Retro Wywiad #8: Tadeusz Pawłowski

Zdjęcie główne: youtube.com

Dlaczego pracował tak krótko w Wiśle Kraków? Czy jest cudotwórcą? Jakie są kulisy słynnego meczu w Dundee? Czy Śląsk był w stanie wyeliminować Liverpool i Napoli? Zapraszamy na wywiad z Tadeuszem Pawłowskim, byłym zawodnikiem Zagłębia Wałbrzych i Śląska Wrocław.

Jak w ogóle zaczęła się Pana przygoda z piłką?

Tadeusz Pawłowski: Będąc małym chłopcem, ojciec często zabierał mnie na mecze Śląska Wrocław. Od początku im kibicowaliśmy, lecz w związku z tym, że ulica Krucza, na której wówczas mieszkałem, znajdowała się między dwoma stadionami, które rozdzielała górka Pafawagu, wszyscy chłopcy z mojej ulicy, zaczęli treningi w Pafawagu Wrocław. Jako junior trafiłem do III ligi, a stamtąd do Zagłębia Wałbrzych. Idolami piłkarskimi mojej młodości byli reprezentanci Polski, przede wszystkim Włodzimierz Lubański. Pamiętam, że wtedy na podwórku, każdy chciał być Szołtysikiem, Jarosikiem, Lubańskim. Jeżeli chodzi o grupy młodzieżowe, to nie pamiętam swojego pierwszego meczu i bramki. Myślę, że drogę do lepszej kariery piłkarskiej i gry w pierwszym zespole Zagłębia Wałbrzych, otworzył mi dopiero gol z UT Arad. Wszedłem wtedy z ławki po przerwie i strzeliłem piękną bramkę z woleja.

W Zagłębiu Wałbrzych zagrał Pan w Pucharach Europy, to był chyba największy sukces wałbrzyszan w historii.

Tadeusz Pawłowski: Przyszedłem do Zagłębia Wałbrzych dopiero latem i kiedy graliśmy z Unionem Teplice nie miałem jeszcze miejsca w podstawowym składzie. W meczu w Teplicach w ogóle nie uczestniczyłem, bo byłem już w kadrze reprezentacji polski juniorów. Pamiętam, że to nie był daleki wyjazd, bo przejechaliśmy gdzieś tam przez góry wałbrzyskie i już byliśmy na miejscu. W drugim meczu u siebie byłem tylko rezerwowym. Zaistniałem dopiero w spotkaniu z wcześniej wspomnianym UT Arad. Zapamiętałem ten mecz, ponieważ jechaliśmy tam pociągiem, no i ze względu na to, że miałem jako młody chłopiec bardzo długie włosy. W Rumunii taka moda nie była akceptowana, więc miałem kłopoty z wjazdem do kraju. Powiedzieli, że nie wpuszczają normalnie do kraju ludzi z długimi włosami, jednak jakoś udało mi się, przy pomocy klubowego zarządu przekonać celników, że jestem piłkarzem i wjechałem do tej Rumunii. Po dwumeczu na pewno czułem jakieś rozczarowanie, że odpadliśmy, ale byłem też szczęśliwy z mojego sukcesu, bo piłka nożna to nie tylko sport zespołowy, ale także indywidualny. Byłem dumny z siebie, cieszyłem się, że to spotkanie może otworzyć mi drogę do wielkiej piłki i w jakiś sposób ugruntować moją pozycję w zespole. Myślałem o drużynie, ale bramka osłodziła mi gorycz braku awansu. Z drugiej strony, gdybyśmy jednak przeszli, to spotkalibyśmy się z portugalskim zespołem Setubal i na pewno byłby do atrakcyjny wyjazd.

Przed pucharami zespół prowadził Antoni Brzeżańczyk, który znany był ze swoich twardych metod treningowych. Zastąpił go Jerzy Nikiel. Jak go Pan wspomina?

Tadeusz Pawłowski: W sumie jak ja przyszedłem do zespołu, to właśnie zmieniono trenera. Z trenerem Nikielem od początku miałem dobry kontakt. Wspominam go bardzo miło i ciepło. Przede wszystkim bardzo umiejętnie wprowadził mnie do zespołu. Było tam dużo takich młodych chłopców, trochę starszy Marek Świerczyński, Jan Sobol, Romek Klacza, Marian Galant. Trener Nikiel otoczył mnie ojcowską opieką i pozwolił mi na dalszą naukę w technikum górniczym. Mój trening wyglądał tak, że do południa uczestniczyłem w zajęciach z pierwszym zespołem, a w poniedziałek, czwartek i piątek byłem po południu z treningu zwalniany. Dzięki temu mogłem spokojnie chodzić do szkoły. Kiedy w piątki wieczorem były zgrupowania przedmeczowe, to klub zapewniał mi transport do Strzegomia, gdzie znajdowała się drużyna. Miałem bardzo korzystne układy i bardzo się z tego cieszę, ponieważ to pozwoliło mi zdać maturę i zostać studentem Akademii Wychowania Fizycznego, a dzięki temu teraz mogę być trenerem.

Potem był Śląsk. Trafił Pan do Wrocławia, ale podobno o Tadeusza Pawłowskiego biło się pół Polski.

Tadeusz Pawłowski: To były wielkie przygody. Można by było o tym film nakręcić. Interesowały się mną m.in. Górnik Zabrze, ŁKS Łódź, Gwardia Warszawa czy Śląsk Wrocław, a walka o mój podpis na kontrakcie trwała kilka miesięcy. Przekonującym argumentem do gry w ŁKS była praca w tym klubie trenera Kazimierza Górskiego w roli koordynatora, ale w pierwszej fazie byłem już prawie dogadany z Górnikiem Zabrze. Wybrałem już mieszkanie, a potem pojechałem na wakacje do Szczyrku. Po kilku miesiącach okazało się, że wszystkie ustalenia są na nic, bo Zagłębie Wałbrzych mnie zawiesiło. Wówczas klub należał do województwa wrocławskiego i jedynym klubem, w którym mógłbym zagrać od razu, był Śląsk Wrocław. Po czteromiesięcznej przerwie, doszedłem do wniosku, że chce się rozwijać i skorzystałem z oferty Śląska Wrocław. Do dziś z tego wyboru jestem bardzo zadowolony. Zdobywałem Puchar Polski, mistrzostwo i grałem w Pucharach europy. Dodatkowo ukończenie studiów dało mi świadomość, że jestem człowiekiem niezależnym.

Jak wspomina Pan mistrzowski sezon ze Śląskiem i Puchar Polski?

Tadeusz Pawłowski: To były przepiękne czasy. Mieliśmy bardzo ciekawą drużynę, opartą na około 14 zawodnikach pochodzących z Dolnego Śląska, co dziś jest praktycznie niemożliwe. Bracia Garłowscy byli z Bielawy, Józek Kwiatkowski z Bolesławca, Marian Balcerzak z Pafawagu Wrocław, Jasiek Sybis był wychowankiem klubu. To jest ewenement. Co ciekawe, byliśmy również drużyną Dolnego Śląska. Mecze rozgrywano na Stadionie Olimpijskim, bo stadion Śląska nie mieścił chętnych na nasze spotkania. Na Polach Marsowych znajdował się parking dla samochodów, który przed meczami był w całości zajęty. Przyjeżdżały na nasze mecze wycieczki z całego Dolnego Śląska. Strzeliłem wiele ważnych bramek, jednak uważałem te ligowe trafienia jako normalną rzecz. Do dzisiaj jestem najlepszym strzelcem Śląska w lidze. Strzeliłem 63 bramki, a doliczając gole ze Zagłębia, mam ich w lidze 78. Dodatkowo, co jest dla mnie bardzo cenne, jestem najlepszym strzelcem w pucharach, zdobyłem 13 bramek, grając, zdaje się w 21 meczach. Najlepiej wspominam bramki z Liverpoolem czy Antwerpią. Do dziś mam w je pamięci i przed oczami. Liga prawdę mówiąc mi się zamazuje, bo nastrzelałem w niej dużo bramek.

Zanim zagraliście z Liverpoolem, wyeliminowaliście kluby z Belgii i Szwecji.

Tadeusz Pawłowski: W pierwszym meczu ze szwedzkim Goteborgiem nie grałem, bo miałem złamaną rękę. W drugim wygraliśmy 4:2. Pamiętam, że przegrywaliśmy i straciliśmy wiarę w awans, lecz jakimś sposobem odwróciliśmy losy spotkania. Po trzech bramkach Sybisa czuliśmy się pewniej, choć kiedy oni strzelili bramkę na 3:2, to przez chwilę znów mieli awans w garści. Mój występ stał pod znakiem zapytania, bo w tym dniu ściągnąłem dopiero gips. W 85 minucie strzałem z 16 metrów pokonałem bramkarza szwedzkiego zespołu i to dało nam awans. Wspomnienia z Antwerpii też są całkiem dobre. We Wrocławiu strzeliłem przepiękną bramkę głową. Mecz skończył się remisem 1:1, a nikt nie dawał szans na wygranie w rewanżu. Jednak kolejna dobra połowa, bramki Sybisa i moja, dały nam awans.

Potem był ten wielki Liverpoolem…

Tadeusz Pawłowski: Graliśmy o godzinie 13 w środę, a cały stadion był wypełniony po brzegi. 50 tysięcy kibiców oglądało to spotkanie. W związku z tym, że był to koniec listopada i było bardzo zimno, boisko było zamarznięte. To sprawiło wielkie problemy, bo nie mogliśmy dobrać korków. Żadne nie chciały spasować. Myślę, że obuwie miało decydujące znaczenie w tym meczu. Anglicy nie mieli w ogóle korków, wyszli w butach profilowanych tak jak opony, czyli byli krok do przodu ze sprzętem. Ten zespół prowadził legendarny trener, jeden z najlepszych w ich historii, Robert Paisley, a grali w nim chyba wyłącznie reprezentanci. Cieszę się, że mogłem pokonać jednego z nich, angielskiego bramkarza Raya Clemence’a. Do dziś przechowuje zdjęcie z ich kapitanem Emlynem Hughesem, a warto wspomnieć, że byli tam jeszcze tacy zawodnicy jak Toshack, Kennedy, a przede wszystkim wielka gwiazda, która nie zagrała we Wrocławiu, Kevin Keegan. Można powiedzieć, że poprzez piłkę poznawaliśmy zachód, choć to nie zawsze było już tak fajnie, bo np. paszporty znajdowały się w tamtych czasach na komendach policji. Uważam, że Wrocławiu spokojnie mogliśmy ugrać remis, natomiast mecz w Anglii był prowadzony zdecydowanie pod dyktando Liverpoolu. Przegraliśmy 0:3, ale samo dojście do tego etapu było czymś wyjątkowym.

 

To nie koniec tekstu. Wybierz poniżej kolejną stronę, aby czytać dalej

Strona: 1 2

Mariusz Zięba
O Mariusz Zięba 60 artykułów
Obserwator i pasjonat niemieckiego futbolu, otwarty na inne kraje. Kibic 1. FC Köln.