Śmierć, która zmusza do refleksji. Adrian Doherty i jego tragiczny los

Adrian Doherty

Jego serce przestało bić 9 czerwca 2000 roku. Jeden dzień przed swoimi 27. urodzinami. Organizm po miesiącu spędzonym w śpiączce postanowił się poddać. Tragiczny, nieprawdopodobnie pechowy wypadek, któremu uległ Adrian Doherty, to dobitny przykład kruchości naszego życia. Niedoszły gwiazdor Manchesteru United zginął w sposób, który naprawdę skłania do refleksji i daje do myślenia, jak bardzo ulotne jest wszystko to, co posiadamy.

Kumpel legend

Doherty należał do słynnej Class of 92, czyli wybitnie uzdolnionego rocznika młodych zawodników Manchesteru United. Wywodzą się z niego takie osobistości wyspiarskiej piłki jak David Beckham, Ryan Giggs, Paul Scholes, Nicky Butt oraz bracia Phil i Gary Neville. Skala talentu na metr kwadratowy w szatni tych młokosów przekraczała wówczas wszelkie normy. Sześć wspaniałych karier.

Obecnie o Adrianie pamięta niewielu kibiców. Są to głównie zagorzali sympatycy United. Czasami pozostaje nam już tylko gdybanie i rozdrapywanie starych ran. Czy gdyby sprawy potoczyły się inaczej, dzisiaj brytyjskie tabloidy wspominałyby wielce utalentowany rocznik osławionym filmowo hasłem „siedmiu wspaniałych”? Ktoś w redakcji pewnie poszedłby w tego typu wyświechtany pomysł, bo przecież te pseudogazetki nie wyróżniają się dużą błyskotliwością.

Kiedy patrzyłeś na niego, mogłeś odnieść wrażenie, że on nie potrafi grać. Gdy wychodził na boisko, twój punkt widzenia się natychmiast zmieniał. Miał w sobie masę odwagi, szybkości i sprytu. Wszyscy patrzyli z podziwem na jego umiejętności – opowiadał o Dohertym Giggs.

Najzdolniejszy

Posiadał naprawdę mistrzowski dryg do futbolu. Z racji podobnego stylu gry oraz rzecz jasna tego samego pochodzenia okrzyknięto go nowym Georgem Bestem. Tony Park, współautor „Sons of United”, książki o historii młodzieżowej piłce w Manchesterze twierdził, że Doherty był jednym z najszybszych skrzydłowych, jakich kiedykolwiek widział. Skauci Czerwonych Diabłów podczas obserwacji napisali w raporcie o jego szybkości, że mógł doganiać i łapać gołębie.

Jeśli chodzi o tamtą ekipę, to pewniakami do zrobienia furory byli Giggs, Scholes i właśnie Doherty. Pierwszy z nich miał znakomitą lewą nogę i szybkość, drugi bardzo dobrze posługiwał się obiema nogami, ale brakowało mu tempa. Adrian natomiast miał wszystko. Wyobraźmy sobie połączenie Andreia Kanchelskisa z Cristiano Ronaldo. Z tego właśnie powstałby Doherty – powiedział rzeczony Tony Park.

Gdy skończył 13 lat, zaczęły do niego wzdychać wielkie marki angielskiej piłki – Arsenal i Nottingham Forrest. Trener Adriana w zespole Moorfield Boys’ Club, Matt Bradley miał jednak inny plan. Napisał list do Alexa Fergusona, aby ten zainteresował się diamentem, jaki znalazł się w jego drużynie.

Doherty przybył na testy, a Szkotowi podjęcie decyzji zajęło ledwie 15 minut. Nie widział powodu, by zastanawiać się choćby kilka sekund dłużej. Zadzwonił do ojca chłopaka, Jimmy’ego, informując go, że syn otrzyma wkrótce ofertę kontraktu. W ten sposób nastoletni Doherty został nowym nabytkiem Manchesteru United. Legendarny szkoleniowiec przyznał kiedyś, że Adrian to najbardziej utalentowany piłkarz, jakiego miał okazję trenować.

Co ciekawe, Doherty na swojej drodze spotkał też Brendana Rodgersa, obecnie szkoleniowca Leicester, a wcześniej między innymi Liverpoolu oraz Celtiku. Grali razem we wspomnianym Moorfield pod koniec lat osiemdziesiątych. 48-latek nie szczędził pochwał swojemu koledze z dawnych lat:

Spytajcie Giggsa, Scholesa czy też braci Neville. Wszyscy powiedzą wam, że to on był najlepszym graczem, z jakim występowali w tamtych czasach. Poza boiskiem cichy, nieśmiały i uśmiechnięty. Miły facet. Pod tym wszystkim jednak kryła się naprawdę bogata osobowość – mówił Rodgers.

Fan Dylana, który widział świat poza piłką

Doherty nie wpisywał się w obraz typowego piłkarza. Nie dbał o to czy jego ubrania są markowe, nie wydawał pieniędzy w barach wraz z bardziej rozrywkowymi rówieśnikami, nie obchodziła go sława i to, ile dziewczyn uda się wyrwać na hasło „a tak poza tym to wiesz, gram w Manchesterze United”. Nie podążał za trendami.

Był bardzo pogodny i miły w ten prawdziwy, naturalny sposób. Nigdy nie chował urazy, sprawiał wrażenie trochę dziwacznego. Interesował się poezją, pisał wiersze i komponował piosenki. Kochał muzykę Boba Dylana. Był nim absolutnie zachwycony. Podczas gdy inni juniorzy korzystali z przywilejów i odwiedzali Old Trafford przy okazji każdego meczu, on szlajał się ulicami Manchesteru i grał na gitarze największe przeboje Dylana.

Na treningi dojeżdżał starym rowerem. Jego cechą charakterystyczną był stary sweter Aran, który swoją nazwę zawdzięcza wyspom leżącym na zachodnim wybrzeżu Irlandii.

Włodarze Czerwonych Diabłów zaproponowali mu na dzień dobry pięcioletni kontrakt, ale Adrian nie chciał wiązać się z klubem aż tak długą umową, bowiem tak naprawdę nie wiedział jeszcze, czy na pewno marzy mu się granie w piłkę. Widział świat poza nią i nie był zakochany w futbolu bezpowrotnie. Chodził własnymi ścieżkami, a każda z nich była dla niego opcją. Miał szerokie horyzonty. Wahał się, kim ostatecznie chce być, jaki sposób na życie go uszczęśliwi. Finalnie złożył jednak podpis na umowie, która miała rozpocząć trzyletnią współpracę.

Skromny, spokojny chłopak posiadający umiejętności z najwyższej półki, ale najbardziej szczęśliwy, gdy w pobliżu były książki, poematy i gitara – mówił o nim po latach Ferguson.

Pech tuż przed debiutem

Podły los, który ostatecznie połamał jego życiorys, dał o sobie znać po raz pierwszy krótko przed debiutem w dorosłej drużynie. Adrian po udanych występach w młodzieżowym zespole oraz rezerwach został włączony do pierwszej kadry na mecz z Evertonem. On i Giggs szli łeb w łeb w kwestii tego, który zadebiutuje wcześniej. Miał wówczas 16 lat. Cholerny pech chciał, że na jednym z ostatnich treningów przed meczem zerwał więzadła krzyżowe w kolanie.

Nawet dzisiaj, mimo że medycyna i fizjoterapia poszły mocno do przodu, ta kontuzja to prawdziwy koszmar dla sportowców. Trzy dekady temu oznaczała niemalże wyrok. Kolano Adriana nigdy nie wróciło do pełnej sprawności, pomimo iż przez dwa lata walczył o powrót do normalnego grania. Manchester United odpalił go w 1993 roku, nie widząc w zrujnowanym przez fatalną kontuzję małolacie przyszłości.

To powinienem być ja – powiedział Doherty dla jednej z irlandzkich gazet, gdy Ryan Giggs zaliczył premierowy występ w Manchesterze United.

Tej wypowiedzi nie cechował żal. To nie tak. Adrian nie był zawistny, po prostu stwierdził fakt. Nazwał rzeczy po imieniu. W głowie znowu powstaje pajęczyna nieprzyjemnych myśli, z których przebija się przeklęte sformułowanie „a co by było gdyby”. Gdyby w trakcie tych nieszczęsnych zajęć nie postawił źle nogi. Gdyby udało się mu zadebiutować. Gdyby poszło tak, jak w przypadku sławnych na cały świat kolegów. Dziś może udzieliłby wywiadu, opisując swoją obfitą w sukcesy karierę i parsknął śmiechem, widząc zdjęcia sprzed lat, na których paraduje z gitarą w za dużym, starym swetrze. Gdyby tylko żył.

Obrabowany ze szczęścia

Po przymusowym odejściu z United próbował pograć w Derry City, klubie z rodzinnego miasta. Podniszczone kolano nie pozwoliło mu jednak, żeby z gigantycznego potencjału wycisnąć jeszcze cokolwiek. Rodzice Adriana mieli bardzo duże pretensje do władz Manchesteru, że ci niewystarczająco zajęli się ich synem, kiedy ten przeżywał trudne chwile w gabinetach lekarskich.

Doherty, jak to on, nie złościł się na nikogo. Nie obwiniał ani Manchesteru, ani siebie, ani nikogo innego. Nie rozpaczał, nie wpadł w minorowy nastrój. Miał szereg alternatywnych rozwiązań. Jego brat Gareth stwierdził nawet, że czas po skończeniu przygody z futbolem był najszczęśliwszym w życiu Adriana.

Zatrudnił się w fabryce czekoladek w Preston, by jakiś czas później wyjechać i trafić do holenderskiej Hagi. Rozpoczął pracę w fabryce mebli, w międzyczasie rzecz jasna dalej grał na gitarze i pisał wiersze z beztroskim optymizmem. Co rano szedł do pospolitej roboty, a jego koledzy z Teatru Marzeń święcili gigantyczne sukcesy, wygrywając Ligę Mistrzów i Premier League.

Feralnego dnia spiesząc się na pociąg, który miał dowieźć go do miejsca pracy, pośliznął się i wpadł do kanału. Nie umiał pływać, panicznie wręcz bał się wody. Gdy go z niej wyciągnięto, nie było z nim żadnego kontaktu. Żył, ale pozostawał nieprzytomny. W stanie śpiączki spędził miesiąc, lecz happy end nie nadszedł. Adrian Doherty już nigdy więcej nie otworzył oczu.

Od tego uroczego chłopaka miliony ludzi mogłyby nauczyć się, jak olać modę i presję, którą narzuca społeczeństwo i zwyczajnie robić to, co się kocha. Ubierać się wygodnie. Nie bać się swojej wrażliwości. Nie wstydzić się swoich zainteresowań. Często, żeby zostać kimś, trzeba po prostu pozostać sobą. Perypetie Doherty’ego to nie opowieść o niedoszłej gwieździe futbolu, tylko przejmująca historia o wszechstronnie utalentowanym chłopaku, którego nagle obrabowano ze szczęścia.

***

W czasie, w którym powstał ten tekst, kolejne młode życia obok nas urwały się jak hejnał. Wiele z nich w zupełnie niezrozumiały i bezsensowny sposób. Czemu tak się dzieje? Podobno nie ma głupich pytań, ale bez wątpienia są te, na które prawdopodobnie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi. Wielu z nas wierzy, że istnieje ktoś, kto zna przyczynę, tylko ze względów znanych jedynie sobie od bardzo dawna uporczywie milczy. Być może Adrian już wie, dlaczego tak się stało. Wtedy na pewno byłoby łatwiej.

FILIP BRZEZIŃSKI

Źródła

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *