Grudniowy Cud nad Wezerą

Jeśli w profesjonalnym futbolu po godzinie gry prowadzisz 3:0, po prostu musisz wygrać. W 1993 roku piłkarze Anderlechtu zadali kłam tej tezie. Do 66. minuty mieli o trzy gole więcej niż Werder, a mimo to przegrali. Spotkanie to przeszło do historii pod nazwą Cudu nad Wezerą.

W 33. minucie spotkania rozgrywanego 8 grudnia 1993 roku w Bremie skrzydłowy Anderlechtu Danny Boffin mógł czuć się absolutnym bohaterem wieczoru. Przed chwilą pięknym, technicznym strzałem lewą nogą zupełnie zaskoczył bramkarza Werderu Olivera Recka. Golkiper jakby w pierwszej chwili chciał interweniować, zrobił krok do przodu, ale rąk do piłki nie wyciągnął, będąc zapewne przekonanym, że ta minie bramkę. Futbolówka jednak nieoczekiwanie dla Niemca lobem wpadła do siatki. Anderlecht prowadził już 3:0. Któż wtedy mógł przypuszczać, że to spotkanie dla Belgów stanie się prawdziwym koszmarem, zaś dla Werderu – jednym z najpiękniejszych wspomnień występów w europejskich pucharach?

Dublet La Mobylette

Gol z 33. minuty nie był jedynym trafieniem Boffina tego wieczoru. Kwadrans wcześniej ten skrzydłowy, nazwany ze względu na swoją szybkość La Mobylette (tak mówiono na popularne we Francji i Belgii motorowery), zamknął precyzyjnym strzałem akcję Philipa Haagdorena, podwyższając tym samym wynik meczu na 2:0.

A w ogóle strzelanie tego dnia rozpoczął obrońca Anderlechtu Philippe Albert, który skorzystał z bardzo niepewnej interwencji Olivera Recka. Drogę do bramki piłce próbował jeszcze zastąpić Marco Bode, ale – choć zdołał odbić ją głową – ta i tak wylądowała za linią.

Nerwowa końcówka

Visàvis Recka Filip De Wilde schodził na przerwę do szatni z czystym kontem. Jednak w końcówce pierwszej części gry sprowadził spore kłopoty na swój zespół. Popełnił rzadki błąd – przy wykopywaniu piłki z ręki przekroczył linię pola karnego, za co rumuński arbiter Ion Craciunescu podyktował rzut wolny pośredni dla bremeńczyków. Na szczęście dla De Wilde gracze Werderu nie skorzystali z prezentu.   

Tylko dla mistrzów

W rozgrywkach Ligi Mistrzów UEFA 1993/94 mogli brać udział tylko mistrzowie swoich krajów. W dodatku zwycięzcy najsilniejszych lig Starego Kontynentu nie trafiali tak jak dziś, od razu do fazy grupowej. Musieli najpierw walczyć w eliminacjach. Nie dla każdego faworyta były one udane. Na przykład Manchester United odpadł z tamtej edycji Champions League po dwumeczu z tureckim Galatasaray.

W fazie grupowej, w której było miejsce tylko dla 8 zespołów, nie zabrakło natomiast mistrza Belgii Anderlechtu oraz mistrza Niemiec Werderu. Fiołki na swej drodze do elity dość pewnie wyeliminowały HJK Helsinki oraz Spartę Praga. Aż 6 bramek w kwalifikacjach zdobył dla ekipy z Brukseli Luc Nilis.

Dla Werderu eliminacje były nieco bardziej problematyczne. O ile pierwszy rywal, Dynamo Mińsk, nie sprawił wielkich kłopotów, o tyle kolejny przeciwnik, Lewski Sofia, postawił już bardzo trudne warunki. W Sofii ekipa z Bremy nie zdołała utrzymać dwubramkowej przewagi i z wyjazdu do Bułgarii przywiozła tylko remis. U siebie też nie było łatwo, ale w końcu Mario Basler zdobył zwycięskiego gola dla Zielono-Białych.

Po rozstrzygnięciu eliminacji w Genewie rozlosowano grupy. W tej oznaczonej literką „A” znalazły się Barcelona, Monaco, Spartak Moskwa oraz Galatasaray. A w grupie B los skojarzył Milan, Porto, Werder i Anderlecht.

Z 0:3 na 2:3 w minutę

Anderlecht fazę grupową zaczął całkiem nieźle, bo od remisu z bardzo silnym Milanem. Werder zaś uległ FC Porto 2:3. Bremeńczycy przegrywali ze Smokami już 0:3, ale gole Bernda Hobscha i Wyntona Rufera strzelone w przeciągu minuty sprawiły, że Portugalczycy do końca musieli drżeć o zwycięstwo. Tym razem mistrzom Niemiec nie udało się odrobić trzybramkowej straty. Pokazali jednak, że woli walki im nie brakuje, nawet gdy znajdują się w beznadziejnej sytuacji. Już wkrótce ponownie mieli zostać poddani podobnej próbie charakteru.

„Czułem się jak gówno”

Mecz Werderu z Anderlechtem, który wspominamy w tym tekście, został rozegrany w ramach 2. kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA 1993/94. Po pierwszych 45 minutach tamtego pojedynku wydawało się, że ten zimny, a zarazem mokry (przed meczem padało niemal bez przerwy) grudniowy wieczór przyniesie pewne zwycięstwo Fiołkom. Ten pogląd podzieliło także wielu fanów Werderu, którzy w przerwie tłumnie opuszczali trybuny Weserstadion, nie wierząc już, że ich pupile mogą odwrócić losy spotkania.

Zrezygnowani bremeńczycy z nietęgimi minami zeszli do szatni na spotkanie ze swoim trenerem Otto Rehhagelem. Nawet taki wojownik jak Dieter Eilts miał dość. – Czułem się jak gówno. Przeciwnik zakręcił nam w głowach – mówił.

Pomocnik nie chciał wracać na zimny wiatr i zacinający deszcz. – To była typowa pogoda dla Bremy, ale chciałem zostać w szatni. Było tam ciepło, przyjemnie i mieliśmy coś do picia – wspomniał Eilts.

A wracając do Rehhagela – w szatni zachowywał się spokojnie, a swoim piłkarzom po prostu radził, by spróbowali zrobić to, co się jeszcze da. Zarządził zmianę koszulek na czyste i zdecydował się na zmianę jednego zawodnika. Zdjął z boiska Andreasa Herzoga, a w jego miejsce wpuścił Thomasa Woltera, który miał wykonywać czarną robotę w środku pola. Natomiast obowiązki rozgrywającego powierzył Baslerowi.

Hobsch na 3:3

Po przerwie Niemcy grali dużo uważniej niż w pierwszej połowie. Sęk w tym, że zegar tykał, a po stronie zdobyczy bramkowych wciąż widniało zero. Minęło 20 minut drugiej części, a bagaż trzech goli coraz bardziej dociskał bremeńczyków. I wtedy nad Wezerą zaczęły dziać się cuda. Nowozelandczyk Wynton Rufer wybiegł do piłki zagranej na wolne pole i podciął ją nad interweniującym De Wilde. 1:3.  

W ciągu następnych kilku minut Werder stworzył dwie świetne sytuacje, ale ani Bernd Hobsch, ani Marco Bode nie zdołali strzelić bramki. To, co wówczas działo się w defensywie Anderlechtu, można nazwać szalejącym pożarem. Ta ogromna nerwowość udzieliła się także bramkarzowi. De Wilde wyszedł z bramki, by przechwycić dośrodkowanie. Ku rozpaczy swojej i swoich kolegów nie zdołał jej złapać, bo uprzedził go Rune Bratseth. Futbolówka po strzale Norwega wpadła do opuszczonej bramki. 2:3.

Niemcy poczuli krew. Napierali z wielką pasją. Na 10 minut przed końcem Rufer wrzucił piłkę na głowę Hobscha. Napastnik rodem z NRD nie miał kłopotów z pokonaniem De Wilde. Wielka radość wypełniła Weserstadion. Na trybunach, gdzie jeszcze kwadrans wcześniej zmarznięci kibice wieszali psy na zawodnikach, teraz zapłonęły race. 3:3.

Bode daje prowadzenie

Podopieczni Rehhagela nie zamierzali zadowolić się remisem. Anderlecht, niczym kilkukrotnie trafiony w głowę bokser, chwiał się na nogach i ewidentnie nie miał pomysłu na wyjście z tej arcytrudnej sytuacji. Kolejne ciosy były tylko kwestią czasu. I w istocie za chwilę doszło do nokautu.

180 sekund po golu Hobscha Werder wyszedł na prowadzenie dzięki bramce Marco Bode. Wychowanek klubu z Bremy najlepiej odnalazł się w zamieszaniu w polu karnym i mocnym strzałem lewą nogą umieścił piłkę w bramce. 4:3.

To nie był koniec. Ostatni gol doskonale podsumował postawę defensywy Anderlechtu po 66. minucie. De Wilde fatalnie podawał do Marca Emmersa. Piłkę przejął Hobsch, dośrodkował do Rufera i sekundę później padł piąty gol dla gospodarzy. 5:3.

Spacer na rękach

Werder zwyciężył 5:3. Wynton Rufer w geście radości oddał fanom koszulkę, spodenki i getry, a następnie stanął na rękach i w ulewnym deszczu zaczął w ten sposób iść przez boisko. Potem w samej bieliźnie udzielał wywiadu.

Zajmie nam kilka dni, zanim zrozumiemy, co tu się wydarzyło – komentował Oliver Reck.

Z kolei Johan Boskamp, trener Anderlechtu, oszczędnie w słowach stwierdził: – To był koszmar. Wydawało mi się, że nocne widmo zniszczyło naszą grę.

Bez awansu

W ostatecznym rozrachunku, mimo wspaniałego zwycięstwa nad Anderlechtem, Werder nie awansował do fazy pucharowej. W dwóch meczach z Milanem bremeńczykom udało się zdobyć zaledwie jeden punkt na cztery możliwe (wtedy za zwycięstwo przyznawano 2 „oczka”). Jeszcze gorzej wiodło im się w rywalizacji z Porto. W Portugalii, jak wspomnieliśmy, ulegli Smokom 2:3, a u siebie aż 0:5. Wygrali natomiast rewanż z Anderlechtem (w Brukseli było 1:2). Również Fiołki nie wyszły z grupy, notując 3 porażki, 2 remisy i tylko 1 zwycięstwo.

Kilka Cudów nad Wezerą

Cuda się zdarzają, a zwłaszcza w położonej nad Wezerą Bremą. Pamiętny mecz z Anderlechtem nie jest bowiem jedynym, który określa się Cudem nad Wezerą. Na miano to zasłużyły także domowe spotkania Werderu ze: Spartakiem Moskwa (6:2 w 1987 roku), Dynamem Berlin (5:0 w 1988 roku) oraz Olympique Lyon (4:0 w 1999 roku).

DOMINIK GÓRECKI

Źródło:

Źródła

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*