Wywiad: Grzegorz Lato

Czas czytania: 9 m.

Był królem strzelców niezwykle udanego dla nas Mundialu 1974, a także prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Postać, której zbytnio nie trzeba przedstawiać. Zachęcamy do przeczytania wywiadu z Grzegorzem Lato. 

Specjalnie dla nas dwukrotny brązowy medalista Mistrzostw Świata opowiada o słynnej aferze z pieniędzmi podczas mundialu w Niemczech, a także o tym dlaczego nie otrzymał medalu po finałowym meczu igrzysk olimpijskich 1972.

Na początku miesiąca wydana została książka o Panu. Miał już Pan okazję ja przeczytać?

Nic nie wiem o żadnej książce. Nie ma mojej zgody na to. Jedyną książką na mój temat, o jakiej wiem, to ta, którą wspólnie pisaliśmy z Maćkiem Polkowskim. Tej nawet na oczy nie widziałem.

Nie ma Pan żalu do mediów za tą kampanię nienawiści, która się w stosunku do Pana roztacza?

Jak byłem prezesem, organizowaliśmy jak Pan wie Mistrzostwa Europy. Niektórzy politycy chcieli wziąć na siebie zasługi za organizację tej imprezy. Historia zawsze docenia. Tak jak Pan patrzy w historię naszego kraju i innych, to prawda zawsze wychodzi na wierzch. Ci pseudodziennikarze, jak ja ich nazywam, nie są w stanie mnie wymazać z kart historii. Nie mają takich możliwości. O nich się zapomni, a moje nazwisko za 50 czy 100 lat będzie dalej figurowało. Dobrze Pan wie, że najważniejszą cnotą dziennikarstwa jest uczciwość i rzetelność. Te wszystkie brukowce piszą co chcą, jednak ja nie zwracam na to uwagi.

Cała ta kampania nienawiści jest na polecenie polityków. Proszę zobaczyć co teraz się dzieje, niedługo są wybory i w zależności od tego, kto ma gdzie jakie wpływy tam piszą na nich dobrze.

Jest jednak sporo dziennikarzy uczciwych, część z nich już też przejrzała na oczy. Żyjemy w demokratycznym kraju i każdy może pisać co mu się podoba. U nas jest takie przysłowie: „Jest dziesięciu Polaków i jedenaście zdań”.

Czy uważa Pan, że obecne pokolenie piłkarzy ma szansę w końcu nawiązać do waszych sukcesów?

Mamy naprawdę ciekawą drużynę. Mamy paru bardzo wybitnych piłkarzy na czele z Lewandowskim. W dzisiejszym futbolu zmieniły się czasy. Kiedyś jeździło się do takiego Luksemburga, wygrywając pięć czy sześć do zera. Przecież my na mistrzostwach świata pokonaliśmy Haiti 7:0, a Jugosławia wygrała z Zairem 9:0. Te czasy już minęły. Kwestia polega na tym, że obecna drużyna, którą prowadzi Adam Nawałka, potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby to wszystko scementowali. Obecnie mamy duże szanse pojechać na Mistrzostwa Europy. Musimy wygrać mecz w Szkocji, jak go wygramy to pojedziemy. Jednak mamy w zapasie jeden mecz u siebie z Irlandią.

Prezes Boniek twittował kiedyś, że jak nie wygramy z Irlandią u siebie, to nawet nie mamy po co jechać na ten turniej. Jak nie jesteśmy w stanie wygrać z taką drużyną, to po co jechać i mierzyć się z Francją, Niemcami czy Hiszpanią.

To nie jest tak. Dzisiaj nie można lekceważyć Irlandii czy Szkocji. Nie można lekceważyć już nikogo. To, że wygraliśmy z Gibraltarem 8:1 nie ma znaczenia. Drużyna ta składa się przecież z amatorów. Taka jest prawda. Każdego przeciwnika trzeba szanować, powiem Panu. Musimy sobie zdawać sprawę, że mamy 17 punktów, Irlandia ma ich 15 a Szkocja 11. Od Szkocji jesteśmy zatem o sześc punktów lepsi, jednak mamy z nimi jeszcze bezpośredni mecz. Jak oni wygrają z nami i z Gibraltarem, to mogą mieć wtedy z nami równą liczbę punktów, jednak są lepsi w bezpośrednich starciach i jeszcze może się okazać, że będą przed nami. Jest jeszcze przecież Irlandia, która gra z Niemcami i później z nami. Nie możemy na pewno zlekceważyć Szkotów.

W swojej historii mieliśmy kilka solidnych reprezentacji. Dlaczego zatem czekaliśmy aż do 2008 roku i Leo Benhakkera by móc posmakować finałów mistrzostw Europy?

Proszę prześledzić sobie historię Mistrzostw Europy. Kiedyś grały tam tylko cztery drużyny, później było ich osiem, następnie szesnaście, a teraz będzie ich dwadzieścia cztery. Kiedyś było ciężko. Musielibyśmy sprawdzić, ile wtedy było reprezentacji. Jak Pan doskonale wie, graliśmy w takiej grupie gdzie była Holandia – wicemistrz świata, Polska – trzecie miejsce, do tego jeszcze Włochy i Finlandia. Awansował wtedy tylko jeden zespół i była to Holandia. My wygraliśmy z Holandią u siebie 4:1, jednak przegraliśmy tam 3:0. Do tego mieliśmy z Włochami dwa remisy po 0:0, a Holendrzy raz wygrali i raz przegrali. Mieliśmy wtedy po osiem punktów, jednak to oni awansowali.

Żeby móc to skomentować trzeba spojrzeć w historię, ile zespołów awansowało. W tej chwili ten turniej nabrał takiego blasku. Myślę, że to jest drugi wielki turniej, który cały świat podziwia, zaraz po Mistrzostwach Świata.

Jestem pod wrażeniem Pana pamięci, tyle faktów, dokładnych wyników, które Pan pamięta.

No tak, to już było ponad czterdzieści lat temu. Warto jednak pamiętać o Igrzyskach Olimpijskich w Monachium w 1972 roku, które były podstawą budowania drużyny Kazimierza Górskiego. Zdobyliśmy wtedy złoty medal. Oczywiście mieliśmy trzecie miejsce na Mundialu w RFN, później też było srebro na Igrzyskach w Montrealu. Tam nasze władze przecież uznały, że to wielka porażka, bo zamiast złota zdobyliśmy tylko srebro. Dzisiaj by nas za to na rękach nosili.

Jak to się stało, że nie dostał Pan medalu za wygranie igrzysk olimpijskich w 1972 roku?

W tamtych czasach medale dostawali tylko Ci, którzy występowali w finałach. Pozostali owszem mogli otrzymać krążek, jednak trzeba go było wtedy kupić. Nasze władze PZPN-u nie doczytały po prostu regulaminu. Była przez to też taka niesmaczna sytuacja, gdzie Antek Szymanowski grał wszystkie mecze, lecz złapał kontuzję przed finałem, za niego grał Szymczak i to on dostał medal zamiast Szymanowskiego. Ja swój medal dostałem dopiero po dwóch latach, dopiero wtedy go dokupili. A ja jeszcze osobiście wręczałem ostatni medal za ten turniej Marianowi Szei, to było gdzieś w 2001 czy 2002 roku. Dokładnie nie pamiętam.

Jakbyśmy wtedy znali regulamin, to wystarczyłoby, że w ostatniej minucie Kazimierz Górski mógłby zrobić dwie zmiany, takie na kilka sekund. I zamiast dwunastu medali dostalibyśmy czternaście i tylko trzech zawodników z całej drużyny by nie dostało.

Grał Pan w jednych drużynach z wielkimi gwiazdami. Którego ze swoich boiskowych partnerów uważa Pan za najlepszego piłkarza?

Wtedy mieliśmy sporo dobrych zawodników. Był Kaziu Deyna, Andrzej Szarmach czy Władek Żmuda. Kadra była bardzo wyrównana, byli to zawodnicy, których chciał mieć u siebie każdy klub w Europie czy na świecie. Nie będę wyróżniał poszczególnych kolegów, którego wolę, którego nie. Był przecież jeszcze jest mój kolega Jan Domarski, który strzelił bramkę na Wembley, dzięki której pojechaliśmy na Mistrzostwa Świata. Jest drużyna, gdzie wszystkie tryby muszą dobrze zagrać, żeby był medal.

Jak Pan skomentuje postawę Roberta Gadochy, który rzekomo wziął 18 tysięcy dolarów za wyeliminowanie z MŚ reprezentacji Włoch? Jest szansa, że drużyna kiedyś mu wybaczy to oszustwo?

Wszyscy wtedy mówili, że to skandal, że to oszustwo. Jakie oszustwo ja się pytam? Wyszliśmy na pełnych obrotach, wygraliśmy z Włochami 2:1. Prawda wychodzi jednak po latach. Podobno gdzieś tam napisał drugi trener reprezentacji Argentyny, że coś tam dawali. Ja tego nie komentuję z racji tego, że nikogo za rękę nie złapałem. Podobno jednak była to prawda.

Ale przecież Pański kolega z zespołu z Meksyku – Ayala chwalił się, że taka sytuacja miała miejsce.

No tak. On mi to wszystko powiedział. Spytałem się „Co ty chłopie jaja sobie ze mnie robisz”. On się zarzekał, że była to prawda. Ktoś się zatem w naszym zespole na te pieniądze połakomił. Nie chodziło o to, że mecz sprzedaliśmy.

Broń Boże nie sugeruję, że Wy ten mecz sprzedaliście. Mogliście jednak zyskać spore profity za to, że potraktowaliście poważnie to spotkanie. 18 tysięcy dolarów to przecież jak na tamte czasy spora suma. Miało być 22, ale ten Argentyńczyk wziął sobie „czwórkę” za pośrednictwo.

Owszem. Było to sporo pieniędzy. Jeśli zwykły pracownik zarabiał 25 dolarów za miesiąc, a dolar był wtedy po 120 złotych to łatwo sobie policzyć. Prawda zawsze wypływa, a obecnie nikt z nas nie ma kontaktu z Robertem Gadochą. Wszyscy spotykamy się od czasu do czasu, a z Robertem od ponad dziesięciu lat nie mamy żadnej styczności.

Bez wątpienia był to dobry zawodnik, o nieprzeciętnych umiejętnościach. Teraz zaczynamy jednak oceniać charaktery, a ja nie chcę tego robić. To każdego prywatna sprawa, a dziennikarze niech piszą, co chcą.

Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że podczas mistrzostw świata 1978 Jacek Gmoch przeszkadzał Wam w graniu „waszej piłki”. Jak to wygląda z Pana perspektywy?

To znowu wymysł dziennikarski. Trener jest jak kapitan, a kapitan ma zawsze rację. A co wtedy, kiedy kapitan nie ma racji? Patrz punkt pierwszy – kapitan ma zawsze rację. Trener jest od tego, żeby ustalił skład, taktykę, rozpracował przeciwników.

Prawdą jest to, że Jacek Gmoch, jako asystent Górskiego sugerował mu, żeby ze względu na Pana szybkość, przesunąć Pana na obronę?

Prawda. Kaziu odpowiedział mu jednak grzecznie, w swoim stylu „Panie kolego, a kto będzie bramki strzelał?” Na tym się cała historia skończyła.

Franz Beckenbauer powiedział kiedyś, że gdyby nie burza, która przeszła nad Frankfurtem to Polacy awansowaliby do finału MŚ. Jak realnie Pan oceni tę sytuację z perspektywy czasu?

Cały czas wracamy do tej sytuacji i gdybamy. Mecz się odbył, a wynik jest znany. Wiadomo, że z układu tabeli musieliśmy wygrać, bo my wygraliśmy dwa mecze, oni też strzelając jednak więcej bramek. W związku z powyższym ta różnica bramek liczyła się na ich korzyść i to my musieliśmy wygrać. W tych warunkach było to jednak arcytrudne zadanie. Nie ma co gdybać. Wiadome jest jedno: dzisiaj ten mecz by się nie odbył. Wyszedłby sędzia, kopnąłby piłkę i przełożył mecz na kolejny dzień. Tyle na temat.

A nie uważa Pan, że całe to zajście mogłoby zabiegiem FIFA, która w ten sposób chciała uprzywilejować gospodarzy? Wy wtedy mieliście bardzo szybkie skrzydła, a wiadomo, że w takich warunkach dużo ciężej jest atakować, a przewaga szybkości nie jest atutem.

Dużo wtedy zależało od naszych władz. Nasi powinni powiedzieć stanowcze nie. Podjęto jednak decyzję taką, a nie inną. Wynik jest jednak znany. Mistrzem Świata zostali Niemcy, choć uważam, że najlepszą drużyną świata była wtedy Holandia.

Nie rozpatruję teraz czy byliśmy w stanie wygrać, czy nie. Wynik jest znany, tyle mam do powiedzenia w tej sprawie.

Proszę opowiedzieć o kulisach przenosin do Lokeren. Czy to prawda, że w ostatniej chwili działacze chcieli solidnie zarobić na Pańskim transferze?

Było uzgodnione, że ja wyjeżdżam za zasługi. Miałem wtedy trzydzieści lat, a oni chcieli mnie sprzedać jakbym miał ich dwadzieścia. Pojechałem wtedy do Ministra Renke bodajże i porozmawialiśmy sobie krótko. Powiedziałem mu „Panie Ministrze, mam na papierze, że wyjeżdżam za zasługi, a wy chcecie mnie sprzedać jakbym miał dwadzieścia lat, to co to za wyjazd za zasługi”. On uspokoił mnie jednak, kazał im przyjść na drugi dzień i dogadali się.

Który medal ten z 1974 czy 1982 roku smakuje lepiej?

Nie można tego ocenić. Trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata jest trzecim miejscem. Nie ważne czy jest to rok 1974, 1982 czy 2018. Nie ma to żadnego znaczenia. W związku z powyższym nie klasyfikuję ich tak. Lata 1972 – 1982 były okresem prosperity piłkarstwa polskiego. Warto pamiętać jeszcze o jednym. W 1982 w Polsce panował stan wojenny i nikt nie chciał z nami grać sparingów. Graliśmy mecze z drużynami trzecioligowymi i drużynami z drugiej ligi na zgrupowaniu we Francji. Później jednak się dobrze złożyło, że załatwiliśmy spotkania z Belgią i ZSRR, na których trafiliśmy w grupie i awansowaliśmy do półfinału.

W 1974 nie liczyliśmy się jako faworyt, przecież poprzednie mistrzostwa graliśmy w 1938 roku. Dodatkowo trafiliśmy do grupy z Włochami i Argentyną. Mieliśmy być razem z Haiti „chłopcami do bicia”. Po pierwszym spotkaniu z Argentyną, wygranym 3:2 urośliśmy jednak do roli faworyta.
Wszyscy fachowcy zaczęli mówić, że to, co pokazujemy, kwalifikuje nas do gry w pierwszej czwórce turnieju. No i nie pomylili się.

Dla mnie osobiście 1974 był lepszym turniejem, bo zostałem królem strzelców. Jednak te dwa medale stawiam w jednym rzędzie.

Co Pan sądzi o postawie Termaliki, która obecnie swoje mecze rozgrywa w Mielcu? Ich miejsce w tabeli oddaje ich rzeczywistą siłę czy mimo wszystko będą walczyć o utrzymanie?

Z prognozami trzeba jeszcze jednak poczekać. Oni na razie wygrali jeden mecz na wyjeździe, co jest za mało, żeby się liczyć w walce o silniejsze pozycje. Byłem na ten przykład na spotkaniu w Mielcu Termalica – Lech Poznań i muszę powiedzieć, że dla mnie to, co zrobił Lech, to jest skandal. Potraktowali Termalikę jak wioskę. Nie można lekceważyć przeciwnika. Jest to zespół bez gwiazd, jednak nadrabiają to wszystko zaangażowaniem. Tam jest wszystko poukładane, nie ma żadnych zaległości, wszystkie pieniądze dostają zgodnie z obietnicą. Jeśli chodzi o naszą ligę, jest to jeden z lepiej zorganizowanych klubów finansowo. A czy będą walczyć o utrzymanie? Poczekajmy do końca rundy. Beniaminkowie zawsze na początku idą rozpędem. Proszę zobaczyć chociażby na Zagłębie Lubin.

Na wiosnę walka będzie straszna, zobaczy Pan. Zawiszy przecież mało brakło do utrzymania. Do oceny jeszcze daleka droga. Termalica to jednak solidny zespół. Prezesem jest Pani Witkowska, którą bardzo szanuję. Zakochała się ona w futbolu, jednak co najważniejsze ma ona uczciwe spojrzenie na piłkę, nie to, że oni muszą mistrza zdobyć od razu.
Jak patrzę na to wszystko, to przypomina mi się Stal Mielec, też malutkie przecież miasteczko, niecałe trzydzieści tysięcy ludzi. Jak przyjeżdżały do nas drużyny, to mówiły, że na wieś jadą. A ta wieś dwa razy zdobyła Mistrzostwo Polski.

Przyjechał przecież do nas w 1976 sam Real Madryt. Co ciekawe proponowaliśmy im nocleg w Rzeszowie, oni woleli jednak spać w Mielcu jak najbliżej stadionu. No i mieli taki hotel z łóżkami piętrowymi. Taki był zwyczaj, ktoś sobie to tak głupio wymyślił. Byli jednak bardzo zadowoleni z gościnności.

Co Pan myśli o systemie kar w Lechu Poznań, gdzie piłkarzom zostały zamrożone premie i wypłaty do czasu „wyjścia z dołka”?

Przede wszystkim tam ktoś musi zastanowić się nad przyczyną tak słabego wejścia w sezon. Przecież personalnie wiele się w Lechu nie zmieniło.

Proszę sobie wyobrazić taką sytuację, że pracuje Pan w fabryce. No i w pewnym monecie coś się zawaliło, sprzedaż nie idzie, więc pracownikom nie wypłaca się pieniędzy. Dla mnie są to śmieszne sprawy, tak być nie może. Przecież piłkarze nikomu na złość nie grają. Coś jest po prostu nie tak, i jak najszybciej muszą poszukać przyczyny. A kary? Co to są za kary? Nie tędy droga. Niektórzy Panowie jeszcze w PRL-u żyją. Wystarczy, że nie wypłacą im kontraktu przez trzy miesiące, zawodnik napisze pismo do PZPN-u i rozwiąże kontrakt z Lechem i odejdzie za darmo.

Na jakim piłkarzu Pan się wzorował w dzieciństwie?

Było ich kilku. W 1966 roku byłem u babci na wsi w kieleckim, tam były takie kluby gospodyń wiejskich. Na wsi były może ze dwa czy trzy telewizory, tam oglądaliśmy mecze. Z przyjemnością patrzyłem na Pelego czy Eusebio. To, co ten drugi zrobił z Koreą, kiedy przegrywali 3:0, a wygrali 5:3, było fenomenalne. Zaczynałem wtedy kopać w juniorach Stali Mielec i moim marzeniem było na takie mistrzostwa choć raz pojechać. No i się spełniło. Okazuje się, że można marzenia spełniać.

DAMIAN BEDNARZ

Damian Bednarz
Damian Bednarz
Założyciel Retro Futbol. Jeden z ostatnich przedstawicieli gatunku romantyków futbolowych. Wyznawca kultu Erica Cantony.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Jan Woś – Legenda Odry Wodzisław

Przez ekstraklasę prześlizgnęło się w przeszłości wielu zawodników, którzy pozostali kompletnie anonimowi, niczym się nie wyróżniając. Nieraz narzekamy na brak dobrego poziomu, ale także...

Puchar Mistrzów 1964-65 – statystycznie

Zapraszamy do kolejnej części serii statystycznego podsumowania kolejnych edycji Pucharu Mistrzów. Tym razem sprawdzamy statystyki i ciekawostki związane z szóstą edycją tych rozgrywek, czyli sezonem 1964/64. Puchar Mistrzów...

Kultowe zdjęcia w historii piłki nożnej

Zdjęcie może zaciekawić równie mocno, co film. Zapraszamy do zestawienia kultowych piłkarskich fotografii.