Jan Koller – czeski wieżowiec

Kibic Kangurów staje się Spartanem

Od wczesnego dzieciństwa Jan kibicował innemu klubowi z Pragi – Bohemiansowi, lecz los wybrał mu inny kierunek. Można porównać ten przypadek do transferów najlepszych klubów – Realu Madryt czy Bayernu Monachium. Takim firmom się nie odmawia. „Dino” zamieszkał więc z babcią w Sestajovicach, a od kwietnia 1994 roku zaczął trenować w rezerwach Sparty w praskiej dzielnicy Uhříněves.

Mogłem wybrać mieszkanie z babcią lub w schronisku. Ale nie umiałem nawet ugotować wody na herbatę. Babcia się mną opiekowała, a ja miałem czas dla siebie. Teraz potrafię sam o wszystko zadbać. Wszystko z powodu wyjazdu za granicę, tam nauczyłem się  prasować, gotować, prać. Bywałem zmęczony, ale musiałem prać. Nauczyłem się też gotować, a moją specjalnością jest kurczak curry z ryżem. Zanim się jednak doszkoliłem, to kilka spalonych garnków musiałem wyrzucić…

Drużynę z Pragi prowadził wówczas niemiecki szkoleniowiec Jürgen Sundermann, który zastąpił jesienią Jozefa Chovanca. W okresie przygotowawczym Jan pokazał się z dobrej strony, co zaowocowało włączeniem go do kadry pierwszego zespołu. Nie było to jedyne wzmocnienie, ponieważ trener próbował ożywić zespół jeszcze trzema innymi zawodnikami z rezerw.

Każdy z nich ma potencjał, aby grać w lidze. Największy z nich ma oczywiście Koller – przewidział wówczas Jürgen Sundermann.

Podobnego zdania był prezes Sparty, Petr Mach, który cieszył się , że za gwiazdę ze Smetanovej Lhoty musieli zapłacić ledwie 300 tysięcy koron. Debiut Jana w lidze przypadł na 5 marca 1995 roku, przeciwko ekipie z miejscowości Benešov.

Po blisko 70 minutach gry pojawił się na murawie z numerem 16 na plecach, zmieniając Romana Vonáška. Dla Kollera był to pierwszy i ostatni mecz pod wodzą Sundermanna, który podał się do dymisji ze względu na konflikt z prezesem Machem.

W miejsce Niemca przybył Jozef Jarabinsky. Ten szybko polubił wysokiego napastnika, lecz na swoją prawdziwą szansę Jan musiał czekać prawie miesiąc. Ciężko pracował, aby znowu zameldować się na boisku. Gdy już się na nim pojawił, to strzelił swoją pierwszą ligową bramkę przeciwko Bohemians. Ciekawostką jest, że wówczas wchodząc z ławki rezerwowych, zmienił wschodzącą gwiazdę europejskiego futbolu – Nedvěda.

Podczas gry w klubie z Pragi, przylgnęła do niego ksywka „Dino”. Nazywano go tak w każdej drużynie, do której trafił. Podczas meczów zakładał na siebie pod spód koszulkę z dinozaurem.

Kiedy byłem w Sparcie, w telewizji leciał serial bajkowy o dinozaurach. Chłopaki podłapali, że mi się spodobał. Nie wiem kto to wymyślił, ale od tego czasu to się za mną ciągnie – wspominał Koller.

O ile w pierwszych sześciu miesiącach Jan nie spędzał zbyt wiele minut na boisku, o tyle w następnym sezonie grywał już regularnie. Drużyną, przeciwko której w wyjściowym składzie wystąpił po raz pierwszy, były Czeskie Budziejowice.

Sparta miała świetną jesień, a Koller mógł posmakować europejskich pucharów – pierwszym przeciwnikiem okazało się Galatasaray. Po przejściu tureckiej ekipy, prażanie zmierzyli się z wielkim Milanem, w którego składzie grały  prawdziwe legendy futbolu – Allesandro Costacurta, Franco Baresi, Paolo Maldini czy liberyjski egzekutor George Weah.

Po ambitnej walce (w dwumeczu 0:2) Sparta pożegnała się z Pucharem UEFA, lecz dzięki dobrym występom, Jan został powołany do kadry U-21. Tam przyglądał mu się selekcjoner pierwszej reprezentacji, Dušan Uhrin.

Można powiedzieć, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Mecz z Milanem był ostatnim na ławce trenerskiej dla Jarabinskiego. W jego miejsce wskoczył Vlastimil Petržela. Rozdział pod tytułem „Jan Koller w Sparcie Praga” został zamknięty.

Wszyscy za złą postawę zespołu obwiniali „Dino”, którego kibice coraz częściej oskarżali o porażki swojego zespołu. Pierwszy raz w życiu Jan doświadczył ciemnej strony futbolu, ciągłego wytykania błędów, nienawiści ze strony fanów oraz obciążenia psychicznego, które niewątpliwie dawało się we znaki. Gdy miał wszystkiego dość, był gotów zrobić nawet krok w tył i przenieść się do Czeskich Budziejowic, które położone są niedaleko Smetanovej Lhoty. Jednak w mroku pojawiło się jasne światełko.

Autor: Redakcja

Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. kontakt: 661-212-782, e-mail: redakcja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl

Zobacz wszystkie wpisy autorstwa: Redakcja.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *