica im. Mariana Łącza. Ja nie wnikam, jaka to będzie ulica. Niech będzie jakakolwiek. To bardzo miłe, że mimo upływu lat ta inicjatywa jest nadal podtrzymywana.
RU: Czy ojciec wspominał może Pani czasy II wojny światowej, kiedy uczestniczył w tajnych meczach piłkarskich na Rzeszowszczyźnie?
LŁ: Na ten temat nie mam stosownej wiedzy, żebym mogła się tu mądrzyć i opowiadać jakieś nieprawdziwe historie. Wiem, że był represjonowany w czasie wojny, ale na czym to konkretnie polegało, nie będę opowiadać, bo tego nie wiem.
RU: Wspomniała już wcześniej Pani o „Makusiu”. To jest najbardziej znany pseudonim Mariana Łącza, natomiast czy kojarzy Pani jeszcze jakieś inne jego pseudonimy? Pytam, bo dokopałem się informacji, że w Gdańsku dorobił się ksywy „Katolik”.
LŁ: Nie, pierwszy raz o tym słyszę (śmiech).
RU: Podobno wynikało to z tego, że kiedy nie dostał piłki w sytuacji podbramkowej, klękał i wypominał kolegom, czemu mu nie podali piłki…
LŁ: Może to się zdarzyło raz czy dwa, ale na pewno nie była to jakaś nagminna sytuacja. W Gdańsku nie spędził dużo czasu, więc ja zwykle o tym okresie nie wspominam. Niemniej jednak wiele osób z różnych regionów kraju wciąż pamięta o moim ojcu. Ja teraz, jako aktorka, odbywam wiele swoich występów, w tym recitale piosenki literackiej. To jest moje główne zajęcie, gdyż specjalizuję się w interpretacji polskiej poezji. Jako pisarka miewam także liczne spotkania autorskie i chociaż mówię na nich o moich książkach i czasem w ogóle nie wspominam o ojcu, to zawsze ktoś z sali zagai: „Aaaa, pamiętam, to wspaniały był piłkarz”!
Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy aktorzy pamiętani są z tych ról w filmach i serialach, które są często powtarzane w telewizji. Ojciec grał dużo różnych ról zarówno w teatrze, jak i filmie czy kabarecie. Tak więc ta estrada, którą ja uprawiam, na pewno jest po ojcu, ponieważ on ogromnie dużo grał na scenie. Świetnie tańczył, świetnie śpiewał. Miał piosenki i monologi, które specjalnie dla niego pisali uznani autorzy, np. Ludwik Jerzy Kern. Mam te teksty, leżą one do dziś w szufladzie, w moim domu. Niemniej jednak to nie deski teatru, a szklany ekran zapisał mojego ojca w pamięci widzów. Kiedyś dotyczyło to filmów wojennych, a obecnie każdy mówi: „Ooo, to ten zbójnik w żółtym kubraku z Janosika!” – co jest następstwem częstych powtórek tego serialu. Mój ojciec miał wprawdzie inne role, lepsze i większe, ale kompletnie nikt ich nie pamięta.
Co do mnie, w telewizji często powtarzają odcinki „07 Zgłoś się” z moim udziałem. Zagrałam w „07 Zgłoś się” w 2 różnych odcinkach, co rzadko się zdarzało. Wśród nich jest odcinek „Hieny”, który zarówno przez internautów, jak i reżysera, uważany był za najlepszy. W ostatnim odcinku tego serialu pt. „Przerwany urlop” reżyser zaprosił mnie już do zagrania zupełnie innej roli. Muszę powiedzieć, że wciąż jest ogromna rzesza fanów „07 Zgłoś się”. Już parokrotnie organizowano w Augustowie zlot fanów tego serialu, gdzie zgłosiło się około 70 tysięcy ludzi. Ja sama byłam tam zaproszona i miło przyjęta.
Wracając do mojego ojca – cieszę się, że możemy go wspominać w innym kontekście, niż tylko aktora, znanego z powtórek filmowych.
RU: Czy Pani Ojciec miał w sobie cechy lidera, które sprawiały, że pociągał za sobą tłumy?
LŁ: Zdecydowanie tak i to bardzo miło wspomina Jan Englert, wielki reżyser, dyrektor Teatru Narodowego i rektor Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Zawsze podkreśla w wywiadach, jak ojciec kierował i dyrygował wszystkimi na boisku, także później, kiedy był kapitanem drużyny aktorskiej old-bojów. Podobno bardzo się denerwował, jak ktoś mu nie podał piłki. Z czego to wynikało? Zapewne z tego, że był bramkostrzelnym zawodnikiem. Jak to mówią: miał lewą nogę, prawą nogę, główkę i kiwkę. Tak więc był wszechstronnie uzdolniony, jednak grał przeważnie na środku ataku. No i musiał wtedy być sfrustrowany, że mu kolega nie podał, bo przez to nie było bramki, prawda? Ta złość jest chyba naturalną cechą u napastników, wystarczy spojrzeć na Ronaldo czy Lewandowskiego. (śmiech).
„Łącz ma doskonałe warunki fizyczne, zaskakujący, ostry strzał, umie w potrzebie cofnąć się do tyłu, gdzie nie ustępuje pracowitością najbardziej renomowanym «mrówkom»” – „Sport” 1949, nr 37.
RU: Marian Łącz opowiadał Pani pewnie wiele anegdot z boiska. Ma Pani jakąś swoją ulubioną?
LŁ: Taką powtarzaną często anegdotą jest ta, że w przerwie meczu żegnany brawami, a nie gwizdami, Łącz schodził z boiska. Publiczność wiedziała jednak, że trener nie zdejmował go, ponieważ źle grał, tylko dlatego, że musi jechać na spektakl do teatru. Krąży też taka anegdota, którą uważam akurat za nieprawdziwą, że kiedy przyjechał pewnego razu do teatru spóźniony, wszedł na scenę w korkach, bo zapomniał zmienić buty. Innym razem, gdy przyjechał w ostatniej chwili, dyrektor wezwał go do siebie i powiedział: „Panie Łącz: albo piłka, albo teatr”. I wtedy od razu podjął ostateczną decyzję. Tak że było dużo takich przygód. Wiem, że nawet później, gdy grał w piłkę, niesamowicie się starał, ponieważ była to jego wielka pasja. Pamiętam do dziś, jak po tych meczach old-bojów przychodził do domu i miał całe nogi podrapane, posiniaczone. Teraz są jakieś zabezpieczenia itp., ale wtedy piłkarze grali tylko w skarpetach do kolan.
RU: Tę anegdotę o korkach wspominał nawet w swojej biografii Michał Listkiewicz.
LŁ: Tak, Michał Listkiewicz bardzo często mówił o moim ojcu, że to był ktoś, kto zaraził go tą pasją. Kiedyś mieli dobry kontakt.
RU: Czy po zakończeniu kariery Pani ojciec wciąż chadzał na mecze Polonii Warszawa?
LŁ: Tak, chodził. Pamiętam, że i mnie brał ze sobą jako dziecko. I pamiętam tych starszych wiekiem kibiców – takich, którzy naprawdę kochali tę drużynę. Jeden z nich siedział kiedyś na ławce przede mną i mówił z przejęciem do drugiego: „Patrz Pan, z nóżki do nóżki, z nóżki do nóżki, z nóżki do nóżki”. Ta stara gwardia to byli naprawdę wierni kibice. Kiedy ja byłam dzieckiem i ojciec brał mnie ze sobą na te mecze, lubiłam to. Potem trenowałam tam lekkoatletykę. Chodziłam na basen na Konwiktorską, bo mieszkaliśmy nieopodal na Starym Mieście, więc było całkiem blisko. Chodziłam tam także zimą na lodowisko. Dobrze biegałam, dobrze skakałam wzwyż. Jako młodziutka lekkoatletka zupełnie dobrze sobie radziłam, chociaż kompletnie amatorsko. Nie pasjonowało mnie to bardzo i przestałam trenować. Jak jednak pamiętam, mój ojciec zawsze interesował się Polonią, tak jak ja nadal interesuję się również rzeszowskimi drużynami i ŁKS-em.
RU: Ale z „Czarnymi Koszulami” też Pani dalej sympatyzuje?
LŁ: Tak, z Polonią Warszawa, jak najbardziej. Ja jestem kibicem zarówno Polonii Warszawa, jak i ŁKS-u. Bardzo wzruszające i ważne było dla mnie, kiedy na pogrzeb ojca przyjechała do Warszawy wielka delegacja ŁKS-u ze sztandarem i chorągwiami. Była ona w kościele i przy grobie. Pogrzeb odbył się na początku sierpnia 1984 roku, kiedy panował straszny upał, a ojciec umarł nagle.
Na Polonię Warszawa oczywiście mnie zapraszano. Przez wiele lat byłam tam gościem, chociażby na wigilijnych spotkaniach. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy pracował tam Radek Majdan.
RU: Wspomniany Radosław Majdan był nawet bramkarzem Polonii Warszawa. Marian Łącz też był swego czasu bramkarzem, gdyż na tej pozycji zaczynał grać w piłkę.
LŁ: Ojciec w ogóle lubił bronić. Pamiętam takie zdanie, jakie kiedyś powiedział: „Lubiłem wyłapywać mocne piłki”. Lubił więc być bramkarzem i we wczesnej młodości zdarzało mu się stawać na bramce. Potem jednak jakaś specjalizacja musiała zaistnieć.
RU: To zamiłowanie do bramki było chyba rodzinne, ponieważ brat Mariana Łącza też był bramkarzem.
LŁ: Oczywiście. Powiedzmy jednak, że brat grał bardziej amatorsko, a ojciec potem tę swoją karierę bardzo rozwinął. Brat raczej poszedł w stronę gimnastyki artystycznej.
RU: Wspominała już Pani, że Marian Łącz interesował się wieloma sportami. A wędkarstwem również się interesował?
LŁ: Oczywiście! Mój ojciec w ogóle był bardzo związany z przyrodą, naturą. Tak, jak ja z mamą zawsze na wakacje jeździłyśmy do dobrego hotelu, gdzie był pokój z łazienką i leżak z parasolką, tak ojciec zawsze jechał gdzieś z namiotem. Budował sobie szałas, rozpalał ognisko, wynajmował łódkę i jeździł na ryby. W przeciwieństwie do mnie i mojej mamy lubił też domki kempingowe. On oczywiście łowił ryby i tego mnie nauczył. Szkoda, że nie zdążył nauczyć rybołówstwa mojego syna. Na pewno bardzo by się cieszył z możliwości spędzania czasu z wnukiem. Teraz zostałam ambasadorką projektu ogólnopolskiego „Natura i zdrowie”. To również dlatego, że mój ojciec był z tym kojarzony.
Pewnie Pan tym pytaniem nawiązuje do tego, że moja Agencja Artystyczna „Laura” organizuje od 30 lat zawody wędkarskie aktorów. To, że one będą nosiły im. Mariana Łącza, nie ja wymyśliłam, tylko koledzy ojca (Witek Pyrkosz, Bogusz Bilewski, Marian Klimka, Jurek Turek). Bardzo się ucieszyłam z tego powodu. Pierwsze zawody były organizowane przez moją Agencję na zlecenie Tele-Tygodnia Wydawnictwa Bauer, a następne już ja sama organizuję, jako producent.
RU: Jak wiele czasu Pani poświęca na organizację tych zawodów?
LŁ: Bardzo dużo. Ja mam jednoosobową firmę, więc wszystko jest na mojej głowie. Właściwie pracuję nad tym zawsze cały rok i namawiam kolegów, a także zdobywam sponsorów. Sama wybieram miejsce, ponieważ czasami trzeba je zmienić z jakichś obiektywnych powodów. Tak to wygląda.

