Ostatnia kolejka ekstraklasy w sezonie 2025/26 przyniosła niezwykle dużo emocji. Chociaż już wcześniej poznaliśmy mistrza Polski i dwóch spadkowiczów, wciąż nie wiedzieliśmy, kto obsadzi kolejne stopnie podium, miejsca gwarantujące udział w eliminacjach Ligi Konferencji oraz uzupełni grono spadkowiczów.
Redakcja Retro Futbol postanowiła wybrać się do Zabrza, gdzie rozstrzygały się losy wicemistrzostwa Polski. Tym razem drugie miejsce po raz pierwszy w historii (nie licząc sytuacji z sezonu 1998/99, kiedy zdobywająca tytuł mistrza Polski Wisła Kraków była wykluczona z europejskich pucharów) zapewniało udział w eliminacjach Ligi Mistrzów. Stawka była więc niezwykle wysoka. Aby zrealizować ten cel, Górnik musiał pokonać u siebie Radomiaka Radom. Przy okazji tego ważnego spotkania warto przypomnieć sobie pierwsze boje tych zespołów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce, których historia sięga lat 80. XX wieku.
Szalone lata 80′
Tę opowieść należy rozpocząć od 1984 roku, kiedy Radomiak Radom po raz pierwszy w historii awansował do ekstraklasy (ówczesnej I ligi). Przed premierowym sezonem w gronie elity piłkarstwa polskiego do klubu przyszli dwaj nowi zawodnicy: Adam Benesz ze Stali Stocznia Szczecin oraz Andrzej Szymanek z Górnika Zabrze; później w trakcie sezonu dołączył do nich jeszcze Włodzimierz Andrzejewski z Broni Radom. Już pierwszy mecz z Bałtykiem Gdynia (zwycięstwo 3:0) pokazał, że z „Zielonymi” każdy będzie musiał się liczyć. Drużyna z ul. Struga stała się rewelacją rozgrywek w rundzie jesiennej. Stadion w Radomiu dla każdego rywala stanowił wówczas twierdzę niemożliwą do sforsowania. Przekonały się o tym takie firmy, jak: Lech Poznań, Legia Warszawa czy Widzew Łódź.
W październiku 1984 roku Radomiak zmierzył się w międzynarodowym spotkaniu z uznanym czechosłowackim klubem, Spartakiem Trnava. Remis 1:1 potwierdził, że w tym zespole drzemią spore możliwości. Co ciekawe, barwy rywali Radomiaka reprezentował wówczas Michal Gašparík senior, a więc ojciec obecnego trenera Górnika Zabrze. Poza tym jeszcze w tym samym miesiącu dwaj czołowi gracze „Zielonych”: Andrzej Niedziółka i Marek Sadowski otrzymali szansę zaprezentowania swoich umiejętności w reprezentacji Polski B podczas meczu z olimpijską drużyną Czechosłowacji. Bramkę decydującą o jednobramkowym zwycięstwie „Biało-Czerwonych” zdobył w tym spotkaniu właśnie Niedziółka.
Drugi wspomniany zawodnik, Marek Sadowski, w jednym z wywiadów opowiadał o fantastycznej atmosferze panującej wówczas w Radomiaku:
„W zasadzie na każdym meczu było po 15 tysięcy ludzi, 3-4 godziny przed meczem stadion pękał już w szwach […] Byliśmy bardzo blisko kibiców, bo większość chłopaków była z Radomia, ewentualnie z Radomiem była związana”.
Kasa również się zgadzała. Patronat nad Radomiakiem sprawowały wówczas Radomskie Zakłady Przemysłu Skórzanego „Radoskór”. Przedsiębiorstwo to było największym producentem obuwia w Polsce. Szczytowy okres jego rozwoju zbiegł się w czasie z sukcesami sportowymi „Zielonych”. Rok po ich awansie do I ligi „Radoskór” mógł się pochwalić rekordową ilością wyprodukowanego obuwia – 8,1 mln par. Niemal 1/8 wyprodukowanego wtedy obuwia trafiła do tzw. krajów kapitalistycznych, co wzmacniało bez wątpienia prestiż przedsiębiorstwa. Dzięki wsparciu tak możnego patrona zawodnicy mogli liczyć na wysokie premie, a także jedną z najlepszych odnów biologicznych w kraju. Nawet orkiestra zakładowa „Radoskóru” angażowała się w życie klubu, zapewniając odpowiednią oprawę muzyczną podczas meczów.

Pieniędzy nie brakowało wtedy także w Górniku Zabrze. Decydujące zdanie w tym klubie należało do niezwykle ambitnego absolwenta krakowskiej AGH, Jana Szlachty. Początkowo szefował on Radzie Patronackiej Górnika, a od stycznia 1983 do stycznia 1984 roku sprawował funkcję prezesa. Chociaż później oficjalnie zastąpił go na tym stanowisku Marian Palus, Szlachta dalej zarządzał klubem, tyle że z „tylnego siedzenia”.
Jako dyrektor naczelny Zabrzańskiego Gwarectwa Węglowego miał duże możliwości. Nie żałował funduszy na solidnych piłkarzy. Kiedy Marek Majka mówił, że w zamian za przyjście do Górnika oczekuje dobrych pieniędzy i mieszkania, otrzymał wszystko, czego chciał. Podobnie rzecz miała się z Andrzejem Zgutczyńskim. Szlachta nie dawał za wygraną nawet wtedy, gdy zawodnik nie chciał przyjść do klubu. Najlepiej pokazuje to sytuacja z Markiem Kostrzewą opisana na łamach książki Pawła Czado pt. „Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach”:
„Szlachta zerka na mnie podejrzliwie. – Co?! Do Zabrza nie chcesz przejść?! Dobra: mów szybko, o co ci chodzi, bo nie mam czasu. Czego ci trzeba? Mieszkania, samochodu, remontu? Czegoś jeszcze? Słyszeliście? Załatwić mu wszystko! A ty meldujesz się na trening w Zabrzu! Do widzenia!”.
Kostrzewa dołączył do Górnika wiosną 1984 roku. Drużynę z Górnego Śląska trenował wówczas charyzmatyczny Hubert Kostka. Wspomniany sezon zakończyła ona na 4. miejscu w tabeli, które nie gwarantowało wprawdzie gry w europejskich pucharach, ale i tak stanowiło największe osiągnięcie Górnika od 1977 roku, a także rokowało nadzieje na przyszłość. Żeby być uczciwym, trzeba jednak przyznać, że mimo paru ciekawych transferów, nie było wówczas w zespole Górnika wielu znanych nazwisk. Nawet sprowadzony przed sezonem 1984/85 Ryszard Cyroń nie był wtedy jeszcze powszechnie znany, a czasy Jana Urbana i Andrzeja Iwana miały dopiero nadejść.
Pierwszy w historii bezpośredni mecz między Górnikiem Zabrze a Radomiakiem Radom na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce odbył się 10 listopada 1984 roku w Zabrzu. Przed tym spotkaniem oba zespoły plasowały się w górnej części tabeli: Górnik na 3. pozycji, a Radomiak na 6.
Ekipa z Górnego Śląska na początku zdominowała bojaźliwie grającego rywala i miała kilka dobrych okazji do zdobycia bramki. Szczególnie groźne było potężne uderzenie Ryszarda Cyronia z 18 metrów, na które znalazł jednak sposób strzegący bramki Radomiaka Krzysztof Koszarski. Kluczowa sytuacja dla losów pierwszej połowy nastąpiła po upływie dwóch kwadransów, kiedy Marek Majka zagrał świetne podanie w kierunku Andrzeja Pałasza, a ten został podcięty w polu karnym przez Arkadiusza Skoniecznego. Sędzia nie miał wątpliwości, co zrobić w tej sytuacji i wskazał na „wapno”. Rzut karny zamienił na bramkę Ryszard Komornicki. Dzięki temu trafieniu zabrzańska ekipa prowadziła do przerwy 1:0, chociaż bliski wyrównania był Włodzimierz Andrzejewski.
Zdaniem „Trybuny Robotniczej” gra Górnika przy stanie 1:0 zaczęła przypominać „szarpaninę”. Zespół z Radomia nie potrafił jednak wykorzystać tej sytuacji, co miało się w przyszłości na nim zemścić. W 50. minucie spotkania Marek Majka popędził na bramkę rywali i z ostrego kąta oddał silny strzał, z którym połowicznie uporał się Krzysztof Koszarski, parując piłkę na poprzeczkę. Na jego nieszczęście futbolówka wyszła w pole, dobiegł do niej Ryszard Cyroń i ustalił wynik meczu na 2:0. Z jednej strony zwycięstwo zespołu z ul. Roosevelta mogło być bardziej okazałe; bliski strzelenia kolejnego gola (tym razem z rzutu wolnego) był chociażby Ryszard Komornicki. Z drugiej strony Radomiak nie zamierzał się poddawać i pewnie zniwelowałby straty, gdyby nie fantastyczna interwencja Eugeniusza Cebrata po strzale Marka Wojdaszki z 70. minuty meczu.
Dużo o tym meczu mówi statystyka celnych strzałów. Piłkarze Górnika uderzali celnie na bramkę przeciwnika aż 14-krotnie, natomiast zawodnicy Radomiaka 8 razy. Sędzia Wiesław Bartosik z Krakowa udźwignął ciężar tego spotkania i zebrał pochwały od „Trybuny Robotniczej”. Zabrzanie awansowali po tym meczu na 2. miejsce w tabeli, natomiast zespół z Radomia osunął się na 7. lokatę. Ostatecznie po rundzie jesiennej Radomiak zajmował 5. miejsce w I lidze, co należało uznać za spore osiągnięcie, jak na beniaminka.
Następny bezpośredni mecz między tymi ekipami w elicie rozegrano 15 czerwca 1985 roku. Podobnie, jak w poprzednim spotkaniu, na początku zdecydowanie lepsze wrażenie sprawiał Górnik. Już kilka minut po rozpoczęciu meczu Andrzej Zgutczyński zmarnował sytuację sam na sam z Janem Makowieckim. Wydawało się, że gol dla „Trójkolorowych” jest tylko kwestią czasu. Przypuszczenia te potwierdził w 16. minucie spotkania Marek Majka, który pięknym strzałem w okienko z okolic 18. metra zaskoczył golkipera Radomiaka. Bardzo ciekawym spostrzeżeniem na temat tego zawodnika podzielił się niegdyś z Pawłem Czado Andrzej Orzeszek:
„Marek Majka miał cudowny zamach prawą nogą, przełożenie piłki na lewą i uderzenie po długim rogu. Strzelił w ten sposób kilka fantastycznych bramek, które były wręcz identyczne, jakby skopiowane jedna z drugiej”.
Zabrzanie powinni prowadzić wyżej, ale nie potrafili wykorzystać kolejnych sytuacji do zdobycia gola. Pierwsza połowa zakończyła się wobec tego jednobramkowym prowadzeniem Górnika.
Po przerwie kibice zgromadzeni na stadionie przy ul. Struga zobaczyli zupełnie odmienioną drużynę Radomiaka. Impuls dał po wejściu z ławki rezerwowych Niedziółka, który oddał ciekawy strzał na bramkę rywali. Do piłki, która odbiła się po rykoszecie, dopadł Andrzej Szymanek, lecz ten przestrzelił z najbliższej odległości i nie skrzywdził swojego byłego klubu. Później dużo się działo po obu stronach. Dzieła zniszczenia mógł dokonać w 68. minucie Marek Majka, który stanął „oko w oko” z Janem Makowieckim, jednak tym razem musiał uznać wyższość bramkarza rywali. Ambitnie grający Radomiak dopiął jednak swego. W 82. minucie spotkania rozgrywający kapitalne zawody Ryszard Mrozek dograł piłkę wprost na głowę Mirosława Sajewicza, a ten wykończył akcję głową tak, jak na snajpera przystało. Górnicy nie zdołali już odwrócić losów spotkania i sensacyjnie zremisowali wyjazdowy mecz z Radomiakiem 1:1.
Zawodnicy Radomiaka grali w tym meczu tak, jak przyzwyczaili do tego swoich fanów jesienią. W grającej bez żadnych kompleksów drużynie szczególnie wyróżniał się pełniący funkcję kapitana Ryszard Mrozek, któremu katowicki „Sport” przyznał za ten występ maksymalną notę: 10. Wiele lat później został on wybrany piłkarzem 100-lecia Radomiaka.
Niespodziewany remis mocno utrudnił sytuację Górnika, który miał „chrapkę” na pierwszy od 13 lat tytuł mistrza kraju. Po meczu z Radomiakiem „Trójkolorowi” pozostali wprawdzie na pierwszym miejscu w tabeli, jednak Legia dzięki wygranej z Zagłębiem Sosnowiec zrównała się z nimi liczbą punktów, a „za plecami” obu drużyn wciąż czaił się Widzew Łódź. Nic dziwnego, że trener Górnika nie chciał po tym „szpilu” rozmawiać z dziennikarzami. Ostatecznie dwa zwycięstwa w następnych meczach pozwoliły Zabrzanom „przyklepać” sobie tak długo wyczekiwane mistrzostwo Polski i nawiązać tym samym do największych sukcesów w historii klubu.
Radomiak walczył natomiast o to, by po katastrofalnej rundzie wiosennej uniknąć degradacji. Sytuacji nie ułatwiały z pewnością liczne kontuzje (np. Krzysztofa Koszarskiego). Po meczu z Górnikiem znajdował się jeszcze wprawdzie na bezpiecznej 13. pozycji w tabeli, jednak okupujący strefę spadkową Bałtyk Gdynia tracił do „Zielonych” zaledwie 1 punkt. Po porażce Radomiaka ze Śląskiem Wrocław w następnej kolejce układ tabeli zmienił się na niekorzyść zespołu z Radomia, który trafił do strefy spadkowej. Mimo okazałego zwycięstwa odniesionego w ostatnim meczu sezonu z Górnikiem Wałbrzych, sytuacja Radomiaka nie uległa poprawie i klub został zdegradowany do II ligi. Na ponowny awans do najwyższej klasy rozgrywkowej musiał czekać długie 36 lat. Jak na ironię, żaden piłkarz Górnika nie strzelił w sezonie 1984/85 tyle goli, co najlepszy snajper Radomiaka, Mirosław Sajewicz (8).
Walka o wicemistrzostwo Polski
Historia tak się potoczyła, że Górnik Zabrze ostatni mecz sezonu 2025/26 rozgrywał u siebie z Radomiakiem Radom. Stawka meczu była olbrzymia: „Trójkolorowi” mogli bowiem sięgnąć po pierwsze od 35 lat wicemistrzostwo Polski. Dość powiedzieć, że na świecie było wtedy tylko dwóch graczy Górnika: Lukas Podolski i Paweł Olkowski. Nieprzypadkowo wymieniam zresztą ich nazwiska, ponieważ tym meczem mieli się oni pożegnać jako zawodnicy z zabrzańską publicznością. Stwierdzenie „jako zawodnicy” jest jak najbardziej adekwatne do sytuacji, ponieważ Lukas Podolski dalej pozostanie w klubie, tylko w zupełnie innej roli.
Dwa dni przed meczem spółka LP Holding GmbH zarządzana przez mistrza świata z 2014 roku wykupiła całość akcji należących do miasta, stając się tym samym właścicielem około 95% akcji klubu. Jeszcze zanim rozpoczęło się spotkanie, można było już mówić o pierwszym sukcesie Górnika w czasie oficjalnych rządów Podolskiego. Bez wątpienia za taki należy uznać przedłużenie kontraktu z Josemą do 30 czerwca 2028 roku.
Jeśli chodzi o Radomiaka, zespół ten miał już przed meczem z Górnikiem zapewnione utrzymanie, więc jego zawodnicy mogli zagrać na większym luzie. To oczywiście wcale nie oznacza, że nie było żadnej stawki, ponieważ każde wyższe miejsce zapewniało stosowną gratyfikację finansową. W spotkaniu tym nie mogli wystąpić, m.in. wykartkowani Abdoul Tapsoba i Roberto Alves.
Już trzy godziny przed meczem zaczęło się dziać dużo ciekawego wokół stadionu im. Ernesta Pohla. Na promenadzie można było nie tylko dobrze zjeść, ale także zapoznać się z różnymi atrakcjami (np. dmuchanym dartem). Nie zabrakło stoisk kolekcjonerskich, gdzie prezentowano wiele ciekawych zdjęć, szalików czy proporczyków. Moje zaciekawienie wzbudziły szczególnie te ostatnie, które uwzględniały herby wszystkich klubów występujących w danym sezonie ekstraklasy czy I ligi. Kolekcjonerzy uwzględnili również sezon 1984/85, kiedy Górnik Zabrze po raz pierwszy rozgrywał mecze z Radomiakiem w najwyższej klasie rozgrywkowej.
W sklepie kibica wiele osób chciało zaopatrzyć się w limitowane gadżety klubowe nawiązujące do zakończenia kariery zawodniczej Podolskiego. Specjalne koszulki, kubki czy proporczyki z wizerunkiem 130-krotnego reprezentanta Niemiec mocno przykuwały uwagę. Poza tym podczas meczu każdy kibic mógł założyć maskę z podobizną „Poldiego”.
23 maja 2026 roku pogoda w Zabrzu zdecydowanie dopisywała. Słoneczko przyjemnie świeciło, jednak zarazem nie było upału. Temperatura w granicach 23-24˚C. Kiedy przed godziną 17:00 piłkarze Radomiaka pojawili się na rozgrzewce, przywitała ich sążnista porcja gwizdów ze strony kibiców Górnika. Delikatnie mówiąc, fani obu drużyn nie darzą się zbyt wielką sympatią. Pikanterii dodawał fakt, że na trybunach nie brakowało sympatyków „Zielonych”. Jeszcze zanim rozpoczęło się spotkanie, można było usłyszeć liczne przyśpiewki i poczuć niesamowitą atmosferę. W Zabrzu doskonale zdawano sobie sprawę ze stawki tego meczu, a okrzyki „Hej Górnik, tylko zwycięstwo” nabierały wyjątkowego znaczenia. Zanim sędziujący mecz Szymon Marciniak po raz pierwszy użył gwizdka, Julia Rusin zagrała jeszcze na skrzypcach nieoficjalny hymn klubu „Górnik Zabrze, kocham Cię”.
Górnik zachęcony dopingiem ponad 26 tysięcy kibiców rozpoczął mecz z dużym impetem, jednak początkowo największą uwagę skupiało rozwijanie efektownej oprawy meczowej z wizerunkiem „Poldiego” i hasłem „Boss – będzie dobrze”. Jeśli mówimy o wydarzeniach boiskowych, w 5. minucie spotkania odgwizdano rzut wolny dla Górnika po faulu na Sondre Lisethcie. Chwilę później Paweł Olkowski oddał ze stałego fragmentu gry celny strzał na bramkę, jednak uporał się z nim Filip Majchrowicz – jedyny zawodnik w obecnej kadrze Radomiaka z przeszłością w ekipie z Zabrza. Można tutaj znaleźć analogię do sezonu 1984/85, kiedy trykot Radomiaka przywdziewał jeden były gracz Górnika, Andrzej Szymanek. Z tym że Szymanek grał na pozycji napastnika, a nie bramkarza.

Wynik spotkania otworzył w 9. minucie spotkania Maksym Chłań. Ukrainiec zszedł do środka i oddał strzał, po którym piłka odbiła się jeszcze rykoszetem od Christosa Donisa, zmylając bramkarza gości. Cztery minuty później Yvan Ikia Dimi został wypuszczony przez Marcela Łubika po prawej stronie i dobrze wyłożył futbolówkę wbiegającemu w pole karne Chłaniowi, który nie miał najmniejszych problemów z wykończeniem akcji. Na tablicy świetlnej pojawił się wynik 2:0. Wcześniej mówiono o tym, że zawodnikowi urodzonemu w Żytomierzu brakuje liczb, jednak w ostatnich meczach wyraźnie poprawił swoje statystyki.
Cała drużyna Górnika sprawiała piorunujące wrażenie. Można było wręcz pomyśleć, że „Trójkolorowym” wszystko wychodzi. Uwagę zwracały szczególnie duża dokładność podań i piękne zwody. Kolejnych okazji do zdobycia bramki nie brakowało. W 19. minucie Dimi po świetnym dryblingu zbiegł z prawej strony do środka i oddał celny, acz słaby strzał. Kilka minut później zawodnicy Radomiaka omal nie wbili sobie samobója.
Pewne wyświechtane powiedzenie mawia jednak, że co się odwlecze, to nie uciecze. Tak też było w tym przypadku. W 28. minucie meczu Lukas Ambros dośrodkował do Sondre Lisetha, a ten zdecydował się nieoczekiwanie na strzał z przewrotki. Piłka odbiła się jeszcze wprawdzie od słupka, ale finalnie znalazła się w bramce. Tym sposobem napastnik Górnika wreszcie się przełamał i to jeszcze jak! Niewiarygodne przełamanie pozwoliło Zabrzanom wysforować się na trzybramkowe prowadzenie.
Generalnie podopieczni Michala Gašparíka starali się nie dopuszczać zawodników Radomiaka do groźnych sytuacji; świetnie odbierali piłkę i nie raz przechwytywali ją jeszcze na połowie przeciwnika. W 32. minucie Maksym Chłań mógł zdobyć swojego pierwszego hat-tricka w ekstraklasie, jednak jego strzał tym razem obronił Majchrowicz. Dziesięć minut później tercet Chłań-Janża-Sadilek przeprowadził efektowną akcję, która zakończyła się golem tego ostatniego na 4:0 i z głośników po raz kolejny mógł wybrzmieć niezapomniany hit Gali Rizzatto „Freed from desire”.

W ciągu najbliższych trzech minut jeszcze całkiem sporo zdążyło się zadziać. W 44. minucie Chłań świetnym podaniem obsłużył Lisetha, lecz jego strzał zablokował jeden z piłkarzy Radomiaka. Minutę później Norweg zdecydowanie lepiej sprawdził się w roli asystenta i dograł piłkę do Lukasa Sadilka, który strzałem piętą zaskoczył Majchrowicza. Sytuację tę sprawdzał jeszcze VAR, jednak gol ostatecznie został uznany i od razu po wznowieniu gry przez graczy Radomiaka Szymon Marciniak odgwizdał koniec pierwszej połowy. 5:0. Absolute Cinema!
Następna połowa nie była już tak dobra w wykonaniu „Trójkolorowych”, wszakże w ich grę wkradło się sporo niedokładności. Nie przeszkodziło im to jednak w zdobyciu kolejnej bramki. W 54. minucie spotkania Erik Janża już nie pierwszy raz w tym meczu podłączył się do akcji ofensywnej i strzelił gola na 6:0. Przy tym trafieniu asystował Maksym Chłań, ustanawiając najlepszy wynik z całego zespołu w klasyfikacji kanadyjskiej za ten sezon (10 punktów, na które składało się 6 bramek i 4 asysty).
Górnik później całkowicie „wrzucił na luz”. Dość powiedzieć, że przy stanie 6:0 Michal Gašparík pozwolił sobie na zmianę bramkarza, zaś Sondre Liseth nie wykorzystał sytuacji sam na sam. Swoją drogą, marnując tę „setkę”, Norweg potwierdził, dlaczego niektórzy kibice Górnika miewają wątpliwości co do obsady pozycji napastnika. W 68. minucie spotkania Lisetha zmienił Lukas Podolski, stając się tym samym najstarszym zawodnikiem z pola, który zagrał w ekstraklasie (40 lat i 353 dni). Kibice zaczęli skandować „Chłopak z Sośnicy, Podolski – chłopak z Sośnicy”. Niestety nie zdołał on zwieńczyć swojej kariery piękną bramką, ale zagrywając kilkakrotnie do partnerów bardzo dobre długie podania, pokazał, że mimo upływu czasu wciąż dysponuje nieprzeciętnymi umiejętnościami.
Piłkarzom Radomiaka trzeba oddać, że po absolutnej kompromitacji w pierwszej połowie dążyli do zniwelowania strat. Najpierw bliski szczęścia był Maurides, który głową wpakował piłkę do siatki, jednak nie uniknął przy tym pozycji spalonej, przez co gola nie uznano. Później swoje okazje mieli rezerwowi. Jeden z nich, Elves Balde, w 72. minucie wtargnął z lewego skrzydła w pole karne przeciwnika, oddał piękny precyzyjny strzał i wkręcił futbolówkę do bramki. Osiem minut później z kolei Adrian Dieguez wykonał fantastyczny przerzut z własnej połowy w kierunku Salifou Soumaha, a ten znakomicie wykończył akcję, ustalając wynik spotkania na 6:2. „Zieloni” mogli jeszcze zmniejszyć rozmiary porażki, jednak w 83. minucie Christos Donis fatalnie skiksował. Być może niektórych zaciekawi informacja, że ojciec greckiego obrońcy ma poprowadzić Arabię Saudyjską na zbliżającym się wielkimi krokami mundialu.
Sędzia odgwizdał koniec meczu od razu po upływie regulaminowego czasu gry, nie przedłużając go nawet o minutę. Górnik Zabrze w spektakularnym stylu zapewnił sobie pierwsze od 35 lat wicemistrzostwo Polski. Co ciekawe, poprzedni raz na podium „Trójkolorowi” zakończyli rozgrywki ekstraklasy (zwanej jeszcze wtedy I ligą) niedługo później, bo w sezonie 1993/94. Ale to nie koniec wyliczanek. Zanim Górnik Zabrze zdobył w bieżącym roku Puchar Polski, ostatni raz sięgnął po to trofeum w 1972 roku. To wszystko dobrze pokazuje, jak długo w Zabrzu czekano na takie wyniki.
Ceremonia dekoracji i emocjonujące pożegnania
Drużyna rozpoczęła świętowanie sukcesu od odbierania srebrnych medali, które zawieszał na szyjach zawodników i członków sztabu szkoleniowego legendarny Stanisław Oślizło. Co ciekawe, kiedy Górnik poprzednim razem sięgał po wicemistrzostwo Polski, finalista Pucharu Zdobywców Pucharów z 1970 roku pełnił wówczas funkcję asystenta trenera Jana Kowalskiego. Teraz również towarzyszy drużynie przy każdej okazji, jednak nie jako członek sztabu szkoleniowego, a Honorowy Ambasador klubu. Oczywiście i on otrzymał srebrny medal, który wycałował.
Następnie członkowie górnośląskiego teamu ustawili się do wspólnego zdjęcia przy banerze okolicznościowym z napisem „Górnik Zabrze. Wicemistrz Polski 2025/2026”. W tle fruwało konfetti, a kibice nie posiadali się z radości, wznosząc entuzjastyczne okrzyki.

To jeszcze jednak nie był koniec emocji, gdyż należało godnie pożegnać zasłużonych zawodników. Najpierw zrobiono szpaler dla Pawła Olkowskiego, który przeciwko Radomiakowi rozegrał swoje dwusetne spotkanie dla „Trójkolorowych”. Prawy obrońca zanotował w tym sezonie ekstraklasy niemal 1500 minut w 25 meczach, wygrywając zazwyczaj rywalizację o miejsce w składzie z Michalem Sáčkiem. Poza tym zagrał w każdym spotkaniu Pucharu Polski od I rundy do finału, znacząco przyczyniając się do zdobycia trofeum. W następnym sezonie 13-krotnego reprezentanta Polski ma zastąpić Patryk Warczak, o którym trochę już pisaliśmy na łamach Retro Futbol.

Po pożegnaniu Olkowskiego przyszła kolej na Lukasa Podolskiego. Kiedy drużyna Górnika zrobiła szpaler 130-krotnemu reprezentantowi Niemiec, Julia Rusin zagrała na skrzypcach najbardziej znany motyw muzyczny z filmu „Gladiator” („Now we are free”). Pięknej oprawie muzycznej towarzyszyły pokazy pirotechniczne. Podolski podszedł do znajdującego się na podwyższeniu manekina i w symbolicznym geście usadowił na nim swoją koszulkę meczową. Później założył na siebie t-shirt z kolekcji „Poldi Szlus” oraz zaczął przemawiać do kibiców:
„Dziękuję! Nie chcę za dużo mówić, bo nie wiem nawet, co… Chciałbym podziękować drużynie, sztabowi, fizjo, kierowcy, pani kierownik – wszystkim ludziom, którzy tworzyli ten klub razem ze mną. Dziękuję Wam z całego serca! Jeżeli kogoś zapomniałem, przepraszam. Dziękuję wszystkim, którzy pomagali od początku. To była niełatwa droga. Zrobiliśmy to i tak chcę skończyć karierę, wygrywając puchar i dzisiaj ten medal. To jest taka bajka. I na koniec jeszcze dziękuję mojej rodzinie…”.
W tym momencie jego przemówienie przerwała burza oklasków, a następnie z trybun wybrzmiało gromkie „Dziękujemy!”. Podolski jął kontynuować:
„… bo to nie jest łatwo, jak ja, stary dziad, cały czas jestem na wyjazdach. Miał to być rok, każdy wie. Rodzina (żona, dzieci, rodzice) zawsze daje wsparcie, jak jest jakiś trudny moment. Dziękuję Wam!”.
Po kolejnych oklaskach jeszcze dodał:
„I na koniec podziękuję Wam, kibicom, bo to wy tworzyliście ten klub, jak mnie jeszcze nie było. To Wy byliście od początku. 5 lat temu Torcida namawiała mnie, abym tutaj przyszedł i dołączyłem. Dziękuję Wam za to, że tu jestem, bo nie dało się tego lepiej skończyć. To kibice tworzą piłkę nożną – piłka nożna bez kibiców nic nie znaczy, dlatego dziękuję Wam, Torcida, chłopaki!”.
W taki sposób swoją bogatą karierę zawodniczą zakończył „chłopak z Sośnicy”. Dla klubu, któremu kibicował od dziecka, rozegrał 125 meczów na przestrzeni ostatnich pięciu lat. Zdobył w nich 23 bramki i zanotował 20 asyst.
Pomeczowa konkluzja
Ogólnie można odnieść wrażenie, że mecze Górnika Zabrze z Radomiakiem Radom sprzyjają upamiętnianiu klubowych legend. Kiedy obie drużyny mierzyły się ze sobą przed dwoma laty, dokładnie w 40. rocznicę pierwszego występu „Zielonych” na szczeblu ekstraklasy (nazywanej wtedy I ligą), do Radomia zaproszono żyjących członków kadry Radomiaka z sezonu 1984/85 oraz rodziny tych nieżyjących. Pracownicy tego klubu pokazali przybyłym nowy stadion, szatnie oraz siedzibę klubu, a także wręczyli im pamiątkowe koszulki. Ponadto tuż przed rozpoczęciem spotkania spiker wywołał ich na środek boiska.
Tym razem po „szpilu” Górnika Zabrze z Radomiakiem Radom uhonorowano zawodników, którzy przez wiele lat tworzyli współczesną historię zespołu z Górnego Śląska. Mimo że nie osiągnęli oni z „Trójkolorowymi” tyle, co pokolenie Stanisława Oślizły, przyczynili się do największych sukcesów klubu w XXI wieku, które pozwalają nawiązać do dawnej świetności. Kto wie, może posłużą one odbudowie 14-krotnego mistrza Polski? Wydaje się, że z Lukasem Podolskim u steru można o tym śmiało marzyć.
BIBLIOGRAFIA
- https://twojradom.pl/poznaj-radom-radoskor-jak-powstala-najwieksza-fabryka-butow-w-prl/1418545
- http://tylkoradomiak.pl/klub/aktualnosci/wywiad_z_markiem_sadowskim,878.html
- http://tylkoradomiak.pl/klub/historia/historyczny_sezon_w_ekstraklasie,20.html
- https://www.cozadzien.pl/artykul/85225,radomiak-honoruje-kadre-sprzed-40-lat
- https://www.gornikzabrze.pl/aktualnosci/wydarzenia/maksym-khlan-zwyciezca-wewnetrznej-klasyfikacji-kanadyjskiej
- https://www.polsatsport.pl/wiadomosc/2024-08-09/wyjazdowe-zwyciestwo-gornika-zabrze-na-rozpoczecie-kolejki
- Czado Paweł, Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach, Warszawa 2017.
- „Górnik Zabrze: dzieje legendy 1948-2018”, red. Andrzej Gowarzewski, Katowice 2018.
- Monik Sławomir, Mosiołek Lech, RKS Radomiak Radom 1910-2010, Radom 2010.
- „Sport” 1984, 1985, 2026
- „Trybuna Robotnicza” 1984, 1985











